Miesięczne archiwum: Maj 2014

Spacerek- czy to słonce, czy to deszcz

Halo halo, postanowiłam podzielić się z wami tym, jak wyglądają nasze spacery . Bo fajne są, a co! Na dodatek będzie kilka zdjęć, tak dla odmiany 😉

 

Ostatnimi czasy pogoda bardzo nas rozpieszczała (czasem aż za bardzo!), więc bardzo dużo czasu spędzałyśmy z Tosinką na dworze.

Czasem w ogródku, kosiłyśmy razem trawnik, który rośnie jak oszalały, czasem galopowałyśmy w chuście przez bezdroża, czasem kulałyśmy wózek bocznymi uliczkami. Z okazji urlopu Pana Taty zaliczałyśmy też wyprowadzanie psa, które często przeradzało się w dłuższe wędrówki.

Ostatnio nawet pojawiła się u nas moja wspaniała koleżanka widniejąca tu jako Mama Tośka, wraz z Tośkiem, i wybraliśmy się w czwórkę na wspólną przechadzkę!

Kiedy temperatura jest fajna, przywiązuję Tosię do siebie, jak prawdziwa mama-kangurzyca, i zasuwamy sobie tuląc się przyjemnie; w takiej konfiguracji można wskoczyć do sklepu, nie musząc szarpać się z wózkiem przy każdym progu, albo przejść się przez wertepy poprzerastane gęsto korzeniami drzew. W zasadzie od paru miesięcy spacery uskuteczniałyśmy tylko w chuście, zwłaszcza od kiedy zainwestowaliśmy z Małżonem w lepszy model (poprzednia była zacna, ale mocno już wysłużona- nosiła w sumie razem z Tosią trzy dzieciątka!), który bardzo zwiększył komfort noszenia.

Jednakże gdy pogoda postanowiła ominąć wstępy i delikatne zagajówki, i przeskoczyć prosto w temperatury ekstremalnie/piekarnikowo/letnie, musiałam z chusty zrezygnować, bo przecież nie chcę dziecka przegrzać czy nabawić udaru- przerzuciliśmy się z powrotem na wózek, w wersji spacerowej. Muszę przyznać, że spacerówką to zupełnie inna jazda niż gondolą- tzn nie dosłownie, bo jako, że mieliśmy wózek 3 w 1, to stelaż i kółka są takie same, więc jeździ się identycznie, jednakże w spacerówce jest zupełnie inny kontakt z dzieckiem! Znowu poczułam przyjemność z wożenia Antoninki, bo teraz mamy się na oku, możemy pogadać i pochichać się do siebie, na dodatek dziewczę moje drogie ma lepszy widok na świat niż z głębokiego korytka gondolki. Podsumowując-gdy upał na dworze- w spacerówie Tosię wożę 😉 Dodatkowym plusem naszej spacerówki jest bardzo głęboki daszek, dzięki czemu nawet kiedy Tosia jest twarzą w stronę słońca, mogę zaciągnąć osłonkę tak, że i tak jej nie razi, i nie muszę się szarpać z badziewnym parasolem.

Mamy też opcję na gorące dni polegającą na chowaniu się w cieniu, czyli spacer w lesie, albo spacer przez las nad jeziorko (gdzie szczęśliwy Tata mógł ostatnio strzelić sobie z okazji urlopu lane piwko w ogródku piwnym nad wodą… grrr, niech ja przestanę karmić 😉 ). Jest fajnie.

Zeszły tydzień był tak upalny, że moja królewna woziła się z gołymi nóziami spacerówką, a ja trochę egoistycznie tęskniłam za chustowymi przytulaskami (ale kręgosłup odpoczął, o tak :D!). Jakąż miłą więc odmianą była dla mnie deszczowa pogoda ostatnich dni- teraz już na pewno nie wykpisz się od tulenia, moja panno Antonino!

 

PIC000173PIC000172

 

Pierwszego dnia deszczu wciągnęłam kalosze zwane też gumiakami, po czym pożyczyłam od męża duży polar (dwuosobowy- nosiłam go też w ciąży! :) ), wzięłam poranne ziółka w kubek, duży rodzinny parasol, Męża pod rękę- i poszliśmy poskakać całą rodziną po kałużach! 


 

Niesamowite, jaki kolor ma mokra przyroda- przez jakiś czas miałam wrażenie, że nie jestem na naszej wiosce, tylko gdzieś w górach- jedyna różnica była taka, że nie trzeba było iść pod górkę 😉 (a w momencie, kiedy dźwiga się dodatkowe 7 kilo szczęścia- jest to ważnym faktem!).

Psu też się podobało, zaliczał każdą możliwą kałużę.

20140529_114646

Ventis-puchacz jako mokra kurka :)

20140529_114650

Złapię wszystkie żaby świata!

(zaznaczam- nie głodzimy psa! On tam wygląda „na mokro”, poza tym zrzucił już zimowe futro)

A tu ja:

20140529_114701

Tak na prawdę wcale nie wlazłam w tą kałużę- lewy kalosz trochę przemaka :/

A tutaj dwa zdjęcia, robione dzień po dniu, w mniej więcej tym samym miejscu, czyli: ZNAJDŹ SIEDEM SZCZEGÓŁÓW 😉

20140528_121315 20140529_114709

 

Tosia jest mistrzem spania w każdej sytuacji spacerowej; Oczywiście najlepiej śpi się w chuście, ale wózek też daje radę:

20140528_121315

Pełen chillout- śpię jak zawsze, „na pająka”

20140528_121206

Tysiąc zabawek „na wszelki wypadek”

 

Jest u mnie na wiosce taka jedna ulica, która jest traktowana jako trasa rowerowo-wózkowa; podczas porannego spaceru mijam zazwyczaj z 5 wózków pchanych przez babcie, mamy czy tatusiów. Fajna miejscówka, po drodze mija się np gospodarstwo z kózkami i owieczkami, potem pastwisko ze stadem koni, a do tego łąki pełne lisków i innych fajnych rzeczy. Dziś spotkałam 1 liska i 1 Pana Jeża. Do tego mam już na tej trasie dwóch znajomych Panów Menelów, których spotykam mniej więcej o tej samej porze, poginają z piwkiem w ręku, i zazwyczaj zaczepiają mnie jakimś miłym i troskliwym komentarzem, np: że trzeba by wyciąć część wysokich krzaków po drodze, żeby mi na głowę nie spadły, tudzież: „na pewno bolą panią plecy od tego noszenia dziecka- jak nie ma kto pomasować, to ja się oferuję, a jak jest, to przepraszam najmocniej”… i tego typu- znacie ten klimat „dzień dobry, witamy znowu” -z Panami Menelami trzeba kulturalnie 😉

Na koniec chciałam zapytać was, drogie mamy, jaki na waszych trasach spacerowych panuje klimat między mamami? Mama Tośka na naszym wspólnym spacerze powiedziała, że w jej okolicach wszystkie mamy galopują z wózkami jak konie z klapkami na oczach- zero kontaktu „między mamowego”, zero ploteczek, pogaduszek. Mi bardzo często zdarza się zatrzymać na sporą chwilę z zupełnie obcymi ludźmi na wymianę zdań o ząbkach, diecie, usypianiu… takie sobie wspólne tematy wszystkich rodziców małych szkrabów; bardzo to sympatyczne, bo w sumie nie mam tu za wielu znajomych pod ręką, a na wiosce społeczność rodzicielska najwyraźniej silna! Całkiem niedawno zostałam „zaatakowana” przez Panią Nieznaną  Babcię i Pana Nieznanego Tatę, którzy to zauważywszy mnie, już z daleka mi się kłaniali z uśmiechami, i po podejściu do wózka usiłowali przekonać swojego 14 miesięcznego małego mężczyznę, żeby oddał smoczek temu dzidziusiowi w wózku, „bo zobacz, on nie ma swojego” (ha! W odzwyczajaniu od smoczka wszystkie chwyty dozwolone! Dobrze, że chociaż to mnie ominie!), po czym wciągnęli mnie w ciekawą rozmowę o kolkach, bąkach i kupie. Nie ma to jak rozmowy o kupie z obcymi! JEST SWOJSKO 😀

Dajcie znać, bo jestem ciekawa, czy w waszych miejscowościach mamy się trzymają razem 😉 Jeśli nie- zapraszam do mnie na wspólny spacer! 😉

Czekam na wasze komentarze o tym, jak wyglądają wasze spacery!

