Miesięczne archiwum: Luty 2014

Rzecz o moim nietypowym powrocie do figury sprzed ciąży, czyli „Nasza Szkapa”

Ufff….Moi wspaniali Teściowie wzięli Tosinkę na spacer, mam więc chwilkę, żeby skończyć wpis, który „męczę” od kilku dni.

UWAGA: we wpisie parokrotnie pojawia się słowo „dupa” i raz słowo „zajebistość”, osoby o słabych nerwach proszę o nieczytanie, bądź czytanie ostrożne, z mentalnym cenzurowaniem.

„To nie do wytrzymania wprost
co dziś spotyka mnie
bo każdy przecież ma swój wzrost,
ja tylko nie!

Po coś do jedzenia,
czy po coś do picia
gdy sięgnie moja dłoń-
To się zaraz zmieniam!
I staję się tycia,
lub wielka niby SŁOŃ.” *

 

Kobiety tak mają, że lubią się martwić wyglądem. Chcą być atrakcyjne, i kropka. Żeby tego było mało- lubią się martwić na zapas: pamiętam jak lata temu, gdy małżeństwo i potomstwo były jeszcze w odległych planach, biadoliłam mojemu Chłopakowi (znanemu z innych postów jako obecny Małżon) „A co, jak w ciąży przytyję 20 kg i już zawsze będę gruba? Będziesz mnie dalej kochał?” ?(zaznaczę tu, że jestem drobnej budowy, i 20 kg w moim przypadku zrobiło by kolosalną różnicę).

Minęło (…) lat; jestem zamężna, przyszła pora na dziecko…

Na początku ciąży, czyli w marcu, ważyłam mniej niż w zimie, kiedy to wszystkie mądre zwierzaczki w lesie hodują miziutką i cieplutką warstwę tłuszczyku. Z czasem zaczęłam przybierać na wadze, ale nie jakoś hiper-prędko, poza tym każdy kilogram witałam owacjami na stojąco (stojąc na wadze, oczywiście!), myśląc o tym, że to po prostu wsparcie techniczne dla małego ludzika rosnącego w moim powiększającym się brzuszku. Jako, że najdłuższy okres ciąży przypadł u mnie na miesiące gorące (a lato było tego roku zacne!), największe smaki brały mnie na owoce :), co też nie sprzyjało jakiemuś wielkiemu obtłuszczaniu.

W końcu lato zaczęło zmierzchać, a we mnie obudził się wilczy głód na… SŁODYCZEEE!! Nigdy nie byłam ich fanką, ze słodkości najbardziej kręciły mnie szynka, śledzie i słone paluszki ;). Tym szalonym smakom przeciwstawiły się jednak wyniki badań na poziom cukru we krwi… po trzech dniach dietowania ogólnego wybrałam się na próbę glukozową (Bleee!!), i okazało się, że mam cukrzycę ciążową! Tak więc trzeba było zacząć dosyć restrykcyjną dietę; na początku każdy wynik badania krwi po każdym posiłku miałam w normie- obojętnie, co bym zjadła, więc stwierdziłam, że ta cukrzyca to jakaś pomyłka, i zapodałam sobie BOMBĘ KALORYCZNĄ: Smażone banany z nutellą, lodami i bitą śmietaną (A jak, miałam ochotę na słodkie, nie? :D)! Wtedy to właśnie okazało się, że cukrzyca naprawdę jest- nie umiałam ustabilizować cukru chyba przez tydzień! Wreszcie osiągnęłam jako taką równowagę jedząc prawie nic ;). Ostatnie trzy miesiące ciąży spędziłam jedząc wyśmienite zdrowe chleby pełnoziarniste pieczone przez Małżona, z sałatą, ogórkiem (dwie rzeczy, które można jeść zupełnie bezkarnie w cukrzycy ciążowej!), chudą wędliną, i …nutellą (HAHA! Na legalu- o dziwo ma niski indeks glikemiczny :D!), na obiady jadając NIE PAMIĘTAM CO- bo było nieciekawe (za to dzięki tej cukrzycy znalazłam kupę fajnych przepisów na wypieki, np na niskocukrowe, pełnoziarniste muffiny :))

Oprócz tego, żeby wreszcie zadbać o jakąś kondycję fizyczną, zapisałam się na zajęcia fitness dla „ciężarówek”- „Aktywna Mama” (genialna sprawa!). Już dawno nie czułam się taka fit jak z pół metrowym bębnem noszonym z przodu 😉

Do dnia porodu dotarłam ze sporym brzuchem (jak każda ciężarna! :D), i zupełną nieświadomością ile tak naprawdę przybrałam na wadze.

IMG_0879

(To ja, 4 dni przed porodem, z bębenkiem :D)

Potem był poród (cesarka- o tym na pewno jeszcze napiszę), potem 4 dni w szpitalu, potem ubrałam swoje spodnie, i….

OLABOGA!!! KTO MI PODMIENIŁ NOGI NA ZAPAŁKI!?!?! O CO TU CHODZI???!?!

Po powrocie do domu dosyć szybko postanowiłam się zważyć.

Kurdę, urodziłam dziecko jakiś tydzień temu, a już ważę mniej, niż na początku ciąży! A przecież  nie raz obserwowałam dziewczyny ćwiczące po porodzie żeby zrzucić dodatkowe kilogramy…

Do tego wszystkiego doszło karmienie piersią.

Wchodziłam na wagę, i z dnia na dzień obserwowałam spadek.

Na początku cieszyłam się, myśląc: hehe, niedługo dobiję do wagi z liceum 😀 Nie ważyłam tyle od czasów tańca! Niedługo spokojnie wbiję się w moje DOLCZEGABANY**!!

