Zebranie w przedszkolu czyli polskie szaleństwo zbiorowe

Póki leżę chora- jak obiecałam w ostatnim wpisie, napiszę wam o zebraniu organizacyjnym w przedszkolu Pyzy. Usłyszałam na nim wiele rzeczy, ale jedna rozwaliła mnie na łopatki, i to o tym właśnie będzie dzisiejsza opowieść.

Przeżywałam to zebranie szalenie; bo przecież WSZYSTKO co miało związek z przedszkolem przeżywałam… jakbym to ja sama miała ruszyć w nieznane!

W pracy na przerwie zrobiłam staranny (jak na moje możliwości) makijaż, bo stwierdziłam, że dobrze, żebym nie pokazywała swojej „baby face” (w wolnym tłumaczeniu: twarzy, przez którą nadal proszą mnie o dowód w knajpie) w oryginale: dosyć mam ludzi traktujących mnie z góry, bo wyglądam jak młodociana… jak do równania dodać trzyletnie dziecko, tolerancyjna Polska patrzy na mnie jakbym wpadła w połowie liceum, i kręci głową z niesmakiem.  Myślę sobie: raz mnie zobaczą pomalowaną, to może zapamiętają, że chyba nie jestem już takim młodym szczypiorem- i będę miała z głowy.

Już kilka dni wcześniej załatwiłam sobie wcześniejsze wyjście z pracy: zamieniłam się z koleżanką na zmiany, żeby skończyć o 16:00, i na dodatek wybrałam jeszcze zaległe 30 minut (kiedyś tam zostałam dłużej, to mi się należało).
Zaparkowałam gdzieś na końcu świata, nie wierząc, że pod przedszkolem znajdzie się miejsce (oczywiście, że było pełno miejsca! Ale ja+parkingi=głęboka nerwica na krawędzi paniki).  Przybyłam jako jedna z pierwszych (druga, tak dokładnie); po chwili rozglądania się po korytarzu, na którym najprawdopodobniej wszystko się odbędzie (patrzcie na te miniaturowe ławki, na te krzesełka <3 ! Jak Ci rodzice zmieszczą tu te swoje dorosłe tyłki??!?!!), nawiązałam nerwowy kontakt wzrokowy, i już po chwili toczyłam z Pierwszą Przybyła rozmowę. Okazało się, że również jest mamą malucha, który pierwszy raz rusza do przedszkola, i że to też jej pierwsze dziecię, łączyła nas więc niewidzialna nić matczynego popłochu.

Po chwili zaczęli gromadzić się inni rodzice, a jakaś miła Pani zaprosiła nas do zajmowania (tycich) miejsc. Potem nastąpiła przemowa przemiłej Pani Dyrektor, która przedstawiła nam personel, opowiedziała kto będzie w jakiej grupie, udzieliła kilku ważnych informacji organizacyjnych, po czym zaprosiła nas na spotkania w salach naszych dzieci z ich poszczególnymi wychowawczyniami.

Wdrapaliśmy się na pierwsze piętro, do sali Sówek, gdzie czekała na nas sympatycznie wyglądająca młoda Pani Przedszkolanka. Powitała nas, wyznaczyła największego frajera do sporządzenia protokołu zebrania (tjaaaa… dostało mi się już pierwszego dnia), i zaczęła opowiadać.

Cyrki zaczęły się już przy temacie spania.

Wiecie, że kto jak kto, ale ja doskonale rozumiem wszelakie kontrowersje wokół drzemek dziecięcych, ale tego się nie spodziewałam…
Nasza grupa to grupa dzieci najmłodszych, czyli 2,5 oraz 3 latki. Takie dzieci zazwyczaj jeszcze śpią w ciągu dnia (nie licząc wybryków takich jak moja Tosia, która się na chama przeciwstawia karze spania), i jest to zupełnie normalne. A tymczasem… W grupie tylko jedna matka zadeklarowała, że jej dziecko zawsze na 100% śpi. Pozostali rodzice ZAŻĄDALI, żeby ich dzieci nie kłaść. Wywiązała się dyskusja, i okazało się, że niektóre mamy życzą sobie, żeby „przemęczyć” ich dzieci, żeby zasypiały spokojnie wczesnym wieczorem!
Hmmm, czy przypadkiem sen dzienny w takim wieku nie jest jeszcze…powiedzmy… higienicznym wymogiem organizmu? Ja rozumiem, że są takie stwory jak Tosia, które u babci śpią jak złoto, a u mamy zasną tylko w sytuacji ekstremalnej, ale jednak! Pani Przedszkolanka usiłowała wytłumaczyć, że dzieci będą miały więcej bodźców, będą zwyczajnie zmęczone… ależ się na to podniósł gwar! Ja nieśmiało bąkałam do mam (i tatusia) siedzących obok, że przecież wyjdzie w praniu, i żeby dać dzieciom czas, że wszystko się okaże*… ale wygodnickie mamy stawiały zaciekły opór. Musieliśmy ściągnąć do sali Panią Dyrektor, która powiedziała, że nie możemy sobie USTALIĆ że NIE MA SPANIA, bo nie mają dodatkowej sali dla dzieci śpiących (przyjęli w tym roku więcej dzieci itp), i żeby może podjąć decyzję po jakimś czasie, wtedy się okaże ile dzieci w jakich grupach obywa się bez spania, i można podjąć jakieś kroki.
Uciszyło to komentarze, ale niektóre twarze pozostały po tym niezadowolone, miny zacięte.

