Sobotnie porządki

brush-15931_1280

pixabay.com

Hej moi drodzy!

Większość z was zapewne zna powiedzenie:

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu.

Poniższa opowiastka jest jego genialną ilustracją w wydaniu soft, kwalifikująca mnie w poczet legendarnych CH**wych pań domu.

Jak zapewne wiecie (nie wiecie?- dowiecie się tu: KLIK) w week endy pracuję z domu.
Praca pracą, ale chwile przerwy też się należą.

W pewnej chwili postanowiłam skoczyć sobie „na dół”- do kuchni, zrobić herbatkę. Korzystam z faktu, że Małżon z Kokoskiem są na spacerze, i nikt nie będzie mnie próbował wciągnąć w zabawę, ani złamać mi serca tekstami: „Mamusiu, nie pracujesz już? Mamusiu, nie pracuuuj, chodź się pobaw ze mną!”.  Podstawiam dzbanek pod dozownik wody w lodówce -wiecie, taki mini kranik, działający na „popchnięcie”: dosunięty dzbanek dociska zapadkę, więc woda leci sobie powolutku. Zostawiam tam dzbanek i korzystam z chwili, żeby coś poogarniać.

(tak, tak, myślenie godne prawdziwej kury domowej: mam przerwę- popracuję troszkę w domu).

Myślę sobie: tragedii wielkiej tu dziś nie ma, tylko powierzchowne sprzątanko- podłoga się nie klei, niedawno była myta, Małżon pochował po śniadaniu talerzyki do zmywarki, jest OK, szybki szpil podczas gotowania wody:

Otwieram okna, żeby porządnie przewietrzyć, wynoszę krzesła z kuchni, żeby włączyć odkurzacz (takiego robota, co pełza i ogarnia sam, tzw. roomba), włączam odkurzacz, ścieram okruchy z blatów…

I NAGLE SŁYSZĘ SZUM WODOSPADU.

Zazwyczaj ten dźwięk kojarzy się miło, relaksuje, tym razem jednak, z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie jest kojący.
Odwracam się na pięcie, i patrzę jak woda przelewa się przez brzegi dzbanka podstawionego pod lodówkowy kranik, płynie po drzwiach zamrażarki, i rozlewa się coraz większą kałużą po kuchni, wpełzając pod meble.

Z gibkością gazeli rzucam się po dzbanek, rozchlapując wokół jeszcze więcej wody, a potem lecę po mopa (w międzyczasie wreszcie włączam czajnik…). Wracam z mopem do kuchni, a tu…

ROBOT JUŻ ZDĄŻYŁ ZAUWAŻYĆ KAŁUŻĘ, i korzystając z niecodziennej gratki, przybiegł się popluskać!

W popłochu wyłączyłam dziada- jeszcze tego brakuje, żeby nam się najważniejszy sprzęt w domu spalił (najważniejszy- bo gdzie znajdziesz frajera, który za Ciebie pozamiata?)! Potem z mozołem mopuję zalane powierzchnie.

Uff, wszystko suche. Włączam robota i zmykam do góry.

Nagle zauważam jakieś dziwne paski na podłodze- co to jest, u licha?

Acha.

To ślady kółek robota; zupełnie, jakby miniaturowy jeep przejechał kuchnię w kilku kierunkach… zakurzone kółeczka wjechały w kałużę, tam kurz zmieszany z wodą zrobił się przepiękną brudną ciapletą oblepiającą koła, a roomba szybciuchno rozniosła wszystko po kuchni.

TERAZ PODŁOGA NADAJE SIĘ DO MYCIA.

I po co się było starać?

Czy natura się na nas uwzięła?- z przymrużeniem oka o okresach

Brzuch mnie boli. Niefajnie mi. Głowa bolała wczoraj.

W gaciach mam jakąś książkę telefoniczną, żeby móc jakoś funkcjonować.

MAM OKRES.

Znacie to skądś, drogie Panie?

A gdzieś z tyłu głowy mały głos mówi na dodatek: z jakiej paki to właśnie kobiety mają się tak męczyć? Czemu nie faceci? Przecież my na dodatek musimy dzieci rodzić…

czy inne podobne narzekania.

 

Dzisiejszy wpis łączy się i z okresem, i z babskim narzekaniem, i z…

I z nadchodzącymi świętami.

A co to wszystko ma wspólnego?

JAJCO.

Jakiś czas temu w rozmowie z Kuzynką Małżona wyszedł temat tego, jak to jest, że nasze kury znoszą jajka, a nie mają koguta. Częsty błąd w rozumowaniu, który popełnia większość ludzi (w tym i ja, zanim jakiś głupi obrazek w internecie mnie nie wyedukował w tym kierunku).

