Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Wybory rodzicielskie, czyli kontrowersje, kontrowersje!

Nie miałam pojęcia, z iloma wyborami wiąże się bycie rodzicem, i spełnianie swoich rodzicielskich obowiązków. Najgorsze jest to, że nie można tak naprawdę przejść sobie jakiejś demówki, jak np w simsach- umeblować mieszkanie, potem szybki reset, nowy ludzik, bo jednak coś tam się nie układa- wszystko leci zupełnie na żywca, a internet i księgarnie ociekają dobrymi i zupełnie sprzecznymi radami.

Żeby tego było mało- ileż kontrowersji budzą nasze- zupełnie dla nas naturalne- wybory!

Zacznijmy od ciąży:

-Odżywianie się- głęboko zakorzeniony pogląd „jeść na co masz ochotę, bo to dziecko wymaga” vs racjonalne żywienie „jeść dla dwóch a nie za dwóch”, nie zahaczając nawet o hardkory w stylu anoreksji ciążowej (tak tak, jest coś takiego, niedawno wyczytałam w internetach!). Nagle Twój sposób żywienia interesuje wszystkich, ba- każdy ma dla Ciebie doskonałą radę! Tu ktoś podtyka ociekające tłuszczem kotleciątka „bo za mało przybierasz kochana!”, tu ktoś bije po łapach, jak jesz pierwszą w tym tygodniu kostkę czekolady „no no, to że jesteś w ciąży, to nie znaczy, że musisz sobie folgować! potem będziesz płakać przy zrzucaniu nadwagi!” ktoś inny woła: jedno piwo krzywdy Ci nie zrobi! Pij pij! (tutaj odsyłam po smakowy hardkor do książki „Caryca Katarzyna”- laska była ponoć ze 13 razy w ciąży, przeżyło dzieci niewiele, a car Piotr, jej „szac”, w każdej ciąży wołał: Polać jej, carewicz ma być silny!); palenie fajek itd. Jasne- sama podpisuję się pod częścią tych „za” czy „przeciw”, a w ogóle palenie w ciąży jest dla mnie nie do ogarnięcia, szczytem egoizmu, i wywołuje we mnie agresję- ale tak serio- czyja to sprawa?

lecim dalej: Poród.

Dla mnie cesarskie cięcie zawsze było „soft option”, czyli opcja dla cykorów- cooo, ja nie dam rady urodzić?Dla zdrowia dziecka wszystko! Hej! Słuchanie o „cesarce na zamówienie”- 100% lipy! Jak osobiście dowiedziałam się, że muszę mieć cesarkę, załamałam się, wszystko potoczyło się ciut za szybko- rano informacja, o 13:00 cesarka. Całe szczęście coś tam skurczy miałam, więc nie było tak całkiem „na zimno”. Po cesarce zmieniłam zdanie, że to wersja dla mięczaków- wszystkie laski po porodzie naturalnym pląsały dookoła swoich dzieci, a ja mogłam sobie tylko popatrzeć i pokwiczeć z bólu- dochodzenie do siebie tygodniami- żadna zabawa. No ale wracając do cięcia na zamówienie: co my wiemy o tym, co powoduje kobietą wybierającą coś takiego? Ostatnio na spacerze spotkałam pewną mamę, która jest z zawodu terapeutą/logopedą i przez ostatnie lata zajmowała się dziećmi z problemami wynikającymi z podduszenia przy porodzie naturalnym. Czy mogę winić ją za to, że wybrała cesarkę jako jej zdaniem najlepsze wyjście dla jej dziecka?

Okej, dziecko już mamy, zaczyna się:

-Karmienie: piersią czy butelką? Ja tam swoimi czterema łapami jestem za karmieniem piersią, i to jak najdłużej, i uważam, że ostra propaganda butelkowa sprzed lat wyrządziła krzywdę naturalnemu karmieniu- nie dość, że często karmienie piersią w miejscach publicznych jest napiętnowane (a przecież jest to całkiem naturalna sprawa, poza tym w każdej reklamie więcej cycków za przeproszeniem widać niż pokazuje kobieta karmiąc malucha), to na dodatek butelka jest teraz traktowana jako normalniejsza sprawa niż pierś. To jest jednak moja opinia. Hasło: „nie mam na tyle mleka” było by jakimś absurdem w czasach kiedy nie było mleka modyfikowanego, ale szczerze- czy wtedy było takie tempo życia, tyle stresu itp? Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, siedzenie w domu z dzieckiem przy cycku jest widziane jako dziwactwo, bo przecież można z dzieckiem iść w tysiąc miejsc,zrobić tysiąc rzeczy i dać mu butelkę, po co robić z siebie męczennika! Tak więc dla jednych butelka jest be, a dla innych męczennictwo z cyckiem na wierzchu! Ot i wszystko! Znowu-co kto woli. Chociaż przyznam się, że niektóre powody niekarmienia powodują we mnie to samo, co palenie papierochów w ciąży 😉 ale cóż, jestem tylko człowiekiem. I to babą 😉