U mnie karmienie piersią działa jako podwójny katalizator odchudzania: nie dość, że córeczka zjada ze mnie trochę kalorii, to jeszcze z okazji wrażliwego brzuszka mojej kruszynki mogę naprawdę niewiele rzeczy jeść. No i poza tym rzygam już marchewką i jabłkiem w każdej znanej postaci… tak więc był czas, że jadłam niechętnie.

Dotarłam do wagi z liceum. Fajnie, elegancko, tyle ważyłam jak się jeszcze trochę ruszałam. Tyle tylko, że teraz się nie ruszam, coś jest nie halo.

Wbiłam się w moje gaciorki skórzane. Fajnie, tylko… gdzie ja niby mam w nich wyjść? Na codzienny offroad, czyli spacer po błotnych polach z wyścigówką Tosi? W sumie pomyślałam, że jak będę szła na jakąś wizytę do mojej Dr Ginekolog (której chyba kiedyś pomnik wystawię za zajebistość!), to się odstawię, bo w końcu jest ona jedną z dwóch osób, które sprawiają, że chce mi się golić nogi zimą 😉 To przecież prawie jak randka, zresztą ostatnimi czasy wyskok do lekarza jest dla mnie jak impreza w nocnym klubie!(czyt: WOOOOW!!! WYSZŁAM Z DOMUUU!!! :D)

Waga… waga dalej spada!

Zaczynam podjadać rzeczy nielegalne.  Nie pomaga. Mam już od dawna czwórkę z przodu na wadze, zaczyna mi się zdawać, że wyglądam jak dziewczę niezdrowe na chorobę na literę A. Spodnie lecą mi z dupy, ba- majtki lecą mi z dupy!

Co za los… we własnych ciuchach wyglądam jak młodsza siostra, której nie mam! Boję się zacząć ćwiczyć, żeby nie schudnąć,nie zniknąć albo się nie połamać! A co będzie, jak przyjdzie wichura?! Jak stanę obok znaku drogowego, można mnie zauważyć tylko dlatego, że wystają kolana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(To ja obecnie, z moim małżonem „pod rękę”)

Dodam jeszcze, że był moment taki: „Wow, mężu, zobacz, jak mało ważę! Tylko żeby ten brzuchol zniknął już po tej ciąży, to całkiem ze mnie szprycha będzie!”. Następnego dnia, przed śniadaniem, zerknęłam w lustro, i wtedy zauważyłam, że brzuch ciążowy już zupełnie zniknął… Kurde, cholera by te wzdęcia wzięła!

Tak to właśnie wyglądało moje wracanie do figury. Wracanie? Co ja mówię!! PRZECHODZENIE PRZEZ ETAP FIGURY, i dalsze kulanie się po równi pochyłej w kierunku wyglądu tyczki. Na dodatek z wydętym brzucholem.

Ach te baby, tak źle i tak niedobrze, nie? 😉

DZIĘKI BOGU JUTRO TŁUSTY CZWARTEK!!!!

Sobie, i wszystkim karmiącym piersią mówię: SMACZNEGO, PÓJDZIE W CYCKI 😉

 *Tekst piosenki z bajki muzycznej „Alicja w krainie czarów” z czasów mojego dzieciństwa. Jakoś mi tu spasował 😉

** DOLCZEGABANY- Moje cudoooowne skórzane spodnie zakupione w Londku w czarity szopie mojej burżujskiej dzielnicy (W moich okolicznych Charity Shop’ach roiło się od markowych ciuchów, bo przeca gwiazda czy Celebryt dwa razy nie może być widziany w tym samym! Dało się więc wygrzebać butki od Jimmiego Choo, albo inne skarby ;)), które to miałam okazję założyć może raz, i to na wciągniętym brzuchu! Są od środka obszyte miziutkim materiałem w gustowną (olaboga!) panterkę, mają kupę zameczków i gadżecików, w ogóle cud miód orzeszki i kapiące złoto! Kupiłam je w naiwności swej myśląc, że będę je używała na motor, jak już zrobię prawko. Życie nauczyło mnie myśleć lepiej, dlatego w szafie oprócz DOLCZEGABAN (spodni nieznanego włoskiego projektanta) wiszą też super gaciochy na motór z ochraniaczami.Też ostatnio nieużywane…

PS. NAJLEPSZEGO OLU! :*

Z listów do Oli- część druga, czyli trzy miesiące już za nami!

Uśpiłam córkę, uśpiłam męża…

… mogę pisać 😉 (nie wiem, jak długo błogi sen mojej dwójki Drombo potrwa, więc się raczej nie rozpiszę, chociaż, znając mnie- kto wie… ;))

Mamy już ponad 3 miesiące! Teraz już wiem, że bycie mamą to nie kaszka z mleczkiem. Przynajmniej na razie nie. Na razie jest to samo mleczko, kaszki wchodzą potem.

O NIEEE, Mleczny Potwór się obudził. Do później!

Dobra, „niebezpieczeństwo” chwilowo zażegnane.

O czym to ja? Ach tak, Mleczko… Mleczko na ciepło (36,6′), mleczko na nosie, mleczko w fałdzioszku szyjkowym, mleczko oszukane (to takie, kiedy udaje się, że się pije, a tak serio wypuszcza się wszystko boczkiem :D)- siostrzane mleczko Mleczka na prześcieradle/koszulce/spodniach itp.

Ale nie o mleczko chodzi. Teraz już chodzi o kontakt ze światem. Panna Antonina żąda widzieć świat. Chodzić po mieszkaniu znaczy się. Bo jak nie, to: (cytuję) „BEUU, BEUEEUUU!!” I tak dalej. No i dobrze, że dziecko chce się rozwijać, i że wie, czego chce 😀 czasem nawet oszukuje ją, zajmując czymś, co mi bardziej odpowiada (czytaj: co nie złamie mi znowu pleców, bo klocuś już waży 5,5 kg, co daje po barach :D), np Poważnymi Rozmowami o Życiu Na Przewijaku.

