Pierwsze konsultacje w przedszkolu

Byłam wczoraj na pierwszych konsultacjach w przedszkolu. Zamieniłam sobie specjalnie dni wolne w grafiku, żeby na spokojnie zdążyć. Wiwat korpo-elastyczność!

No i znowu wyszło nie tak, jak miało wyjść…

Wchodzę sobie spokojnie do przedszkola o 14:20, i na luzaka; mam jeszcze 10 minut, przycupnę sobie gdzieś w szatni, i poczekam; pewnie spokojnie pogadamy z Panią Wychowawczynią, bo będę pierwsza.

Nagle widzę, że jedna z Pań Woźnych schodzi po schodach, a na rękach niesie mojego własnego kokosowego Żuka! Cholera! – szybko wskoczyłam za występ muru, wpasowałam się we framugę pobliskich drzwi, i zgrywam kameleona. Myślę sobie: może ją niesie do kibelka. Tylko czemu na dół? – tak mnie ta zagadka zadziwiła, że zerknęłam jednym okiem zza wyłomu, i widzę moje dziecko patrzące nieufnie, oraz Panią Woźną patrzącą jak na wariatkę. No dobra, koniec ciuciubabki:

-Halo Tosiu, jestem tu! – a do Pani Woźnej- Dzień dobry, ja przyszłam na konsultację do Pani A. z sówek. Czy Tosia wybierała się tu do toalety?

Pani Woźna, zrozumiawszy poniewczasie że wcale nie przybywam po dziecię, powiedziała: „o rany, trzeba było za mną krzyczeć, żebym nie szła! My po prostu jak znamy już rodziców, to na ich widok od razu idziemy po dziecko!”
-A ja najzwyczajniej w świecie nie zauważyłam nawet tamtej Pani, i przeoczyłam moment kiedy wchodziła po schodach po Pyzę.

No trudno, konsultujemy się z Tosią. Było mi to dosyć nie w smak, bo nie wiedziałam co usłyszę, a jestem zdania, że nie powinno się komentować- w trzeciej osobie -negatywnie poczynań człowieka, w jego obecności, obojętne w jakim ów człowiek jest wieku. Brrrr…. miałam nadzieję, że nic negatywnego nie usłyszę, ale kto to wie…

Poszłyśmy do sali Sówek, gdzie spotkałyśmy się z Panią A. Ta przytomnie zaproponowała Tosi kolorowanie, po czym razem usiadłyśmy do stolika. Pani poopowiadała mi co nieco o Tosinych poczynaniach, przy czym bardzo cieszyłam się, że rozmowa była prowadzona w taki sposób, że Antoninka była czasem wciągana w dialog jakimś pytaniem w stylu: „Prawda, Tosiu?” albo: „a gdzie dziś byliśmy na spacerze? Powiesz mamusi?” – było to dosyć taktowne omijanie „obgadywania” Tosi ;).

Dowiedziałam się rzeczy, które mnie ucieszyły, czyli:

-Kokos je samodzielnie- może i to drobiazg, ale ze względu na obsesje estetyczne mojego dziecka, często odmawiała samoobsługi, żeby se rąk nie popaprać. No, i gdy ktoś karmi ma się wolne ręce, i można się bawić rękami, nie?

-Tosia sygnalizuje potrzeby toaletowe- to też było pod znakiem zapytania, bo w domu zdarza jej się zapomnieć, i zawołać np: posikałam się trochę, muszę do ubikacji!- taki sygnał poniewczasie.
Powiedziałam o tym Pani A, że w zabawie zdarza się zapomnieć, a ona, z ulgą w głosie
-Cieszę się, że Pani jest świadoma, że dzieciom się zdarza zapomnieć. Niektórzy rodzice tego nie rozumieją, że nie da się upilnować każdego jednego dziecka, patrząc co chwila pod pupę… (nie wierzę! Normalnie NIE WIERZĘ!)

-Tosia bierze przyzwoity udział w zabawach.

-Tosia ŚPI. (HURRRRAAAAAA!!!!!!!!!!!)

Dowiedziałam się też kilku rzeczy, które mnie poważnie zmartwiły, a przede wszystkim…

-Tosia jest TYM DZIECKIEM, które nie odstępuje Pani na krok.

