Dzienne archiwum: Luty 16, 2014

Przygody kuchenne e-Mamy- Walentynkowe Tiramisu

Witam ponownie moi mili,

W poprzednim poście wspomniałam, że z okazji walentynek uczyniłam pierwsze w swym życiu tiramisu. Kiedy stałam nad mikserem, mój Małżon zapytał: napiszesz o tym na swoim blogu? (jak widzicie- wspiera mnie w mojej idei spisywania RZECZY w sieci) ja na to: no co ty! …chyba, że coś spektakularnie zmaszczę!!….

Tym oto wpisem otwieram cykl postów o przygodach, tudzież porażkach kuchennych Karoliny.

Na wstępie dodam, że zanim w ciąży odkryłam uroki eksperymentów kulinarnych- unikałam kuchni jak ognia piekielnego! Byłam beztalenciem potwierdzonym wieloma dowodami, w tym wielokrotnym przypaleniem czajnika, i najlepiej z potraw wychodził mi rosół-zwłaszcza marki ZUPKA CHIŃSKA (o ile wcześniej nie przyjarałam wody).

Wraz z nadmiarem wolnego czasu, przyjemnością zażerania się różnymi zdrowymi przysmakami- zrodziła się we mnie pasja kucharska, którą to usiłują powstrzymać przed przejęciem świata kulinarnego drobne…hmmmm.. potknięcia.

Do rzeczy.

O tiramisu męczyłam mojego Małżona przez pół ciąży (drugie pół wiłam się w mękach na diecie z cukrzycą ciążową). Mąż jest bardzo dobry w kulinarne klocki, pracował kiedyś jako kucharz, w tym jakiś czas na sekcji deserów. Jak zrobił kiedyś tiramisu, poprzysięgłam sobie w duchu, że już nigdy nie dam mu spokoju 😉

Przy okazji walentynek stwierdziłam, że zamiast mu delikatnie wypomnieć: ty zły zły zły człowieku, tyle czasu temu obiecałeś mi tiramisu, i cooooo??? (mam taki brzydki zwyczaj wypominania, proszę mnie wytknąć palcem w komentarzach, może się zawstydzę, i oduczę)- zrobię ten deserek sama! Przecież nie może być trudny!

Fik myk- hopsa hopsa do internetu, zlustrowałam kilka przepisów, i dawaj! Zakupiłam produkty z wyprzedzeniem, a w dzień walentynek wykopałam jeden z przepisów, i…. pogryzając biszkopcika z paczuszki, stwierdziłam: cholera, mam za mało ciastek!

Pierwsze co- poleciałam do sklepu (była 16:58 jak dobiegłam (o 17:00 zamykali!-to znak, na pewno się wszystko uda!), i kupiłam ostatnie trzy (kolejny znak!!) paczki biszkoptów.

Wróciwszy do domu zakasałam rękawy, i wzięłam się do roboty. Mój Małżon postanowił dopomóc mi, i wygrzebał dla mnie swój przepis z czasów pracy, wg którego potrzebowałam jeszcze kawy rozpuszczalnej… szit, oczywiście, że nie mam! Postanowiłam więc, jak w internecie kazali, zrobić na kawce espresso. Wycisnęłam więc kawę z maszyny. Mąż spróbował, i powiedział, że za dużo jej zrobiłam z jednej grzechotki, że lepsza by była mocniejsza. Przejęłam się tym bardzo, i zrobiłam świeżej, taki dioboł mocny espresso. A że planowałam robić deserek na sporej blaszce- musiałam tych espresso zrobić z 10, żeby nasączyć wszystkie biszkopty. Zużyłam więc chyba pół paczki kawy.

Mniejsza z tym.

Męczyłam się z moczeniem ciasteczek chyba z pół godziny, bo wzięłam sobie do serca radę, żeby dobrze nasączyć- każde ciasteczko zanurzałam osobno na łyżeczce w tej kawie. Potem przyszła pora na miksowanie cukru z serkiem mascarpone- oczywiście już po kilku chwilach usłyszałam: „no tak, trzeba sobie zapamiętać, że lepiej do takich rzeczy jednak używać cukru pudru, będzie się łatwiej mieszał..” (tu napomknę, że w necie niemal każdy przepis był z cukrem pudrem, ale przepis męża o nim nie wspominał, a ja jak już robię- trzymam się przepisu!). potem usłyszałam: „uważaj, żeby nie ubijać za długo ze śmietaną, bo zrobi się masło”. Kurde no, ja tam lubię masło!

Krem wyszedł przecudny- miziutki, bez grudek (udało się rozmieszać cukier! Hurrraaaa!),wcale nie masłowy, i w ogóle pyszny! Przełożyłam 3 warstwy murzyńskich biszkoptów kremem, i wzięłam się za wykańczanie, czyli obsypywanie kakao.