Z innych rzeczy: Mijają wreszcie paskudne kolki! A raczej przepoczwarzyły się w Świadome Dzielne Bączenie. W praktyce wygląda to tak, że dzidzia zamiast wić się w mękach i płakać, doprowadzając nas do złamanych serc z bezsilności, bierze sprawę w swoje „ręce”, napina się, pręży, pokrzykuje, postękuje, i w ciągu powiedzmy półgodzinnej serii wywala większość bączasów z brzuszka. Jest małym dzielnym wojownikiem :D! Dzisiejsza noc była pod tym względem masakryczna :/- Mama zjadła sobie bezczelnie wysoko błonnikowe śniadanko, bo przecież kupe trza kiedyś zrobić, nie?  Tak więc śniadanie , czyli płatki z jogurtem, poskutkowały spektakularną bieguną u Tosi, opróżnieniem jelit z kupy, i załadowaniem ich gazami, Któreż to gazy postanowiły budzić moją córcię, a w rezultacie całą naszą rodzinę, co 2 godziny w nocy. Usypianie po takim czymś trwało w sumie godzinę, czyli dziewczę, budząc się co 2 godziny, zasypiając po godzinie, w sumie pospało bardzo niewiele, zupełnie jak ja.Gdyby nie te cholerne bąki, Tosia zasypiała by pięknie o 20:30, wstawała na amciu raz koło 4 rano, i spała do rana. Zdarzają się takie cudowne noce, nawet ostatnio już parę razy spała w łóżeczku! Czad i kosmos, tyle miejsca w naszym 2 metrowym łożu :D!! W ogóle wiek 3 miesięcy jest wiekiem przełomowym- dzieci zaczynają SPAĆ wieczorami inaczej. Tzn nasza rutyna: 20:00 kąpanie, 20:30 mama z dzidzią w łóżku karmi cyckiem, 23:00 dziecko samoistnie odkleja się „zaśnięte”- umarła! Wygląda to teraz tak, że… kurde, ciężko stwierdzić, bo od 30.01 (czyli dnia 3 miesięcznicy) Tosia każdego wieczora zasypia inaczej! A to zaśnie sobie jeszcze przy przedkąpielowym cycku i śpi jak kamień do 4 rano, a to koło 22:48 stwierdza, że życie jest piękne, i będzie nam wesoło gaworzyć do 23:30, po czym płaczem da nam znać: no co z was za rodzice, że ja jeszcze nie śpię! Nie umiem zasnąć, pobujajcie mnie w hamaku! Albo wiele wiele innych wersji. Trochę nas to mota, bo my mamy założoną rutynę, i wg wszystkich książek świata, dziecko powinno ją w tym wieku załapać, i zasypiać jak w zegarku.

Kurde, że też instrukcja obsługi dziecka gdzies się przy porodzie zawieruszyła…

Przygody kuchenne e-Mamy- Walentynkowe Tiramisu

Witam ponownie moi mili,

W poprzednim poście wspomniałam, że z okazji walentynek uczyniłam pierwsze w swym życiu tiramisu. Kiedy stałam nad mikserem, mój Małżon zapytał: napiszesz o tym na swoim blogu? (jak widzicie- wspiera mnie w mojej idei spisywania RZECZY w sieci) ja na to: no co ty! …chyba, że coś spektakularnie zmaszczę!!….

Tym oto wpisem otwieram cykl postów o przygodach, tudzież porażkach kuchennych Karoliny.

Na wstępie dodam, że zanim w ciąży odkryłam uroki eksperymentów kulinarnych- unikałam kuchni jak ognia piekielnego! Byłam beztalenciem potwierdzonym wieloma dowodami, w tym wielokrotnym przypaleniem czajnika, i najlepiej z potraw wychodził mi rosół-zwłaszcza marki ZUPKA CHIŃSKA (o ile wcześniej nie przyjarałam wody).

Wraz z nadmiarem wolnego czasu, przyjemnością zażerania się różnymi zdrowymi przysmakami- zrodziła się we mnie pasja kucharska, którą to usiłują powstrzymać przed przejęciem świata kulinarnego drobne…hmmmm.. potknięcia.

Do rzeczy.

O tiramisu męczyłam mojego Małżona przez pół ciąży (drugie pół wiłam się w mękach na diecie z cukrzycą ciążową). Mąż jest bardzo dobry w kulinarne klocki, pracował kiedyś jako kucharz, w tym jakiś czas na sekcji deserów. Jak zrobił kiedyś tiramisu, poprzysięgłam sobie w duchu, że już nigdy nie dam mu spokoju 😉

Przy okazji walentynek stwierdziłam, że zamiast mu delikatnie wypomnieć: ty zły zły zły człowieku, tyle czasu temu obiecałeś mi tiramisu, i cooooo??? (mam taki brzydki zwyczaj wypominania, proszę mnie wytknąć palcem w komentarzach, może się zawstydzę, i oduczę)- zrobię ten deserek sama! Przecież nie może być trudny!

Fik myk- hopsa hopsa do internetu, zlustrowałam kilka przepisów, i dawaj! Zakupiłam produkty z wyprzedzeniem, a w dzień walentynek wykopałam jeden z przepisów, i…. pogryzając biszkopcika z paczuszki, stwierdziłam: cholera, mam za mało ciastek!

Pierwsze co- poleciałam do sklepu (była 16:58 jak dobiegłam (o 17:00 zamykali!-to znak, na pewno się wszystko uda!), i kupiłam ostatnie trzy (kolejny znak!!) paczki biszkoptów.

