Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Kwiatowe zajawki e-mamy

Halo moi drodzy!

Długo mnie nie było, to przez te ząbki malutkie, białe i ostre, na które napatrzeć się nie umiem! Co chwila łaskoczę moją panienkę, albo rozśmieszam w jakikolwiek inny dostępny sposób, tylko po to, żeby zobaczyć te ząbeczki w roześmianym pyśku…

Póki co- jest chwila, lecę więc z kolejnym wpisem, który czekał w mojej głowie na ten moment ciszy i wolności rąk.

 

Ostatnio stwierdziłam, że ja i mój Małżon szacowny mamy zadatek na Amiszów (oczywiście poza wewnątrz-sektowymi małżeństwami, chociaż nasi ojcowie znają się z dzieciństwa!). Może i używamy prądu, internetu, telefonów, ale mamy niezłą banię na samowystarczalność. Jak będziemy mieli już te wygrane w totka miliony, to zbudujemy sobie swoją studnię, elektrownie wiatrową, kupimy krowę,kury i kilka hektarów pod uprawę, a także las, a w nim będziemy urządzać moje ukochane GRZYBOBRAAANIA!!

Póki jeszcze czekamy na nasz szczęśliwy los na loterii, nasza bania objawia się w naszej miłości do wszelakiego home made. Wiadomo, że najlepsze są własne dżemy, ciasta domowej roboty, warzywa z ogródka, ogórki kiszone, hodowane w kuchni co roku pieczarki i inne takie wynalazki! W tym roku daliśmy sobie spokój z połową tych przyjemności, nasza grządka warzywna świeci pustkami, oprócz posadzonych przez moją mamę sześciu krzaczków pomidorów (z sadzonek podarowanych nam przez sąsiadkę w ramach odwdzięczenia się za nasze zeszłoroczne sadzonki), koperku i tradycyjnie- groszku cukrowego (dla Zięciunia- bo przecież tak lubi! Ach, to rodzinne rozpieszczanie!). Skoro nie ma czasu dbać o warzywnik- wkręcił mi się podczas spacerów temat ZBIERACZY.

Wszystko zaczęło się od tego czarnego bzu na syrop (przepis TUTAJ), kiedy to podczas spacerów z Tosią i moją mamą polowałam na kwiaty bzu na krzakach rosnących w okolicy; wtedy właśnie moja mama namierzyła krzew jaśminu, i zwróciła na niego uwagę przez zapach, i przez to, że w jej okolicach raczej się takich przyjemności tak łatwo pośród betonu nie znajduje. Cyknęłam mamie parę zdjęć z krzakiem, i poszłyśmy dalej. Ten krzak jednak nie dawał mi spokoju, kręcił i wiercił dziurę w brzuchu i świadomości… WRACAM PO NIEGO! Przecież uwielbiam herbatę jaśminową! Czemu niby nie mam sobie zrobić takiej sama?

Chciałam jednak zabrać się za to z głową, przeszperałam więc internet w poszukiwaniu informacji CO I JAK, i dowiedziałam się, że taki jaśmin powinno się zbierać rano, zanim słońce osuszy rosę, i przesuszy kwiaty, oraz że najlepiej zbierać pączki, a nie rozwinięte już kwiatki. Pech chciał, że zbiegło się to akurat z trudnym czasem u Antoninki, i mogłam zapomnieć o wczesnych wycieczkach „zbieraczych”. Tak oto jaśmin przekwitł, i nie zdążyłam nic z tym fantem zrobić. Jednak ta historia otworzyła przede mną świat kwiatów jako… jedzenia!

W jednym z moich poprzednich postów  zapoznałam was z naszym krzakiem róży; jako, że obrodziła nam różyczka  kwiaty tak niesamowicie, że aż pochyliła się biedulka do ziemi, nie miałam żadnych wyrzutów sumienia gdy plądrowałam jej gałęzie :) (oczywiście w celu ulżenia jej obciążonym „plecom”!)

