Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Pierwsza kaszka

Normalnie nie wiem, jak mam oznaczyć ten wpis, bo w pewien sposób podchodzi mi pod kuchenne porażki…

Jednak zanim zacznę rozwijać temat- na początek wierszyk pana A. Waligórskiego, jeden z moich faworytów  :)

Niedobrze się robi ptaszkom, odbija się myszce
Mamcia karmi dziecko kaszką łyżeczka po łyżce.
Karmi, nuci coś radośnie: „Jedz, jedz ty łobuzie…”
Kaszka dziecku w buzi rośnie i wydyma buzię.

Ma już kaszki pełen brzuszek i płucka, i nereczki,
Kaszka sączy mu się z uszek i rozpycha majteczki.
Słyszy dziecię matki piosenkę i myśli figlarnie:
„Jak cię dorwę, gdy dorosnę, to też cię nakarmię…”

Zaśmiało się miłe dziecię na myśl o igraszkach.
Mamcia na to: „A więc przecie smakuje ci kaszka”.
Dam ci jeszcze, żebyś przytył i miał pulchne policzki!!!”
Dziecko żuje myśląc przy tym: „Ach, dajcie mi nożyczki!!!”

Wtem huknęło coś jak mina – gówniarz zwymiotował.
„Porzygała się dziecina – zaczniemy od nowa!!!”
Kot z rozpaczy skoczył w wannę a pies się wściekł na dworze.
Po coś stworzył kaszkę mannę, o sympatyczny Boże ??!!

A to było tak:

Czytaj dalej

Nasze ząbkowanie

ZĄBEK! JEST ZĄBEK! a może lepiej powiem prawdę: ZĄBKA UKAZAŁ SIĘ RĄBEK 😉

 

W niedzielę po południu Tosia pokazywała światu swe wyjątkowo chmurne oblicze.

Cierpliwość mi, szczerze mówiąc, siadała trochę;

Całą sobotę spędziłam z Tosią pod skrzydłem, bez pomocy Pana Taty, który to- żeby było jasne, nie migał się od ojcowskich obowiązków- zabrał się za prace remontowe. Z samego rana odwiózł mnie i Tosię do mej Wspaniałej Bratowej, która udzieliła nam całodniowego azylu (i tak miałyśmy tam jechać wprosić się na babską imprezę). Tata dzielnie walczył szykując ścianę do wymiany okna na większe (mieliśmy bajeczne stare skrzynkowe okna, które jednak wpuszczały baaardzo niewiele światła), a jego dziewczyny hulały w innym mieście, a to spacerując po parku, a to imprezując na Bytomskim rynku, a to balując w domu z innymi ciociami.

Tak czy siak- cały dzień na pełnych obrotach, aby zapewnić mojej córci max uwagi i max rozrywki, bo kto by chciał wytrzymać na babskiej imprezie ze zmierzłym znudzonym potworkiem, jak można mieć rozchichotaną królewnę.

Po takiej sobocie marzył by mi się dzień na hamaku, z masażem stóp i kieliszkiem czerwonego wina.

Bądźmy jednak realistami. W tę samą sobotę wieczorem Małżon przybył po mnie, i oświadczył, że chyba będzie tyrać do północy, bo z okazji kruszących się cegieł musiał wyjąc jednak całe okno tego samego dnia, mimo, że planował dziś zrobić tylko wstępnie nadproże, w rezultacie czego nie mamy pół ściany w kuchni, i lepiej wziąć się za wstawianie okna.

Tak więc niedziela nie zapowiadała się bajkowo.

Po pierwsze: wino odpada, bo karmię piersią. Po drugie: Małżon nie odciąży mnie przy dziecku, bo sam ledwo zipie po tygodniu zasuwania w pracy, i po całym dniu ciężkiej fizycznej harówy przy naszej rozsypującej się chatynce. Po trzecie- cały parter rezydencji tonął w pyle, a podwórko w gruzie.

Po czwarte- no właśnie, po czwarte…..

I tu wracamy do początku- tu zacytuję samą siebie:

„W niedzielę po południu Tosia pokazywała światu swe wyjątkowo chmurne oblicze.

Cierpliwość mi szczerze mówiąc siadała trochę; ”

Mówię do niej- Co jest grane? CYCEK-nie, sprawdzałam. KUPA-nie, sprawdzałam. Koń z rycerzem (najlepsza zabawka świata!)- nie, Żyrafka też nie. O CO CI DZIEWCZĘ CHODZI??!! Weź mi powiedz, a nie jęcz, bo już nie ogarniam!!!A  Tosia na to tylko: BUUUUUUUUU!!!! :(

Wtedy mi się przypomniało, że mój maluszek ostatnimi czasy męczy się z dziąsełkami, i aż mi się głupio zrobiło- wyrodna matka, czepia się biednego cierpiącego skrzacika!