-Kolejny kontrowersyjny temat: spanie dziecka: razem czy osobno, jak uczyć zasypiania, czy wybudzać z drzemek by lepiej spało nocą- ach, ileż to emocji budzi! Napisałam o tym wcześniej cały pościk (o tu: Klik!), i dalej ciśnienie mi skacze na różne komentarze czy sugestie… ech, kontrowersje, kontrowersje! Swoją drogą- mi jest dobrze tak, jak jest, ale widzę, że światu może się to nie podobać :) Nabyłyśmy sobie z Tosią straszne przyzwyczajenia, ale córcia przesypia noce, i jest git! Jak nie pojawiają się bączasy wstręciuchy- ja też przesypiam, a jakby spała w łóżeczku, pewnie musiała bym wstawać często, i nie wysypiała bym się 😉 Mam w pamięci jedną rozmowę z pewną mamą; Tosinka miała koło 2 miesięcy, a ja jak spotkałam jakąś matkę, ciągnęłam ją za język w kwestii „know how”, czyli co jak ogarniają inni; owa Mama na pytanie „jak usypiacie swojego synka” powiedziała mi: „Najpierw go usypiam leżąc z nim, a do łóżeczka przenosimy go jak już śpi.”; po chwili dodała „wiem, że to źle…”. No i ja się pytam: czemu źle? Bo tak mówią wszystkie mądre książki? Założę się, że tysiące mam robi dokładnie to samo, i ich dzieci niekoniecznie z tego powodu cierpią w przyszłości, nawet w teraźniejszości. Ałaaaa, ale temat boli, nie? A na dodatek nie każdy ma takich rodziców i teściów jak ja, którzy nie pakują się ze swoim „wiem lepiej, wychowałam już dzieci, więc słuchaj i rób co mówię!”.

-Smoczek, nie smoczek? Kurcze, tu jest to samo! Moje dziecko nie chce smoczka, jestem z tego powodu szczęśliwa, chociaż czasem pluję sobie w brodę; ale tak na co dzień jestem z nas dumna, że wybraliśmy taką drogę. Oczywiście próbowaliśmy w jakimś tam momencie smoczki różnej maści, ale Tosia nie da się oszukać- do ssania najlepsza ciepła pierś mamy 😀 Często jednak spotykam się z komentarzem sugerującym, że spieprzyliśmy sprawę, bo nie daliśmy smoczka w takim czasie, który zapewnił by dobre „wsiąknięcie” w przyzwyczajenie smokowe. Wtedy czuję się jak nieudacznik, i myślę: następnym razem będę wiedzieć lepiej. Ale czy tak na prawdę chcę podać drugiemu dziecku smoka i iść na łatwiznę? Smoczek to ekstra rzecz, jeśli jest dobrze używany, nie jako knebel- jak łatwo jest zapędzić się i nadużywać! Widok dziecka ze smoczkiem nikogo nie dziwi, więc ponownie podchodzę pod kategorię „dziwadło”. Cóż, taki mój los :)

-Nosić na rękach, nie nosić? niech się wypłacze? przyzwyczai się?

-szczepić, nie szczepić…

Ufffff…. rety! Nie mam czasu dalej wymieniać!

Może zarabiam sobie właśnie na pierwsze beszty, ale tak na prawdę powiedzcie sami- czy ludzie sami nie tworzą sobie powodów do złości, zamiast zostawić prawo wyboru innym? Ja osobiście wkurzam się, słuchając o niektórych wyborach mam, pieklę się widząc ciężarówkę z fajką, czy nie daj Boże z kieliszkiem, ale staram się nie włazić nikomu do domu. Nie spodziewałam się jednak tego, że tych kontrowersji będzie aż tak wiele, i że aż tyle emocji będą budzić we mnie i w otoczeniu.

 

Okej, „dziecko płacze”, pora kończyć.

PS. Sam motyw z utworzeniem fanpejdża na Facebooku tez wywołał parę zawirowań, tego się w ogóle nie spodziewałam! Ach, kontrowersje, kontrowersje… :

NIETYPOWA WANIENKA SZUKA MAŁEGO PRZYJACIELA

Hop hop!

Wiem, że są miedzy nami też przyszłe mamy, być może któraś z tych mam nie dokonała jeszcze zakupu WANIENKI. Z mądrego internata wiem, że to jest modne, że blogi robią rozdania. Ja nie posiadam kosmetyków, ubrań mam za mało (jak każda kobieta), z czego większość to porozciągane dresy 😉 więc postanowiłam rozdać WANIENKĘ 😉

A tak serio- po prostu mam nadprogramową przechodnią wanienkę, a mój apel na FB nie przyciągnął nikogo chętnego- spróbuję więc tutaj 😉

Wanienka jest nietypowa; ma górkę na środku dna. Prawdopodobnie górka owa służy do podtrzymywania dziecka, czy coś; nam osobiście taka opcja nie odpowiadała, ale pierwotny właściciel (moja siostra i szwagier) chwalili sobie ten patent. A może tylko Szwagier sobie chwalił- nie jestem pewna. Garbata wanna jest raczej dla niedużego dzieciątka- próbowaliśmy w nią wsadzić niedawno Tosię, jako, że pomyśleliśmy, że taka górka może być genialna do podtrzymywania dziecka, które mocno walczy o pozycję (siedzącą)- Tosia się prawie nie zmieściła, ze swoim 6 kilogramowym okrąglutkim ciałkiem 😉 Ach, no tak, w związku z tym można wyłonić kolejny plus wanny: ze względu na mały rozmiar jest WODOOSZCZĘDNA 😉

Oto zdjęcia wspaniałego fanta:

Wanienka

Wanienka

Wanienka

Wanienka

Wanienka

Właśnie nauczyłam się dodawać etykietę do zdjęcia, możecie być ze mnie dumni! :D

 Tak czy siak- Wanienka jest całkiem za free, dla pierwszej chętnej osoby, która ujawni się w komentarzu posta ze swym chceniem, z odbiorem osobistym.

Ściski!

 

mam kudłate myśli!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

mam kudłate myśli!

To nie to, co wam się zdaje 😉

To wypadające włosy :/ A mówiła moja Pani Dr: „Dziewczyny, bierzcie suplementy, bo wam wypadną zęby i włosy, i będziecie brzydkie!”. No to biorę te suplementy, i co?-i psińco! Włosy lecą z głowy.