Otóż prawda jest taka, że kury, aby znosić jajka, nie muszą mieć koguta. Czytaj dalej

Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

Moi kochani! Z napisaniem tego postu noszę się od czasu, kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę Tosi, czyli niemal od dwóch lat.

Będzie on dotyczył kontrowersyjnego – o dziwo- tematu, czyli CUKRU.

candy-574776_1280

pixabay.com

Pierwszą jasną dla mnie rzeczą jest, że cukier nie jest uznany za coś ZDROWEGO.

Tutaj może pozwolę sobie na przytoczenie kilku informacji na temat szkodliwości cukru:

  • Cukier zakwasza organizm
  • Cukier jest pożywką dla grzybów (np. candida)
  • Cukier podrażnia śluzówkę żołądka i niszczy błonę śluzową jelit
  • Cukier jest uzależniający
  • Spożycie cukru powoduje negatywne w skutkach nagłe wahania glukozy we krwi
  • Cukier znacznie zwiększa ryzyko powstawania próchnicy
  • Cukier zaburza pracę układu trawiennego (tak, tak! Zaparcia po czekoladkach)
  • Cukier spożywany w nadmiarze powoduje nadwagę

I wiele, wiele innych.

Jeśli chodzi o uzależnienie od cukru- doświadczyłam tego na własnej skórze w trakcie karmienia piersią: miałam wtedy takie parcie na cukier, że zachowywałam się autentycznie jak „ksiązkowy” alkoholik, czy narkoman; Czytaj dalej

MAŁY APDEJCIK*

Wróciłam do pracy, jestem więc całkowicie ENTAJTELD** do rzucania korpo-zangielszczonymi słowo-śmieciami.

Mogę też przeklinać, bo TAKI KLIMAT MAMY. I w sumie zawsze znajdzie się coś do obklnięcia w robocie, nie?

Poza tym- bajzel na kółkach. Od 25tego lutego siedziałam i czekałam: KIEDY WRESZCIE ZACZNĘ PRACĘ? Ale tu coś nie działa, tego brakuje, na tamto czekam… bo coś się zepsuło w systemie, bo ktoś czegoś nie zatwierdził…

Nie to, żeby spieszyło mi się do pracy na pełny gaz 😉 ale głupio mi tak siedzieć i wymyślać, co mogę zrobić, jak koleżanki orają. Robię więc co mogę, wymyślam treningi, wzdycham, zdycham… wszystko na pół gwizdka, co męczy chyba bardziej od normalnej pracy…

Wreszcie po jakichś niemal dwóch tygodniach dostałam wszystko, czego do roboty potrzeba, i powoli się wdrażam w moje nowe-stare klimaty. Dziewczyny w robocie się śmieją ze mnie, że mam zapał do takiej roboty, ale ja im odpowiadam: gdybyście siedziały trzy lata non stop w domu, też rwały byście się do biura. Patrzą na mnie z kpiącymi uśmiechami, ale co mi tam.

Życie domowe zmieniło się conieco…

Dzięki dobrze zrobionemu grafikowi (który zresztą ciężko było zrobić, ze względu na moje „zamówienia”- dzięki Martina!), jak na razie Kokos jeździ do Babci 3 razy w tygodniu.

Plan wygląda tak: Czytaj dalej

wolny dzień i dzieciowa paranoja

Hej mamy, tatusiowie, i inni!

Wiecie, jaki miałam dzisiaj super dzień laby?!

Rano (koło siódmej) zawieźliśmy z Małżonem dzieciątko do Babci na trening bycia bez mamy 😉 a na wieczór- czyli na teraz- Tateł zabierał Tosię na randkę taneczną. ŻYĆ, NIE UMIERAĆ!

Po odwiezieniu Żuczka Małżon, w drodze do pracy, zawiózł mnie do pobliskiego CITY, gdzie miałam pewną sprawę do załatwienia, a potem… WOLNOŚĆ! Robiłam fajne rzeczy: na początek, by podkreślić fakt, że nigdzie mi się nie spieszy, wzięłam wycieczkowy autobus do domu (jadący baaardzo długą trasą, za to zatrzymujący się zaraz obok domu). Potem cały dzień się byczyłam! Grzebałam w internecie, czytałam książki, spacerowałam z psem, dzwoniłam do kosmetyczki, planując w wyobraźni cudowne metamorfozy (czemu nie ma pogotowia kosmetycznego „robienie na bóstwo last -minute?), i inne takie przyjemności.

Potem zaliczyłam kilka obowiązków: skoczyłam na duże zakupy spożywcze, umówiłam parę zaległych spotkań (kurna, brzmię jak jaka byznesłómen!), przeniosłam pińcet kilo drewna kominkowego, obrałam ziemniaki, wymyśliłam obiad na jutro (najtrudniejsze i najbardziej niewdzięczne zajęcie świata :/)i rekreacyjnie- niemal z nudy- umyłam podłogi.