No to w te pędy po żel chłodzący. Wycisnęłam zdrową ilość na palec, i dalejże zmagać się z Antoniną, która na zapach żelu (ziołowy) reaguje upartym szczękościskiem. Pokonawszy ostatnią barierę wykrzywionych niesmakiem ust dostałam się do środka buźki. Kiziam, miziam, w lewo, w prawo, góra, dół….DÓŁ….Chwila, co to!?..

MĘŻÓÓÓÓÓ!!!! TU CHYBA JEST JAKIŚ ZĄBEK!!! :D:D:D

Wymacałam na dole, prawa jedyneczka, takie malutkie, twarde, ostre ziarenko piasku :) Ząbek to to jeszcze nie jest, ale KIEŁKUJĄCY ZĄBECZEK- owszem :)

Wycałowałam z radości to moje małe, jęczące biedactwo. Biedactwo zdziwione krzywi buzię, bo przecież ten żel jest taki niesmaczny, wcale nie jak mleko mamy, a mama skacze i się cieszy. O co jej chodzi?

Spędziłam chyba godzinę na telefonie z babciami i różnymi ciociami, bo to przecież ważna sprawa, trzeba się podzielić taką informacją 😉 Tak się zagadałam, że ze zdziwieniem odkryłam, że Tosia nadal jęczy!- a teraz o co Ci chodzi? Przecież po żelu zazwyczaj wszystko mija! Na to Tatuś odzywa się z kuchni: A czy nie jest przypadkiem już jej pora snu?

-Cholewcia, tak się zakręciłam tą całą sprawą, że o godzinę „przenosiłam” maluszka, który już buczał ze zmęczenia.

Muszę przyznać, że nagrody za matkę roku to bym tego dnia nie mogła dostać, ale za to na pewno jestem najbardziej entuzjastycznym kibicem ząbków mojej córci 😉

 

A teraz pociecha dla wszystkich mam, które boją się ząbkowania:

Jak w pierwszych miesiącach marudziłam, że moje dziecko cierpi przez kolki, ktoś mi powiedział: „nie pękaj, przed Tobą jeszcze ząbkowanie”. I wiecie co? Kolki były duuużo gorsze. Wiem, że łatwo mi gadać przy pierwszym ząbku, ale serio- przynajmniej mam coś, czym mogę Tosi pomóc, a nie tak jak w przypadku tych cholernych kolek, gdzie tylko mogłam STARAĆ SIĘ złagodzić jej męczarnie.

U nas ząbkowanie wygląda tak:

Cały dzień Tosia pakuje co się da do buźki, ale to w sumie nie jest wielką odmianą, bo przecież już wcześniej poznawała świat za pomocą kubków smakowych. Parę razy dziennie zaczyna jęczeć, marudzić, mniej więcej tak, jak wtedy, gdy jest zmęczona (różni się to tylko tym, że nie trze oczek). W sytuacjach hardkorowych zapłacze- np gdy za mocno podrażni sobie dziąsełko, lub gdy jest do tego wszystkiego śpiąca, i już nie ogarnia. No okej, może jest ciut mniej pogodna, potrzebuje więcej uwagi i towarzystwa, ale nie wije się z bólu, na dodatek da się kupić spoko działające żele chłodzące łagodzące objawy. Może smak tego naszego nie jest dla dziecka zbyt pociągający (próbowałam, mi tam smakuje :D), ale na prawdę działa jak ręką odjął- używam go w sytuacji wzmożonego jęczenia i grzebania w buźce.Poza tym są przecież gryzaki, które można schłodzić w lodówce. Czasem ja biorę gryzaczka w swoje ręce, i pocieram Tosine dziąsła; ona wtedy szczerzy się do mnie z wyraźną ulgą, i tak sobie siedzimy, masujemy, i spędzamy miło razem czas ;)l

Co do specyfików- koleżanka mówiła mi, że używała środek homeopatyczny przepisany przez lekarza,niestety w Niemczech, ale podobno całkiem spoko przeszli ząbkowanie. Jeśli uda mi się go dorwać-dam wam znać jak działa.

Wiadomo, że każde dziecko jest inne, jedno nagle ma ząbki, bez żadnego marudzenia czy trudów, inne mają gorączkę, jeszcze inne pojękują, ale nie tracą przy tym pogody ducha; najważniejsze to nie podłąmywać się, i cierpliwie wspomagać maluszka w ten czas, i nie bać się posiłkować w potrzebie różnymi wynalazkami.

Lekkiego ząbkowania wszystkim życzę 😉

PS. Udało mi się napisać na ten temat akurat niedługo po tym, jak wymieniałam komentarze z Weroniką marząc, że będę miała kiedyś czas znowu coś napisać :) Fajnie jest! :)

 

Skoki rozwojowe

Skoki rozwojowe są u nas ostatnio synonimem całego zła.

Wiecie, o co chodzi?

