Dzienne archiwum: Luty 26, 2014

Rzecz o moim nietypowym powrocie do figury sprzed ciąży, czyli „Nasza Szkapa”

Ufff….Moi wspaniali Teściowie wzięli Tosinkę na spacer, mam więc chwilkę, żeby skończyć wpis, który „męczę” od kilku dni.

UWAGA: we wpisie parokrotnie pojawia się słowo „dupa” i raz słowo „zajebistość”, osoby o słabych nerwach proszę o nieczytanie, bądź czytanie ostrożne, z mentalnym cenzurowaniem.

„To nie do wytrzymania wprost
co dziś spotyka mnie
bo każdy przecież ma swój wzrost,
ja tylko nie!

Po coś do jedzenia,
czy po coś do picia
gdy sięgnie moja dłoń-
To się zaraz zmieniam!
I staję się tycia,
lub wielka niby SŁOŃ.” *

 

Kobiety tak mają, że lubią się martwić wyglądem. Chcą być atrakcyjne, i kropka. Żeby tego było mało- lubią się martwić na zapas: pamiętam jak lata temu, gdy małżeństwo i potomstwo były jeszcze w odległych planach, biadoliłam mojemu Chłopakowi (znanemu z innych postów jako obecny Małżon) „A co, jak w ciąży przytyję 20 kg i już zawsze będę gruba? Będziesz mnie dalej kochał?” ?(zaznaczę tu, że jestem drobnej budowy, i 20 kg w moim przypadku zrobiło by kolosalną różnicę).

Minęło (…) lat; jestem zamężna, przyszła pora na dziecko…

Na początku ciąży, czyli w marcu, ważyłam mniej niż w zimie, kiedy to wszystkie mądre zwierzaczki w lesie hodują miziutką i cieplutką warstwę tłuszczyku. Z czasem zaczęłam przybierać na wadze, ale nie jakoś hiper-prędko, poza tym każdy kilogram witałam owacjami na stojąco (stojąc na wadze, oczywiście!), myśląc o tym, że to po prostu wsparcie techniczne dla małego ludzika rosnącego w moim powiększającym się brzuszku. Jako, że najdłuższy okres ciąży przypadł u mnie na miesiące gorące (a lato było tego roku zacne!), największe smaki brały mnie na owoce :), co też nie sprzyjało jakiemuś wielkiemu obtłuszczaniu.

W końcu lato zaczęło zmierzchać, a we mnie obudził się wilczy głód na… SŁODYCZEEE!! Nigdy nie byłam ich fanką, ze słodkości najbardziej kręciły mnie szynka, śledzie i słone paluszki ;). Tym szalonym smakom przeciwstawiły się jednak wyniki badań na poziom cukru we krwi… po trzech dniach dietowania ogólnego wybrałam się na próbę glukozową (Bleee!!), i okazało się, że mam cukrzycę ciążową! Tak więc trzeba było zacząć dosyć restrykcyjną dietę; na początku każdy wynik badania krwi po każdym posiłku miałam w normie- obojętnie, co bym zjadła, więc stwierdziłam, że ta cukrzyca to jakaś pomyłka, i zapodałam sobie BOMBĘ KALORYCZNĄ: Smażone banany z nutellą, lodami i bitą śmietaną (A jak, miałam ochotę na słodkie, nie? :D)! Wtedy to właśnie okazało się, że cukrzyca naprawdę jest- nie umiałam ustabilizować cukru chyba przez tydzień! Wreszcie osiągnęłam jako taką równowagę jedząc prawie nic ;). Ostatnie trzy miesiące ciąży spędziłam jedząc wyśmienite zdrowe chleby pełnoziarniste pieczone przez Małżona, z sałatą, ogórkiem (dwie rzeczy, które można jeść zupełnie bezkarnie w cukrzycy ciążowej!), chudą wędliną, i …nutellą (HAHA! Na legalu- o dziwo ma niski indeks glikemiczny :D!), na obiady jadając NIE PAMIĘTAM CO- bo było nieciekawe (za to dzięki tej cukrzycy znalazłam kupę fajnych przepisów na wypieki, np na niskocukrowe, pełnoziarniste muffiny :))

Oprócz tego, żeby wreszcie zadbać o jakąś kondycję fizyczną, zapisałam się na zajęcia fitness dla „ciężarówek”- „Aktywna Mama” (genialna sprawa!). Już dawno nie czułam się taka fit jak z pół metrowym bębnem noszonym z przodu 😉

Do dnia porodu dotarłam ze sporym brzuchem (jak każda ciężarna! :D), i zupełną nieświadomością ile tak naprawdę przybrałam na wadze.

IMG_0879

(To ja, 4 dni przed porodem, z bębenkiem :D)

Potem był poród (cesarka- o tym na pewno jeszcze napiszę), potem 4 dni w szpitalu, potem ubrałam swoje spodnie, i….

OLABOGA!!! KTO MI PODMIENIŁ NOGI NA ZAPAŁKI!?!?! O CO TU CHODZI???!?!