Buziaki! Na pożegnanie- Tosia macha łapką 😉20140528_121417

Znowu o spaniu

 

Halo halo!

Nie odzywam się, siedzę cicho, chodzę trochę na paluszkach. Boję się głośniej odetchnąć, żeby nie zapeszyć. Ćśśśśś, Tosia śpi…

 

20140525_182806

 

Temat się pojawia, myślę, ostatni raz. Pisałam już przecież o spaniu, pierwsze podejścia do samodzielnego usypiania Tosi (o, tutaj!), i w sumie chyba powinnam teraz ugryźć się mocno w język (czy raczej trzepnąć po łapkach, skoro piszę, a nie mówię 😀 ), albo co gorszego sobie zrobić za to poprzednie psioczenie na książkowe mądrości ;).

Doszliśmy znowu do momentu, kiedy „tonący brzytwy się chwyta” jeśli chodzi o usypianie maluszka. Wszystko przez początki ząbkowania… A było to tak:

Tosinka, jak być może wiecie (Ci, co czytali wcześniejsze wpisy pewnie wiedzą 😉 ), jest dzieckiem zupełnie bezsmoczkowym. Odrzuca wszelakie smoczki, również takie z butelki, bo po co sobie silikonem po buzi machać, skoro jest cycuś mamy na zawołanie. Od początku byliśmy przekonani, że nie chcemy smoka wprowadzać, łapaliśmy za niego tylko w przypadkach czarnej rozpaczy (np wielogodzinny płacz po szczepieniu), ale wtedy już i tak było za późno, bo Antoninka nie chciała go tknąć. Myślimy se: fajnie, nie trzeba będzie odzwyczajać! I postanowiliśmy zarzucić próby oswojenia córeczki z tym sprzętem.Nadszedł jednak czas ząbkowania, i na naszym wieczornym cudnym niebie pojawiły się chmury rozpaczy. Tosia była smętna, rozdrażniona, więc jak to ja- tuliłam, tuliłam tuliłam. Wieczory bywały trudne, smarowaliśmy dziąsełka żelem, ale czasem po prostu żałość była taka, że żel sam czarów nie zrobił- całe szczęście pierś mamy jest dobra na wszystko. W tym czasie Tosia zaczęła się często budzić w nocy, a jak już wcześniej pisałam- usypiała mi tylko przy piersi, więc żeby ją uśpić z powrotem- podawałam pierś. I tak wiele razy w ciągu nocy. Po jakimś czasie doszło do takiego hardkoru, że Tosia UZALEŻNIŁA SIĘ od piersi! Zupełnie jak te dzieci, które zasypiają ze smoczkiem, i płaczą, kiedy przez sen wypadnie im z buzi! Bywały noce, kiedy spała zupełnie normalnie, ale bywały i takie, kiedy np od 1:30 co chwila szukała piersi; żeby dziecko przespało noc, ja musiałam być na baczność, i pilnować, żeby cycek był w zasięgu! Oczywiście w tej chorej sytuacji nie wysypiałam się ani ja, ani Tosia. Powiedziałam więc sobie, że pora na drastyczne akcje, byle tylko przywrócić naszemu życiu jakąś normalność.

 

Mój Małżonek jest akurat w trakcie pewnych zmian zawodowych, i od zeszłego piątku jest na urlopie. Mieliśmy zaplanowanych kilka spraw na ten czas, kiedy oboje będziemy w domu, najważniejszą z nich było NAUCZENIE ANTONINKI SPAĆ. Wiecie, że tzw metoda 3-5-7 to masakra, tylko dla ludzi o mocnych nerwach- jest bardzo bliska wypłakiwania dziecka, na co ja się całkowicie nie piszę. Akcję więc musiał przeprowadzić Małżon, człowiek o ciepłym sercu, acz stalowych nerwach.

Dla tych, którzy się nie orientują, szybko i ogólnie nakreślę o co chodzi w metodzie 3-5-7. Jest to metoda uczenia dziecka spać samodzielnie- może dla niektórych jest to zwyczajnie normalne, i naturalne, że dziecko zasypia sobie samo w swoim łóżeczku- dla tych wszystkich GRATULACJE, trafiliście na dobry model, bo niewiele dzieci tak ma :) Anyway, metoda idzie tak: kiedy widać po dziecku pierwsze oznaki zmęczenia, np tarcie oczu, ziewanie, kładziemy dzieciątko w łóżeczku, mówimy dobranoc, papa, buzi w czółko, czy co tam jeszcze chcecie, po czym zostawiamy malucha w łóżeczku. i wycofujemy się z pokoju. Dziecko, które do tej pory przywykło zasypiać przy rodzicach/przy piersi/we wspólnym łóżku, na początku czuje się zdradzone, nie wie, co jest grane, więc zazwyczaj okazuje to strasznym, żałośliwym płaczem. NIE WCHODZIMY OD RAZU by je pocieszyć, odczekujemy 3 minuty, i dopiero wtedy wracamy do niego. Zasada jest taka, że nie wyciągamy dziecka z łóżeczka, żeby je pocieszyć i uspokoić; możemy więc do niego mówić, głaskać je, śpiewać mu, tłumaczyć, że je kochamy, i to dla jego dobra, ale NIE WYCIĄGAMY Z ŁÓŻECZKA. Po około 2 minutach wychodzimy znowu (nawet, jeśli dziecko płacze nadal). Następne wejścia są po 5 i po 7 minutach. Potem wchodzimy co 7 minut, zawsze na ok 2 minutki. Po jakimś czasie dziecko zasypia. Zazwyczaj. Nasza pierwsza próba dowiodła, że nie działa to zawsze, my wymiękliśmy po ok godzinie- pewnie, mogliśmy wtedy zacisnąć zęby, i dać dziecku płakać drugą godzinę ( i tak ostro, że wytrzymaliśmy aż tyle, czułam się jak wyrodna matka!), i zobaczyć co się stanie, ale serio- kto wytrzyma coś takiego??!! Prawda jest taka, że niekiedy trzeba odłożyć tą metodę na półkę, i wrócić do niej kiedy dziecko jest starsze. Owszem, w książce, którą przeczytałam na ten temat była taka wzmianka, ale wiecie, jak to jest, jak baba napakowana po ciąży hormonami słucha, jak jej dziecko płacze, i wyklina na wszystkich, którzy coś takiego wymyślają, jakimi to są nieludzkimi draniami, którzy pewnie w życiu dziecka nie mieli!!!!!!

Pewnie nigdy nie wróciła bym do tej metody, gdyby nie zrodziła się wraz z ząbkowaniem ta patologiczna zależność od piersi… było to hiper przerysowanym dowodem na to, że Tosia nie potrafi się sama wyciszyć, i że naprawdę trzeba coś z tym zrobić.