Ale to był tylko przedsmak tego, co się stało za chwilę, bo zaraz po tym padło pytanie z tyłu sali:

A W JAKIE DNI DZIECI BĘDĄ MIAŁY RELIGIĘ?
– Najmłodsza grupa jeszcze nie ma religii.- odpowiedziała Pani Przedszkolanka.

……

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

OLABOGA, mówię wam, co tam się działo!!! Reakcja była niesamowita!

Z niedowierzaniem spoglądałam na stado rozjuszonych matek, nie do końca pewna, czy to nie jest przypadkiem jakiś sen wywołany karykaturalną sytuacją polityczną w kraju, którą co dzień beka mi się jak zepsutym pomidorem.

Wymieniłam spojrzenia z siedzącymi wokół mnie mamami (i tatą), i zobaczyłam mój szok odbijający się też w ich oczach (najwyraźniej nieświadomie dobrze się dobraliśmy siadając razem).

Pani Przedszkolanka, zakłopotana, zaczęła tłumaczyć, że dzieci w tym wieku jeszcze niewiele pojmują z tych spraw, a poza tym pierwszy rok stanowi nie lada wyzwanie ze względów adaptacyjnych; dzieci nie raz trzymają jej za obie nogi i płaczą, nie puszczając jej na krok, gdy pojawia się ktoś „nowy”, nawet, jeśli ta „nowa” osoba wpada raz w tygodniu.

Brygada mamusiek szła w zaparte…

Po chwili temat jakoś umarł, i w sali ucichło, a wtedy fajowa mama siedząca obok mnie powiedziała donośnym szeptem:

„Ja już wiem, jak wygląda ta ich religia dla maluchów- mam syna w starszakach; jednego dnia przychodzi katechetka, i mówi dzieciom (ku ich rozpaczy), że Św Mikołaj nie istnieje, a dwa dni później Mikołaj przynosi im prezenty… genialne.”

Umarłam :)

Kilka dni później w zeszycie, do którego wpisujemy się przyprowadzając dziecko, widniała nowa kartka: ” w związku z życzeniem rodziców w grupie będą odbywały się zajęcia z religii. Prosimy o przyniesienie zeszytu 32 kartkowego w kratkę oraz 7 zł na obrazki”.

Hmmm…..

Chyba jestem ograniczona, ale kompletnie tego nie kumam: dla mnie ważniejsze jest to, żeby dziecko najpierw zyskało poczucie bezpieczeństwa w miejscu, w którym będzie spędzać większość czasu, a na resztę przyjdzie jeszcze czas. A może po prostu jestem jakaś dziwna: bardziej dbam o to, żeby dziecko wyrosło na szczęśliwego, zrównoważonego człowieka, zamiast na dobrego, sfrustrowanego katolika*, z duszą kodowaną już w czasie, kiedy jeszcze robi w pieluchy… Nie wiem już.

To tyle na temat.

Papa!

*A i owszem, okazało się: w pierwsze dni większość dzieci zasnęła pokotem, nie doczekując pory spania! Tosiun nawet zasnęła z głową na stole, przy obiedzie (ponad rok marzyłam, by zobaczyć coś takiego w domu), a w domu zasnęła o 18:30, bez kąpieli, i nie ocknęła się nawet jak przebieraliśmy ją na śpiocha do snu; przespała całą noc. UWIELBIAM TO!