W pewien weekendowy poranek obudziłam się podekscytowana o 6:00, szepnęłam Małżonowi: „wychodzę, dzidzia jest pod Twoją opieką, łypnij okiem jakby co!”, po czym wymknęłam się do ogródka na łowy. A ich wynik był taki:

20140620_083523

róża nawet nie zauważyła ubytku, a ja miałam z pół kilo płatków :)

20140620_083625

Jeśli kochasz kwiaty- one też potrafią okazać Ci serce :)

Z radością zabrałam się do przebierania płatków, żeby odsiać te mocniej uszkodzone. Oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka to „mróweczkowa” i „kopciuszkowa” robota… tak czy siak, udało się zdobyć 20 dag płatków potrzebnych do przepisu nr 1 (robiłam według dwóch przepisów znalezionych w internecie)

20 dag płatków róży
50 dag cukru
Sok z  jednej cytryny
2 szklanki wody

Płatki należy oczyścić, polać sokiem z cytryny, ucierać w makutrze do momentu aż róża puści sok. Taką utartą różę zostawiamy w chłodnym miejscu na 24h. Po tym czasie zagotowujemy wodę, rozpuszczamy w niej cukier, i do tak powstałego gotującego się syropu dodajemy nasze płatki. Gotujemy aż do zredukowania (zgęstnienia), następnie wkładamy do wyparzonych gorących słoiczków, i voila! Gotowe :)! Przepis pochodzi z blogu Rarossa.blogspot.com (nie zwiedzałam całego bloga, ale pewnie przy okazji jakichś szaleństw kuchennych zerknę ponownie 😉 )

Drugi przepis pochodzi z kuchniaalicji.blogspot , który to blog jest dobrym miejscem dla świrów-pół amiszów jak ja 😉

A przepis wygląda tak, że uciera się razem cukier, różę i sok z cytryny, w takich proporcjach:

szklanka płatków róży
szklanka cukru
łyżeczka soku cytryny (lub szczypta kwasku cytrynowego)

Tym drugim sposobem zajął się wieczorem małżon, kiedy ja usiłowałam ogarnąć nieład domowy po całym dniu.

Koniec końców- mamy gotowe 4 mini słoiczki różanej konfitury (2 z każdego rodzaju), i aż się nie mogę doczekać pyszności, jakie z nich będę robić jesienią :)

Do tego czekam na odpowiedni moment (tzn na wolną chwilę) żeby zebrać jakiś świeży pąk, żeby móc kandyzować płatki na pewną zbliżającą się specjalną okazję 😉

 

Oprócz róży planowałam jeszcze ususzyć bławatka (chabra) do herbatek, i nawet zebrałam całkiem spory bukiet przy pomocy Pana Taty na wspólnym niedzielnym spacerku

20140620_125454

ale niestety przebieranie kwiatuszków jest dosyć czasochłonne, i nie doczekałam się  wolnego momentu na tą przyjemność zanim bukiecik zdążył stracić kolor :(

Ale obiecuje odbić to sobie w przyszłym roku, podobnie jak z jaśminem, i mam nadzieję, że Tosia będzie mi przy tym pomagać  (przynajmniej przez pierwsze 5 minut… )

 

A teraz, póki co, cieszę się sezonowymi owocami na świeżo, w ciastach i deserach :) w którymś z następnych wpisów podzielę się z wami moim szybkim zwieńczeniem sezonu truskawkowego!

Papa, tymczasem!

PS. Rety, ze mnie zaczyna wychodzić jakiś eko-świr! Ja, taka „miastowa”, robię jedzenie z kwiatków, myślę o własnej krowie, i serach domowej roboty! Chyba powinnam zacząć szukać fachowej pomocy.

PS 2. A kurki i tak będziemy mieli, nawet przed totkiem, będą chowały się w krzakach przed psem,  i będą znosiły nam jajeczka!

Osiem miesięcy wspólnej drogi

Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? tak? to ja sobie tutaj usiądę.

 

Tak to usiadłaś sobie obok mnie, i jedziemy razem przez życie, już od ośmiu miesięcy razem.