Klamka zapadła. Od piątku bierzemy się za usypianie! (Piątek- ten przedwczoraj :D)

Standardowo w okolicy 15stej Tosia zaczęła trzeć oczka, i stawać się małym zmierzłym ludzikiem, czyli mówić niewerbalnie: jestem zmęczona, mamo, idziemy się potulić. Standardowo wzięła bym ją na ręce, poczłapała schodami do sypialni, wpakowała bym nas obie do łóżka, wyciągnęła cycka, zapakowała go Tosi do dziobka, walczyła przez jakieś 20-40 min z zadowoloną, wiercącą się pociechą, po czym nadszedł by sen. Oczywiście ten sen nie powodował by uwolnienia cycka, to by się stało (przy dobrych wiatrach) po jakiejś godzinie, gdy sen byłby mega głęboki.O ile w ogóle…

Ale tym razem nie było STANDARDOWO. Tym razem mamusia po nakarmieniu Tosi pocałowała ją, oddała Tatusiowi w ręce, po czym Tatuś skierował się na pięterko, a mamusia poleciała w te pędy po swoje gigantyczne słuchawki, i włączyła audiobooka na cały regulator, żeby nie słyszeć tego płaczu. Szczerze, to wyemigrowałam do ogródka, pomodlić się za powodzenie całej akcji, i zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć, jaka krzywda dzieje się mojemu dziecku. W ten sposób odchwaściłam okolice krzewu różanego, ogarnęłam podkaszarką trawę przy płotku warzywnika, i pokonałam jaskółcze ziele atakujące nasz rabarbar. Po tym czasie stwierdziłam, że mam zjarane ramiona, połamane plecy, i że mam dosyć roboty. Podniosłam się z pozycji pokrzywiono-zgiętej, i mym oczom ukazał się tata, niosący w ramionach lekko zapłakaną Tosiałkę.

NO I JAK PANIE TATO? Było mocno strasznie? Była tragedia? Była lipa?

Pan Tata zdał sprawozdanie, że Tosia po ok 15 min płaczu zasnęła, po czym obudziła się po jakichś 40 minutach, i rozdarła, zrozumiawszy, że to wstrętne traktowanie to nie był sen. Całe szczęście pojawił się tata-rycerz na niebieskim koniu, i uratował Tosię ze szczęk złego łóżeczka.

Uff, 15 min to nie tak źle, pomyślałam (znowu- wyrodna matka!), zwłaszcza w kontekście naszej pierwszej próby, oraz tego, że samej Tosi udało się zasnąć dużo szybciej, niż zazwyczaj usypiała ze mną. Okej, gramy dalej, jeśli tylko Pan Tata się zgadza.

Pan Tata się zgodził.

Nadszedł wieczór. Po kąpieli i wieczornym mleczku z mamusinej piersi, Antoninka ponownie udała się z tatusiem do sypialni. Nie zdążyłam jeszcze dobrze założyć słuchawek, a już słyszałam łamiące serce krzyki. Czy my aby dobrze robimy? Czy dziecko nie będzie miało traumy? Czy gra jest warta świeczki? – zgłośniłam odtwarzacz dźwięków na maxa, i poszłam, w głębokim stresie, sprzątać kuchnię, i- wbrew moim zwyczajom, nakazującym mi garnki omijać szerokim łukiem- zaczęłam szykować jutrzejszy obiad.

Po jakimś czasie nasłuchuję- kurde, cisza! Piszę smsa do Małżona: JAK JEST? On: Jest OK, właśnie zasnęła, trochę w poprzek łóżeczka, ale śpi za płytko, żeby ją ułożyć. Ja: Chcesz tosty z serem? On: Kusisz. Późno jest, ale zjem.

Zapiekłam kanapsy, i popędziłam na paluszkach schodami. Zastałam tatę również ze słuchawkami w uszach, siedzącego w mroku na fotelu w pokoju obok sypialni. Poinformował mnie, że skoro Tosia śpi, to mogę wziąć tosty na dół, bo zaraz zejdzie i zje na spokojnie. Zeszłam na dół, i po jakiejś minucie usłyszałam płacz, który wbił tysiąc sztyletów w moje serce. Olaboga, no przecież spała! Czy będzie się co chwila tak budzić z płaczem, jak sto nieszczęść?

Ku mojemu zdziwieniu, oraz uldze, po jakichś pięciu minutkach nadciągnął Pan Tata, i powiedział, że to był tylko „płacz kontrolny”: czyli Tosia uchyliła oka,jak zawsze szukając cycka, po czym stwierdziła, że ktoś go ukradł! Rozpłakała się, Tatuś pocieszył, a ona przemyślała sprawę, i doszła do tego, że cycka nikt nie ukradł, bo przecież nie było go od początku, czyli- wszystko w najlepszym porządku, można spać- i ZASNĘŁA SPOKOJNIE!

Małżon poszedł z Piesełem na wieczorny spacer, zapodał szybki prysznic, i poszliśmy do góry, koło 23ciej. Dyskutowaliśmy chwilę, jak mamy poznać, że dziecko płacze, bo jest głodne, a nie dlatego, że się obudziło zupełnie samo, ja stwierdziłam, że przy okazji następnego płaczu biorę ją do łóżka na karmienie, bo Mama Tośka mi mówiła, że Tosiek (kolega i rówieśnik Tosi) budzi się na amciu koło 24:00- uznałam to za dobry wyznacznik. Tosia jednakże nie obudziła się do pierwszej :)! O pierwszej nakarmiłam ją, po czym obudziłam Małżona pytaniem, czy mam ją odłożyć, czy zostawić w łóżku. Małżon, zaspany, powiedział, że mogę zostawić ją w łóżku (ewidentnie nie miał siły się dobudzić na dalsze zmagania), jeśli tylko chcę. Na to ja spróbowałam wyjąć Tosi pierś, co skończyło się standardowym polowaniem, dokładnie takim samym jak w ostatnich tygodniach, skutkującym zazwyczaj naszym niewyspaniem- Tosia CHCE SPAĆ Z PIERSIĄ W BUZI. Dokonałam szybkich obliczeń w swojej głowie, i stwierdziłam: NIE MA BATA, nie po to płakała już tyle w ciągu tego dnia, żebyśmy teraz zaprzepaścili to wszystko. ODKŁADAM JĄ! powiedziałam tylko teatralnym szeptem, położyłam Tosię w łóżeczku, i wcisnęłam głowę w poduszkę broniąc się przed straszliwym płaczem. Mąż poczekał 3 minuty, wstał, pogłaskał po rączce, poszeptał coś do Tosinego uszka, i mimo niecichnącego płaczu wrócił do łóżka. Po kilku trwających sto lat minutach mówię do niego: No weź, idź, pociesz ją, ja nie mogę się ruszyć, bo ją wezmę w ramiona, i tyle tego było! M na to:zostało jeszcze 20 sekund! (TWARDZIEL!). Wstał, poszeptał, pogłaskał, położył się… 30 sekund później Tosia już spała!!!!!! Wzięłam ją do łóżka dopiero koło 5tej, nakarmiłam na pół śpiąco (słyszałam, że się zaczęła wybudzać, i zareagowałam przed rykiem), wyjęłam pierś, i czekałam co się stanie. Chwile poszukała, po czym olała temat, i zasnęła głęboko!

I TAK SPAŁA DO SAMEGO RANA!!!! Normalnie SZOK! Rano, pierwszy raz od tygodni, po przebudzeniu zobaczyłam uśmiechnięte dziecko, zamiast małego, niewyspanego, niezadowolonego, umęczonego elfiątka. Jeśli wcześniej zastanawiałam się, czy to wszystko jest coś warte- ten widok upewnił mnie, że na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru, podejmując kolejną, jakże trudną próbę.

Dzień drugi był podobny, uczymy się czytać z płaczu Tosi, zasypia dużo szybciej niż ze mną…. zasnęła koło 20:40, koło 22 był „próbny płacz” trwający koło minuty, a kiedy na wpół senna brałam Tosię do karmienia pierwszy raz od wieczora, stwierdziłam ze zdumieniem, że jest już szósta rano!!! Tosia grzecznie zjadła hektolitry mleka (piła naprawdę długo), po czym mlasnęła, przeciągnęła się, i… zasnęła z powrotem, i spała do 7:30! OMG!!!!! NAGRODA NOBLA DLA TATY!!! Byłam tak ucieszona, że strzeliłam smsa do mamy, po czym popędziłam na dół włączyć pranie, naszykować stół do śniadania, wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło, posprzątać co mi wpadło w ręce, i dopiero po chwili, po wyładowaniu radosnej energii mogłam wrócić do łóżka.