**Żeby było jasne: jestem osobą wierzącą, ale w Boga, a nie w kościół. Resztki mojej wiary w kościół umierają ostatnio w boleściach.

 

Jestem sobie przedszkolaczek

Temat stracił na świeżości, przecież już minęły 3 tygodnie, ale zebrałam się:

Dziś wreszcie napiszę o tym, jak wyglądało u nas Tosine pójście to przedszkola.

 

Rany, od lipca chodziłam jak w amoku.
Dziecko mam oddać. Moje własne, ukochane. Nic już nie będę miała z tego dziecka; idzie, ukradzione przez normy, układy i wymogi społeczne. Cholera, w Afryce dzieci są z rodzicami, tak, jak wymyśliła natura! To tylko u nas tak nienormalnie… Kto będzie miał czas uczyć ją życia, i odpowiadać na każde, jakże ważne pytanie? Przecież Pani ma pod opieką tyle dzieci, nie znajdzie czasu na skupienie się na moim dziecku, które lubi ROZUMIEĆ świat?

I tego typu głupoty.

Kokos niewiele się zmienił, jeśli chodzi o kontakty z dziećmi; najlepiej bawić się z mamą, a na resztę możemy popatrzeć. Na wakacjach miała kilka prób towarzyskich, podchodziła do innych dzieci jak do jeży, przełamywała się… po czym na placu zabaw 100% ignora, i chciała bawić się tylko z mamą (mama często udawała, że tego nie widzi, i próbowała odsyłać z powrotem do dzieci).

(Fajne jest to, że od wakacji Tateł przestał być rodzicem „drugiego sortu”, i Pyza woła go teraz do zabawy równie często jak mnie. Dotarcie do tego stanu zajęło 2,5 roku ciężkiej pracy i mojego dyskretnego (lub mniej dyskretnego czasem) wycofywania się… ale dotarliśmy tam!
Oh, wybaczcie dygresję.)

Tosia lada dzień miała iść do przedszkola. 

Czytaj dalej

Sobotnie porządki

brush-15931_1280

pixabay.com

Hej moi drodzy!

Większość z was zapewne zna powiedzenie:

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu.

Poniższa opowiastka jest jego genialną ilustracją w wydaniu soft, kwalifikująca mnie w poczet legendarnych CH**wych pań domu.

Jak zapewne wiecie (nie wiecie?- dowiecie się tu: KLIK) w week endy pracuję z domu.
Praca pracą, ale chwile przerwy też się należą.

W pewnej chwili postanowiłam skoczyć sobie „na dół”- do kuchni, zrobić herbatkę. Korzystam z faktu, że Małżon z Kokoskiem są na spacerze, i nikt nie będzie mnie próbował wciągnąć w zabawę, ani złamać mi serca tekstami: „Mamusiu, nie pracujesz już? Mamusiu, nie pracuuuj, chodź się pobaw ze mną!”.  Podstawiam dzbanek pod dozownik wody w lodówce -wiecie, taki mini kranik, działający na „popchnięcie”: dosunięty dzbanek dociska zapadkę, więc woda leci sobie powolutku. Zostawiam tam dzbanek i korzystam z chwili, żeby coś poogarniać.

(tak, tak, myślenie godne prawdziwej kury domowej: mam przerwę- popracuję troszkę w domu).

Myślę sobie: tragedii wielkiej tu dziś nie ma, tylko powierzchowne sprzątanko- podłoga się nie klei, niedawno była myta, Małżon pochował po śniadaniu talerzyki do zmywarki, jest OK, szybki szpil podczas gotowania wody:

Otwieram okna, żeby porządnie przewietrzyć, wynoszę krzesła z kuchni, żeby włączyć odkurzacz (takiego robota, co pełza i ogarnia sam, tzw. roomba), włączam odkurzacz, ścieram okruchy z blatów…

I NAGLE SŁYSZĘ SZUM WODOSPADU.

Zazwyczaj ten dźwięk kojarzy się miło, relaksuje, tym razem jednak, z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie jest kojący.
Odwracam się na pięcie, i patrzę jak woda przelewa się przez brzegi dzbanka podstawionego pod lodówkowy kranik, płynie po drzwiach zamrażarki, i rozlewa się coraz większą kałużą po kuchni, wpełzając pod meble.

Z gibkością gazeli rzucam się po dzbanek, rozchlapując wokół jeszcze więcej wody, a potem lecę po mopa (w międzyczasie wreszcie włączam czajnik…). Wracam z mopem do kuchni, a tu…

ROBOT JUŻ ZDĄŻYŁ ZAUWAŻYĆ KAŁUŻĘ, i korzystając z niecodziennej gratki, przybiegł się popluskać!