 

Znacie ten przesąd, że do wózka dziewczynki trzeba czerwoną kokardkę przyczepić, żeby kto nie zauroczył? Pieron by to, miałam se włosy związywać czerwoną wstążką! Była tu kiedyś Ola, ta sama, od której blog mi się zaczął pisać, i zachwycała się moimi włosami, że takie fajne, że gęste, że zdrowe…to było jeszcze przed porodem. No nie będę sciemniać, włosy to mam jak szczecina 😉 grube i wypasione, żeby przeciąg w głowie nie hulał, a do tego rosną dosyć ekspresowo. Jakoś nie ekscytowałam się w ciąży że są jakieś ekstra, poinformowałam więc Olę, że z okazji spotkania z nią umyłam je, i dla odmiany uczesałam 😉 (co  zresztą było prawdą!). Przy następnym spotkaniu Olala ponownie mnie skomplementowała w kierunku owłosienia… no i wtedy powinnam już wyczuć, że coś się święci, przecież sama jestem całkiem niezłą czarownicą.

OLA! PRZYWOŁUJĘ CIĘ DO PORZĄDKU! ODCZYŃ UROK, ZANIM WYŁYSIEJĘ!!!!!!!

No dobra, pokarało mnie za nie wiązanie czerwoną wstążką.

Włosy wyłażą garściami. Dwiema na raz, jak Mąż szarpnie ze mną to i czterema. Ale że nie szarpie, to muszę sama to paskudztwo ściągać ze szczoty. Swoją drogą ciekawostka- jak to jest, że włosy rosnące na głowie (i tam pozostające) są kiziu-miziu mięciutkie, kochane i ze wszech miar pożądane, a jak od głowy się odkleją, to nagle zmieniają się w ohydne kłaczory??!!

Anyway- wracając do tematu: czeszę przed myciem- pełna szczotka martwej szczeciny; po nałożeniu odżywki (oh, oh, jakaż ja jestem zadbana!)-pełna szczota szczeciny ponownie! spłukuję- lecą włosiszcza. czeszę przy suszeniu- dało by radę sznury kręcić, taka ilość wypada! WTF ja się pytam?

internet pociesza: nic się nie bój, to wypadają te, które przez całą ciąże nie wypadały. Oł RLY? Serio? jeśli serio to co mi leci teraz z głowy to jakiś po ciążowy nadmiar, to w ciąży powinnam była wyglądać jakoś tak:

Major *

Nie wyglądałam tak ani w ciąży, ani po, kiedy Ola rzucała urok 😉

Teraz leci to wszystko, że hej! Ponoć przestanie, ale kiedy?

A wiecie, co mnie wpienia w tym najbardziej? Nie to, że będzie ich mniej, nie jestem jakoś do liczb przyzwyczajona, zwłaszcza, że nigdy jakoś nie miałam okazji włosów sobie policzyć. Raczej to, że WŁOSY WSZĘDZIE. Są nieżywe, wypadłe, i atakują na każdym kroku! Ba-nie muszę nawet robić kroku, bo leże sobie w łóżku, a one też tam są!!! Na podłodze, na ubraniach, kapciach, na Tosince, na kanapie…FUUUJ!!! I nieważne, że zaplatam warkocz, robię koka, czy kucyka. Zaczynam śnić na jawie o wizycie fryzjerskiej, i o stajli a’la Sinead O’Connor.

 

Może któraś mama miała taki problem, i zna jakiś czarodziejski sposób na uspokojenie tego szaleństwa? Czy po prostu trzeba -tak jak mi się zdaje- przeczekać?

Koniec końców: Help! Hormony! Przywołuję was do porządku!

A wy włosy drżyjcie! Idzie rycerz-Małżon z odkurzaczem-pogromcą.

Na dzisiaj amen.

*nie jestem posiadaczem praw do tej foteczki, znalazłam ją w necie po wpisaniu „pies mop” w google na jakimś całkiem przypadkowym forum http://forum.thefreedictionary.com/ Ale psina zacna, przyznaję! 

szybkie myśli o wychowywaniu dzieci.

Ciekawe, jak to będzie wychowywać dziecko.

Jak na razie bycie rodzicem ma niewiele wspólnego z wychowywaniem, na początku ograniczamy się tylko do dbania o potrzeby maluszka: karmienie, przewijanie, odbijanie, spanie, ogólnie pojęta higiena, zdrówko itp. Wychowywanie zacznie się wraz z szerszym kumaniem dzieciaczka (jak na razie to my jesteśmy „tresowani” przez Tosię ;)- BUEUEUE!! Weź mnie na ręce mamo/tato!).

Słyszałam kiedyś opinię, że rodzice, którzy dużo „szaleli” w młodości, są dosyć surowi w stosunku do swoich dzieci. Jeśli tak…hmmm, to może być u nas ostry rygor 😉 a przynajmniej tak mi się wydaje. Chociaż Małżon pewnie  będzie ten tata-luzak, który puści na każdą imprezę- „To dobry chłopak był i mało pił…” ;), Ja za to będę rozpamiętywać- OLABOGA, co się na takich imprezach działo „w naszych czasach”, no i przecież teraz jest jeszcze gorzej, bo kupa paskudnej chemii na rynku, itp… Jak to zrobić, żeby nie przedobrzyć w żadną stronę?! Jak tak sobie teraz spojrzę na siebie samą- rany, ale ze mnie nudne babsko, bez krzty szaleństwa! Zero grzeszków (poza byciem od czasu do czasu zmierzłą jędzą 😉 ), nawet stare dobre nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu umarło…

Dostałam od siostry i jej męża taki magnes na lodówkę: „nie traktuj życia zbyt poważnie, i tak nikt nie ujdzie z życiem”- ja oczywiście stwierdziłam: no tak, mają rację… a może oni wcale nie pili do mnie, tylko ja rzeczywiście traktuję życie zbyt poważnie i dlatego wzięłam to do siebie? A może jednak skoro traktuję, to oni o tym wiedzą, i dlatego dali mi taki właśnie magnes? a może jednak nie? a może… Zmienia się człowiek, ni? 😀