Dzisiaj przy popołudniowej drzemce Tosia pomarudziła jakąś minutę, góra dwie (ja w ogóle nic na dole nie słyszałam), po czym przespała bite dwie godziny!
DROGIE MĄDRE KSIĄŻKI! ZWRACAM HONOR! KŁANIAM SIĘ W PAS, DZIĘKUJĘ STOKROTNIE!

Mam wrażenie, że od teraz zawsze będzie obiad na stole (będzie kiedy go ugotować), pranie zrobione, chałupa ogarnięta, a ja będę dyszeć z nudów przy takiej ilości wolnego czasu :D!

Dzisiaj zrobiłam np kurczaka pieczonego w jabłkach, i aż chciałam to udokumentować i wrzucić dla was z przepisem, ale byłam tak podjarana, że zrobiłam tylko jedno, mało atrakcyjne zdjęcie surowych ćwiartek „kurzęcych”, a potem siadłam do pisania. Takie zdjęcie to na pewno furory nie zrobi, więc wam podaruję tę wątpliwą przyjemność  😉

Mam nadzieję, że pod koniec urlopu Pana Taty, czyli do końca miesiąca, będę mogła wam się pochwalić tym, że już osobiście kładę szczęśliwe, niepłaczące dziecko do snu 😉

 

20140525_184406

 

Kolka dziecięca

Kolka dziecięca- czyli zmora wszystkich rodziców. Kto przechodził, ten wie.

Kto przechodził, może się udzielić, dając swoje rady dla przyszłych rodziców w komentarzach, bo to właśnie do przyszłych rodziców jest ten wpis.

Zainspirowana pojawieniem się maleńkiej dziewczynki w otoczeniu postanowiłam zebrać do kupy wyniki swoich poszukiwań, żeby ułatwić życie tym ludziom, którzy właśnie zarywają kolejną noc, bo dziecko płacze; a nuż rady, które tu zamieszczę pomogą jakimś rodzicom ulżyć ich maluszkowi.

Czytaj dalej

Przecinanie pępowiny vs RB

Witam was w ten deszczowy dzień!

Za oknem szaro, buro i ponuro, a u mnie świątecznie na maxa :D! Bowiem DZISIAJ PANI MA RELAX!

Tak się zdarzyło, że wczoraj przeżywałam depreskę mamuśki z kulą u nogi. Nie ważne, jak słodka jest moja kula, i jak bardzo ją kocham- każdy czasem potrzebuje chwili dla siebie, a ja od ponad pół roku każdą chwilę dla siebie mam wydartą siłą kalendarzowi, i zazwyczaj poświęcam ją na prasowanie, sprzątanie czy podobne urocze czynności. Wczoraj moja dusza z żelaza zakrzyknęła: BASTA! A raczej zwinęła się w kłębek i zaczęła jęczeć i zawodzić. Małżon przejął się moim jęczeniem: „Jak ja Ci zazdroszczę wolności” itp, i powiada: „jutro na chłopskiego grilla biorę ze sobą latorośl. Będzie najedzona, po kaszce, jakieś trzy godzinki damy radę dla Ciebie wygospodarować”. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście- MAM WOLNĄ CHATĘ! I mąż na dodatek powiedział, że mam się nie przejmować sprzątaniem i takimi innymi, tylko robić co tylko zechcę :) – żeby było jasne- mąż nie jest despotą, który zazwyczaj wpada do domu i krzyczy: ZAŚ BAJZEL? COŚ TY ROBIŁA CAŁY DZIEŃ! DO GARÓW, KOBIETO! W zasadzie to -jak już wspominałam niedawno – związek mamy partnerski, i mąż robi w chacie miliard rzeczy, jednakże fakt, że nieomal NAKAZAŁ MI się wyluzować i olać domowy nieład- wpłynął dodatnio na poziom relaksu ;).

Tak więc OTO JESTEM :) Mam czas wreszcie coś napisać, bez odrywania się i bez ciśnienia! Na dodatek miałam rozmowę z Panem Tatą o prozaicznej czynności JEDZENIA, a szło to tak: Tateł, to ty dzisiaj jesz „na mieście”, tak? (czyt na grillu z chłopakami), to ja muszę wykminić coś dla siebie do jedzenia… hmmm,  ale dzisiaj Pani Ma Relax, nie będę stała przy garach, zadzwonie sę po pizze 😀 – Na to Małżon pojechał do sklepu, i kupił mi jakiegoś gotowca :D! Nawet nie muszę wymyślać i dzwonić! Normalnie jeszcze popcorn, skakanie po łóżku, i czuję się jak Kevin sam w domu :D! Dzisiaj więc walę pizzę na nielegalu, i zapijam piwem bezalkoholowym 0% (słownie: ZERO PROCENT. Bez kitu).

w ogóle dzień zaczął się super, bo rano byliśmy w szpitalu odwiedzić Małą Długo Wyczekiwaną królewnę, która urodziła się dnia wczorajszego. Królewna jest prześliczna! A mi bardzo przyjemnie było spotkać się z moją Genialną Panią Dr na szybką ploteczkę, tudzież powspominać sobie „jak to było pół roku temu” w tym samym szpitalu, i poprzeżywać raz jeszcze cud narodzin, oraz to, jak człowiekowi kręci się w głowie kiedy świat przerzuca grawitację z jądra ziemi na Jądro Wszechświata (czyt- na malutkie dziecko, które jeszcze dzień wcześniej strzelało głową byki w mój pęcherz).

Potem udał mi się skok na Bio-Giełdę, po marchewki dla Tosiałki (o tym już wkrótce) Kolejny sukces upartej mamy!

Dzień zatem zapowiada się przecudownie. I tyle gwoli wstępu.

No i wiecie- „taka sytuacja” wywołała we mnie refleksję o opóźnionym przecinaniu pępowiny, czyli czy ja przypadkiem nie jestem matką- jamochłonem, które dziecka od siebie nie odklei? Oczywiście, z niecierpliwością czekałam, aż za M i A zamkną się drzwi, ale do tego tysiąc myśli na minutę: a co jak będzie głodna? A co, jak będzie płakać? a co jak będzie potrzebować mamy? No bo przecież nikt nie potrafi tak, jak mama przytulić, niczyje serce nie puka tak, jak mamy, nikt nie ma cycków z mlekiem takim, jak mama (no dobra, karmiących matek jest tysiące, ale co z tego!). ponownie: BASTA!  Prawda jest taka, że jeszcze 2 tygodnie temu pewnie bym pękała, wysłała bym chłopa na grilla, i została sama z Tosią, jak na matkę-polkę przystało, nie myśląc o tym, że też mam prawo do oddechu. Sprawa gwałtownie zmieniła się ostatnimi dniami, kiedy to Antosia zaczęła przejawiać „zdradzieckie instynkty córeczki tatusia”, i wyciągać łapki do taty, jak tylko pojawi się w zasięgu wzroku, gardząc zupełnie moją obecnością 😉 (ałć, no dobra, troszke kłuje 😀 z drugiej strony mogę z czystym sumieniem odciążyć plecy). Skoro tak- to idźcie się zabawić moje bimbaski, a mi dajcie święty spokój. Nie, że z foszkiem, i „łaski bez-em”, tylko z „Ufff, jednak nie jestem niezastąpiona”.