W popłochu wyłączyłam dziada- jeszcze tego brakuje, żeby nam się najważniejszy sprzęt w domu spalił (najważniejszy- bo gdzie znajdziesz frajera, który za Ciebie pozamiata?)! Potem z mozołem mopuję zalane powierzchnie.

Uff, wszystko suche. Włączam robota i zmykam do góry.

Nagle zauważam jakieś dziwne paski na podłodze- co to jest, u licha?

Acha.

To ślady kółek robota; zupełnie, jakby miniaturowy jeep przejechał kuchnię w kilku kierunkach… zakurzone kółeczka wjechały w kałużę, tam kurz zmieszany z wodą zrobił się przepiękną brudną ciapletą oblepiającą koła, a roomba szybciuchno rozniosła wszystko po kuchni.

TERAZ PODŁOGA NADAJE SIĘ DO MYCIA.

I po co się było starać?

Czy natura się na nas uwzięła?- z przymrużeniem oka o okresach

Brzuch mnie boli. Niefajnie mi. Głowa bolała wczoraj.

W gaciach mam jakąś książkę telefoniczną, żeby móc jakoś funkcjonować.

MAM OKRES.

Znacie to skądś, drogie Panie?

A gdzieś z tyłu głowy mały głos mówi na dodatek: z jakiej paki to właśnie kobiety mają się tak męczyć? Czemu nie faceci? Przecież my na dodatek musimy dzieci rodzić…

czy inne podobne narzekania.

 

Dzisiejszy wpis łączy się i z okresem, i z babskim narzekaniem, i z…

I z nadchodzącymi świętami.

A co to wszystko ma wspólnego?

JAJCO.

Jakiś czas temu w rozmowie z Kuzynką Małżona wyszedł temat tego, jak to jest, że nasze kury znoszą jajka, a nie mają koguta. Częsty błąd w rozumowaniu, który popełnia większość ludzi (w tym i ja, zanim jakiś głupi obrazek w internecie mnie nie wyedukował w tym kierunku).

Otóż prawda jest taka, że kury, aby znosić jajka, nie muszą mieć koguta. Czytaj dalej

Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

Moi kochani! Z napisaniem tego postu noszę się od czasu, kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę Tosi, czyli niemal od dwóch lat.

Będzie on dotyczył kontrowersyjnego – o dziwo- tematu, czyli CUKRU.

candy-574776_1280

pixabay.com

Pierwszą jasną dla mnie rzeczą jest, że cukier nie jest uznany za coś ZDROWEGO.

Tutaj może pozwolę sobie na przytoczenie kilku informacji na temat szkodliwości cukru:

  • Cukier zakwasza organizm
  • Cukier jest pożywką dla grzybów (np. candida)
  • Cukier podrażnia śluzówkę żołądka i niszczy błonę śluzową jelit
  • Cukier jest uzależniający
  • Spożycie cukru powoduje negatywne w skutkach nagłe wahania glukozy we krwi
  • Cukier znacznie zwiększa ryzyko powstawania próchnicy
  • Cukier zaburza pracę układu trawiennego (tak, tak! Zaparcia po czekoladkach)
  • Cukier spożywany w nadmiarze powoduje nadwagę

I wiele, wiele innych.

Jeśli chodzi o uzależnienie od cukru- doświadczyłam tego na własnej skórze w trakcie karmienia piersią: miałam wtedy takie parcie na cukier, że zachowywałam się autentycznie jak „ksiązkowy” alkoholik, czy narkoman; Czytaj dalej

MAŁY APDEJCIK*

Wróciłam do pracy, jestem więc całkowicie ENTAJTELD** do rzucania korpo-zangielszczonymi słowo-śmieciami.

Mogę też przeklinać, bo TAKI KLIMAT MAMY. I w sumie zawsze znajdzie się coś do obklnięcia w robocie, nie?