Usiadłaś? Hmm, no nie do końca. Już coraz z tym lepiej, ale z okazji dziedzicznego lenistwa (po ojcu, na pewno po ojcu! Mama przecież w ogóle nie jest leniwa… 😉 )- średnio chce Ci się ćwiczyć fizycznie. No wprawdzie turlasz się na boczki, łapiesz łapkami co tylko chcesz, podajesz sobie zabawki nóżkami do rączek, jeśli są za daleko, z brzuszka na plecki, z plecków na brzuszek, brakuje tylko fikołków i stania na głowie 😉 ale do siadania czy pełzania trochę Ci brak chęci… No okej- jesteś wyjątkowo ergonomicznym dzieckiem, po co spalać kalorie, jak fałdeczki są takie ekstra słit :) Mama i Tata przecież mogą mnie trochę podeprzeć, bo przecież już takie mam silne te plecki, wcale nie muszę się uczyć jak siada się samemu- bo i po co 😉

Ten miesiąc to mimo wszystko czas szalonego rozwoju- nawet, jeśli nie ruchowego (ja wiem, że to jeszcze tylko parę tygodni, ale ja już się nie mogę doczekać, aż siądziesz sama, dlatego marudzę! Wybacz!). Po tym ostatnim skoku rozwojowym (kryzys oczywiście przypadł w dzień, kiedy byłyśmy same, tateł w delegacji!) przestałaś bawić się zabawkami- ty je ROZKMINIASZ. Rozkładasz na czynniki pierwsze swoimi oczyma, potem łapkami, obliczasz masę wzorów- widać to wszystko w Twoich minach pełnych zastanowienia! Specjaliści w internetach mówili, że prawdopodobnie po tym skoku rozwojowym tworzy się u dziecka inteligencja- jestem skłonna się z nimi zgodzić! Wykminiasz co jak działa,np że jak uderzysz łyżeczką o stół- będzie dźwięk, że jak zegniesz szyję żyrafy- będzie pisk, że jak coś rzucisz- mama poda :) No pewnie, bo rzucanie to najlepsza zabawa!

Rzucę łyżeczkę na podłogę, nie dość, że łyżeczka się przemieści, zrobi ładne „brzdęk”, to na dodatek mama poda mi ją znowu! O, rzucę sobie raz. I znowu. I znowu. Fajne to! Rzucę więc ponownie! Mama nie podaje? o co chodzi? Krzyknę, może się ocknie, i znowu poda. Podała :) Ta mama to jednak mądra jest kobieta.

Poza tym –mama ma nos. 

Tosia potrafi pokazać gdzie jest mój nos, gdy zapytam: Tosiu, gdzie mama ma nos? Cap- łapie za nos, ze szczególnym uwzględnieniem wsadzania paluszków w dziurki.

Tosiu, a gdzie mama ma buzię? – Tu dwie tłuściutkie łapki chwytają mnie za usta. Brawo, dziewczynko! Jesteś taka mądra! Po mamusi! 😉

Bo tylko Mamusia ma nos i buzię, bo sobie na to zapracowała- za każdym razem, gdy mnie Tosia łapała mówiłam głośno: NOOOOS, albo BUUUUZIA. Tata tak nie robił, więc Tosia nie wie, że Tata też ma nos- nigdy jej nie uświadomił 😉 U taty to „takie coś”, a u mamy „nos”, ot i wszystko! Bez pracy nie ma kołaczy, Panie Tato! Ależ jestem dumna z tej mojej dziewczynki!

Ach, no tak, mama ma też cycuszki… które Tosia potrafi już namierzyć siedząc mi na kolanach, i próbuje upolować je w każdej możliwej sytuacji, ba, nawet czasem próbuje rękami ZACIĄGNĄĆ JE SIŁĄ do swojej leżącej daleko buźki! Ech, życie jest piękne….

No, i nie można pominąć faktu, że ten miesiąc był miesiącem ZĘBÓW!!! To dlatego nie było czasu na blogowanie- dni były dłuuugie i pełne żalu i marudzenia- no przecież to boli Mamo, to jak mam nie marudzić! Nawet mi ostatnio krew leciała, sama widziałaś przecież!

Tosinka wygląda teraz jak mały łobuz, brak jej tylko procy w rękach i kamienia! Bo Tosi rośnie „Jedynka” u góry! A pod osłoną tej Jedynki, prawie nie zauważona (bo przecież taka Jedynka to nie byle co!), pojawiła się i Dwójka! I co śmieszniejsze- Jedynka jest z lewej strony, a Dwójka z prawej, przez co Antoninka jest teraz SZCZERBATA 😀 Bo ma tak: ząbek-przerwa-ząbek :) Dlatego właśnie wygląda jak mały rozbójnik, taki, co to bił się na placu zabaw, i wrócił do domu z wybitym zębem :) Są już ząbki u góry, i na dole- najwyższa pora nimi ZGRZYTAĆ! Co rano Tosia ćwiczy na zębach piosenki wesołe, że U-HA HA! A mi stają włosy dęba :) Anyway- status na dzień dzisiejszy to CZTERY ZĘBASY. A druga Jedynka już się też szykuje do ataku. I właściwie masę innych też się rysuje pod dziąsłami! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…