Tak sobie rozważam, jak to się stało, że zostałam mamą- jamochłonem, i doszłam do wniosku, że to przez fakt, że w zasadzie tu, gdzie mieszkam, nie mam za bardzo towarzystwa; jedynym codziennym towarzyszem jest Tosia, jestem nie mobilna (furę trzeba było oddać na żyletki, gdy- wierna, dysząc, sapiąc i rzężąc- dokonała żywota na naszej ulicy, parę domów od nas, w drodze na niedzielny obiadek), kawy nie pijam, przyjaciele w większości gdzieś za granicą, lub też zajęci małymi dziećmi. Pewnie gdybym miała piętnaście przyjaciółek tuż za rogiem, i latała na herbatkę i ploteczki, albo była uzależniona od fryzjera i kosmetyczki, lub chociaż miała siłkę gdzieś na ulicy- miała bym więcej życia, poza moją córcią, i wracającym z pracy mężem. A tak- jestem mamą- ośmiornicą, z mackami otulającymi moje dziecko nawet, kiedy śpi :).

Pewnego razu przebiegając fora internetowe natknęłam się na skrót RB. Trochę czasu zajęło mi rozszyfrowanie tych tajemniczych liter, i okazało się, że oznacza to RODZICIELSTWO BLISKOŚCI. Myślałam, że posikam się ze śmiechu, jak okazało się, że mama-ośmiornica ma taką metkę przyczepioną :D! Wiecie, że jest taka szufladka? Najśmieszniejsze jest to, że postać, która pisała o tym RB narzekała: „mam już dosyć tego RB, to mnie zapędzi do grobu,kocham moje dziecko, ale mam już tego naprawdę dosyć”, generalnie coś w ten deseń. I tutaj ponownie zebrało mi się na śmiech (nie z forumowiczki, bo jej problem był prawdziwy, i nie naciągany): nie dość, że jest nazwa zwyczajowa na bycie rodzicem, który lubi przytulać, to jeszcze są specjalne WYTYCZNE, jak to robić, żeby PROWADZIĆ RODZICIELSTWO BLISKOŚCI! To jest jakiś cały program, w stylu: śpijcie w jednym łóżku, używajcie chusty, przytulajcie dziecko, karmcie piersią, itp. Wiecie, jak mnie to rozwaliło na łopatki? Bo o ile sama idea jest piękna, bo dzieci potrzebują przytulenia, o tyle metkowanie tego brandem BR jest badziewne, wyklucza w jakiś sposób instynkt, narzuca np spanie w jednym łóżku (narzekająca na forum mama miała straszne bóle pleców, no ale przecież chce być przykładną mamą, więc nie odłoży dziecka na pastwę losu do łóżeczka, pomocy pomocy!), czy temu podobne. I znowu jesteśmy zmanipulowani, bo przecież każdy chce być jak najlepszym rodzicem, ale jeśli nie jesteśmy w stanie spełnić wszystkich kryteriów praktykowania RB jesteśmy z niego wykluczeni, jesteśmy słabsi od tych pakerów, co to ogarniają, jesteśmy RB drugiej kategorii, jesteśmy BE. No okej, może znowu przesadzam, ale ta szufladka wywołała we mnie wybuch sprzecznych emocji (znowu te emocję, chyba muszę skoczyć do Shaolin na jakieś wyciszenie), bo w zasadzie wygląda na to (wg internetu), że jestem RODZICEM RODZICIELSTWA BLISKOŚCI, ale nieświadomie, i jeśli coś zmienię (np miejsce spania dziecka) to będę zdrajcą, i przejdę na drugą stronę muru, do obozu RODZICIELSTWA …DALEKOŚCI? Czy jak? Oczywiście RB jest jakimś hardkorowym przeciwieństwem równie hardkorowego „zimnego chowu” czasów PRLu, ale jeśli mam odhaczać listę, żeby się załapać, to soreczki, ale nie-dziękuję, nie identyfikuję się, jestem po prostu KOCHAJĄCĄ MAMĄ.

Ostatnimi czasy zaczęła także ponownie wracać do mnie kwestia usypiania; jak dotąd Antoninka zasypiała – krócej lub dłużej- przy maminej piersi; jednak ostatnie dni pokazywały, że w zasadzie świat jest zbyt ciekawy żeby spać, a już na pewno zbyt ciekawy, żeby chować nosa w cycku! Więc impreza przeciągała się niemiłosiernie. Czasami też widać było, że Tosię aż rozrywa ze zmęczenia, ale że za dużo się dzieje dookoła (nawet jeśli działo się tyle, że powietrze się ruszało od mojego umęczonego oddechu, albo przypadkiem drgnęła mi rzęsa w oku), i bodźce ją rozwalają. Zaczęłam się więc znowu zastanawiać, czy naprawdę jestem niezbędna do usypiania, i czy nie spróbujemy ponownie oddelegować panienki do łóżeczka. Boli mnie serce na myśl, że może to być okupione kilkoma ciężkimi wieczorami, i nie mam pojęcia, czy jestem w stanie stawić temu czoła, ale wiem też, że Tosia jest na tyle świadoma, w odróżnieniu od czasu naszych pierwszych prób usypiania (opisanych o TU ), że wie, że Mama i Tata nie znikną na całą wieczność. Przekonuje mnie do ponownego podjęcia prób opowieść Mamy A, która niedawno była nas odwiedzić, która również spała kupę czasu w łóżku z dzieckiem, ale przyszedł czas powrotu do pracy, więc z ciężkim sercem musiała odłożyć dziecko do łóżeczka- tu wkroczył tata, i po trzech nocach ciężkiej pracy- dziecinka zaczęła zasypiać sama, i do dzisiaj sypia przykładnie :). Może nam też jest pisana krótka walka zakończona obustronnym zwycięstwem? To kolejny krok odcinania pępowiny, która i tak naprawdę pozostaje mamom do końca życia, można tylko kilka zwojów odplątać.

Z moją ośmiornicowatością czasem patrzę spod byka na mamy, które potrafią zostawić dwu miesięczne dziecko i wyskoczyć na miasto, ale chyba tak naprawdę trochę im zazdroszczę, że ich dzieci nie zostały wplątane w sieć wspólnego uzależnienia, bo może to trochę na tym polega. Może (a nawet chyba na pewno) prawda jest taka, że to JA nie jestem gotowa odłożyć dziecka, i dać mu posmakować świata beze mnie. Bo taką mam w tej chwili świadomość, i tak- moim zdaniem- jest w tej chwili najlepiej. Co wcale nie wyklucza, że się mylę, lub że po prostu „nie wszystko dla wszystkich”. Nie chcę, żebyście zyskali obraz mnie jako jakiejś psycho-mamy, która dziecko cały dzień nosi w obcjęciach, bije po łapach każdego, kto chce je wziąć na ręce, biegnie do dziecka przy każdym najmniejszym skrzywieniu ust, zapowiadającym jęknięcie (czy nie daj boże płacz!). Otóż nie, dziecko często leży samo na macie, i drze się ze złości, bo np zabawka jest za daleko, a ja siedzę w hamako-fotelu, i mówię olewczym tonem: oj nie, moja miła, rusz pupkę, i przekulaj się w tamtą stronę. Chodzi mi raczej o to, że nie potrafię zerwać rutyny dziennej, bo impreza, czy też nie wyjdę wieczorem, bo dziecko z tatą nie zaśnie. I dziecko CODZIENNIE NON STOP JEST PRZY MNIE, chyba, że wpadnie babcia i weźmie ją na dłuuugi spacer, albo tata wyprowadzając psa z Tosią zostawi mnie samą w domu.