Po powrocie do domu dosyć szybko postanowiłam się zważyć.

Kurdę, urodziłam dziecko jakiś tydzień temu, a już ważę mniej, niż na początku ciąży! A przecież  nie raz obserwowałam dziewczyny ćwiczące po porodzie żeby zrzucić dodatkowe kilogramy…

Do tego wszystkiego doszło karmienie piersią.

Wchodziłam na wagę, i z dnia na dzień obserwowałam spadek.

Na początku cieszyłam się, myśląc: hehe, niedługo dobiję do wagi z liceum 😀 Nie ważyłam tyle od czasów tańca! Niedługo spokojnie wbiję się w moje DOLCZEGABANY**!!

U mnie karmienie piersią działa jako podwójny katalizator odchudzania: nie dość, że córeczka zjada ze mnie trochę kalorii, to jeszcze z okazji wrażliwego brzuszka mojej kruszynki mogę naprawdę niewiele rzeczy jeść. No i poza tym rzygam już marchewką i jabłkiem w każdej znanej postaci… tak więc był czas, że jadłam niechętnie.

Dotarłam do wagi z liceum. Fajnie, elegancko, tyle ważyłam jak się jeszcze trochę ruszałam. Tyle tylko, że teraz się nie ruszam, coś jest nie halo.

Wbiłam się w moje gaciorki skórzane. Fajnie, tylko… gdzie ja niby mam w nich wyjść? Na codzienny offroad, czyli spacer po błotnych polach z wyścigówką Tosi? W sumie pomyślałam, że jak będę szła na jakąś wizytę do mojej Dr Ginekolog (której chyba kiedyś pomnik wystawię za zajebistość!), to się odstawię, bo w końcu jest ona jedną z dwóch osób, które sprawiają, że chce mi się golić nogi zimą 😉 To przecież prawie jak randka, zresztą ostatnimi czasy wyskok do lekarza jest dla mnie jak impreza w nocnym klubie!(czyt: WOOOOW!!! WYSZŁAM Z DOMUUU!!! :D)

Waga… waga dalej spada!

Zaczynam podjadać rzeczy nielegalne.  Nie pomaga. Mam już od dawna czwórkę z przodu na wadze, zaczyna mi się zdawać, że wyglądam jak dziewczę niezdrowe na chorobę na literę A. Spodnie lecą mi z dupy, ba- majtki lecą mi z dupy!

Co za los… we własnych ciuchach wyglądam jak młodsza siostra, której nie mam! Boję się zacząć ćwiczyć, żeby nie schudnąć,nie zniknąć albo się nie połamać! A co będzie, jak przyjdzie wichura?! Jak stanę obok znaku drogowego, można mnie zauważyć tylko dlatego, że wystają kolana.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(To ja obecnie, z moim małżonem „pod rękę”)

Dodam jeszcze, że był moment taki: „Wow, mężu, zobacz, jak mało ważę! Tylko żeby ten brzuchol zniknął już po tej ciąży, to całkiem ze mnie szprycha będzie!”. Następnego dnia, przed śniadaniem, zerknęłam w lustro, i wtedy zauważyłam, że brzuch ciążowy już zupełnie zniknął… Kurde, cholera by te wzdęcia wzięła!

Tak to właśnie wyglądało moje wracanie do figury. Wracanie? Co ja mówię!! PRZECHODZENIE PRZEZ ETAP FIGURY, i dalsze kulanie się po równi pochyłej w kierunku wyglądu tyczki. Na dodatek z wydętym brzucholem.

Ach te baby, tak źle i tak niedobrze, nie? 😉

DZIĘKI BOGU JUTRO TŁUSTY CZWARTEK!!!!

Sobie, i wszystkim karmiącym piersią mówię: SMACZNEGO, PÓJDZIE W CYCKI 😉

 *Tekst piosenki z bajki muzycznej „Alicja w krainie czarów” z czasów mojego dzieciństwa. Jakoś mi tu spasował 😉

** DOLCZEGABANY- Moje cudoooowne skórzane spodnie zakupione w Londku w czarity szopie mojej burżujskiej dzielnicy (W moich okolicznych Charity Shop’ach roiło się od markowych ciuchów, bo przeca gwiazda czy Celebryt dwa razy nie może być widziany w tym samym! Dało się więc wygrzebać butki od Jimmiego Choo, albo inne skarby ;)), które to miałam okazję założyć może raz, i to na wciągniętym brzuchu! Są od środka obszyte miziutkim materiałem w gustowną (olaboga!) panterkę, mają kupę zameczków i gadżecików, w ogóle cud miód orzeszki i kapiące złoto! Kupiłam je w naiwności swej myśląc, że będę je używała na motor, jak już zrobię prawko. Życie nauczyło mnie myśleć lepiej, dlatego w szafie oprócz DOLCZEGABAN (spodni nieznanego włoskiego projektanta) wiszą też super gaciochy na motór z ochraniaczami.Też ostatnio nieużywane…

PS. NAJLEPSZEGO OLU! :*