I tu dochodzimy do tego momentu, przez który ta historia naprawdę trafiła do katalogu: Porażki kuchenne, i awansowała do „podzielić się ze światem”.

Kupiłam sobie zimą takie szablony do ozdabiania kawy, coby mężowi życie umilać obrazkami gwiazdeczki, serduszka przebitego strzałą czy też kwiatuszka na piance jego codziennej kawki. Oczywiście motyw serduszka jak najbardziej pasował do okazji, pomyślałam więc, że zamiast sypać kakao równo po wierzchu- powielę wzorek na całej powierzchni. Złapałam więc w dłoń niezbędne przybory, i dawaj- trzącham sitkiem nad szablonem. Małżon kibicujący mi dzielnie w całym przedsięwzięciu zauważył głośno: „hmmm, to nie działa, szitowo wyszło”. To odwróciło moją uwagę od przesiewacza; zerknęłam na wierzch masy, i przytaknęłam. Po czym przechyliłam blaszkę szablonu, żeby zrzucić kakao bezpośrednio na masę. Problem w tym, że patrzyłam najpierw na sitko, potem na masę, omijając kompletnie wzrokiem powierzchnię szablonu, a tam… zebrała się już spora górka proszku kakaowego, która to wylądowała w postaci nieregularnej kupki na środku mojego cudnego deseru!!!!!

Kur*(#&$*%(!!!! Da się to jakoś uratować?-zakrzyknęłam z rozpaczą do Męża-który-posiadł-wiedzę-tajemną-i-zna-wszystkie-odpowiedzi.”Możesz spróbować rozsypać na całą powierzchnię” (w sensie przechylając blachę, i oklepując boki). Wzięłam się ochoczo do prób ratunkowych przez oklepywanie otoczki okrągłej tortownicy, jednak moje starania przyniosły raczej marny skutek- złośliwe kakao postanowiło zlepić się w grudę na masie, i nie reagowało na moje szarpania. „Możesz też spróbować zdmuchnąć, ale będzie mega syf”.- Tonący brzytwy się chwyta! Poleciałam do łazienki, zdjęłam z brzegu wanny wszystkie butelki, i DMUUUUUUCH!!! Khe khe khe (czyt: kaszlu-kaszlu!) -zaciągnęłam się podle do płuc, które na to postanowiły wyskoczyć mi z klatki piersiowej, by mnie ukarać za głupotę. Późniejsze próby dmuchania były już raczej mizerne, bo za każdym razem jak usiłowałam wziąć wdech, dostawałam ataku kaszlu. Mąż postanowił wkroczyć- „zostaw, ja spróbuję”- skorzystałam z okazji i uciekłam jak najdalej od łazienki, i od mojej sromotnej porażki (oczywiście na sam koniec MUSIAŁAM coś spieprzyć, nie?!?!).

Po chwili Mąż krzątał się już w kuchni posypując moje uratowane heroicznym wysiłkiem Tiramisu. Ufff, jednak coś z tego będzie.

Deser był wyśmienity! Ach, jestem wspaniała, takie cuda robię w kuchni, że hej!

Po kolacji przyszła pora na kąpiel Tosinki. Poszliśmy do łazienki, a tam…..

nasz biały blat był całkiem nie biały… dziwny brązowy kurz przykrył wszystkie powierzchnie płaskie. Skąd to się tam wzięło!!!

Ja chyba jednak powinnam się trzymać z daleka od kuchni.

Amen.

 

Po-walentynkowo o walentynkach

Halo halo!

Wreszcie jest chwila, żeby usiąść (w zasadzie to półleżę, obok posapuje przez sen moja księżniczka Antonina 😉 ) i napisać na temat,który chodził mi po głowie od kilku dni, mianowicie: tradycja walentynek.

Wielu ludzi beszta obchodzenie walentynek, bo przecież to takie „Amerykancke” święto komercyjne, chodzi tylko o wydawanie kasy i napędzanie kolejek w sklepach, oraz że kochać powinno się cały rok. Inni dodają: a taka piękna była tradycja Nocy Kupały…

A ja wam na to:

Okej, kochamy cały rok, ale czy naprawdę mamy czas aby celebrować tę miłość każdego dnia? Czy każdego dnia dajemy partnerowi upominki, mamy siłę i czas przygotować coś ekstra, aby okazać jak bardzo nam zależy?

Pewnie, że w idealnym świecie wszyscy kochający się ludzie codziennie mają czas, aby okazywać jak bardzo im zależy, wieczorami nie są zbyt zmęczeni na odrobinę czułości, kolacje jada się tylko przy świecach, albo w restauracjach, albo w ogóle wystarcza im zwykła szara codzienność, aby mieć świadomość, że druga połówka kocha na zabój.