A przecież są dziewczyny, które wkrótce po porodzie są zmuszone wrócić do pracy, czy na uczelnie, i dziecko zostaje z babcią czy gdzieś indziej. Ja sobie tego nie jestem w stanie nawet wyobrazić. I spójrzcie na mnie- siedzę w hamaku i piszę o dziecku, zamiast skakać po łóżku czy oglądać „Śniadanie u Tiffany’ego” albo „Cassablankę” 😉

Powiedzcie mi drogie mamy- czy wam jest łatwo wyskoczyć na miasto? czy wyskakujecie tylko z maluchem w foteliku/wózku/chuście? Czy miałyście w pierwszym półroczu po porodzie CZAS DLA SIEBIE? Bo zaczynam się powoli czuć jak ufoludek :)

 

Buziaki dla wszystkich słodko zniewolonych! Ściskam

PS. Czy wiecie, jak ciężko jest zrobić sobie porządną „samo*ebkę” bez lustra, makijażu, dobrego aparatu, i jeśli naprawde nie chce się człowiekowi ruszyć dupy, żeby się jakoś ogarnąć? O TAK CIĘŻKO, WRZUCAM BEZ PARDONU :D! Znacie już moje najskrytsze tajemnice jamochłonicy, zdołacie więc przełknąć nie zapudrowaną flanelową prawdę w ciepłych skarpetach na deszczowy dzień.

20140517_151902

Tak tak, próbowałam zrobić zdjęcie pod światło. Wypas….

20140517_151954

Nogi na stole- relaks osiągnął szczyt. W tle E-Mama w produkcji :)

20140517_152009

A tu chuda paszcza mówi: OŁ JEEEEAAAA!

20140517_152204

selfie na ledżendarnym hamaczku, z piwem bezalkoholowym, bo selfie z alkoholem to wiocha.

20140517_152237

Bo Van Gogh też pił przy pracy, a mi Absynt nie wchodzi za dobrze (wychodzi lepiej, niż wchodzi :/ )

Po takich zdjęciach, opublikowanych zupełnie bez przymusu, pozostaje mi prosić: Kochajcie mnie, mimo głupoty 😉 Ściski!

Stare nowości i nowe nowości

Odwiedzili nas wczoraj Ciocia A i wujek S.

Mamusia chciała zaszpanować, jaką to ma cudowną, towarzyską, wesolutką i wygadaną (bababa-papapa-mamama) dziewczynkę. Dziewczynka spała po południu godzinkę dłużej niż standardowo, więc Mamusia spodziewała się radości i rozćwierkania wyspanego wróbelka, a dostała… zmierzłość małego nietoperzyka 😉 Niestety zajęło mi chyba dwie godziny dojście do tego, że jaśnie panienka Antosia cierpiała z powodu zbyt długiego czasu bez wycałowywania stópek, i w momencie gdy mama naprawiała swój karygodny błąd, Ciocia i Wujek zbierali się powoli do wyjścia. No cóż, nie udało się pokazać małego radośnika. Innym razem 😉 Mimo tego wszystkiego- wieczór był przemiły!

Mamusia mogła sobie ewentualnie poszpanować faktem, że pierwszy raz od miesiąca nie miała metrowej na wysokość „hołdy” niewyprasowanych ciuszków 😉 a jest się czym chwalić Proszę Państwa, bowiem Babcia wzięła przedwczoraj Tosinkę na 2h spacer, a ja cały ten czas wykorzystałam na rozmontowanie nawarstwiającej się tygodniami góry wypranych ubranek. Żeby było jasne- ja naprawdę ogarniam codzienne prasowanka ciuszków, w których chodzi moja córcia; problem jest w tym, że dostaję regularne dostawy większych ciuchów z „rodzinnego banku ubranek”, czyli jak kuzynka czy kuzyn wyrośnie- ubrania trafiają do mnie, ja je piorę (choć niepotrzebnie), prasuję, i segregujemy je z Małżonem, wywalając do dalszego „przemiału” fatałaszki już za małe. Ostatnio dotarły do nas chyba trzy takie dostawy, zanim zdołałam się z nimi rozprawić, i górka powoli mnie przerosła 😉 Ale właśnie zostałam mianowana IRON MAMĄ 😉 i należy mi się medal i trzysta buziaków (po 150 od córci i męża :D).

Mimo popołudniowego średniego nastroju- dzień zaliczam do baaardzo udanych, a to z powodu ciągu dalszego rozszerzania diety 😉

Nie miałam szansy pisać w tygodniu, więc nie jesteście na bieżąco, a w temacie diety działo się u nas wiele, a raczej mało- bo całą sprawę wstrzymałam!

Szóstego dnia spożywania kaszki nr jeden stwierdziłam dwie rzeczy, mianowicie:

1.Te bąki, które nas nawiedzają, to chyba nie jest po prostu wynik zmiany sposobu żywienia

2. Coraz bardziej nie podoba mi się wysypka na pyszczku, która pojawia się zaraz po spożyciu, nawet jeśli po godzince znika.

Jednym słowem- Mama stwierdza: ALERGIA.

Postanowiłam kaszkę odstawić. Skonsultowałam się z pediatrą, i Pani Dr potwierdziła: Alergia, należy odstawić! Poleciła nam inną kaszkę, dla alergików bez glutenu, mleka modyfikowanego, białka sojowego i innych takich. Moja mamowa głowa podpowiadała mi, żeby na kilka dni w ogóle dać spokój z nowym jedzeniem, „odstresować” brzuszek Tosiałki na maminym mleczku, i dopiero potem zacząć wojować od nowa.

I tak oto wczoraj nastąpił ponownie „DZIEŃ ZERO”, zwany inaczej „KASZKA- STARCIE TRZECIE” (wliczam starcie pierwsze z bezglutenową kaszką, zakończone porażką całkowitą :D).

Na opakowaniu wyczytałam, że na pierwsze podanie kaszki sugeruje się jedną płaską łyżkę stołową kaszki rozmieszać w 4-5 łyżkach wody. Małżon powiada do mnie: zrób to wg tych proporcji, ale na łyżeczkach, a nie łyżkach, przecież wiesz, że tamtej kaszki w sumie zjadała ilość odpowiadającą jednej łyżeczce (licząc wg ilości całej reszty wyplutej w czasie walki). Ja na to, że ostatni raz jak dawałam kaszkę zjadła ją z wielkim zapałem, aż myślałam, że trzeba zwiększyć ilość; wolę więc zrobić za dużo i ewentualnie wyrzucić, niż za mało, i nie wykorzystać zapału córci (i tak są to naprawdę małe ilości, wiec nie wyrzuca się tego tak dużo). Przygotowałam więc sugerowaną ilość, sędzia zadzwonił w gong, i zaczęła się runda pierwsza. Kaszka wg tych proporcji była w postaci mocno płynnej, i chwile dyskutowaliśmy, czy nie powinno się tego podać z butelki, ale ja sobie myślę: kaman, toż to już dorosła pół roczna panienka, po co ją wpędzać w jakieś tam butelki, skoro można uczyć ją prosto z miseczki- łyżeczką! Nie ma, że boli! (a tak serio- Tosia wzbrania się przed wszelakiego typu smoczkami, łącznie z tymi butelkowymi- i po co mam to psuć teraz? 😉 )

Podchodzimy więc do Tosi, ostrożnie, powolutku…. łyżeczka leci korkociągiem jak samolocik, łyżeczka robi „bzzzzz”, zniża lot… buzia się śmieje i otwiera, i….

WLAZŁO!

Druga łyżeczka…

WLAZŁO!!!! JAK PO MAŚLE!

Trzecia łyżeczka….

BINGO!