Poza tym- bajzel na kółkach. Od 25tego lutego siedziałam i czekałam: KIEDY WRESZCIE ZACZNĘ PRACĘ? Ale tu coś nie działa, tego brakuje, na tamto czekam… bo coś się zepsuło w systemie, bo ktoś czegoś nie zatwierdził…

Nie to, żeby spieszyło mi się do pracy na pełny gaz 😉 ale głupio mi tak siedzieć i wymyślać, co mogę zrobić, jak koleżanki orają. Robię więc co mogę, wymyślam treningi, wzdycham, zdycham… wszystko na pół gwizdka, co męczy chyba bardziej od normalnej pracy…

Wreszcie po jakichś niemal dwóch tygodniach dostałam wszystko, czego do roboty potrzeba, i powoli się wdrażam w moje nowe-stare klimaty. Dziewczyny w robocie się śmieją ze mnie, że mam zapał do takiej roboty, ale ja im odpowiadam: gdybyście siedziały trzy lata non stop w domu, też rwały byście się do biura. Patrzą na mnie z kpiącymi uśmiechami, ale co mi tam.

Życie domowe zmieniło się conieco…

Dzięki dobrze zrobionemu grafikowi (który zresztą ciężko było zrobić, ze względu na moje „zamówienia”- dzięki Martina!), jak na razie Kokos jeździ do Babci 3 razy w tygodniu.

Plan wygląda tak: Czytaj dalej

wolny dzień i dzieciowa paranoja

Hej mamy, tatusiowie, i inni!

Wiecie, jaki miałam dzisiaj super dzień laby?!

Rano (koło siódmej) zawieźliśmy z Małżonem dzieciątko do Babci na trening bycia bez mamy 😉 a na wieczór- czyli na teraz- Tateł zabierał Tosię na randkę taneczną. ŻYĆ, NIE UMIERAĆ!

Po odwiezieniu Żuczka Małżon, w drodze do pracy, zawiózł mnie do pobliskiego CITY, gdzie miałam pewną sprawę do załatwienia, a potem… WOLNOŚĆ! Robiłam fajne rzeczy: na początek, by podkreślić fakt, że nigdzie mi się nie spieszy, wzięłam wycieczkowy autobus do domu (jadący baaardzo długą trasą, za to zatrzymujący się zaraz obok domu). Potem cały dzień się byczyłam! Grzebałam w internecie, czytałam książki, spacerowałam z psem, dzwoniłam do kosmetyczki, planując w wyobraźni cudowne metamorfozy (czemu nie ma pogotowia kosmetycznego „robienie na bóstwo last -minute?), i inne takie przyjemności.

Potem zaliczyłam kilka obowiązków: skoczyłam na duże zakupy spożywcze, umówiłam parę zaległych spotkań (kurna, brzmię jak jaka byznesłómen!), przeniosłam pińcet kilo drewna kominkowego, obrałam ziemniaki, wymyśliłam obiad na jutro (najtrudniejsze i najbardziej niewdzięczne zajęcie świata :/)i rekreacyjnie- niemal z nudy- umyłam podłogi.

Teraz siedzę w necie, i piszę wam o mojej dziecio-paranoi. Fajny dzień.

W przyszły czwartek wracam do pracy. BARDZO SIĘ CIESZĘ, że wreszcie wracam do pracy (i równie bardzo dziwi mnie ta radość :D). Bardzo bym nie chciała, żeby coś pokrzyżowało mi plany.

ale… Czytaj dalej

Na temat rozwoju mowy- po miesiącach.

Pamiętacie, jak pisałam o tym, że martwię się, że Tosia nie mówi (o TU)?

Od tamtej pory WIELE się zmieniło.

Tosia nawija :)

Fakt faktem- jeszcze po dzidziusiowemu, czasem nie wyraźnie, ale zawsze da się z nią dogadać. Przy tym teksty, jakie sypie, nie raz doprowadzają nas do łez ze śmiechu: ostatnio na przykład znienacka wykrzyknęła: KOCIE! LADACO! czym nas zupełnie rozwaliła- a przecież to nic innego, jak hasło z jednego z wielu wierszyków czytanych wieczorem („pies warknął: Kocie- Ladaco! Ty zająć masz się tą pracą!”). Często też snuje opowieści: „Tosia małym dzidziusiem była, pieluszki nosiła! Teraz- majty!”.

Jej zabawy- jeśli już skusi się na zabawę samej, co przez ostatnie tygodnie zdarzało się nieczęsto- polegają na odgrywaniu scenek zabawkami, często wymieniamy z Małżonem uchachane spojrzenia, słuchając : „Pani Jajoś mamusiom jest! Memuś dzidziusiem! Skaczą! Hahaaa! Bawić, bawić się! Basen. Choć! PLUM PLUM! Rysować! Choć! Bam. Buuuuu! (Memuś płacze).” Czytaj dalej