Żeby to tylko była taka radocha, te ząbki… niestety jest to też marudzenie, i straszne żale w porze wieczornej i nocnej; ile razy nie umiałaś zasnąć, moja kochana dziewczynko, ile razy budzisz się w nocy, pchając obie rączki do buzi i wołając do nas żałośliwie: BABABABABABA! Usiłując nam wytłumaczyć, co się złego stało, że się obudziłaś… większość nocy kończy się tym, że znowu śpimy wszyscy razem w łóżku, ale mimo prób odkładania Cię- czasem po prostu się nie da, ewidentnie za bardzo cierpisz- a czasami zwyczajnie jesteśmy zbyt nieprzytomni, żeby za długo walczyć. Nie ważne, i tak dzielnie zasypiasz sama wieczorami w łóżeczku. Mamusia jest z Ciebie dumna (i z Tatusia, który- mimo częstych Twoich buntów- dzielnie Cię usypia).

 

Miesiąc ósmy za nami, a my dalej głównie (jeśli chodzi o dietę) „na piersi”… ale uwaga- wzięliśmy się już za BLW, czyli: dziecko je samo 😉 Ku mojemu zdziwieniu- nasza Pani Doktor poleciła nam tą metodę rozszerzania diety- miałam ją raczej za osobę starej daty, która zganiła by moje „nowoczesne fanaberie”, ale chylę czoła, i biję się gromko w pierś wołając „mea culpa, wybacz zwątpienie”- Pani Doktor idzie z duchem czasu, a BLW miała sprawdzone na swojej wnuczce, i poleca bardzo bardzo. Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości czy dobrze robię pakując się w tą uroczą i jakże bałaganiarską metodę karmienia- minęły bezpowrotnie (więcej o BLW jak mi czas pozwoli, w innym wpisie, który zaczęłam szkicować jakieś sto lat temu)! Mam zaufanie do moje Pani Dr- jest bardzo chwalona przez rodziców. BLW- kupa radości, a ile przy tym brudzenia!

Apropos brudzenia- kąpiele też się ostatnio zmieniły. Nie jest to już- jak uprzednio- zrelaksowane leżenie na wodzie, podczas gdy mama ogarnia mycie wszystkich części ciała. Teraz to jest chlapanie nóżkami, łapanie mamy za co popadnie, a na koniec, jak już wszystko jest czyściutkie, jest ten najlepszy moment: Mama podnosi Tosię do pozycji siedzącej (jeszcze ją musi troszkę podpierać), Tosia cieszy się, klepie brzegi wanny łapką, wychyla się po różne butelki z szamponami czy innymi kolorowymi płynami, wierzga nóżkami, a potem przychodzi Tatuś, i robi: chlapu-chlap! po brzuszku, pleckach, i rączkach! I wtedy jest kupa śmiechu i radości! Za niedługo to ja będę już siedzieć całkiem sama, i wtedy, Tatusiu kochany, to ja Ci zrobię chlapu-chlap! Ciekawe, czy będziesz się wtedy śmiał, tak jak ja :)

Śmieje się nasza Tosia także podczas nowej zabawy- zabawy ósmego miesiąca, czyli skakania na piłce do pilatesu- w każdej pozycji! Czy to na plecach, na brzuchu, na siedząco- piłka zawsze jest ekstra, zwłaszcza, że od czasu ciąży zupełnie nie używana przez mamę… nawet bawimy się nią w FIFA 2014- Tosia uwielbia, gdy trzymam ją pod paszkami i razem gonimy piłkę, wybijając ją coraz dalej dyndającymi nóżkami Tosi. Taka z niej wygimnastykowana dziewczynka, a co!

 

Tosiu! Jesteś naszym aniołkiem, coraz większym, coraz mądrzejszym, coraz bardziej świadomym otaczającego Cię świata, i różnych zależności występujących na nim. Jesteś małym leniuszkiem, i małym geniuszem. Byłaś i jesteś moim największym CUDEM. :*

Pani od przyrody

Halo moi drodzy,

 

Dzisiaj nie piszę- dzisiaj pokazuję.