No cholewcia. Zawsze się takie zdarza, ale nie sądziłam, że Tosiun tak będzie robić. Z drugiej strony… ona się niezbyt dogaduje z rówieśnikami. Mea culpa że tyle z „dorosłą” mamą siedziała w domu. Bo widzicie: ona potrafi filozoficzne rozmowy o życiu prowadzić, ale żeby się miała z dziećmi bawić bez mamy- nie za bardzo.

Pani mnie pocieszyła, że to tylko kwestia czasu. I ja o tym wiem, zwłaszcza, że Tosia przechodzi drugą aklimatyzację; w końcu wróciła do przedszkola w ten poniedziałek po półtora tygodnia nieobecności.

-Wynikające z poprzedniego jest też: Tosia do ubikacji chodzi TYLKO z Panią; ubikacja sąsiaduje z salą, nie trzeba wychodzić na korytarz.

-Oraz: Jak Pani wychodzi gdzieś na chwilę- Tosia obowiązkowo idzie z nią.

No taka sobie dziewczynka przy spódnicy. Kurde. Jednak pierwsze wakacje bez rodziców to chyba będzie jakaś szkoła przetrwania.

Takie tam sobie mam przemyślenia, proszę je zignorować, gdyż pisane są w afekcie.
Każde dziecko ma prawo do przeżywania tego czasu na swój sposób, a Tosia już udowodniła wielokrotnie, że poza oczami- wszystko dziedziczy po Tatusiu, więc wszystkie te obce mi zachowania mogę sobie tłumaczyć pulą genetyczną 😉

A na koniec, z innych informacji przedszkolnych, na przyjemną nutę:
W przedszkolu rusza temat: „Cała Polska czyta dzieciom”, i rodzice są zachęcani do zapisywania się na określone godziny na czytanie dzieciom w przedszkolu. I wiecie co? To jest dla mnie jak spełnienie marzeń! Jeśli jest jedna rzecz, którą robię jako mama naprawdę ekstra, to właśnie czytanie książeczek. Gdzieś tam miałam w mojej „zawodówce” zajęcia z tego, i wtedy byłam z tego naprawdę lewa, ale po porodzie coś „zaskoczyło”, i chyba całkiem jestem niezła w te klocki. Planuję więc zapisać się na jeden raz w przyszłym tygodniu, a potem- zobaczymy.
Na pewno dam wam znać jak było! :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się z wami.

Uściski!

O symbolach (nie)religijnych słów kilka

Hej hej!

Ku mojemu zdziwieniu, wpis o religii w przedszkolu (ten) spotkał się z bardzo wesołym przyjęciem… postanowiłam więc podzielić się z Wami także opowiastką dla mnie kompletnie nie religijną, ale…jak się okazało z drugim dnem.

 

A wszystko zaczęło się od samochodu. W samochodzie Tośka zawsze usiłuje wciągnąć nas w interakcje. Jak wiecie, nie jestem zwolenniczką puszczania dziecku bajek dla świętego spokoju, więc zamiast tego w naszym samochodowym odtwarzaczu nieodmiennie króluje składanka fasolkowo/baby TV-iowa. Sęk w tym, że czasem to za mało…

Kokos żąda uwagi, i jest przy tym mistrzynią wspinaczki po zboczu upierdliwości, doprowadzając nas nie raz do szału.

Potrzeba matką wynalazku…

… I tak właśnie powstał WĄŻ.

Czytaj dalej

Zebranie w przedszkolu czyli polskie szaleństwo zbiorowe

Póki leżę chora- jak obiecałam w ostatnim wpisie, napiszę wam o zebraniu organizacyjnym w przedszkolu Pyzy. Usłyszałam na nim wiele rzeczy, ale jedna rozwaliła mnie na łopatki, i to o tym właśnie będzie dzisiejsza opowieść.

Przeżywałam to zebranie szalenie; bo przecież WSZYSTKO co miało związek z przedszkolem przeżywałam… jakbym to ja sama miała ruszyć w nieznane!

W pracy na przerwie zrobiłam staranny (jak na moje możliwości) makijaż, bo stwierdziłam, że dobrze, żebym nie pokazywała swojej „baby face” (w wolnym tłumaczeniu: twarzy, przez którą nadal proszą mnie o dowód w knajpie) w oryginale: dosyć mam ludzi traktujących mnie z góry, bo wyglądam jak młodociana… jak do równania dodać trzyletnie dziecko, tolerancyjna Polska patrzy na mnie jakbym wpadła w połowie liceum, i kręci głową z niesmakiem.  Myślę sobie: raz mnie zobaczą pomalowaną, to może zapamiętają, że chyba nie jestem już takim młodym szczypiorem- i będę miała z głowy.