Wróciwszy do domu zakasałam rękawy, i wzięłam się do roboty. Mój Małżon postanowił dopomóc mi, i wygrzebał dla mnie swój przepis z czasów pracy, wg którego potrzebowałam jeszcze kawy rozpuszczalnej… szit, oczywiście, że nie mam! Postanowiłam więc, jak w internecie kazali, zrobić na kawce espresso. Wycisnęłam więc kawę z maszyny. Mąż spróbował, i powiedział, że za dużo jej zrobiłam z jednej grzechotki, że lepsza by była mocniejsza. Przejęłam się tym bardzo, i zrobiłam świeżej, taki dioboł mocny espresso. A że planowałam robić deserek na sporej blaszce- musiałam tych espresso zrobić z 10, żeby nasączyć wszystkie biszkopty. Zużyłam więc chyba pół paczki kawy.

Mniejsza z tym.

Męczyłam się z moczeniem ciasteczek chyba z pół godziny, bo wzięłam sobie do serca radę, żeby dobrze nasączyć- każde ciasteczko zanurzałam osobno na łyżeczce w tej kawie. Potem przyszła pora na miksowanie cukru z serkiem mascarpone- oczywiście już po kilku chwilach usłyszałam: „no tak, trzeba sobie zapamiętać, że lepiej do takich rzeczy jednak używać cukru pudru, będzie się łatwiej mieszał..” (tu napomknę, że w necie niemal każdy przepis był z cukrem pudrem, ale przepis męża o nim nie wspominał, a ja jak już robię- trzymam się przepisu!). potem usłyszałam: „uważaj, żeby nie ubijać za długo ze śmietaną, bo zrobi się masło”. Kurde no, ja tam lubię masło!

Krem wyszedł przecudny- miziutki, bez grudek (udało się rozmieszać cukier! Hurrraaaa!),wcale nie masłowy, i w ogóle pyszny! Przełożyłam 3 warstwy murzyńskich biszkoptów kremem, i wzięłam się za wykańczanie, czyli obsypywanie kakao.

I tu dochodzimy do tego momentu, przez który ta historia naprawdę trafiła do katalogu: Porażki kuchenne, i awansowała do „podzielić się ze światem”.

Kupiłam sobie zimą takie szablony do ozdabiania kawy, coby mężowi życie umilać obrazkami gwiazdeczki, serduszka przebitego strzałą czy też kwiatuszka na piance jego codziennej kawki. Oczywiście motyw serduszka jak najbardziej pasował do okazji, pomyślałam więc, że zamiast sypać kakao równo po wierzchu- powielę wzorek na całej powierzchni. Złapałam więc w dłoń niezbędne przybory, i dawaj- trzącham sitkiem nad szablonem. Małżon kibicujący mi dzielnie w całym przedsięwzięciu zauważył głośno: „hmmm, to nie działa, szitowo wyszło”. To odwróciło moją uwagę od przesiewacza; zerknęłam na wierzch masy, i przytaknęłam. Po czym przechyliłam blaszkę szablonu, żeby zrzucić kakao bezpośrednio na masę. Problem w tym, że patrzyłam najpierw na sitko, potem na masę, omijając kompletnie wzrokiem powierzchnię szablonu, a tam… zebrała się już spora górka proszku kakaowego, która to wylądowała w postaci nieregularnej kupki na środku mojego cudnego deseru!!!!!

Kur*(#&$*%(!!!! Da się to jakoś uratować?-zakrzyknęłam z rozpaczą do Męża-który-posiadł-wiedzę-tajemną-i-zna-wszystkie-odpowiedzi.”Możesz spróbować rozsypać na całą powierzchnię” (w sensie przechylając blachę, i oklepując boki). Wzięłam się ochoczo do prób ratunkowych przez oklepywanie otoczki okrągłej tortownicy, jednak moje starania przyniosły raczej marny skutek- złośliwe kakao postanowiło zlepić się w grudę na masie, i nie reagowało na moje szarpania. „Możesz też spróbować zdmuchnąć, ale będzie mega syf”.- Tonący brzytwy się chwyta! Poleciałam do łazienki, zdjęłam z brzegu wanny wszystkie butelki, i DMUUUUUUCH!!! Khe khe khe (czyt: kaszlu-kaszlu!) -zaciągnęłam się podle do płuc, które na to postanowiły wyskoczyć mi z klatki piersiowej, by mnie ukarać za głupotę. Późniejsze próby dmuchania były już raczej mizerne, bo za każdym razem jak usiłowałam wziąć wdech, dostawałam ataku kaszlu. Mąż postanowił wkroczyć- „zostaw, ja spróbuję”- skorzystałam z okazji i uciekłam jak najdalej od łazienki, i od mojej sromotnej porażki (oczywiście na sam koniec MUSIAŁAM coś spieprzyć, nie?!?!).

Po chwili Mąż krzątał się już w kuchni posypując moje uratowane heroicznym wysiłkiem Tiramisu. Ufff, jednak coś z tego będzie.

Deser był wyśmienity! Ach, jestem wspaniała, takie cuda robię w kuchni, że hej!

Po kolacji przyszła pora na kąpiel Tosinki. Poszliśmy do łazienki, a tam…..

nasz biały blat był całkiem nie biały… dziwny brązowy kurz przykrył wszystkie powierzchnie płaskie. Skąd to się tam wzięło!!!

Ja chyba jednak powinnam się trzymać z daleka od kuchni.

Amen.

 

Po-walentynkowo o walentynkach

Halo halo!

Wreszcie jest chwila, żeby usiąść (w zasadzie to półleżę, obok posapuje przez sen moja księżniczka Antonina 😉 ) i napisać na temat,który chodził mi po głowie od kilku dni, mianowicie: tradycja walentynek.

Wielu ludzi beszta obchodzenie walentynek, bo przecież to takie „Amerykancke” święto komercyjne, chodzi tylko o wydawanie kasy i napędzanie kolejek w sklepach, oraz że kochać powinno się cały rok. Inni dodają: a taka piękna była tradycja Nocy Kupały…

A ja wam na to:

Okej, kochamy cały rok, ale czy naprawdę mamy czas aby celebrować tę miłość każdego dnia? Czy każdego dnia dajemy partnerowi upominki, mamy siłę i czas przygotować coś ekstra, aby okazać jak bardzo nam zależy?