Ostatnio przyroda mocno mnie zachwyca- a to tęcza z nienacka na parapetówie u szwagrów,

20140614_192503

Szaro-buro-nie ponuro :)

a to niezdecydowane niebo…

20140614_105132

Niebo zdecydowanie niezdecydowane

nie mam super aparatu (jak już kiedyś pisałam – chętnie przyjmę), ale cyknęłam kilka foteczek telefonem, i mam dużą ochotę się z wami podzielić.

Długo planowałam wkleić te kilka zdjęć, ale za nic nie było czasu- ziemia kręci się zdecydowanie za szybko jak dla mnie, i siła odśrodkowa wypycha mnie ku przyziemnym czynnościom, uniemożliwiając niektóre przyjemności, ale… co się odwlecze, to nie uciecze :)

Zapraszam was do obejrzenia tych kilku zdjęć, może zrobi się wam na chwile przyjemnie 😉 Buziaki!

 

Na początek: dzień ni to słoneczny, ni to burzowy… północ taka, południe siakie, wschód i zachód też się zgodzić nie mogą… ale spacer musi być!

20140614_105146 20140614_105136 20140614_105132

 

Kolejna seria, tym razem motyw kwiatowy; krzak róży, który chłopaki z rodziny pomagający nam „oddżunglić” ogród parę lat temu chcieli wyrwać, bo przecież brzydki to taki chochoł, nie wiadomo po co i dlaczego… Otóż ten krzak róży w tym roku podziękował nam za daną mu szansę i pięknie zakwitł:

20140607_183757

Krzak róży, pieszczotliwie zwany moim rozarium 😀 (jeden jedyny w całym ogrodzie, też mi rozarium! 😉 )

Na początku róża zakwitła przepięknie, byłam zachwycona ilością bujnych pąków!  Kilka dni później jednak zakwitła tak mocno, że ilość kwiatów całkiem przeważyła nasz krzak!

20140615_133212

20140615_133417

Ciężko mi, pochylam się aż do ziemi pod słodko pachnącym ciężarem!

 

Do mych kwiatowych przyjemności dochodzą chabry, bławatki- jak kto woli; mijam piękne kępy, niebieszczące się wśród łanów zboża, i myślę, jak można mówić o nich „chwasty”. Są piękne, i pachną słodko jak miód.

20140615_115918 20140615_115911

Ostatniej niedzieli nie mogłam się powstrzymać, i nazbierałam sobie bukiecik (zresztą z planem ususzenia go w celach spożywczych, ale o tym kiedy indziej).

20140620_125454

Z lewej strony czai się bzyk :)

20140620_125501

A tu znowu bzyk, tym razem z prawej, wygląda jak logo na bluzie Małżona :)

W ogóle chabry są super, piękny kolor, pasuje do wszystkiego :)

Kwiaty we włosach potargał wiatr... wiało, to i kapturek trzeba było zarzucić na Tosinkę

Kwiaty we włosach potargał wiatr… wiało, to i kapturek trzeba było zarzucić na Tosinkę

Do tego wszystkiego trawy nabrały pięknego, sinego koloru, który tak uwielbiam… oczywiście zdjęcia nijak nie odzwierciedlają tego pięknego widoku, ale i tak wrzucę.

20140622_110842

20140622_110848

w cieniu akacji czaję się na widoczki

A na koniec- widok ze spaceru na Stecówkę- bo i Mama czasem oddala się od domu bardziej, niż na dwa kilometry 😉

20140619_133839

Ach, te góry, te górecki…

Wiecie co? Kocham świat. Wszędzie, nawet na naszym szarym i zakurzonym śląsku można znaleźć coś pięknego, trzeba tylko mieć oczy i serce otwarte, i cieszyć się małymi rzeczami. A przyroda jest WIELKA.

Mam nadzieję, że nie znielubicie mnie za takie posty obrazkowe, naprawdę nie było kiedy pisać ostatnimi czasy… a bardzo chciałam podzielić się z wami tym, co mi w duszy gra.

Za to za dwa dni wrzucę podsumowanie kolejnego miesiąca z życia Antoninki.

Do wtedy! :*

Dieta matki karmiącej piersią

 

20140609_122736

Talerzyk pełen zdrowia, ale czy odpowiedni dla mamy karmiącej?