Już kilka dni wcześniej załatwiłam sobie wcześniejsze wyjście z pracy: zamieniłam się z koleżanką na zmiany, żeby skończyć o 16:00, i na dodatek wybrałam jeszcze zaległe 30 minut (kiedyś tam zostałam dłużej, to mi się należało).
Zaparkowałam gdzieś na końcu świata, nie wierząc, że pod przedszkolem znajdzie się miejsce (oczywiście, że było pełno miejsca! Ale ja+parkingi=głęboka nerwica na krawędzi paniki).  Przybyłam jako jedna z pierwszych (druga, tak dokładnie); po chwili rozglądania się po korytarzu, na którym najprawdopodobniej wszystko się odbędzie (patrzcie na te miniaturowe ławki, na te krzesełka <3 ! Jak Ci rodzice zmieszczą tu te swoje dorosłe tyłki??!?!!), nawiązałam nerwowy kontakt wzrokowy, i już po chwili toczyłam z Pierwszą Przybyła rozmowę. Okazało się, że również jest mamą malucha, który pierwszy raz rusza do przedszkola, i że to też jej pierwsze dziecię, łączyła nas więc niewidzialna nić matczynego popłochu.

Po chwili zaczęli gromadzić się inni rodzice, a jakaś miła Pani zaprosiła nas do zajmowania (tycich) miejsc. Potem nastąpiła przemowa przemiłej Pani Dyrektor, która przedstawiła nam personel, opowiedziała kto będzie w jakiej grupie, udzieliła kilku ważnych informacji organizacyjnych, po czym zaprosiła nas na spotkania w salach naszych dzieci z ich poszczególnymi wychowawczyniami.

Wdrapaliśmy się na pierwsze piętro, do sali Sówek, gdzie czekała na nas sympatycznie wyglądająca młoda Pani Przedszkolanka. Powitała nas, wyznaczyła największego frajera do sporządzenia protokołu zebrania (tjaaaa… dostało mi się już pierwszego dnia), i zaczęła opowiadać.

Cyrki zaczęły się już przy temacie spania.

Wiecie, że kto jak kto, ale ja doskonale rozumiem wszelakie kontrowersje wokół drzemek dziecięcych, ale tego się nie spodziewałam…
Nasza grupa to grupa dzieci najmłodszych, czyli 2,5 oraz 3 latki. Takie dzieci zazwyczaj jeszcze śpią w ciągu dnia (nie licząc wybryków takich jak moja Tosia, która się na chama przeciwstawia karze spania), i jest to zupełnie normalne. A tymczasem… W grupie tylko jedna matka zadeklarowała, że jej dziecko zawsze na 100% śpi. Pozostali rodzice ZAŻĄDALI, żeby ich dzieci nie kłaść. Wywiązała się dyskusja, i okazało się, że niektóre mamy życzą sobie, żeby „przemęczyć” ich dzieci, żeby zasypiały spokojnie wczesnym wieczorem!
Hmmm, czy przypadkiem sen dzienny w takim wieku nie jest jeszcze…powiedzmy… higienicznym wymogiem organizmu? Ja rozumiem, że są takie stwory jak Tosia, które u babci śpią jak złoto, a u mamy zasną tylko w sytuacji ekstremalnej, ale jednak! Pani Przedszkolanka usiłowała wytłumaczyć, że dzieci będą miały więcej bodźców, będą zwyczajnie zmęczone… ależ się na to podniósł gwar! Ja nieśmiało bąkałam do mam (i tatusia) siedzących obok, że przecież wyjdzie w praniu, i żeby dać dzieciom czas, że wszystko się okaże*… ale wygodnickie mamy stawiały zaciekły opór. Musieliśmy ściągnąć do sali Panią Dyrektor, która powiedziała, że nie możemy sobie USTALIĆ że NIE MA SPANIA, bo nie mają dodatkowej sali dla dzieci śpiących (przyjęli w tym roku więcej dzieci itp), i żeby może podjąć decyzję po jakimś czasie, wtedy się okaże ile dzieci w jakich grupach obywa się bez spania, i można podjąć jakieś kroki.
Uciszyło to komentarze, ale niektóre twarze pozostały po tym niezadowolone, miny zacięte.