Mamy małego, roześmianego brzdąca, który przykładnie sypia o mniej-więcej stałych porach, jest grzeczny, przytulaśny, przewidywalny w kwestiach rutyny. I nagle, pewnego pięknego dnia, dziecko postanawia zacząć płakać bez widocznego powodu, okazywać rozdrażnienie-znowu bez widocznego powodu, nie potrafi zasnąć, mimo wieczornych powtarzalnych czynności zwiastujących rychłe „nyny”. I CO TO MA W OGÓLE ZNACZYĆ?!

 

W takiej właśnie sytuacji odkryliśmy temat odczuwalnych skoków rozwojowych. Tosia płakała pół wieczora (a nie należy do płaczliwych dzieci!), i dopiero tulenie jej przez pół godziny przez Tatusia w chuście ją ukołysało. W czasie gdy Małżon pokonywał kilometr za kilometrem w sposób, którego nie powstydził by się Monty Python w swym Ministerstwie Głupich Kroków (żeby dobrze kołysało), wasza uniżona przeczesywała internet, żeby znaleźć jakieś wytłumaczenie stanu rzeczy.

I OTO JEST, jak wół napisane: SKOKI ROZWOJOWE.

Przeliczyłam szybko na palcach i kalendarzu- daty i terminy się zgadzają, Czwarty skok, tzw Okres wydarzeń. Dziecku zaczynają układać się w główce różne rzeczy, dużo nowych spraw go zaprząta, nowe rzeczy się uczy, i nagle jest tego tak dużo, że cały układ nerwowy jest mocno obciążony, i dziecko staje się marudne. U niektórych dzieci przebiega to bezobjawowo, a raczej jedynymi objawami są niesamowite rzeczy, które dziecko znienacka potrafi zrobić, inne natomiast są rozdrażnione i wybite z rytmu.

Pierwszy raz jak wyczailiśmy te całe skoki, czy z angielskiego Milestones- kamienie milowe, Tosia zasypiała jedynie w chuście, po dłuższym dreptaniu, a nie jak dotychczas przy piersi. Dreptanie trwało nie raz i do wpół do drugiej rano… zapomnij o spaniu w dzień! Było ciężko, i nam, i jej. Widać było, że trze oczka, ziewa, leci z rąk, ale żadna metoda usypiania nie działała, a wierzcie mi, spróbowaliśmy ich już wiele. Sprawa zakończyła się znienacka, tak jak się zaczęła. Za to Tosia zaczęła po tym sięgać do swoich stóp, obracać się na brzuch, i generalnie więcej czasu spędzać na aktywniejszym odkrywaniu świata.

 

Minęło kilka tygodni. Pewnego wieczora, przy tradycyjnym wieczornym cycku, Tosia zamiast spać- zaczęła się miotać, prężyć, wściekać…Spojrzeliśmy na siebie z Tatusiem znacząco: oho,  kolejny skok rozwojowy! -Hyc hyc do netu w rozpiskę skoków- i oto jest, okres lęku separacyjnego. Tosia właśnie zaczyna pojmować, że ona i mamusia to jednak nie jest jeden organizm, a te dziwne głowy pojawiające się koło niej to nie koniecznie „sami swoi”; potrafiła zacząć płakać na widok ukochanej, regularnie widywanej babci, albo przepłakać pół spaceru- bo tak. Oprócz tego Tosia bacznie nas teraz obserwuje; nie tak jak zawsze zerka, żeby nawiązać kontakt, ale głęboko wpatruje się z powagą w oczy, lustruje twarze. W nocy, jak już Mąż przyniósł ją do łóżka po wysupłaniu z chusty, znajdowała pierś, i nie pozwalała jej sobie odebrać przez niemal całą noc (jak się próbowałam wymixować, zaczynało się nerwowe rzucanie w poszukiwaniu, kończące się płaczem i rozbudzeniem, lub moją kapitulacją)- to trwało 4 noce, w których spałam niewiele :/.

Już chyba powoli docieramy do końca, bo zasypianie wraca do normy, ale wpadamy w kolejną pułapkę, czyli….

ZĄBKOWANIE!!!

Osobny rozdział, osobny temat, nowe „atrakcje” i wrażenia.

A niedługo, bo już dokładnie za 2 dni, Tosiaczek będzie miał pół roku! I zaczniemy rozszerzać dietę o pokarmy stałe 😀 Wprawdzie pierwsza kaszka już była (nie mogłam się już powstrzymać)ale w sumie ciężko to nazwać posiłkiem…Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Hej!

I tym oto optymistycznym zawołaniem zamykam ten ciężki jak kamień (milowy) post.