Pani Doktor, dziękujemy! 😀 Nareszcie coś, co spasowało Tosi w 100% 😉 Mam nadzieję, że nie będzie jakichś dziwnych reakcji fizycznych, bo jeśli chodzi o reakcje smakowe- sto procent trafione w gust Antosi :)

Z każdą następną łyżeczką ogarniało mnie coraz większe zdumienie – nasza córcia ŚMIAŁA SIĘ do nadciągającej łyżki, wyciągała rączki, sama wsadzała sobie łyżeczkę do buzi, i pracowicie zsiorbywała zawartość, uważając, żeby nie wypluć przypadkiem za dużo! Oczywiście mama-łamaga przez swą nieostrożność i trzęsące się ze wzruszenia ręce nałogowej Tosio-holiczki naciaprała co nieco po policzkach, kaszka w postaci płynnej wpadała nawet pod śliniaczek, w fałdzik szyjkowy, ale pan Tata stał na straży z tetrą, i pracowicie pyszczek podcierał. Straty spowodowanej rozchlapaniem było koniec końców niewiele, a pozostałe wszystko, co Pani Matka przygotowała trafiło do rozradowanego pysznościami pysiaczka!

Normalnie aż pokrzykiwałam z radości: Patrz, patrz jak jej smakuje! Patrz, aż się śmieje do łyżki! No Patrz! Widzisz?? CZY TY TO WIDZISZ, PANIE TATO??!!

Pan tata widział, Pan tata świadkiem, Pan tata też się cieszył.

Ależ to dorosłe jedzenie fajne jest!

 

Próbowałam po tym wszystkim dać jeszcze mleczko z piersi na deser, czy też na „dojedzenie”, jak przy poprzedniej kaszce, ale córcia pociągnęła tylko łyczka na „zapojkę”, tak, żeby mi przykro nie było, i zaczęła się rozglądać za jakimś ciekawszym zajęciem. Normalnie byłam w szoku!

 

No okej, dorosłe jedzenie*, dorosłe zabawy… to i dorosła higiena moja panno!

Jak tylko pojawiły się ząbki, zaczęłam przeczesywać sieć w poszukiwaniu informacji kiedy i jak zacząć dbać o te rosnące perełki – zwane pieszczotliwie ŻYLETKAMI (Moje Kochane Mamy- nie wyglądajcie tak z utęsknieniem tych pierwszych ząbeczków, jeśli karmicie piersią- życie bez nich było ciut mniej bolesne 😀 Chociaż, oczywiście, i tak cieszę się ząbkami jak wariat :D). Z tego, co się dowiedziałam- ząbki należy od razu rozpieszczać higieną. Łaps więc za szczoteczkę-silikonową nakładkę na palec, pokiziałam ją symbolicznie z wierzchu pastą „od pierwszego ząbka” (długo biłam się z myślami, czy dorzucać dziecku tę dodatkową chemię, ale poczytałam, pomyślałam, i pękłam), i SZURU-BURU SZURU-BURU – zaatakowałam ząbeczki i dziąsełka. Efekt?- „lśniące, białe zęby bez nalotów”… No nie, takie były i bez tej pasty. Ale efektem była hiper radość mojej Panny Antoniny! Zassała szczoteczkę bez pardonu, i siłą nie wyrwała bym palca z jej dzióbka! Takie zrobiła podciśnienie! 😉 Zachwyt na mojej twarzy był tylko odzwierciedleniem wyrazu buzi mojego dziecka. Kurcze, rośnie mi mały pasjonat higieny jamy ustnej :D! Od dzisiaj po każdym posiłku kaszkowym (lub już wkrótce- bo za dwa dni- warzywnym)- szorowanko zębów! Niech jej się kojarzy, że po posiłku trzeba wyszorować, bo- pamiętam z osobistego doświadczenia- dzieci raczej entuzjazmem do szczotkowania nie pałają, i trzeba je pilnować, żeby w ogóle to robiły.  Mam nadzieję, że mycie ząbków już zawsze będzie tak pozytywnie odbierane.

Dzień pod względem poznawania rzeczy nowych uznaję ze wszech miar za udany!

 

Buziaki, miłego Poniedziałku! Pamiętajcie, już za 5 dni week end!

 

 

*Na koniec, tradycyjnie nie patyczkując się, dodam status kupowy: ta kaszka nie zablokowała jelitek na dwa dni- w odróżnieniu od poprzedniej. I- również w odróżnieniu, stanowczo!- nie produkuje hiper śmierdzących koszmarów kupowych. Rano wyszła piękna,zdrowa, standardem trącąca kupa. Życie jest piękne! 😀

Ogarnianie codzienności

Kontynuując szaloną passę minionego tygodnia- dodaję kolejny wpis, korzystając, że Tosinka śpi :)

 

Na piątkowym spacerze z Mamą Asią usłyszałam słowa, które połechtały mnie miło, ale i wprowadziły w stan sporego szoku: Asia powiedziała, że podziwia, że ja tak wszystko OGARNIAM; że pieluchy wielorazowe, że bloga piszę, mimo, że Tosia ciągle na piersi, i ząbkuje i w ogóle.

Trochę mnie to stwierdzenie uderzyło, bo przez całe dotychczasowe życie byłam raczej królową chaosu, jeśli się za coś zabierałam, to musiałam najpierw zapisać sobie na kartce plan w punktach, żeby się nie potknąć i nie poobijać. Generalnie- do ogarniających nie należę 😉 I oto nagle ktoś mówi mi, że podziwia to, że tak ogarniam. WOW, Dzięki Asieńko za taki komentarz, miło mi, że ktoś z zewnątrz tak mnie (błędnie?) postrzega 😀 !

Te słowa wywołały we mnie refleksję: no właśnie, jak to jest, że wszystko się nie sypie?!

Zacznę od tego, że w sumie owszem, nie jest źle 😉  ale prawda jest taka, że to, że dziecko potrzebuje rutyny jest duuużym plusem, bo sami możemy wtłoczyć siebie w jakieś ramy, jak tylko dziecko rutynę jako tako załapie. To dużo ułatwia.

Po drugie: ja nie ogarniam :D! bo tak naprawdę to OGARNIAMY. Gdyby nie mój wspaniały Małżon, i nasze partnerskie podejście do życia- było by chyba ze mną krucho 😉 żyła bym w syfie, i była bym 100 razy chudsza niż jestem teraz- a może właśnie dużo grubsza, bo żarła bym fast foody. Chociaż w sumie może i bym jakoś sobie radziła, bo bez jego pomocy musiała bym się bardziej sprężyć… całe szczęście nie muszę tego sprawdzać.

Do tego dochodzi też pomoc ze strony rodziny- nieocenione Babcie i Dziadkowie, wpadający potulić wnusię, i pospacerować z nią; albo to, że brat lubi prace ogrodowe, dlatego jeszcze nie zniknęliśmy w chwastach, a w tym czasie Bratowa bawi się z Tosiaczkiem. To wszystko sprawia, że mam czasem czas dla siebie- czytaj: MAM CZAS POWALCZYĆ ZE STERTĄ CIUCHÓW DO PRASOWANIA, albo posprzątać coś na szybko.

Jeśli chodzi o pieluchy wielorazowe- to zupełnie nie pochłania więcej czasu! Po prostu zamiast do śmietnika wrzuca się do pralki 😀 a potem rozwiesza wraz z pozostałym praniem na suszarce.

Ostatnio wpadłyśmy z Antoniną w „cug” chustowy, co oznacza, że córcia wisi na mnie większą część dnia; z tej okazji mogę porobić trochę więcej rzeczy niż wcześniej :) np mogę skosić trawnik (ach! moja największa ogrodowa przyjemność z czasów ciąży :D), czy spokojnie rozwiesić pranie, bo z wszelakich czynności odbywających się w pozycji stojącej i w ruchu obydwie czerpiemy przyjemność- Tosia nie musi upominać się o moją uwagę, a ja nie muszę się spinać, bo dziecko jęczy.