Pewnie, że w idealnym świecie wszyscy kochający się ludzie codziennie mają czas, aby okazywać jak bardzo im zależy, wieczorami nie są zbyt zmęczeni na odrobinę czułości, kolacje jada się tylko przy świecach, albo w restauracjach, albo w ogóle wystarcza im zwykła szara codzienność, aby mieć świadomość, że druga połówka kocha na zabój.

Moim zdaniem jednak potrzebne są takie gesty jak kwiaty od czasu do czasu, wieczór przy świecach, czy jakiekolwiek dodatkowe wzbogacenie wspólnego życia w romantyzm.

Przecież codziennie i tak okazujemy sobie miłość na tysiące zwykłych sposobów, jak: zrobienie kawy drugiej osobie, upieczenie ciasta, wspólne spacery, wyręczenie w obowiązkach domowych gdy ktoś jest zmęczony (albo-np. tak jak u nas: przewinięcie dziecka w nocy przez męża, żebym nie musiała wstawać z łóżka…KAŻDEJ NOCY! :) ), dzielenie się radościami i zmartwieniami. Idea walentynek to właśnie te dodanie tego czegoś ekstra, poza tym codziennym okazywaniem miłości. I wcale nie trzeba szastać kasą, żeby to zrobić, wystarczy włożyć trochę wysiłku-wymyślić, co ucieszy partnera i dołożyć starań, żeby ukochany/ukochana poczuła się szczególnie.

Nie wspominając o rzeszach nieśmiałych pryszczatych, zakompleksionych, szaro-myszowatych nastolatków, którzy tylko czekają na tą datę, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi, żeby- w ogólnej euforii daty 14 lutego, kiedy to wszystkie chwyty dozwolone- wręczyć komuś kartkę, lub zaprosić na randkę tę szczególną osobę, obserwowaną od dawna z ukrycia.

Pewnie, że można to zrobić w każdy inny dzień, można zrobić to z okazji środy, albo z okazji 7 listopada/stycznia/maja- jest to zupełnie bez znaczenia. Ale skoro jest gotowa data- czemu z niej nie skorzystać? Czy musimy być tak przekorni? 😉

Ja tam obchodzę walentynki, niekoniecznie celebrując je za pomocą karty kredytowej 😉 i wcale nie uważam, że skoro święto nie ma polskich korzeni, tylko przyszło z ameryki to jest „be”. Sądzę, że jest dużo przyjemniejsze, niż np idea przebierania się za umarlaki i wyłudzanie cukierków, Halloween, czyli okazja dla pedofila/alkoholika (poza tym Polak nie potrzebuje wymówki, żeby zaimprezować, a artysta nie musi czekać do listopada, żeby pobawić się nożykiem carvingowym w ogrodzie warzywnym/kuchni).

Co do Nocy Kupały- owszem, sądzę, że była to piękna tradycja, która jednak nie przetrwała walki z betonem miast, i po prostu umarła w większości śmiercią naturalną. I jeśli mam być szczera- spacerując ostatnimi czasy po lasach czy parkach i płacząc nad tym, jak wyglądają- cieszę się, że nie kultywuje się już tego zwyczaju! Wyobraźcie sobie atak stonki ludzkiej na lasy: przykro mi stwierdzić, ale ludzie w większości zostawiają po sobie mega syf we wszelakich pięknych okolicznościach przyrody, i wcale nie cieszyły by mnie spędy leśne ludzi spragnionych zabawy, z aluminium browarnianym i papierzyskami po czipsach w łapach (nie wspominając o kiepach po papierochach),wydeptujących dziury w runie leśnym. Zwłaszcza, że lasów coraz mniej, a ludzi coraz więcej.

W tym roku pierwszy raz od dawien dawna nie miałam siły ogarnąć walentynek; kiedy Małżon powiedział: „tylko nie kupuj mi żadnych prezentów!” widząc moją kocią minę przy komputerze (oczywiście, że miałam już wszystko zaplanowane od dawna, musiałam tylko podopinać guziki!)- po raz pierwszy pękłam, i powiedziałam: wiesz co, nie kupujmy nic, w ogóle nie szalejmy, zróbmy sobie smaczną kolację, i dobry deser. I spędźmy miło wieczór we dwo…tfu! Troje.

I tak też zrobiliśmy! Mąż zrobił mega wypasionego łososia i-wbrew umowie- przyniósł mi bukiet przepięknych tulipanów, ja zrobiłam pierwsze w moim życiu Tiramisu (o czym pozwolę sobie napisać osobnego posta), i obydwoje usiedliśmy przy stole, aby poprzez kubki smakowe celebrować wysiłek tej drugiej osoby i naszą miłość, w towarzystwie gaworzącego owocu tejże miłości. Widzicie, nie trzeba wiele, aby wieczór był szczególny! A mimo to nieczęsto ostatnio mamy siłę na coś ekstra- dobrze więc, że są te nieszczęsne, napiętnowane Hamerykańskie walentynki.

Dużo miłości wam życzę, tej na co dzień, i tej od święta.

Klub Moich Mam

Tosia śpi. Ćśśśś….

a mama stuku stuk- siedzi obok niej w łóżku, i pisze kolejny post.

To będzie post o grupie szczególnych kobiet, które z pewnego powodu stały mi się ostatnimi czasy bliskie. Nazywam je w swojej głowie KLUBEM MOICH MAM.

Są to dziewczyny, które dzieliły ze mną czas ciąży (okazało się, że w moim otoczeniu dosyć wiele kobiet „zaciążyło” w podobnym czasie co i ja ;)),dyskutowały na temat tego, co mnie (nas!) wkrótce czeka, pomagały radą (i nie tylko) przed i po urodzeniu Tosi, same pytały o radę, lub po prostu rozmawiały ze mną wtedy, gdy moje kontakty międzyludzkie opierały się w 99% na telefonie/internecie.