Z drugiej strony pamiętam Ci ja ofiary tak modnego parę lat temu „bezstresowego wychowania”, a raczej ich ofiary- pamiętam syna sąsiadki posadzonego na ladzie osiedlowego sklepu, kopiącego to swoją umęczoną matkę, to panią stojącą obok w kolejce…Oczywiście Mamusia nie zareagowała ani słowem, udawała, że nie widzi (a widziałam, jak zerka co chwila wzdychając). Nie jestem zwolenniczką tzw „lania po dupie”- absolutnie! ale trochę boje się właśnie tego przedobrzenia. Zresztą- jak wszystko- wyjdzie w praniu, i pewnie człowiek będzie myślał: przy drugim dziecku będzie lepiej, czy coś w tym stylu (przynajmniej tak za każdym razem myślimy o psie 😀 – niewychowanym mimo wielu godzin tresury włochatym wesołym bydlęciu) , a pewnie nie będzie się potrafiło z poczucia źle zrozumianej sprawiedliwości drugiego dzieciaka traktować inaczej.

Ach, takie mam różne myśli… i znowu wybiegam przed orkiestrę.

A co wy myślicie drogie Mamy, drodzy Tatusiowie? Czy może w ogóle nie myślicie o tym, i po prostu się dzieje?

 

Przygody kuchenne e-mamy- Muffinki z kremem

Jakoś tak wychodzi, że tylko w week endy mogę teraz pisać. Trudno, lepszy rydz niż nic! (Rydze są ekstra!!!!)

 

Mam ochotę opisać dziś historyjkę kuchenną sprzed około 2 miesięcy- stara, ale jara, nadal wykręca mi gębę jak o niej pomyślę :/ …

Pewnego pięknego popołudnia postanowiłam uczynić babeczki, i ozdobić je kremem; nigdy tego nie robiłam, ale naoglądałam się filmików i naczytałam instrukcji, a oprócz tego dosyć długo czekałam na odpowiedni moment (w stylu: gdy Tosia zaśnie, a ja nie będę zbyt „umarta” żeby podziałać w kuchni), tak że jak przyszło co do czego, byłam już na to nakręcona jak ślimok na liścia.

Zabrałam się ochoczo do roboty; na początek namierzyłam w necie przepis na muffinki, prosty, nie wymagający, pozwalający na zrobienie dwóch kolorów babeczek z jednego ciasta (po prostu dodaj kakao, i- TADAAAM!). Zabrałam się do roboty; najpierw kakao z wodą (ale paskudnie się takie coś miesza! nie na moją „cierpliwość”!), potem masło, cukier i jajucha; przy ucieraniu mikserem nastąpiła pierwsza porażka, jednak niezależna ode mnie: rozwaliło mi się mieszadło! Posiadam takie ustrojstwo zamiast tradycyjnego miksera, taki blender z wymiennymi końcówkami; jako, że dawno temu zepsuła mi się nakładka do ucierania, używałam takiej do ubijania, bo też dawała radę. Jednak- nie tym razem, zwyczajnie się „rozkleiła”, i generalnie całą resztę musiała bym robić na piechotę.

W tym momencie zadzwoniła moja kochana Bratowa, pytając, czy może wpaść nas odwiedzić. Ja jej na to: Moja złota, z nieba mi spadasz! Wpadaj! i poratuj- przywieź przy okazji mikser!

Przybyła, przywiozła, robota toczyła się dalej.

Jako, że pierwszy raz robiłam takie babeczki, uczyniłam pierwszy błąd początkującego: PIEKŁAM JE Z TERMOOBIEGIEM, przez co wyszły jakieś takie pokrzywione, zdmuchnięte na bok… ale co tam, „przyozdupczę” kremem, i nic nie będzie widać :D!

Byłam taka napalona na tą robotę, że aż skakałam po kuchni jak przedszkolak po sali zabaw :) Moja Bratowa obserwowała to bez komentarza, i ze spokojnym wyrazem twarzy, natomiast mój Małżon przyglądał mi się zdziwiony, mrucząc pod nosem, wyraźnie zamartwiając się o mój stan psychiczny.

Okej, pora na krem.

Znalazłam na necie genialny filmik z przepisem na krem maślany- fajnie nakręcony, muzyczka cieszy ucho aż miło, bez zbędnego gadania- Nooo, takiemu filmikowi to ja mogę zaufać!Wyciągnęłam więc z szafek i lodówki zalecone ingrediencje (jak to do licha jest po polsku!- w tej chwili nie pamiętam :D), i oczywiście stwierdziłam, że mam za mało cukru pudru. Ale co tam! mam fajny gadżet do mielenia, zmielę sobie zwykły cukier na puder, i da radę.

Włączyłam młynek, zmieliłam, z wierzchu wyglądało na totalnie pudrowe; przechyliłam więc cały pojemniczek do miski z pokrojonym masłem, i wtedy oczywiście okazało się, że pod spodem cukier był niedokładnie zmielony :/ Eee tam, pocieszał Małżon, spokojnie rozetrze się z masłem, tylko dłużej poucierasz.

No to poleciałam z tym tematem- miksuję, miksuję, miksuję…

miksuję, miksuję, miksuję,miksuję, miksuję, miksuję,miksuję, miksuję, miksuję,miksuję, miksuję……..

…………

MIKSUJĘ, MIKSUJĘ, MIKSUJĘ, MIKSUJĘ……

MIKSUJĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

ej, weź no przestań, bo roztopisz to masło na płyn, rozdzieli się albo co! schowaj na chwile do lodówki!

Grudki dalej są. No nic, dam mu odpocząć, i polecim dalej z robotą.

Odpoczęło, mieszam dalej.

Dobrze, że wieczór był ogólnie towarzysko miły, i mój Mąż i Bratowa nie wbijali mi za bardzo za moje partactwo, tylko raczej dopingowali, i radzili jak mogli najlepiej. Oprócz tego co chwila wtykali paluchy do miski (w przerwach miksowania oczywiście, bez ryzyka, paluchy umyte, i w ogóle pełne BHP), podżerali i chwalili, jakie to pyszne.