Buziaki

Pieluchy wielorazowe- nasze próby

Hop hop! :)

Tak to u mnie jest, że jak jest chwila to siadam i piszę po kilka postów, a jak nie ma czasu, to tygodniami cisza…

Wszystko to przez skoki rozwojowe, święta, wstawianie okna, nadmiar prania i przepracowanie męża… ech, ostatnio był niezły rollercoaster. Chodzę niewyspana jak zombie, wychudzona jak sirotka Marysia (mąż pożyczył mi szelki, żebym nerwicy od podciągania gaci nie dostała- fajowe, czerwono-czarne z Bacardi! Sam sex, mówię wam :D), brwi zarosły jak krzoki bo nie ma czasu na ogarnięcie się… ach, mamą być 😀 Sama radość!

Okej, zanim napiszę o pieluszkach- mały update Tosiowy, bo przecież ominęłam wpis na 5cio miesięcznicę!

Tosia w dzień ukończenia 5tego miesiąca życia przystąpiła do sakramentu Chrztu. Wiecie, jak to jest na tych mszach- zazwyczaj jakieś dziecko drze się w niebogłosy… TYLKO CZEMU TO BYŁO WŁAŚNIE MOJE DZIECKO TYM RAZEM??!! Jak tylko zadzwonił pierwszy dzwonek (niedobly ministrant pociągnął za sznurek wychodząc z zakrystii! niedobly niedobly!!), Tosinka osłupiała na tak nagły dźwięk, i… wpadła w RYYYYYYK! no to my na zmianę z Małżonem hycaliśmy do takiego pomieszczenia-spowiedni, żeby córcię utulić. Oczywiście bezskutecznie- obce miejsce, dudniący dźwięk organów, zero znanych punktów odniesienia… Jedyny moment, kiedy się uspokoiła, to wtedy gdy ksiądz polewał jej czółko wodą święconą- mycie głowy to jej ukochany moment kąpieli :D!

Jeśli przyjdzie mi kiedyś zanosić do chrztu kolejne dziecko- na bank będzie to przed 3cim miesiącem jego życia, żeby całą tą akcję spokojnie przespało ;).Przyszłe mamy- weźcie to pod rozwagę i nauczcie się na naszym błędzie! 😉

Tak czy siak- w tym całym zamęcie nie było kiedy podsumować piątego miesiąca, czyli miesiąca łapania i zjadania stópek (zwłaszcza prawej), a tu już prawie koniec 6stego! ech… zegary i kalendarze ostatnio oszalały, i pędzą, jakby do sztafety ćwiczyły…

 

O czym to ja….a tak, PIELUCHY!OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od kilku tygodni testujemy, czy może raczej używamy pieluszki sprezentowane Tosi przez Wujków, Ciocie i Dziadków przy okazji chrztu. ChrzęstnaMatko- spasiba za wysiłek włożony w przedsięwzięcie wyszukiwania i zakupu!

Stan rzeczy jest taki, że uprawiamy w tym momencie pieluchowanie mieszane, czyli Tosia do spania i na wyjazdy wszelakie dostaje jednorazówkę, a poza tym jedzie na wielorazówkach. Czemu tak?
Otóż temu, że nadal zdarzają nam się przecieki… ciężko nam ustalić dlaczego, bo są przypadki, że Tosia kula się na boki przez kilka godzin w jednej pieluszce, i nic się nie wyleje, a wkład można potem wykręcać jak szmatę, a czasem po pół godzinie jest przelane… ciężko stwierdzić. Tak czy siak nie chce mi się codziennie przebierać pościeli, a na podróż do dziadków brać trzech zestawów ciuszków.

Używamy pieluch typu kieszonka, czyli tych z osobnym wkładem. Mamy ich szt 15, i 30 wkładów. część wkładów jest z włókna bambusowego, część z mikrofibry. Wolimy te z włókna, bo teoretycznie są chłonniejsze (choć ciężko to stwierdzić na pewno), ale przede wszystkim są szare (w odróżnieniu od białych z mikrofibry), więc nie ma sytuacji, że po praniu widać na nich post-kupkowe odbarwienia.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pielucha-kieszonka

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wkłady do pieluszki- u góry z włókna bambusowego, na dole z mikrofibry

Początek był ciężki, bo Tosię trzeba było po każdej pieluszce przebierać, bo była zasikana- mea culpa, miałam nawyki po-pamperowe, że pieluchę się zakłada i zapomina o niej na dłuuugi czas ;). Otóż jednorazówki, owszem, są wersją bardziej chłonną, starczającą na wiele godzin, i przestawienie się jest na początku trudne, ale po paru dniach jest ok 😉

 

Tosia się obudziła. ciąg dalszy nastąpi…

 

Okej, kula się mały golasek przy mnie na macie, może coś mi się uda jeszcze napisać.

Właśnie teraz dla przykładu Tosia przesikała, przy okazji obsikując moje spodnie, bo spała na moich nogach, ale przyznaję- to moja wina, bo nie przewinęłam jej przed spaniem, a tym bardziej powinnam, skoro zasypiała jedząc- wtedy sika jak najęta 😀 Moja wina- to i spotkała mnie zasłużona kara, i musiałam lecieć przebrać gacie.