Halo Drogie Mamy! I Drodzy Tatusiowie też, a co!

 

2013-11-03 16.15.53

Pure love

Po raz pierwszy piszę post „na zamówienie”; jedna z moich koleżanek jest tuż, tuż przed rozwiązaniem, i powiedziała, że chętnie dokształciła by się w temacie tego, co powinna jeść karmiąc piersią. Post ten skierowany jest głownie do tych mam, które zaczynają swoją „drogę mleczną”, a także do tatusiów, bo ich często afektuje fakt zmiany diety w domu (tego wam życzę, drodzy tatusiowie, bo trochę zdrowego jedzenia wam nie zaszkodzi 😉 ), a także dla tego, że często to właśnie tatusiowie na początku gotują dla zmęczonych porodem i obolałych mam.

Na początku, jeśli to czytasz mamo karmiąca- gratuluję Ci wspaniałego wyboru,
wyboru karmienia piersią! Moim zdaniem jest to coś niesamowicie pięknego, budującego silną więź między Tobą a maluszkiem, a oprócz tego- dajesz dziecku najlepsze, co może dostać na tym etapie życia: zdrowe jedzonko, poczucie bezpieczeństwa i bliskość mamy- przytulenie i posiłek w akompaniamencie bicia Twojego serca. Trzymam za was kciuki, i życzę wielu pięknych chwil podczas wspólnego tulenia.

 

 

UWAGA, Poniższy wpis nie zastąpi porady lekarskiej, może jedynie stanowić sugestie w kwestii żywienia. W przypadku wystąpienia problemów u dziecka (lub matki), sugeruję spotkać się z lekarzem w celu zbadania przyczyny.

A teraz – do konkretów :) Czytaj dalej

Sceny z życia smoków, sprawy ostatnich dni

Cześć i czołem!

Mam chwilę, żeby podzielić się z wami kilkoma luźnymi myślami z zeszłego tygodnia 😉

Zacznę od tego, jak to się stało, że mam wolną chwilę. Nie, nie, Tosia nie śpi, ZAJMUJE SIĘ SAMA SOBĄ! Moja córka? Poważnie? Sama sobą?? Nie może być….

A jednak! Dzięki genialnej Mamie Tośka, która wysyła mi zdjęcia i filmiki z Tośkiem w roli głównej, zaczęłam się zastanawiać, o co kaman, że Tosia tak niechętnie się turla na boczki. Tzn nie do końca niechętnie, bo wieczorami, jak sobie fika na rogówce, jest całkiem „obrotna”; natomiast jak ją położę na macie, na tych takich piankowych puzzlach, to leży na baczność na plecach, czasem tylko leniwie wyciągnie rękę żeby złapać i przyciągnąć do siebie jakąś zabawkę. Patrzę na te filmiki od MT, patrzę i kminię, i znowu patrzę i kminię… no i jest! PANELE! Podłoga! Tosi ewidentnie nie pasuje mata,a że podłogę na dole mamy ze starych desek, na które wolała bym Tosi nie kłaść bezpośrednio, bo kto wie, co się stanie, poza tym podłoga wietrzona (wichor z piwnicy gwiżdże od dołu), to i zimna bardzo-więc jest lipa… Zaraz, przecież w pokoiku Tosi na piętrze są panele! Panele mają elegancki poślizg, i w ogóle! No to cap- dziecko w ramiona, lecim na górę przeskakując po kilka schodów na raz, dziecko -pyk- na podłogę, i czekam co będzie. I co było? A było tak, że jak ją położyłam, to miałam pół godziny radochy, gdy obserwowałam jak Tosia przeczołguje/prześlizguje/przekulowuje się przez cały pokój! No to porozrzucałam jej kilka ulubionych zabawek, dałam szczoteczkę do zębów w łapkę, i teraz kukam raz na jakiś czas kontrolnie, chicham z jej radosnych zabaw, i raduję się chwilą wytchnienia.

 

Oto więc jestem!

 

Średnio ostatnio z czasem na pisanie, bo… wpadłam w cug.