Poddałam się: takie maciupkie grudeczki cukru chyba nie będą przeszkadzać, skoro krem taki dobry, nie? Otrzymawszy potwierdzenie jakości od mojej audiencji (tfu tfu!! WIDOWNI!!)- przeszłam do kolejnego etapu, i dodałam do jednej części czerwony barwnik. Potem wyjęłam rękaw z tylkami cukierniczymi (ha! nauczyłam się takich trudnych słów z interneta :D), i tysiące cukrowych ozdóbeczek kiszonych w szufladce… I z mega radochą przystąpiłam do wyciskania kremu!

Krem… po wyciśnięciu było definitywnie widać grudki. Wcale nie wyglądał ślicznie, gładko, lśniąco, atrakcyjnie, zachęcająco ani smakowicie. Co za lipa. No nic, tyle dobrze, że był dobry. W całej kuchni pachnie słodkim kremem, cały wieczór biłam po łapkach każdego śmiałka, który za bardzo chciał przytulić się do miski, więc teraz już cała nasza trójka entuzjastycznie oczekuje wielkiej premiery stołowej babeczek, obojętnie jak by wyglądały.

(a wyglądały o tak)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

oraz tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjęcia robione były już po wstępnym przetrzebieniu, późną nocą, przy lipnym oświetleniu. Ale i tak widać, o co kaman.

Tak czy siak- z dużym entuzjazmem przygotowaliśmy sobie herbatkę, talerzyki, i zasiedliśmy do konsumpcji.

Pierwszy entuzjastyczny kęs: mniam mniam!

Kęs drugi: Mmmm, kurcze, ale to słodkie…

Kęs trzeci: (obserwuję rzednące miny współtowarzyszy biesiady)hmmm… No, ale nie wygląda tak źle!

Przy czwartym gryzie przestaliśmy przed sobą udawać, i oficjalnie powiedziałam, że nie obrażę się, jeśli zrzucą krem, i zjedzą same muffinki. FUJ! Co za przesłodzone paskudztwo! to mogło dobrze smakować TYLKO w malutkich ilościach, np na opuszku palca przy wyjadaniu z miski. Masakra. Dobrze, że nie słodzę herbaty i miałam czym zapić!

Po jednej babeczce dostałam „zapaści” jak po badaniu poziomu glukozy we krwi: ból głowy, generalne roztelepanie, i niesmak w paszczy :D.

Oczywiście pomyśleliśmy na początku, że coś pomieszałam z proporcjami, i na bank dałam podwójną porcję cukru na ilość masła, szybko więc usiedliśmy do kompa aby zweryfikować to z przepisem. Okazało się, że zrobiłam dokładnie wg przepisu! Stwierdziliśmy więc,  że na pewno autor filmiku coś pomieszał…ale nie! znaleźliśmy niemal identyczny przepis w kilku innych miejscach! W tym na jednym blogu gastro, gdzie pod przepisem znajdował się stek wyzwisk w komentarzach: „zepsułam przez Ciebie dobre babeczki! co to w ogóle za przepis!” i tym podobne. Studiowaliśmy przypadek paskudnego kremu przez jakiś czas, i generalnie doszliśmy do wniosku, że krem jest genialny, jeśli babeczka ma stać długo na widoku, np na wystawie sklepowej, albo na przyjęciu, i nie koniecznie ma być zjedzona, choć- jak każdy garnish- krem MUSI być do spożycia (co nie znaczy, że ma być smaczny:D).

Następnego dnia zdrapałam krem i wywaliłam do go śmieci, zostawiając „łyse”, nieco pociapane kolorem muffinki, które swoją drogą też nie były najsmaczniejsze. Nie wiem, czy to dlatego, że trochę przesiąknęły smakiem kremu, czy po prostu miałam pecha na lipne przepisy. W całym domu jeszcze przez dwa dni śmierdziało cukrem w cukrze, a moja cudna puszka na ciastka wietrzyła się przez kolejne trzy dni.

 

Morał z tego taki: nie każdy fajny filmik w necie pokazuje prawdę! oraz: Wilczysława, zabierz ty się może za jakieś dietetyczne jadło, to Ci przynajmniej wychodzi!

Amen. Miłej niedzieli! do zaś!

 

 

Z cyklu: mamowe poradniki- O zapaleniu piersi

Witam ponownie!

Dziś dzień kobiet- wszystkim kobietom życzę więc Wszystkiego Najlepszego! Obyście mogły celebrować swoją kobiecość każdego dnia!

Mamy są takimi szczególnymi kobietami, bo pojęcie kobiecości u nich dotyczy dodatkowej sfery życia: jako matki- świętują coś, czego żaden mężczyzna nigdy nie będzie w stanie świętować 😉 Nie tylko dały życie, ale i urodziły dziecko, oraz niejednokrotnie wykarmiły je własną piersią.

Głównie dla tych właśnie kobiet piszę ten wpis- dla tych karmiących piersią, lub dla tych, które karmić planują. Temat jest związany bezpośrednio z laktacją, więc nie sądzę, żeby mężczyźni byli zainteresowani 😉 lojalnie więc ostrzegam już a początku 😀

 

Jakieś 2 miesiące temu miałam nieprzyjemność przejść zapalenie piersi. Fatalna sprawa: Pierś boli tak, że najmniejszy pyłek kurzu opadający na nią powoduje katusze, każdy ruch tułowiem rozbija człowieka na kawałki. Do tego dochodzi cała reszta objawów, przypominających grypę: gorączka, ból głowy, bóle stawów i mięśni, ogólne zmęczenie. Najchętniej by się w ogóle łóżka nie opuszczało.