Do pieluszkowania wielorazowego potrzebne jest więcej zaangażowania niż do jednorazówek- trzeba pamiętać o przewijaniu, co dla pokolenia naszych mam jest zupełnie normalne, ale dla nas, rozpieszczonych chłonnymi chemicznymi wynalazkami- już nie tak bardzo.

Okej, z czym to się je (fuuu, złe sformułowanie! Tego się definitywnie nie je!):

Przed pierwszym użyciem pieluszki i wkłady trzeba siedem razy wyprać i wysuszyć, żeby zwiększyć ich chłonność.

Co dalej?…

Masz dziecko, z potencjalnie brudną pupką.

Bierzesz ściereczkę wielorazową (tak tak, zainwestowałam i w takie coś- mały ręczniczek, używasz i potem wyrzucasz do pralki), wycierasz pupkę, nie kremujesz/zasypujesz/oliwisz- nie stosujesz nic. Bierzesz pieluszkę-kieszonkę, wkładasz do środka wkład albo dwa (te takie podłużne podpaski), zapinasz na pupci dziecka, jak jednorazówkę, dopasowując rozmiar napami/rzepami. A potem patrzysz na zegarek 😀 I pamiętasz, żeby zerknąć za jakiś czas w pieluchę i w miarę potrzeby zmienić ją na nową. Oczywiście jak słyszysz odgłosy erupcji wulkanu (czyt- dźwięk nadciągającej kupy)- myk z dzieckiem na warsztat (przewijak) i przewijasz- tutaj jeśli używasz wkładek papierowych czasem wystarczy wyrzucenie wkładko-papierka,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wkładki jednorazowe papierowe

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i ponowne zapięcie tej samej pieluszki, ale to zależy od obszaru zniszczeń i pogromu ;).Brudna pieluszka idzie do szczelnie przykrytego kubła wyłożonego workiem do prania ,stojącego przy przewijaku, a docelowo do pralki; można do takiego pojemnika wpuścić kilka kropel olejku z drzewka herbacianego- dobrze maskuje zapachy 😉 Jest też antyseptyczny, ale dla mnie to raczej mało istotna informacja, bo nie wierzę, że zalecone kilka kropli upora się z kupo-bakteriami całej sterty pieluchonów ;).  Potem tylko myk myk- worek z zawartością do pralki, pranie w max 60 st, z dodatkiem proszku odkażającego, potem pieluszki do wysuszenia (bez prasowania!) – i gotowe do ponownego użycia!

 

Tak to wygląda. Proste?-Proste. W teorii 😉 Największym kłopotem jest wymierzenie czasu chwilę przed przeciekiem ;D ale myślę, że to przyjdzie z doświadczeniem. W końcu zdarzają się takie ewidentne błędy, jak ten, który skończył się świeżymi dżinsami :) ale czasem pojawia się potajemny sik wyskakujący bokiem, i wtedy detektyw nawet nie znajdzie przyczyny… no i trzeba wtedy lecieć po czyste ciuszki.

Ale wiecie co? I tak lepsze to w naszym przypadku niż jednorazówki, bo Tosince często zdarzają się rzadsze kupki, które miały brzydki zwyczaj uciekania górą z jednorazówek, i często był kłopot z dopraniem ciuszka- a teraz jedynie siuśki uciekają raz na jakiś czas. Wolę tą opcję 😉

No i poza tym za wielorazówkami przemawia tysiąc innych przytoczonych w pierwszej części powodów. Myślę, że pozostaniemy przy takim systemie jak teraz. Jeszcze nad nim pracujemy, jeszcze udoskonalamy, ale generalnie jesteśmy raczej zadowoleni.

Nie trzeba też kupować nawilżanych chusteczek ani wacików do pupki, bo zainwestowałam w system dwu-pudełkowo-ściereczkowy:  są dwa szczelnie zamykane pudełka; w mniejszym jest sterta czystych ściereczek, mokrych (po praniu nie trzeba ich w ogóle suszyć!), z dodatkiem kilku kropli olejku lawendowego dla zapachu; po wytarciu pupki/rączki/buźki czy czego tam trzeba, wrzuca się do pudełka nr dwa, wyłożonego woreczkiem do prania, do którego w celach anty-smrodkowych wkrapla się olejek eteryczny z drzewka herbacianego. System pracuje pięknie, polecam każdemu 😉

OK, to na temat pieluszek chyba tyle… Jeśli macie jakieś pytania odnośnie tematu- walcie śmiało, jak będę mogła-odpowiem 😉 a jeśli jesteście mamami „wielokrotnie-pieluchującymi” 😉 i macie jakieś fajne patenty, do których doszłyście w czasie praktyki- dzielcie się! 😀

Na dzisiaj tyle, i tak jestem w szoku, że dałam radę aż tyle napisać 😉

 

Buziaki, pięknej wiosny życzę!