 

Oprócz tego Antosia wreszcie wróciła do swojej dłuższej drzemki popołudniowej, co sprawia, że mogę coś napisać 😀 Dawniej pisałam z dzieckiem śpiącym „na cycku”- ona często nie wypuszczała piersi z buźki, nawet przez sen, siedziałam więc uziemiona, za to z kompem pod ręką! I w ten sposób miałam czas na blogowanie :). Teraz Tosia czasem łaskawie mnie puści, ale co chwila łypie oczkiem czy jestem obok- siłą rzeczy siedzę obok i piszę 😀 Myślę, że gdyby Antosia spała przykładnie jak inne dzieci- tzn w łóżeczku, zupełnie sama, chatę miała bym na błysk, ogródek ukwiecony, za to blog by nie istniał :) A szczerze mówiąc- pisanie przynosi mi kupę radości.

Mamy z Panem Tatą całkiem fajną ustawkę sprzątaniową, która sama z siebie się utworzyła, i jakoś to leci.

Jedyna rzecz, która mi całkiem umyka to gotowanie- zawsze było to moją piętą achillesową, do robienia obiadu szykuję się jak do olimpiady, obkładam przepisami i planuję pół tygodnia każdy ruch. Całe szczęście mój Małżonek Szacowny ma gotowanie w małym palcu, i wypasione dania robi od niechcenia, zupełnie bez wysiłkowo, i dzięki temu jeszcze nie skonałam z głodu. Pewnie gdybym przed ciążą nie należała do grona tzw „chujowych pań domu” (wybaczcie ten przyjęty już społecznie slogan) było by dużo łatwiej; jednak zanim zaszłam w ciąże w kuchni nie robiłam nic, co nie było herbatą, jajecznicą czy porządkami, więc mimo, że później polubiłam pichcenie, nadal przychodzi mi to z wysiłkiem. Aż drżę na myśl co to będzie, jak skończę karmić piersią, i trzeba będzie gotować dla dziecka :( Z drugiej strony ja jestem istotą zupełnie nie wymagającą pod względem kulinarnym, najlepiej jest dla mnie wrzucić papu do parowara, i wrócić po nie jak maszynka zapiszczy- zdrowo, łatwo i przyjemnie 😉 i coś takiego też jest dobre dla dziecka. Może jednak nie będzie tak źle… 😉

I tak to sobie po kawałku radzimy- krok po kroczku, jako drużyna. I nie ma w tym nic niezwykłego, ba- na pewno inni radzą sobie bez porównania lepiej! Jednak my układamy sobie świat według pewnej ważnej dla nas hierarchii- wolę, żeby sterta prania rosła a podłogi czasem się kleiły, byle by dziecko miało dosyć uwagi z naszej strony, i uśmiech na twarzy 😀

Dzielcie się mamusie i tatusiowie swoimi patentami na ogarnianie świata: czy macie tradycyjny podział ról damsko-męski? czy może jako partnerzy razem pchacie ten wózek z maleństwem, a gary zmywacie na zmianę? Czekam na wasze komentarze :*

Sciskam was mocno, i miłej niedzieli!

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.

 

Cudny „półroczkowy” dzień

Wczoraj był piękny dzień.  Zapewne większość z was to zauważyła, zwłaszcza Ci szczęściarze, którzy nie musieli siedzieć w pracy 😉 oby więcej takich dni w tym roku!

Ja jakoś tak świąteczne go przeżyłam 😉

Nie sądziłam, że takie pół roczku będę odczuwać jak urodziny :D! Przeżywałam to bardzo, bo przecież to legendarna data „zero”, od której oficjalnie rozszerzamy dietę maluszka. Do tego tyle pałętających się po głowie refleksji…

Po przebudzeniu zeszłyśmy z Tosią z „pięterka”, a tu pierwsza niespodzianka dnia: Tatuś wziął dzień wolny! Wprawdzie miał kupę roboty wszelakiej, ale jednak miło nam było że był  z nami w domu 😀

Potem okazało się, że wyszło słonko, żeby zaświętować z nami, i ozłociło dzionek; ptaszki śpiewały, było przecudnie, więc wyskoczyłyśmy z Tosinką do ogrodu skosić trawę. Nie dość, że spędzałyśmy czas na słonku i świeżym powietrzu, to jeszcze miałam satysfakcję z tego, że robię coś produktywnego, kiedy Tosia śpi :D. A spać w chuście przy pomruku kosiarki to Antoninka lubi, oj taaak :). Generalnie- 100% przyjemności.

Po jakimś czasie pojawili się Tosini ulubieńcy (z tych żywych, nie zabawkowych!): Wujek i Ciocia, którzy odśpiewali gromkie „sto lat” z okazji pół roczku. Wujas skończył kosić trawnik, bo są takie zakamarki ogródka, gdzie z Tosią na brzuchu ciężko mi wepchać kosiarkę, po czym poszliśmy do domciu na pierwszą legalną KASZKĘ MANNĄ :D!

Pierwsza (nie licząc ostatniego nieudanego falstartu) próba kaszkowa wypadła super :)

Tosia zasiadła do posiłku przed naszą czteroosobową komisją, i w odróżnieniu od ryżowego paprajstwa na mleku modyfikowanym- zajadała manną aż jej się uszka trzęsły! Na początku ze zdziwieniem, a potem z zapałem, wcinała, rozdając dookoła uśmiechy swoim zakaszkowanym pysiurkiem.

Po wchłonięciu kilku- wyplutych tylko częściowo- łyżeczek kaszki (zjadła dużo więcej niż się spodziewałam!) wpadła do mamy na szybki deserek z cycusia, a następnie poszła pobawić się z wujkiem i z ciocią, uszczęśliwiając ich masą uśmiechów typowych dla wyspanej i najedzonej panienki w dobrym towarzystwie. Mama w tym czasie usiłowała ogarnąć post-kaszkowy chaos w kuchni 😉 Przyznaję, że to ja byłam źródłem chaosu- byłam tak podekscytowana nadchodzącą atrakcją, że porozrzucałam kupę rzeczy przygotowując ten jakże prosty posiłek.

(Jako, że od całej sprawy minęło już bardzo wiele godzin, mogę dodać, że bąki od razu nabrały mocy urzędowej- uderzają w nos jak cegła, bez pardonu, bo przecież kaszka cięższa jest od mleka 😉 Zmiana od razu „wyczuwalna”…)

Żeby dzień był jeszcze doskonalszy- Wujas zajął się przekopywaniem trawnika przed domem- obiecał nam już jakiś czas temu, że się tym zajmie, i w ostatnim tygodniu co rusz wpadał na jakieś roboty ogrodowe. Chwała mu za to, trawnik od strony ulicy był raczej „chwastownikiem”, na dodatek pełno było na nim gruzu po wymianie okna, a u nas czasu na sprawy kosmetyczne jak na lekarstwo… a ja już nakupiłam sadzonek niezapominajek, żeby było cudniej 😉

Tak więc wujo walczył z przeoraniem trawnika, a Ja, Tosia i Ciocia pławiłyśmy się w promieniach słońca w ogródku (po jakimś czasie córcia ucięła sobie swoją popołudniową drzemkę, znowu w chuście, na świeżym powietrzu, bo co będzie ze „starymi babami” siedzieć, ni? 😉 ).

Pan Tatuś zakończył część pierwszą z planowanej na ten dzień pracy (Biedny pan Tatuś, zapracowany, tuli, tuli!), i przybył do nas, by rozpalić pierwszego grilla w tym sezonie :D!

Wszyscy zajadali grillowe frykasy, Mamusia dostała rybkę z folii (plus parę nielegalnych kąsków), najedliśmy się arbuza, zakupionego w markecie, wyhodowanego w dalekim, ciepłym kraju, popijaliśmy piwko (jest takie jedno, które ma 0% -słownie: zero procent!- alkoholu, i Tosia nawet nie ma po nim bąków!), i świętowaliśmy sobie ten piękny wiosenny dzień.

Yeah!  Tosia i mama z porzeczkami.

Yeah! Tosia i mama z porzeczkami.

Ile szczęścia :D!

Sto lat Tosia! Wiwat! Niech żyje! Życzę Ci wiele, wiele pysznych kaszek mój mały Skarbie! :*