Teraz siedzę w necie, i piszę wam o mojej dziecio-paranoi. Fajny dzień.

W przyszły czwartek wracam do pracy. BARDZO SIĘ CIESZĘ, że wreszcie wracam do pracy (i równie bardzo dziwi mnie ta radość :D). Bardzo bym nie chciała, żeby coś pokrzyżowało mi plany.

ale… Czytaj dalej

Na temat rozwoju mowy- po miesiącach.

Pamiętacie, jak pisałam o tym, że martwię się, że Tosia nie mówi (o TU)?

Od tamtej pory WIELE się zmieniło.

Tosia nawija :)

Fakt faktem- jeszcze po dzidziusiowemu, czasem nie wyraźnie, ale zawsze da się z nią dogadać. Przy tym teksty, jakie sypie, nie raz doprowadzają nas do łez ze śmiechu: ostatnio na przykład znienacka wykrzyknęła: KOCIE! LADACO! czym nas zupełnie rozwaliła- a przecież to nic innego, jak hasło z jednego z wielu wierszyków czytanych wieczorem („pies warknął: Kocie- Ladaco! Ty zająć masz się tą pracą!”). Często też snuje opowieści: „Tosia małym dzidziusiem była, pieluszki nosiła! Teraz- majty!”.

Jej zabawy- jeśli już skusi się na zabawę samej, co przez ostatnie tygodnie zdarzało się nieczęsto- polegają na odgrywaniu scenek zabawkami, często wymieniamy z Małżonem uchachane spojrzenia, słuchając : „Pani Jajoś mamusiom jest! Memuś dzidziusiem! Skaczą! Hahaaa! Bawić, bawić się! Basen. Choć! PLUM PLUM! Rysować! Choć! Bam. Buuuuu! (Memuś płacze).” Czytaj dalej

Dziecko jest kosmitą.

Hej hej!

Nie odzywanie się na blogu nie zwolniło mnie od myślenia w tym czasie, więc miałam kilka refleksji odnośnie czasu, w którym dziecko uczy się asertywności.

Oczywiście będę powielać to, co już zostało wielokrotnie na ten temat powiedziane/napisane, czyli że trzeba być z dzieckiem blisko w czasie „buntu”, okazywać miłość i cierpliwość, tłumaczyć raczej niż karać, itepe itede. Podaruję sobie więc tego typu oczywiste oczywistości, i raczej napiszę o moim wielkim olśnieniu.

Pewnego dnia Tosia jak zawsze stawiała się jeśli chodzi o nocnik (drażliwy temat, Tosia bardzo walczy na tym polu o niezależność, jak już PISAŁAM). „Nie- bo nie”. Sęk w tym, że tym razem sytuacja miała miejsce poza domem, nie byłam uczestnikiem rozmowy, nie byłam u siebie i ryzyko nie dotyczyło mojej podłogi; a i pytanie o nocnik padło wielokrotnie, raz za razem.

-Tosiu, chcesz siusiu?
-Nie.
-A może jednak? Dawno już nie robiłaś…
-Nie!!
-Choć, może jednak zrobisz, nie chciała byś chyba zrobić w majtki…
-NIEEEEE!!! (ryk)

Reakcją osób prowadzących z nią dialog była gadka o tym, jak to niegrzecznie, że płacze. Stanęłam natychmiast w obronie mojego dziecka, bo moim zdaniem PŁACZ SAM W SOBIE NIE JEST NIEGRZECZNY. Czytaj dalej

Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian

Szumnie zatytułowany wpis, co? Może dlatego, że nie chciałam być obcesowa. A może dlatego, że nie cierpię określenia „Bunt Dwulatka„; choć strasznie często go używam- wbrew sobie; tak jest krócej- rzucam hasło, i wszystko jasne. A przecież na ten dziwny Czas Przemian składa się tak wiele czynników…

Ja wiem, że to normalny etap w życiu dziecka, że trzeba wykazać się cierpliwością, przeprowadzić dziecko za rękę przez te wyboje… ja wiem, że jej też jest trudno, że czuje się zagubiona (to akurat widać gołym okiem!) ale i tak chcę wam ponarzekać.

Krótki Kokosowy rys, gwoli wstępu:

Antosia: Delikatny, kruchy, słodki Elf. Ostrożny. Pojętny. Wiele da sobie wytłumaczyć. Obserwator raczej niż prowodyr. Słucha, obserwuje, rozumie, kataloguje. Raczej z książeczką niż z piłką. Powolny w ruchach. Swoje drugie, diabelskie oblicze pokazuje tylko na Łosiu na biegunach (gdyby Ikea widziała Tosię w akcji, wycofali by tę zabawkę z obiegu ze względów bezpieczeństwa)…a przynajmniej do grudnia tak było… Czytaj dalej