 

 

 

Pieluchy wielorazowe- cz.2

Korzystając z chwili ciszy (Tosia śpi, pranie się suszy, ciepła herbata w dzbanku…)- lecę dalej z tematem pieluszek.

Dzisiaj napiszę z grubsza o rodzajach pieluszek i akcesoriów, w następnym poście będzie co nieco o tym, jakie mamy my, i o co w nich chodzi, oraz słów kilka na temat tego jak nam się używa.

 

Rodzaje pieluszek wielorazowych i akcesoria:

Prefold-  to taka pieluszka z materiału (bawełny), która została wcześniej złożona i przeszyta w taki sposób, że w środkowej części jest najwięcej warstw. Może służyć jako osobna pieluszka, którą starczy złożyć w kształt otulający pupcię i spiąć taką specjalną klamerką (coś w stylu żabki do opatrunku, tylko z 3-ma ramionami), czy agrafką z osłonką. Jako, że nie posiada żadnej warstwy nieprzemakalnej warto ją używać z otulaczem, czy też wkładać do kieszonki (o tych dwóch rzeczach za chwilę).

 

Formowanka- pieluszka uszyta z chłonnego materiału (bawełny, flaneli, włókna bambusowego itp) na kształt przypominający obecne jednorazówki (trochę jak „pampery”), jednak nie posiadająca warstwy nieprzemakalnej „cerato-podobnej”, dlatego lepiej tutaj też dodać otulacz. Ta pieluszka do regulacji rozmiaru może mieć rzepy, napy czy troczki.

 

All in one- w najprostszych słowach- jest to pampers do prania :D! Ma warstwę chłonną od środka, wodoodporna od zewnątrz, rzepy czy napy do dopasowania rozmiaru. Po „zużyciu” ściąga się w całości i myk do pralki :)! Generalnie to coś, co ma w sobie wszystko, i jedynym minusem jest to, że spośród wszystkich wielorazówek jest to opcja najdroższa (mam na myśli cenę zakupu).

 

Kieszonka- zbliżona do all in one, jednak nie jest sama w sobie tak chłonna, posiada kieszeń na wkłady przypominające podpaski, które stanowią zasadniczą część chłonącą- można powiedzieć że kieszonka+wkład to taki all in one ;). Można regulować chłonność używając np dwóch wkładów na raz (np na czas snu).

 

Otulacz- To taka nieprzemakalna warstwa zakładana na wierzch pieluchy. Może być w formie majteczek (na gumce), regulowane na rzep czy na napy (zatrzaski).

 

Papierki jednorazowe- Do każdego typu pieluszki można dodać papierek jednorazowy- to taka podłużna, cienka serwetka, która zatrzymuje „cięższy kaliber”, tak, że jeśli dziecko zrobi kupkę, a cała pieluszka nie jest jeszcze przemoczona, można zdjąć ubrudzoną wkładkę i wywalić, a pieluchę założyć ponownie.

 

Snappi czyli klamerka do prefoldów- wcześniej wspomniana zapinka w kształcie litery T lub Y do spinania tetrowych pieluch czy prefoldów.

 

 

Nie będę zagłębiać się dzisiaj w rodzaje materiałów, z których zrobione są te cuda, bo czasu jak zwykle brak; jeśli sobie zażyczycie, to kiedyś machnę o tym notkę, ale póki co to o tym tyle.

 

 

 

 

 

 

Pieluchy wielorazowe- cz.1

Uwaga wrażliwi! W tekście występuje słowo G*WNO (o, teraz już dwa razy 😉 ) Jeśli nie jesteś w stanie temu sprostać- nie czytaj 😉

 

„Cześć kochani! dzisiejszą inspiracją są…”

hehehe, jakiś czas temu jedna z „moich mam” powiedziała: dzięki Bogu nie jesteś kolejną modowo/kosmetykową blogerką piszącą o tym, co kupiła ostatnio w *ossmanie… one wszystkie zaczynają od: „dzisiejsza inspiracja to…”. Nie mam nic przeciwko DOBREMU blogowi modowemu, ale fakt faktem-tych modowych jest miliardy. I tak patrze na te dziewczyny, i zazdroszczę im, że potrafią używać kosmetyków, bo ja sama maluję się od święta, a na co dzień latam w dresie.

A moją dzisiejszą inspiracją jest…CO?

G*WNO! 😉

 znalezione w necie pod hasłem "happy poop" :D

znalezione w necie pod hasłem „happy poop” 😀

bez obrazy, dosłownie to :D, choć może powinnam nazwać to „kupeczką” albo „jajecznicą”, ale G… to stary dobry klasyk, no i idealnie się rymuje.