W tej sytuacji oczywiście zanim pozbierałam się z domu na jakąś wizytę lekarską, odwiedziłam wszystkie możliwe fora internetowe, żeby sprawdzić, jak mogę się poratować sposobami domowymi, żeby uniknąć antybiotyku, oraz skonsultowałam się z położną.

Postanowiłam dla was zebrać do kupy wiedzę, którą w tym czasie zdobyłam, na wypadek, gdyby któraś z was, drogie mamy, też miała nieprzyjemność przejść tę dolegliwość.

Podkreślę w tym miejscu, że opisuję tu swój przypadek, i zebrane przeze mnie informacje nie zastąpią porady lekarskiej.

Na początek:

co może spowodować zapalenie piersi:

Uraz mechaniczny: nasze pociechy wesoło wierzgają nóżkami na przewijakach, albo machają łąpeczkami przy piersi; wydaje nam się, że takie maleństwo wielkiej krzywdy nam nie może zrobić takimi malutkimi kończynkami. Nic bardziej mylnego! Nawet najmniejsze uderzenie może przerwać kanalik w piersi, i spowodować zator! Uważajmy więc podczas zabaw z maluszkami, starajmy się unikać narażania na przypadkowe kopnięcia czy uderzenia. Uraz spowodować może także niewygodny,  źle dobrany, uwierający stanik.

-Zranienie sutka: Zdarza się, że przez nieumiejętne przystawienie do piersi, czy też zupełnie przez przypadek dziecko „nadgryzie” nam brodawkę sutkową. Taka ranka jest potencjalnym środowiskiem rozwoju bakterii, które również mogą przyczynić się do powstania stanu zapalnego w piersi.

Przewianieunikajmy przewiania piersi. Nawet mała ekspozycja na przeciąg może spowodować zapalenie.

Nadmiar pokarmu w piersi: Pilnujmy, aby dziecko przystawiać naprzemiennie do obu piersi; jeśli dziecko np śpi zbyt długo, a my czujemy, że któraś pierś jest przepełniona- odciągnijmy chociaż odrobinę mleka, nie za dużo, żeby nie pobudzać laktacji, ale wystarczająco, aby odczuć ulgę. Zwłaszcza to jest najczęstszym powodem zapaleń na początku karmienia, kiedy laktacja jest jeszcze nie ustabilizowana, i zdarzają się nawały pokarmu.

Zmęczenie lub infekcja organizmu (np przeziębienie): gdy organizm jest osłabiony, piersi są dużo podatniejsze na zapalenia.

 

U mnie wystąpił chyba mix tych wszystkich powodów: pozwoliłam sobie wietrzyć pokój w samym szlafroku 😉 , byłam mooocno nie wyspana od kilku nocy, Tosia po raz pierwszy przespała wiele godzin z rzędu, przez co nie wypiła standardowej ilości mleka, a o przypadkowych kopnięciach podczas zabawy nawet nie ma co wspominać 😉

Zapalenie piersi może pojawić się znienacka (jak u mnie, obudziłam się ze straszliwym bólem w całej piersi!), albo rozwinąć się z zatoru. Zator można wyczuć jako zgrubienie, taką kulkę, w dowolnym miejscu piersi, spowodowane brakiem odprowadzenia pokarmu, np przez przerwanie kanalika (w tym miejscu jeszcze raz podkreślam: ten opis jest sumą wszystkich przeczytanych przeze mnie na ten temat artykułów, a nie opisem z encyklopedii medycyny!).

 

Domowe sposoby radzenia sobie z zapaleniem piersi:

Na początek trzeba spróbować opróżnić pierś; zapalona pierś jest twarda jak kamień, a mimo to często pokarm nie chce płynąć. I tutaj są dwie szkoły, przeczące sobie: jedna mówi, że pierś należy rozgrzać ciepłym kompresem, lub np pod ciepłym prysznicem, i rozmasować, aby ułatwić wypływ pokarmu. Druga szkoła zakazuje podobnych praktyk- przecież podgrzewaniem zwiększamy stan zapalny, a masowaniem możemy uszkodzić kanaliki mleczne. Druga szkoła mówi, żeby po prostu postarać się odciągnąć pokarm. Po odciągnięciu mleka (czy nakarmieniu dziecka) można zrobić sobie zimny okład (tak mówią obie szkoły).

Według mnie- argumentacja szkoły „na zimno” jest sensowna, jednak… w praktyce mi pomogły dopiero ciepłe prysznice. Pod prysznicem udało mi się pozbyć nieco pokarmu, na tyle, żeby ułatwić dziecku ssanie; resztę załatwiłam przystawiając dziecko do piersi, i stosując laktator ręczny.

Okej, tyle jeśli chodzi o rozwodzenie się i wstępy, myślę, że najłatwiej będzie przedstawić konkretną listę:

-Opróżnianie piersi: przez przystawianie dziecka, ręczne wyciskanie pokarmu, lub użycie laktatora. Pamiętajmy przy tym o opróżnianiu obu piersi, aby ta nie zapalona nie ucierpiała w wyniku zaniedbania; jeśli przystawiamy dziecko tylko do chorej- drugą opróżniajmy laktatorem.

-Zimne kompresy/polewanie chłodną wodą po opróżnieniu piersi: To sprzyja zwężaniu kanalików mlecznych, co z kolei ogranicza nieco produkcję mleka na dany moment; jako, że staramy się odciążyć zapaloną pierś, jest to dobra praktyka.

– Zimne okłady z kapusty: białą kapustę należy rozbić nieco tłuczkiem, tak, by puściła sok; następnie schłodzić w lodówce, i nakładać na piersi. Jak tylko liście się ogrzeją, należy zmienić opatrunek kapuściany na świeży.

-Leki przeciwzapalne/ przeciwgorączkowe: oczywiście te dozwolone podczas karmienia piersią! Czyli coś z ibuprofenem, czy paracetamolem (Ibuprom, apap, najlepiej zapytać w aptece!). Jak nazwa wskazuje- przeciw gorączce, i stanom zapalnym.