Ale to był tylko przedsmak tego, co się stało za chwilę, bo zaraz po tym padło pytanie z tyłu sali:

A W JAKIE DNI DZIECI BĘDĄ MIAŁY RELIGIĘ?
– Najmłodsza grupa jeszcze nie ma religii.- odpowiedziała Pani Przedszkolanka.

……

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

OLABOGA, mówię wam, co tam się działo!!! Reakcja była niesamowita!

Z niedowierzaniem spoglądałam na stado rozjuszonych matek, nie do końca pewna, czy to nie jest przypadkiem jakiś sen wywołany karykaturalną sytuacją polityczną w kraju, którą co dzień beka mi się jak zepsutym pomidorem.

Wymieniłam spojrzenia z siedzącymi wokół mnie mamami (i tatą), i zobaczyłam mój szok odbijający się też w ich oczach (najwyraźniej nieświadomie dobrze się dobraliśmy siadając razem).

Pani Przedszkolanka, zakłopotana, zaczęła tłumaczyć, że dzieci w tym wieku jeszcze niewiele pojmują z tych spraw, a poza tym pierwszy rok stanowi nie lada wyzwanie ze względów adaptacyjnych; dzieci nie raz trzymają jej za obie nogi i płaczą, nie puszczając jej na krok, gdy pojawia się ktoś „nowy”, nawet, jeśli ta „nowa” osoba wpada raz w tygodniu.

Brygada mamusiek szła w zaparte…

Po chwili temat jakoś umarł, i w sali ucichło, a wtedy fajowa mama siedząca obok mnie powiedziała donośnym szeptem:

„Ja już wiem, jak wygląda ta ich religia dla maluchów- mam syna w starszakach; jednego dnia przychodzi katechetka, i mówi dzieciom (ku ich rozpaczy), że Św Mikołaj nie istnieje, a dwa dni później Mikołaj przynosi im prezenty… genialne.”

Umarłam :)

Kilka dni później w zeszycie, do którego wpisujemy się przyprowadzając dziecko, widniała nowa kartka: ” w związku z życzeniem rodziców w grupie będą odbywały się zajęcia z religii. Prosimy o przyniesienie zeszytu 32 kartkowego w kratkę oraz 7 zł na obrazki”.

Hmmm…..

Chyba jestem ograniczona, ale kompletnie tego nie kumam: dla mnie ważniejsze jest to, żeby dziecko najpierw zyskało poczucie bezpieczeństwa w miejscu, w którym będzie spędzać większość czasu, a na resztę przyjdzie jeszcze czas. A może po prostu jestem jakaś dziwna: bardziej dbam o to, żeby dziecko wyrosło na szczęśliwego, zrównoważonego człowieka, zamiast na dobrego, sfrustrowanego katolika*, z duszą kodowaną już w czasie, kiedy jeszcze robi w pieluchy… Nie wiem już.

To tyle na temat.

Papa!

*A i owszem, okazało się: w pierwsze dni większość dzieci zasnęła pokotem, nie doczekując pory spania! Tosiun nawet zasnęła z głową na stole, przy obiedzie (ponad rok marzyłam, by zobaczyć coś takiego w domu), a w domu zasnęła o 18:30, bez kąpieli, i nie ocknęła się nawet jak przebieraliśmy ją na śpiocha do snu; przespała całą noc. UWIELBIAM TO!

**Żeby było jasne: jestem osobą wierzącą, ale w Boga, a nie w kościół. Resztki mojej wiary w kościół umierają ostatnio w boleściach.

 

Jestem sobie przedszkolaczek

Temat stracił na świeżości, przecież już minęły 3 tygodnie, ale zebrałam się:

Dziś wreszcie napiszę o tym, jak wyglądało u nas Tosine pójście to przedszkola.

 

Rany, od lipca chodziłam jak w amoku.
Dziecko mam oddać. Moje własne, ukochane. Nic już nie będę miała z tego dziecka; idzie, ukradzione przez normy, układy i wymogi społeczne. Cholera, w Afryce dzieci są z rodzicami, tak, jak wymyśliła natura! To tylko u nas tak nienormalnie… Kto będzie miał czas uczyć ją życia, i odpowiadać na każde, jakże ważne pytanie? Przecież Pani ma pod opieką tyle dzieci, nie znajdzie czasu na skupienie się na moim dziecku, które lubi ROZUMIEĆ świat?

I tego typu głupoty.