Większość nie wiedziała o sobie nawzajem. Niektórych nie poznała bym, gdyby nie fakt, że byłam „ciężarówką” (dziewczyny z gimnastyki „aktywna mama”). Część rodziła w podobnym czasie co ja, inne dopiero czekają na rozwiązanie, jeszcze inne już od lat są mamami (to na ich doświadczeniu często bazowałam w chwilam zwątpienia).

Niesamowity jest dla mnie fakt,jak bardzo temat dzieci zbliża kobiety do siebie. Czuję- i myślę, że większość z was podziela to zdanie- że stworzyła się między nami więź; jeśli nie we wszystkich przypadkach głęboka, to jednak serdeczna.

Marzę sobie, że pewnego dnia umówimy się wszystkie na spotkanie i poznam was ze sobą; już to widzę oczami wyobraźni: 10 bab z wózkami zaparkowanymi nieopodal pije razem oranżadę w parku, na ławeczkach przy placu zabaw, patrząc jak chmara dzieci buduje babki z piasku, trzaska się łopatkami po głowach, śmieje się, skarży (mamooo, a on sypie piacheeem!!!), płacze, biega, chuśta i co tam jeszcze! Było by czadowo, a jeszcze lepiej, gdyby udało się zrobić z tych spotkań tradycję!

Część z tych wspaniałych lasek mieszka jednak dosyć daleko, mogę więc chociaż mieć nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie.

Dzięki kobiety drogie za wszystko! Ściskam was mocno, jesteście super! Do usłyszenia przy okazji następnych szczepień,ząbkowania, pierwszych kroków milowych i tych zwykłych, pierwszych słów.

Moje Mamy RULEZ!

JAK USYPIAĆ DZIECKO- szumy w instynkcie dzisiejszej mamy.

Myślę sobie, że każdy, kto ma dziecko, prędzej czy później spotyka się z jakimś problemem w temacie spania/zasypiania/wysypiania u swojego malucha:

-gdzie dziecko ma spać: w łóżku z rodzicami, czy w swoim?

-czy w porządku jest „podrzucanie” śpiącego dziecka do jego łóżeczka?

-czemu ono nie chce spać?

-czy to normalne, że tyle razy się budzi?

i miliardy innych, tego typu pytania można mnożyć godzinami.

Nasza Tosia od początku spała z nami, mimo naszych wielokrotnych zarzekań, że na pewno nie będzie spać z nami, nawet w naszym pokoju! Początkowo było to spowodowane moim ciężkim i długim dochodzeniem do siebie po cesarce, tym, że nie była bym w stanie dokulać się do łóżeczka postawionego gdzieś niedaleko, nie mówiąc o tym, żeby wejść po schodach do naszej sypialni na piętrze, ani nawet

Potem Tosia weszła w etap kolek, i po prostu utulanie jej do snu wiele razy w ciągu nocy chyba by mnie zajechało na śmierć, gdybym miała do tego jeszcze wstawać i lecieć do drugiego pokoju- o ile łatwiej było po prostu przytulić ją do piersi i uśpić.

Dotarliśmy do momentu, kiedy kolki zamieniły się w mega wzdęcia, które już może nie powodują straszliwych ataków płaczu, ale i tak budzą ją pare razy w nocy, oraz dotarliśmy do momentu, kiedy Tosia nie potrafi zasnąć bez piersi.

Wcale by mi to nie przeszkadzało, bo przecież dla niej jestem na rocznym macierzyńskim, i po to własnie te cycki mam, żeby do nich tulić moją kruszynkę, ale zauważyłam, że drzemki w ciągu dnia są mega płytkie, jeśli przez przypadek pierś wyskoczy jej z dzióbka, Tosia od razu się budzi, nie wspominając o momentach, kiedy to zwyczajnie muszę np skoczyć do kibelka, czy też otworzyć okno Pani Listonosz i odebrać polecony.

Zaczęłam więc szukać pomocy w sieci. A w sieci- jak to w sieci- tysiące porad na każdy temat. Znalazłam porady typu: zostaw, odłóż, niech się zapłacze, znalazłam porady matek typu JA, mówiących: rób jak robisz, problem sam się rozwiąże, oraz znalazłam pare książek, które przedstawiały całkiem sensowną i popartą badaniami teorię.

Obserwowałam moje maleństwo jakiś czas, i zaczęłam mieć wrażenie, że problem wcale nie rozwiąże się sam, ba- nawet zaczyna się pogarszać!

Czytam te mądre książki, i czytam, kiwam głową, przytakuję, a w głębi siebie czuję, że wszystko jest nie tak- gdzie tu miejsce na najzwyklejszy instynkt? Gdzie miejsce na utulenie płaczącego dziecka? Gdzie stadne spanie, wzajemne ogrzewanie się szczeniąt, rodzinne łóżko itp?

Najchętniej tuliła bym Tosię cały czas do siebie, pilnowała bym, żeby pierś była na swoim miejscu, spała by ze mną w łóżku- wszystko, byle by tylko nie płakała. No i dostaję strzały z każdej strony, że popadam w paranoję, że to, że dziecko czasem popłacze jest normalne, zdrowe itp. Że mam podać smoczek, że mam dać herbatkę w butelce, czy cokolwiek.

Moje dziecko nie uznaje smoczka, nie pija herbatek,a butleka?-cóż, no może czasem, jakieś 5 ml, ale tylko mleczka mamusi. Co zrobić, że tak ma, bo od początku miałam banie na naturalność, i nawet nie zastanawiałam się, po co są smoczki? Mea culpa.