 

Zaczynamy niedługo naszą przygodę z wielorazowymi pieluchami, postanowiłam więc napisać conieco na temat, bo z tego co wiem, w Polsce nie jest to jeszcze bardzo popularne i wielu ludzi po prostu o tym nie słyszało. Może dzięki temu artykułowi któraś z dziewczyn dopiero spodziewających się maluszka (a niedawno dowiedziałam się, dzięki blogowi zresztą, że kilka moich koleżanek dołączy do szczęśliwego grona mam) przemyśli sprawę pieluchowania swojego dziecka już na początku.

 

Po raz pierwszy usłyszałam o tej całej sprawie od mojej siostry- w czasach, kiedy kupy nie były jeszcze moim ulubionym tematem rozmów towarzyskich (no okej, OFICJALNIE nie były ulubionym tematem). Siostra ma mówiła coś o wkładkach bambusowych, żeby nie przeciekało… czarna magia- wyobrażałam sobie jakieś listewki, albo coś przypominającego matę do kręcenia sushi, i myślałam sobie, jak bardzo to musi dziecko gnieść w pupę. Może nie do końca zrozumiałam koncepcję, ale temat został zasiany, i cichutko czekał na odpowiedni czas, by zakiełkować, a potem, na odpowiednim nawozie (a nawóz Tosia potrafi robić po mistrzowsku, a jakże!)-urosnąć do rozmiarów owocującego drzewa.

Miałam szczęście spotkać, gdy Tosia miała około 2 miesiące, dwie mamy używające (na swoich dzieciach, oczywiście!) wielorazowych pieluch. Mamy owe dały mi pozytywne recenzje, polecając konkretną wypróbowaną przez nie firmę (i dobrze, bo w czasie ciążowego researchu poległam właśnie w gąszczu marek, stylów i rodzajów), i opowiadając z grubsza ile czego, i jak sprawdza się to u nich.

Kupiliśmy więc 4 pieluchy typu kieszonka na próbę (o rodzajach będzie więcej później), ale musieliśmy sporo czasu przeczekać aż Tosia do nich dorośnie, bo urodziła się malutka (tak tak! nasz nabity pulpecik był kiedyś miniaturką 😀 kto ją ostatnio widział może mieć problem z uwierzeniem w to 😉 ) i siuśki uciekały przez nogaweczki.

Nasze pierwsze próby, poza sytuacjami uciekających siuśków, były mega pozytywne- pieluszki są milutkie w dotyku (miziaty polar), po użyciu pozostają suche na zewnątrz i na powierzchni przylegającej do pupki, a wkłady można dosłownie wykręcać jak mokrą szmatę! W sumie efekt zadowalający :).

 

Teraz pora na wyjaśnienie DLACZEGO pieluchy wielorazowe, zamiast pampersów.

Powodów jest wiele, jeśli chodzi o to, który jest priorytetowy-kwestia indywidualna, ja je po prostu wypunktuję, a każdy może sam ustalić, co dla niego najważniejsze 😉 (większość to dla mnie jeszcze teoria, wiedza zdobyta podczas poszukiwań informacji, ale wszystko przed nami- się sprawdzi 😉 )

1.   ZDROWIE DZIECKA.

  • Nie wiem czy wiecie, ale pieluchy jednorazowe to kupa chemii- cała ta galaretka zatrzymująca wodę…brrr…. czytałam, że to jest poliakrylan sodowy (SAP), który został lata termu wycofany z tamponów, bo prawdopodobnie był odpowiedzialny za syndrom szoku toksycznego (TSS). A pupkom dzieci się to nadal funduje :/. Do tego używanie wybielaczy chlorowych do uzyskania białego koloru pieluszek. Ała.
  • Oprócz tego skóra dziecka lepiej oddycha w wielorazówkach, nie trzeba stosować zasypek, kremów, maści itp, bo się nie odparza, a wysypka pieluchowa występuje nieporównywalnie rzadziej, jeśli w ogóle.
  • Do tego dochodzi motyw przegrzewania „interesiku”, który może prowadzić do bezpłodności w dorosłych latach u chłopczyków (wiem, wiem, na razie o tym nie myślimy, że chcemy być kiedyś babciami czy dziadkami ;)ale w przyszłości to może stanowić o szczęściu naszych dorosłych już dzieci)- ten problem nie dotyczy pieluch wielorazowych, w odróżnieniu od jednorazówek.
  • Zapach jednorazówek=toksyczny smrodek; nawet te perfumowane śmierdzą plastikiem (po co perfumy na pupkę! Przecież to kolejna dawka zbędnej chemii!), czy nawet ropą (tak przynajmniej ja i mój Małżon definiujemy ten zapach)- takie toksyczne „wyziewy” mogą powodować problemy z oddychaniem (nie mam tu na myśli pełnej pieluszki, chociaż taka rasowo załadowana definitywnie potrafi przyprawić o trudności w oddychaniu a nawet o łzawienie oczu 😉 ), a w niektórych przypadkach i wspomagać rozwój astmy!

.