Kokos niewiele się zmienił, jeśli chodzi o kontakty z dziećmi; najlepiej bawić się z mamą, a na resztę możemy popatrzeć. Na wakacjach miała kilka prób towarzyskich, podchodziła do innych dzieci jak do jeży, przełamywała się… po czym na placu zabaw 100% ignora, i chciała bawić się tylko z mamą (mama często udawała, że tego nie widzi, i próbowała odsyłać z powrotem do dzieci).

(Fajne jest to, że od wakacji Tateł przestał być rodzicem „drugiego sortu”, i Pyza woła go teraz do zabawy równie często jak mnie. Dotarcie do tego stanu zajęło 2,5 roku ciężkiej pracy i mojego dyskretnego (lub mniej dyskretnego czasem) wycofywania się… ale dotarliśmy tam!
Oh, wybaczcie dygresję.)

Tosia lada dzień miała iść do przedszkola. 

Czytaj dalej

Sobotnie porządki

brush-15931_1280

pixabay.com

Hej moi drodzy!

Większość z was zapewne zna powiedzenie:

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu.

Poniższa opowiastka jest jego genialną ilustracją w wydaniu soft, kwalifikująca mnie w poczet legendarnych CH**wych pań domu.

Jak zapewne wiecie (nie wiecie?- dowiecie się tu: KLIK) w week endy pracuję z domu.
Praca pracą, ale chwile przerwy też się należą.

W pewnej chwili postanowiłam skoczyć sobie „na dół”- do kuchni, zrobić herbatkę. Korzystam z faktu, że Małżon z Kokoskiem są na spacerze, i nikt nie będzie mnie próbował wciągnąć w zabawę, ani złamać mi serca tekstami: „Mamusiu, nie pracujesz już? Mamusiu, nie pracuuuj, chodź się pobaw ze mną!”.  Podstawiam dzbanek pod dozownik wody w lodówce -wiecie, taki mini kranik, działający na „popchnięcie”: dosunięty dzbanek dociska zapadkę, więc woda leci sobie powolutku. Zostawiam tam dzbanek i korzystam z chwili, żeby coś poogarniać.

(tak, tak, myślenie godne prawdziwej kury domowej: mam przerwę- popracuję troszkę w domu).

Myślę sobie: tragedii wielkiej tu dziś nie ma, tylko powierzchowne sprzątanko- podłoga się nie klei, niedawno była myta, Małżon pochował po śniadaniu talerzyki do zmywarki, jest OK, szybki szpil podczas gotowania wody:

Otwieram okna, żeby porządnie przewietrzyć, wynoszę krzesła z kuchni, żeby włączyć odkurzacz (takiego robota, co pełza i ogarnia sam, tzw. roomba), włączam odkurzacz, ścieram okruchy z blatów…

I NAGLE SŁYSZĘ SZUM WODOSPADU.

Zazwyczaj ten dźwięk kojarzy się miło, relaksuje, tym razem jednak, z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie jest kojący.
Odwracam się na pięcie, i patrzę jak woda przelewa się przez brzegi dzbanka podstawionego pod lodówkowy kranik, płynie po drzwiach zamrażarki, i rozlewa się coraz większą kałużą po kuchni, wpełzając pod meble.

Z gibkością gazeli rzucam się po dzbanek, rozchlapując wokół jeszcze więcej wody, a potem lecę po mopa (w międzyczasie wreszcie włączam czajnik…). Wracam z mopem do kuchni, a tu…

ROBOT JUŻ ZDĄŻYŁ ZAUWAŻYĆ KAŁUŻĘ, i korzystając z niecodziennej gratki, przybiegł się popluskać!

W popłochu wyłączyłam dziada- jeszcze tego brakuje, żeby nam się najważniejszy sprzęt w domu spalił (najważniejszy- bo gdzie znajdziesz frajera, który za Ciebie pozamiata?)! Potem z mozołem mopuję zalane powierzchnie.

Uff, wszystko suche. Włączam robota i zmykam do góry.

Nagle zauważam jakieś dziwne paski na podłodze- co to jest, u licha?

Acha.

To ślady kółek robota; zupełnie, jakby miniaturowy jeep przejechał kuchnię w kilku kierunkach… zakurzone kółeczka wjechały w kałużę, tam kurz zmieszany z wodą zrobił się przepiękną brudną ciapletą oblepiającą koła, a roomba szybciuchno rozniosła wszystko po kuchni.

TERAZ PODŁOGA NADAJE SIĘ DO MYCIA.