Tyle tylko, że stwierdziłam, że może jednak jakaś racja w tym jest, skoro tyle ludzi WYTRESOWAŁO swoje dzieci do spania w łóżeczku, mimo ich głośnych sprzeciwów.
Może moje dziecko cierpi z powodu mojej nadopiekuńczości?

Stanęłam więc przed mężem po raz kolejny (zaczynam ten temat średnio 5 razy dziennie od jakichś dwóch tygodni- że też ten mój chłop mnie jeszcze nie zatłukł! <3), i mówię: dobra, robimy to!

Metoda tak zwana w skrócie: 3-5-7. Po wieczornym rytuale kładziesz maluszka, żegnasz się z nim czule, mówisz dobranoc, i wychodzisz. Dziecko w większości drze się w noebigłosy, ale przecież metoda humanitarna taka- NIE ZOSTAWIASZ GO, ŻEBY SIĘ WYPŁAKAŁO! Idziesz je uspokoić. Najpierw wchodzisz do pokoju po 3 minutach, i czule przemawiasz przez ok 2 minutki. Znowu dobranoc, papa, kocham Cię, cmok, i dobranoc. Wychodzisz. Dziecko drze się nadal. Po 5 minutach ponownie się pojawiasz, mówisz, że kochasz, że to dla jego dobra, i tak dalej. Ach, zapomniałam wspomnieć- NIE TULISZ, NIE WYCIĄGASZ Z ŁÓŻECZKA, ZERO PIERSI, ZERO SMOKA CZY CO TAM ZAWSZE BYŁO. Dziecko dalej płacze, ale w teorii niedługo się uspokoi, a za dwa tygodnie nawet nie będzie pamiętało, że kiedykolwiek spało z wami, ba- same będzie żądało zaniesienia do łóżeczka o swojej zegarowej porze snu!

 

Tak więc siedzę już czterdziestą minutę,i ocieram łzy,słuchając wrzasku przerażenia mojego osamotnionego maluszka, który kompletnie nie rozumie, co się stało: gdzie mama? gdzie ta ciepła, miękka pierś, która pachnie mlekiem? gdzie moje cowieczorne ssanie? Już mnie nie kochają? Porzucili mnie? – A nie, przecież Tata był przed chwilą. Ale tylko coś mówił. O, znowu jest, ale nie chce mnie wziąć na ręce i zanieść do mamy. Chyba mnie już nie chcą… BUUUUUUUUUUU!

 

Dramatyzuję? Jasne, że dramatyzuję! A kto by nie dramatyzował po godzinie (tak tak, już godzina!) nieustającego wrzasku „of pain and misery” (żałości)!

W dupie to mam, lece do niej! Utulę dziecko, bo cały mój instynkt od godziny miał już włączone wszystkie dzwonki alarmowe i migające czerwone światła na maxa! Niech się palą wszystkie mądre książki!

Kochani rodzice! Czasem chyba warto wsłuchać się w siebie, i nie zmieniać na siłę czegoś, co nie jest złe. Dzieci rodzą się po to malutkie, żeby łatwo wpasowywały się w nasze ramiona! Inaczej były by duże i miały długie chude nóżki jak żyrafki, albo uczyły się biegać w pierwsze 10 minut życia.

Jeśli jakaś mama mnie czyta- zapraszam do dzielenia się swją historią usypiania w komentarzach.

A tymczasem:

DOBRANOC!

PS. Posta kończyłam pisać dzień później, mogę więc wam powiedzieć, że Tosia zasypiała kolejne dwie godziny, bo za każdym razem, gdy udało jej się zdrzemnąć, potężny szloch targający całym jej ciałkiem wyrywał ją ze snu.

FUCK THEM EVIL BOOKS!

 

 

O blogu- rozwinięcie, czyli CO JA TU ROBIĘ!?!?

Niedawno zostałam mamą. Jest to głównym motorem założenia tego bloga.

Znajdziesz tu czytelniku głównie moje Mamine przemyślenia: o byciu mamą, o radościach mamy,  rozterkach i troskach mamy też. Ale pewnie nie tylko to-  „wyjdzie w praniu”.

Na początku blog będzie raczej na bakier z chronologią, dopóki nie uporam się z przelaniem na stronę www moich wspomnień z ostatnich trzech miesięcy, okresu ciąży, i wszelakich innych.

Także szata graficzna na początku będzie raczej uproszczona, bo czasu na zgłębianie budowy stronki raczej mi brak :)

Zdjęcia będą nieartystyczne, robione cyfrową „idiot kamerą”. Nie mam lustrzanki z rodzaju tych cacy, co same robią zdjęcia-żylety, ale jak ktoś chce mi dać w prezencie- chętnie przyjmę 😀

Pomimo wszystkich powyższych niedociągnięć, mam nadzieję, że będziemy się dobrze razem bawić, Wy- czytając mnie, Ja- pisząc, i z czasem rozwiniemy się we wspólnym blogowaniu.

 

Blog to coś, czego nigdy nie planowałam zakładać.

a mimo to dawno, dawno temu założyłam bloga, za namową mojej koleżanki Ani, która sama najwyraźniej spełniała się jako blogerka.
Szczerze mówiąc była to zupełna strata internetowej przestrzeni- wkleiłam pare zdjęć, zrobiłam ze trzy wpisy, i blog umarł śmiercią naturalną, bo NIE ISTNIAŁA POTRZEBA.

Tym razem POTRZEBA zaistniała.

A zaczęło się od wiadomości do Oli.

Ja- świeżo upieczona mama małej Tosi, nagle poczułam się jak wilczyca w przysypanej śniegiem jaskini- zadowolona ze swoim Młodym, ale całkiem odcięta od świata. Bardzo, ale to bardzo potrzebowałam powietrza.

„Nękałam” więc mailami moją przyjaciółkę z lat szkolnych Olę, która to mieszka poza granicami Polski, ale za każdym razem spotykamy się, kiedy wpada do Ojczyzny.