Moim zdaniem jednak potrzebne są takie gesty jak kwiaty od czasu do czasu, wieczór przy świecach, czy jakiekolwiek dodatkowe wzbogacenie wspólnego życia w romantyzm.

Przecież codziennie i tak okazujemy sobie miłość na tysiące zwykłych sposobów, jak: zrobienie kawy drugiej osobie, upieczenie ciasta, wspólne spacery, wyręczenie w obowiązkach domowych gdy ktoś jest zmęczony (albo-np. tak jak u nas: przewinięcie dziecka w nocy przez męża, żebym nie musiała wstawać z łóżka…KAŻDEJ NOCY! :) ), dzielenie się radościami i zmartwieniami. Idea walentynek to właśnie te dodanie tego czegoś ekstra, poza tym codziennym okazywaniem miłości. I wcale nie trzeba szastać kasą, żeby to zrobić, wystarczy włożyć trochę wysiłku-wymyślić, co ucieszy partnera i dołożyć starań, żeby ukochany/ukochana poczuła się szczególnie.

Nie wspominając o rzeszach nieśmiałych pryszczatych, zakompleksionych, szaro-myszowatych nastolatków, którzy tylko czekają na tą datę, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi, żeby- w ogólnej euforii daty 14 lutego, kiedy to wszystkie chwyty dozwolone- wręczyć komuś kartkę, lub zaprosić na randkę tę szczególną osobę, obserwowaną od dawna z ukrycia.

Pewnie, że można to zrobić w każdy inny dzień, można zrobić to z okazji środy, albo z okazji 7 listopada/stycznia/maja- jest to zupełnie bez znaczenia. Ale skoro jest gotowa data- czemu z niej nie skorzystać? Czy musimy być tak przekorni? 😉

Ja tam obchodzę walentynki, niekoniecznie celebrując je za pomocą karty kredytowej 😉 i wcale nie uważam, że skoro święto nie ma polskich korzeni, tylko przyszło z ameryki to jest „be”. Sądzę, że jest dużo przyjemniejsze, niż np idea przebierania się za umarlaki i wyłudzanie cukierków, Halloween, czyli okazja dla pedofila/alkoholika (poza tym Polak nie potrzebuje wymówki, żeby zaimprezować, a artysta nie musi czekać do listopada, żeby pobawić się nożykiem carvingowym w ogrodzie warzywnym/kuchni).

Co do Nocy Kupały- owszem, sądzę, że była to piękna tradycja, która jednak nie przetrwała walki z betonem miast, i po prostu umarła w większości śmiercią naturalną. I jeśli mam być szczera- spacerując ostatnimi czasy po lasach czy parkach i płacząc nad tym, jak wyglądają- cieszę się, że nie kultywuje się już tego zwyczaju! Wyobraźcie sobie atak stonki ludzkiej na lasy: przykro mi stwierdzić, ale ludzie w większości zostawiają po sobie mega syf we wszelakich pięknych okolicznościach przyrody, i wcale nie cieszyły by mnie spędy leśne ludzi spragnionych zabawy, z aluminium browarnianym i papierzyskami po czipsach w łapach (nie wspominając o kiepach po papierochach),wydeptujących dziury w runie leśnym. Zwłaszcza, że lasów coraz mniej, a ludzi coraz więcej.

W tym roku pierwszy raz od dawien dawna nie miałam siły ogarnąć walentynek; kiedy Małżon powiedział: „tylko nie kupuj mi żadnych prezentów!” widząc moją kocią minę przy komputerze (oczywiście, że miałam już wszystko zaplanowane od dawna, musiałam tylko podopinać guziki!)- po raz pierwszy pękłam, i powiedziałam: wiesz co, nie kupujmy nic, w ogóle nie szalejmy, zróbmy sobie smaczną kolację, i dobry deser. I spędźmy miło wieczór we dwo…tfu! Troje.

I tak też zrobiliśmy! Mąż zrobił mega wypasionego łososia i-wbrew umowie- przyniósł mi bukiet przepięknych tulipanów, ja zrobiłam pierwsze w moim życiu Tiramisu (o czym pozwolę sobie napisać osobnego posta), i obydwoje usiedliśmy przy stole, aby poprzez kubki smakowe celebrować wysiłek tej drugiej osoby i naszą miłość, w towarzystwie gaworzącego owocu tejże miłości. Widzicie, nie trzeba wiele, aby wieczór był szczególny! A mimo to nieczęsto ostatnio mamy siłę na coś ekstra- dobrze więc, że są te nieszczęsne, napiętnowane Hamerykańskie walentynki.

Dużo miłości wam życzę, tej na co dzień, i tej od święta.