2.    ASPEKT EKONOMICZNY: Wszyscy wiemy, że pieluchy potrafią wchłonąć nie tylko siuśki, ale i lwią część naszych dochodów. Nie jestem w stanie policzyć, ile miesięcznie wydajemy na pieluszki, bo ich zużycie jest w naszym przypadku mocno zmienne-przy Tosinej tendencji do biegunek… ujmę to tak: czasami zużywamy naprawdę KUPĘ pieluszek w ciągu dnia; to daje dużo pieluch miesięcznie, a to daje dużo wydanych pieniążków. Kupno pieluch wielorazowych to spory wydatek, bo przecież trzeba ich sporo, żeby była rotacja. ale jest to koszt jednorazowy, który się zwraca (rozmiar pieluch można regulować), ZWŁASZCZA, JEŚLI PLANUJE SIĘ WIĘCEJ DZIECI :D! Bo kolejna pociecha przecież może używać tych samych pieluszek! Jeśli natomiast nie planujemy dalej powiększać rodziny- możemy sprzedać używane pieluszki komuś innemu. Wiadomo, że pieluchy trzeba prać, ale serio- nie wierzę, żeby koszty prania nawet w części przypominały koszt miesięczny pieluch jednorazowych 😉 Ktoś to kiedyś policzył, i się kalkuluje- a ja od przyszłego miesiąca sprawdzę to na własnych rachunkach za wodę i prąd ;). Poza tym i tak przy dziecku jest masa prania…

3.   KWESTIA EKO: Wiecie, że pieluchy wielorazowe rozkładają się nawet kilka set lat, na dodatek emitując kupę syfu do środowiska? Cały ten plastik, folia, granuleczki… Teraz zastanówcie się, ile pieluszek zużywa wasze dziecko miesięcznie, Ile miesięcy ma rok, ile lat potrwa, zanim wasze dziecko zupełnie odejdzie od używania pieluszek… niezła liczba wychodzi, nie? A teraz pomyślcie, że to tylko wasze JEDNO dziecko. Teraz zastanówcie się, ilu waszych znajomych ma małe dzieci. Kurde, biedna ziemia. Nie mówiąc o tym, ile  ton plastiku idzie na wyprodukowanie tych pieluszek, ile drzew, i w ogóle tego wszystkiego… na prawdę, ludzie z ich konsumpcyjnym podejściem są największym zagrożeniem dla ziemi. A to przecież tylko jedna dziedzina życia, a tyle bałaganu może zrobić. Sama biorę w tym udział, od 5-ciu miesięcy, ale świadomość tego daje mi w kość.

4.    DZIECKO SZYBCIEJ UCZY SIĘ KORZYSTAĆ Z NOCNIKA: Jako, że pieluchy z materiału wchłaniają ciut wolniej niż jednorazowe odpowiedniki- dziecko szybciej orientuje się w swoich…nazwijmy to… funkcjach fizjologicznych, więc szybciej  może też nauczyć się je kontrolować.

 

Dobra, to tak w skrócie najważniejsze punkty, i kilka podpunktów, które do mnie jak najbardziej przemawiają- ZA pieluszkami wielorazowymi, oczywiście.

Jak już mówiłam- komplet takich pieluszek kosztuje trochę pieniędzy, my za radą pieluchującej mamy posiadamy w tej chwili 15 pieluszek i dwa razy tyle wkładów.

Tak się złożyło, że moja wspaniała rodzina pytała, czy chcemy coś konkretnego w prezencie z okazji chrztu Tosinki, więc poprosiliśmy, żeby każdy kto chce- sprezentował nam pieluszki! W ten sposób Matka Chrzestna zorganizowała zakup całego zestawu, w prezencie od całej rodziny, więc cała akcja nie szarpnęła nas po kieszeni.

Takie pieluszki to dobry pomysł na prezent dla przyszłych rodziców-oczywiście jeśli się wie, że planują wielorazówki stosować 😉

Jeśli spodziewacie się dzieciątka- wiedzcie, że może się zdarzyć, że ludzie będą dzwonić z pytaniem, co przywieźć w prezencie powitalnym dla maluszka; można wziąć właśnie wielorazowe pieluszki pod uwagę- każdy może w zależności od możliwości finansowych kupić jedną lub więcej pieluch, wkładów albo czego bądź- to odciąży waszą kieszeń, a dziecko zamiast piętnastej uroczej sukienki/body/śpioszków dostanie coś zdrowego dla pupki 😉 Warto więc przemyśleć kwestię.

 

Jako, że usiłuję wrzucić tego posta od ponad tygodnia, ale temat jest rozległy- dzielę go na części, przy następnej okazji napiszę o rodzajach pieluszek, i jak się tego wszystkiego używa. Przy odrobinie szczęścia będę mogła dorzucić już nasze wrażenia po całkowitym przejściu na wielorazówki.

Do zaś więc!