Cześć Wszyscy. Nazywam się Karolina, mój nałóg zaczął się rok temu. Nie mogę z nim walczyć, to jest silniejsze ode mnie. Zaczął się sezon. POJAWIŁY SIĘ TRUSKAWKI, I JA NIE MOGĘ SIĘ OPRZEĆ, MUSZĘ robić przetwory!!! 😉

(tutaj wy powinniście pomachać mi, i powiedzieć: Cześć Karolina!– jak w filmach, kiedy na grupie wsparcia ktoś opowiada o swoim nałogu)

Bez żartów- chyba mam hopla! Już trzeci raz pogalopowałam do centrum wioski, i przyniosłam 4 kg truskawek. Dzisiaj będę kończyć dżem ze wczorajszej porcji przebranych owoców (te najładniejsze poszły już do słoiczków, czysty, niesłodzony mus truskawkowy, na zimę, do tortów, czy coś, jeszcze nie wiem, bo nigdy czegoś takiego nie miałam, ale na bank coś wymyślę 😀 ), a z tych, co kupiłam godzinkę temu, będę chyba robić wódkę truskawkową (za sugestią kolegi- a co, kiedyś przestanę karmić, taki słodki szocik jak znalazł 😉 ), oraz więcej soku na zimę.

Czuję się trochę jak nienormalna z tym moim zapałem… ale z drugiej strony:

 

każdy ma jakiegoś bzika,

każdy jakieś hobby ma,
a ja w domu mam słoika,
łyżkę, i garnuszki dwa!

 

Wygląda to tak:

20140611_113118 20140611_113207 20140611_113319

W gratisie przepis na sok (banaaalny!)

-dowolna ilość truskawek (ja robię na raz z 2 koszyczków, czyli ok 4 kg)

-cukier do przesypania (na oko? wiem wiem, beznadziejny przepis, ale tak to działa, a zawsze można spróbować, i dosłodzić pod koniec)

Owoce myjemy, pozbawiamy szypułek, przebieramy (pozbywamy się niezdrowych i mocno uszkodzonych), wsypujemy do wielkiego garnka, każdą warstwę przesypując cukrem tak, by owoce były przykryte. Odstawiamy na dzień/noc (jeśli nie mamy możliwości, to chociaż na kilka godzin!) by truskawki puściły sok. Następnie na niewielkim ogniu doprowadzamy do wrzenia. Łyżką cedzakową wyciągamy owoce, z których później można zrobić np kompot, a gorący sok rozlewamy do wyparzonych słoiczków (lub butelek). Słoiczki na wszelki wypadek można zapasteryzować, ale jeśli wlejemy naprawdę wrzący sok, to zakrętki powinny się same zassać i bez pasteryzacji.

20140610_120648

Musimy uprzątnąć piwnicę z rzeczy remontowych i wstawić półki na słoiki. MUSIMY.

To tyle w kwestii hobby.

Kolejną sprawą, którą chciałam się pochwalić, jest to, że zdałam na piątkę z plusem test na optymistę. Znacie to: szklanka jest do połowy pełna albo pusta (albo: w szklance jest tylko woda- gdzie są procenty??!!).

Kilka dni temu byłyśmy na spacerze z Tosiaczkiem. Jako, że był upał, woziłyśmy się po dzielni wózkiem, a nie śmigałyśmy w chuście. Podczas gdy ja radośnie zagadywałam do mojego maluszka, KTOŚ (a dokładnie jakiś ptak) wykonał kupsko na zadaszenie wózka.

Zorientowałam się pakując truskawki do koszyka pod wózkiem, a jakże, bo przecież na spacerze też kupowałam od przydrożnego sprzedawcy truskawki(kto by się spodziewał, nie?)!

W tym momencie dotarło do mnie, czemu panowie na mijanym przystanku dziwnie patrzyli się na wózek, a Pani przy bankomacie uśmiechała się powściągliwie, patrząc na nie tą stronę wózka, która zazwyczaj wywołuje promienne uśmiechy przechodniów. No bo co- rasowe G***NO! Wielkości zaciśniętej pięści,!Ma rację, też bym się śmiała (no, może niekoniecznie), jakby spadło na kogoś innego (skojarzcie typowego Polaczka z modlitwy z „Dnia Świra” ).

I wiecie, co ja na to?

Zamiast standardowego: KU*#&$@(*&^#!!!!!!!!!!! NASRAŁ SZKODNIK!!! MUSIAŁO NA MNIE TRAFIĆ! Ja, błogo się uśmiechając, skonstatowałam: Całe szczęście, że na daszek, kawałek dalej i uwalił by kupę na Antosię :)! I podreptałam drogą okrężną o 2 kilometry (no co, spacer jest spacer!) do domu, gdzie szita zgarnęłam z daszku.