W zasadzie robiłam to już w czasie ciąży, ale dopiero po porodzie poczułam, że jest to dla mnie jak WYJŚCIE Z DOMU.

Po ostatniej wiadomości Ola odpisała, że w sumie to mogła bym pisać profesjonalnie, bo fajnie się mnie czyta (czy jakoś tak). Oczywiście nie śmiała bym uzurpować sobie miana Profesjonalnego Pisacza, i do gazety by mnie nie nikt nie „wpuścił”, ale stwierdziłam, że może blog to będzie to! :)

W tym miejscu chciałam podziękować Oli za dobre słowo, za inspirację, i za napęd, którego jej odpowiedź mi dała :)  DZIĘKI OLUŚ! :* Trzymaj za mnie kciuki ;)!
Dziękuję jej także za to, że pozwoliła mi zamieścić tu właśnie te maile, po przeczytaniu których stwierdziła, że fajnie piszę (W sumie niby maile moje, ale adresowane były do niej, i mogło by głupio wyjść, gdyby nagle znalazła je w sieci ;))- jest to super sprawa na otwarcie mojego bloga, bo Bóg jeden wie, kiedy Tosinka da mi czas na pisanie …

ODDYCHAM WIĘC.

Wdech,

Wydech,

Wdech,

wy…zzzzzzzz….zzzzzz………zzzzzzz.

 

 

 

Z listów do Oli- część pierwsza, czyli jak to jest z tym pierwszym miesiącem.

Dzień dobry! miałam dziś pewne przemyślenia z cyklu : „myśli <<młodej>> mamy”, i postanowiłam się nimi z Tobą podzielić, bo przecież poszedł do Ciebie mój bociek, co znaczy, że wkrótce możesz sama oczekiwać dziecka

Jakaż ta matka natura jest mądra: Rodzisz dziecko, musisz nauczyć się w krótkim czasie tyle rzeczy…Przewijanie, karmienie, kąpanie itp. ale Matka Natura nie zostawiła Cię w dupie!

Na pierwszy tydzień dostajesz do domu wersję Tutorialową dziecka: dziecko głównie śpi, je i robi kupy, nie ruszając się zbytnio. Masz więc idealne warunki treningowe! Dziecię spokojnie leży kiedy usiłujesz niezdarnie je przewinąć po raz pierwszy, Kupa jest prawie bezwonna, a ty jesteś na tyle przyćpana endorfinami po tuleniu maleństwa, że jej jajecznicowata konsystencja w ogóle Cię nie brzydzi; Masz warunki, by do tego przywyknąć, zanim np po pierwszej kanapce z sałatą przywita Cię szpinak w gaciach zamiast jajecznicy, oraz zanim smrodki kupkowe nabiorą mocy urzędowej. Jeśli masz szczęście, dziecko urodzi się chude jak moje, i nie będzie właściwie miało pośladków, nauczysz się więc anatomii pupki do wycierania resztek szitka, bez trudu rozgarniania pulchnych pośladków na boki. Oczywiście z przyrastającą wagą po pierwszym tygodniu pośladki się pojawią

Kąpiel: dzidzi jest na razie lekkie, i wcale nie ma ochoty wierzgać rączkami i nóżkami, więc możesz spokojnie panikować trzymając je w kąpieli, nie przytapiając go,i zanim zacznie się prawdziwa bonanza- ty już będziesz pewna siebie

Karmienie- well, z tym lepiej niech ktoś Ci pomoże na samym początku- ktoś w końcu musi nauczyć dzidzię jak to robić, żeby nie rozwalać sutków za każdym razem! ale jak dzidzi się już nauczy- Twoja rola sprowadza się do ćwiczenia ramion przy dźwiganiu dzidzi, i do przytulania dzieciaczka, który sam znajdzie drogę i załatwi resztę.

W ogóle jako początkująca mama dowiadujesz się kupy fajnych rzeczy, w tym na przykład: jak bardzo da się naciągnąć kobiecego sutka bez urywania go- Dziecko z chęcią pokaże Ci to wielokrotnie, tak, by upewnić się, że widzisz (po tym, jak się upewni nadal będzie Ci pokazywać- BO LUBI); Dowiesz się, że lepiej pieluchę tetrową mieć zawsze pod ręką, bo przy przewijaniu zdarzają się szity panoramiczne, a przy bekaniu łatwiej o rzig niż o beka (jeśli oczywiście masz żarłoka-łapczywka :D);dowiesz się, że mleko leci symultanicznie z dwóch cycków, nawet jeśli tylko do jednego przypięty jest mały ssak; dowiesz się, że piersi bardzo lubią przeciekać, przemakać wkładki laktacyjne, a smrodek skisłego matczynego mleka będzie Cię prześladował; Dowiesz się, jaką radością jest chwila na śniadanie; dowiesz się, że bąki wypierdziochowane bezboleśnie są spełnieniem marzeń; dowiesz się, że chętnie przyjęła byś czyjś ból na klatę, oraz: dowiesz się, że dziecko własne jest największym cudem świata (i oczywiście że Twoje jest najładniejsze), i nagle zrozumiesz wszystkie te mamy tępo wgapiające się z miłością wypisaną na twarzy w łyse główki swoich pociech, gadające o alergiach, dietach, pieluchach i innych pierdach.

W sumie ta wiadomość to takie mamowe moje podsumowanie miesiąca, bo jutro właśnie mija miesiąc, od kiedy Tosia jest ze mną na zewnątrz. Jest fajnie. Jest wesoło, szczęśliwie, smutno, ciężko, boleśnie, radośnie, ciepło i rodzinnie. A, no i każdemu polecam ten hormonalny haj, który jest na początku- endorfiny wylewają się z każdego pora, fajna jazda jest

Love Love Love- Karolina i chrumczący Tosiek (ma „sapkę” to taka forma dzidziusiowa katarku, chrumczy jak świnka :D)