-Picie dużej ilości płynów, w tym naparu z szałwii: szałwia zmniejsza laktację, więc jest idealnym napojem na czas, kiedy nie potrafimy opanować ilości mleka. Oczywiście nie należy przesadzać, jeśli planujemy nadal karmić piersią!

-Okłady z twarożku: szczerze mówiąc- tej metody nie sprawdziłam, ale została ona polecona koleżance przez położną, i podobno też działa. Taki okład robi się nakładając twarożek na np ręcznik papierowy, i przykłada do piersi. Ja ograniczyłam się do kapusty, a ze zadziałała całkiem dobrze, nie musiałam sięgać też po twarożek.

Ja stosowałam wszystkie te sposoby na raz (poza wspomnianym twarożkiem), i już po pierwszym dniu zauważyłam spadek temperatury, i napięcia w piersi. Skoro działało- kontynuowałam bez wizyty lekarskiej, cały czas jednak kontrolując swój stan, żeby iść do specjalisty gdyby się pogorszyło.

Oczywiście jeśli powyższe sposoby nie zadziałają, należy jak najszybciej udać się do lekarza, który prawdopodobnie przepisze antybiotyk; zapalenie piersi może przerodzić się w ropień, który jest już powodem do przerwania karmienia. Z mojego doświadczenia jednak- KAPUSTA CZYNI CUDA! Każda karmiąca mama powinna trzymać jedną główkę zawsze w lodówce, na wszelki wypadek!

 

Mam nadzieję moje drogie mamy, że moje instrukcje są czytelne, ale że nie będziecie musiały ich używać 😉

Jeśli ktoś ma inne sprawdzone sposoby- zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach!

Ściski!

 

 

 

 

Prawdziwy test mamowy, czyli wreszcie mama na pełen etat.

Halo halo! Szybciutko, póki pan Tata z panią Tosią są na spacerku, wrzucam drugi wpis.

 

Ostatnio zupełnie nie mam czasu dla bloga, bo… jestem teraz mamą w pełnym wymiarze godzin!! Czyt: Pan Tata poszedł na etat, i zostałam sama w domu.

Mój małżon cały okres mojej ciąży i pierwsze miesiące po urodzeniu dziecka spędził ze mną w domu. Ujmijmy to tak, że pracował zdalnie. Mieliśmy dzięki temu wspaniałą szansę, która nie jest dana wszystkim rodzicom-mój mąż mógł przeżywać ze mną wiele aspektów ciąży; był dla mnie nieocenioną pomocą w czasie, kiedy było ciężko bo organizm fisiował na początku, albo gdy pod koniec ciężko było po prostu chodzić/siedzieć/wstawać/leżeć ze wzgl na balast z przodu, oprócz tego miał niepowtarzalną szansę nawiązać silną więź z naszą córcią od pierwszych ruchów w brzuszku, poprzez sam poród (tatuś „kangurował” maleństwo po samym urodzeniu! Szczęściarz…), aż po przytulanie kruszynki już w domciu. Tatuś pomagał mi wrócić do żywych po cesarce, kąpał wieczorami i przewijał dziecko każdej nocy, ubierał przed spacerami, a czasem brał Tosię sam na spacer rano, żebym miała szansę odespać co trudniejsze nocki. Słowem- był tu dla nas w stu procentach. Za to- DUŻY CAŁUS, UŚCISK I MASA MIŁOŚCI DLA PANA TATY.

Przyszedł jednak czas, kiedy Pan Mąż musiał powrócić na etat- dokładnie po roku, założył marynarkę, zawiązał buty, wziął teczkę do ręki- i zniknął za drzwiami.

Dzień przed ogarnęła mnie panika: jak ja to ogarnę? Cały dzień sam na sam z Tosią? Przecież już teraz jestem wykończona każdego wieczora, a przecież zajmujemy się nią na zmianę! Jak to będzie? Kto mi pomoże? Kto zajmie się dzieckiem jak będę szła do kibelka? Albo jak będę chciała naszykować sobie coś do jedzenia? AAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!! (panika).

Tymczasem…

Od poniedziałku udowadniamy sobie z Tosią, że świetnie nam w swoim towarzystwie! Dzień zaczął wreszcie mieć jakieś wyraźniejsze ramy, jakiś rytm, i mogę nawet powiedzieć, że chyba łatwiej się tak żyje :). Fakt faktem- blog przegrał w tym tygodniu ze: sprzątaniem, praniem, spaniem, gotowaniem, bo komputera raczej nie mam nawet po co włączać, ale w końcu przyszedł week end, i mogę wreszcie pospisywać te kilka zaległych rzeczy, które wisiały mi w głowie.

Dzień wygląda fajnie, czyli:

rano, kiedy Tata wychodzi z psem na poranny spacer, Tosia akurat budzi się, żeby wypuścić bączki, które uhodowała w nocy. Ja wtedy biorę ją do kuchni, kładę na bujaczku na środku stołu (stół mamy duży, więc nie ma opcji, żeby spadła- przynajmniej na tym etapie rozwoju motorycznego córci), i szykuję śniadanko dla Taty, oraz poranną porcyjkę błonnikowego szaleństwa dla siebie: zaczynam dzionek od jogurtu naturalnego z płatkami owsianymi i owockiem, prawdziwe śniadanie będzie potem. Kiedy zjemy sobie wszyscy razem, Tata wychodzi do pracy, a my z Tosinką wracamy do sypialni, na małe conieco i  ciąg dalszy spania. Tosia nadal zasypia tylko przy piersi, ale całe szczęście rano ostatnio przynajmniej puszcza tą pierś po jakichś 2 godzinkach ;), wtedy mogę się wymknąć, i coś porobić (taaak, to właśnie wtedy mogła bym pisać bloga, ale wybieram roboty domowe!). Następnie Tosia budzi się, schodzimy do kuchni, ja jem śniadanie a Tosia grzecznie czeka w bujaczku (zwanym przez nas Buraczkiem), i obdziela mnie łaskami swoich uśmiechów- teraz, i przez następne kilka godzin :D! Tu następuje czas szaleństwa, wygłupów, nauki, jakieś przewijanko, ewentualna walka o spacer, zwana inaczej Niedawną Porażką Spacerową (Tosia przestała lubić wychodzić na spacery, musimy jeszcze to jakoś wpleść w nasz rozkład zajęć, bo dzielnie się przed tym broni- potrafi przepłakać pół spaceru, zmuszając mnie do odwrotu- oczywiście jak tylko poodwijam ją ze wszystkich spacerowych wdzianek-wszystko jest ok). Potem jest kolejna drzemka, a potem wraca pan Tato, i cieszymy się wspólnym wieczorem! Ach, no i jeszcze gdzieś tam po kawałku szykuję obiadek 😉 (dodam, że jak byliśmy w domu wszyscy razem- jakoś zawsze brakowało mi na to czasu).

A ja się tak bałam, że nie będę ogarniać!! Szalona 😀

W tym wpisie można zauważyć aż DWIE DRZEMKI w ciągu dnia! Czyli sprawa się bardzo zmieniła od czasu mojego wpisu o spaniu. Fakt faktem- wieczorami nadal są ostre akcje z zasypianiem, zwłaszcza,  że nowy tryb musi się jeszcze „uleżeć”  i ukształtować do końca, ale jest szansa na to, że wszystko się z czasem ułoży.

Tak więc mamy „niepoukładanych” dzieci- głowa do góry! Wszystko z czasem zaczyna nabierać kształtu! :)

 

Na koniec pochwalę się jeszcze tym, że wreszcie ogarnęliśmy problem z adresami do poszczególnych podstronek i wpisów na blogu- a tak dokładnie Małżon ogarnął! Medal mu za to! Tak więc mogę już wreszcie postować konkretne adresy do nowych wpisów, a nie tylko stronę główną, bo wplątuje się dziwna domena 😉

Buziaki! Do następnego!

Cztery miesiące minęły zupełnie niepostrzeżenie. Toż to już 1/3 roku!

Cztery miesiące. Cztery miesiące w których mniej śpię, a częściej się śmieje. Częściej ruszam, mniej siedzę przy komputerze. Cztery miechy w pełnej gotowości bojowej o każdej porze dnia czy nocy (tak tak! Np. wczoraj Tosia była tak zmęczona wieczorem, że aż nie umiała zasnąć- Pani Mama wybiegła więc z łóżka, zamotała maluszka w chustę, i  krążyła jak upiór w półmroku domu, mimo anginy, która się chyba właśnie rozwija w moim gardle, aż Panna Antonina ukołysana zasnęła).

Cztery miesiące. Jakoś nam ta data umknęła bez świętowania… pewnie dlatego, że 30 luty nie istnieje, i trochę pogubiliśmy się w liczeniu 😉 Ja ostatecznie „odfajkowałam” 4 miesiące 2 marca, bo przecież 28+2=30 😉

Czwarty miesiąc- czas zjadania rączek. Banieczki ślinkowe wypuszczane w dużej ilości, uśmiechy rozdawane już bardzo świadomie, pomruki, gaworzenie… kontakt pełną parą!

Oprócz tego gdzieś tam chyba powoli czają się ząbki, bo jak Tosinka złapie mnie za paluch, i wciąga go do buźki, to nie dość, że gryzie jak szalona, to jeszcze mam wrażenie, że wymacuję tam jakieś różne różności. Zazwyczaj podobno pierwsze pojawiają się jedyneczki na dole, ale pysio mojej dziewczyneczki jest tak „zbudowany”, że raczej dolne dziąsełko jest zasłonięte- to górne się bardziej „szczerzy”, więc ciężko mi prowadzić obserwację, mogę tylko sprawdzać to „organoleptycznie”.

Tosia określiła się też w tym miesiącu w kwestii swoich preferencji fitness- dużo bardziej lubi brzuszki od pompek- czytaj: ku mojemu zmartwieniu nadal niechętnie podnosi główkę w pozycji na brzuszku, marudzi już po minucie w takiej pozycji (a niedobra mama z uporem maniaka ją tak kilka razy dziennie konfiguruje!!! TY MAMO TY! BEUEUEUE!! BWEEE!BEUUUEUUU!!), za to UWIELBIA podnosić się do siadu- z każdej pozycji! Czy to „siedzi” na leżaczku, czy leży na przewijaku, czy półleży na kolankach mamy/taty- już po chwili wygibasi się do pionu; co najlepsze- bardzo często jej się udaje usiąść (o zgrozo! Toć to za wcześnie dla tego kręgosłupeczka!), po czym głowa przeważa Antonikę do przodu, więc „brzuszki” kończą się pełnym skłonem! Kurde, chciała bym być taka porozciągana :D!

Bąki nadal nękają brzuszek. Co za bąki, no poszły by sobie już precz, na łąki, czy pola! Przecież ta zima w tym roku to prawie wiosna, mogły by już polecieć zapylać kwiatki, a nie męczyć moją Tosię!  Nadal zdarza się, że cała rodzinka nie śpi np od 3 do 7 rano, kibicując dziewczynce w wypychaniu potworków z pupki, ale całe szczęście już coraz rzadziej…

Antonina stała się z małego człowieczka- Małym Człowiekiem. Ma swoje upodobania, wie, w jaki sposób komunikować nam swoje chcenia i preferencje, swoje niechcenia i foszki.

Chce: cycka, oglądać, siedzieć, smakować świat buzią, spać.

Nie chce: smoczka, leżeć bez towarzystwa, sprzątać, myć naczyń.

Fajnie jest.