I po co się było starać?

Czy natura się na nas uwzięła?- z przymrużeniem oka o okresach

Brzuch mnie boli. Niefajnie mi. Głowa bolała wczoraj.

W gaciach mam jakąś książkę telefoniczną, żeby móc jakoś funkcjonować.

MAM OKRES.

Znacie to skądś, drogie Panie?

A gdzieś z tyłu głowy mały głos mówi na dodatek: z jakiej paki to właśnie kobiety mają się tak męczyć? Czemu nie faceci? Przecież my na dodatek musimy dzieci rodzić…

czy inne podobne narzekania.

 

Dzisiejszy wpis łączy się i z okresem, i z babskim narzekaniem, i z…

I z nadchodzącymi świętami.

A co to wszystko ma wspólnego?

JAJCO.

Jakiś czas temu w rozmowie z Kuzynką Małżona wyszedł temat tego, jak to jest, że nasze kury znoszą jajka, a nie mają koguta. Częsty błąd w rozumowaniu, który popełnia większość ludzi (w tym i ja, zanim jakiś głupi obrazek w internecie mnie nie wyedukował w tym kierunku).

Otóż prawda jest taka, że kury, aby znosić jajka, nie muszą mieć koguta. Czytaj dalej

Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

Moi kochani! Z napisaniem tego postu noszę się od czasu, kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę Tosi, czyli niemal od dwóch lat.

Będzie on dotyczył kontrowersyjnego – o dziwo- tematu, czyli CUKRU.

candy-574776_1280

pixabay.com

Pierwszą jasną dla mnie rzeczą jest, że cukier nie jest uznany za coś ZDROWEGO.

Tutaj może pozwolę sobie na przytoczenie kilku informacji na temat szkodliwości cukru:

  • Cukier zakwasza organizm
  • Cukier jest pożywką dla grzybów (np. candida)
  • Cukier podrażnia śluzówkę żołądka i niszczy błonę śluzową jelit
  • Cukier jest uzależniający
  • Spożycie cukru powoduje negatywne w skutkach nagłe wahania glukozy we krwi
  • Cukier znacznie zwiększa ryzyko powstawania próchnicy
  • Cukier zaburza pracę układu trawiennego (tak, tak! Zaparcia po czekoladkach)
  • Cukier spożywany w nadmiarze powoduje nadwagę

I wiele, wiele innych.

Jeśli chodzi o uzależnienie od cukru- doświadczyłam tego na własnej skórze w trakcie karmienia piersią: miałam wtedy takie parcie na cukier, że zachowywałam się autentycznie jak „ksiązkowy” alkoholik, czy narkoman; Czytaj dalej

MAŁY APDEJCIK*

Wróciłam do pracy, jestem więc całkowicie ENTAJTELD** do rzucania korpo-zangielszczonymi słowo-śmieciami.

Mogę też przeklinać, bo TAKI KLIMAT MAMY. I w sumie zawsze znajdzie się coś do obklnięcia w robocie, nie?

Poza tym- bajzel na kółkach. Od 25tego lutego siedziałam i czekałam: KIEDY WRESZCIE ZACZNĘ PRACĘ? Ale tu coś nie działa, tego brakuje, na tamto czekam… bo coś się zepsuło w systemie, bo ktoś czegoś nie zatwierdził…

Nie to, żeby spieszyło mi się do pracy na pełny gaz 😉 ale głupio mi tak siedzieć i wymyślać, co mogę zrobić, jak koleżanki orają. Robię więc co mogę, wymyślam treningi, wzdycham, zdycham… wszystko na pół gwizdka, co męczy chyba bardziej od normalnej pracy…

Wreszcie po jakichś niemal dwóch tygodniach dostałam wszystko, czego do roboty potrzeba, i powoli się wdrażam w moje nowe-stare klimaty. Dziewczyny w robocie się śmieją ze mnie, że mam zapał do takiej roboty, ale ja im odpowiadam: gdybyście siedziały trzy lata non stop w domu, też rwały byście się do biura. Patrzą na mnie z kpiącymi uśmiechami, ale co mi tam.

Życie domowe zmieniło się conieco…

Dzięki dobrze zrobionemu grafikowi (który zresztą ciężko było zrobić, ze względu na moje „zamówienia”- dzięki Martina!), jak na razie Kokos jeździ do Babci 3 razy w tygodniu.

Plan wygląda tak: Czytaj dalej