CHYBA JESTĘ OPTYMISTĘ!

Trzeci temat, który chciała bym poruszyć, to ROBAKI. GAD DEMYT! Ludzie, czy ktoś z was mieszka w domku/na parterze, i też ma miliardy insektów w domu? Nie zamierzam tego tępić, bo chemia na robaki nie koniecznie zrobi dobrze niemowlakowi (zwłaszcza, gdy ten oto niemowlak turla się po ziemi, i wsadza do buzi co popadnie), a robaki nic złego nam nie robią. Zresztą- nie zrozumcie mnie źle, nie są to jakieś paskudne prusaki, czy inne paskudy co się widzi na filmach w zarośniętych brudem syfiatych norach, nie; raczej są to pająki, pajączki (takie małe fajne czerwone pimpki), żuczki, mróweczki, komary (rodzaj męski- nieżrące giganty o chudych i długich nogach modelek z wybiegów), i inne wiosenne żyjątka. Fajne są, tylko czemu wszystkie postanowiły się do nas w tym roku wprowadzić? Pająków zawsze było sporo, uroki życia „na wsi”, ale cała ta reszta ukochała nas w tym sezonie. Leżę sobie z córcią na podłodze, a tu mija nas, kulturalnie uchylając melonika, mały, czerwony pajączek, a za nim leci rodzina. Odkłaniamy mu się grzecznie, czasem prztyczkiem pomogę mu przyspieszyć i wpaść na odpowiednie tory, jeśli zbliży się za bardzo do mojej pociechy, i życie toczy się dalej. Jeśli macie jakiś sposób nie chemiczny na pożegnanie z insektami- proszę was, podzielcie się. Coś jak magiczny flet szczurołapa…

Jak już poruszyłam jeden wstydliwy temat („mam robaki” 😀 ), poruszę i drugi, bo co mi szkodzi, jak się spowiadać, to na całego:

MAM PROBLEM. Z PICIEM.

Nawet mój brat powiedział mi ostatnio: nie umiesz, to nie pij!! (cwaniaczek się znalazł, pamiętam, jak lata temu musiałam starszemu bratu tłumaczyć do jakiej knajpy w mieście wziąć dziewczynę). Z tym piciem to jest tak: jakiś czas temu na spacerze szłam z kubkiem tradycyjnych ziółek (trawienie mi szwankuje, trochę się wspomagam „dopalaczami”), i na 5 łyków 4 razy się oblałam. Oblałam se brzuch (jak flejtuch), spodnie (jak obsikołek) i pół twarzy. Ostatnio znowu usiłowałam pić z dziubka (to taki kubek termiczny, zakręcany, z dziurką do picia), i oczywiście zapomniałam, że odkręciłam poniżej gwint, więc…znowu się oblałam! Wczoraj zaś, rozglądając się na pasach przy przejściu dla pieszych, próbowałam pić, ale NIE TRAFIŁAM DO BUZI!! Pomocyyyy!!! Przy tym wielorazowym oblaniu klnę pod nosem, co oznacza, że hormony znowu fixują, okres mi pewnie wróci za niedługo.

Co do powracającego okresu- mam kolejny dowód na to, że wraca mi cykl do standardu: jestem tysiąc razy bardziej drażliwa, i na dodatek cierpliwość mi szwankuje. Ostatnio, kiedy Małżon wyjechał na 4 dni w delegejszyn, a Tosia miała humory ząbkowe- PĘKŁAM. Ałtentycznie. Po raz pierwszy poważnie, i to bardzo poważnie, straciłam cierpliwość… ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; A było to tak:

Stałam przy garach, robiąc syrop z kwiatu bzu czarnego (KLIK), a Tosia w miarę grzecznie się bawiła. W miarę, bo oczywiście co chwila zawodziła, odciągając mnie od roboty. Oczywiście Tosinka jest priorytetem, więc co chwila odskakiwałam od roboty, ale jak doszło do wlewania w butelki, to nie za bardzo mogłam się oderwać, a Tosia postanowiła włączyć wyjca nr 7- bardzo uciążliwy dla ucha sygnał. Zostawiłam gary, wzięłam Tosię, a ona dalej wyje. Pobawiłyśmy się, ale, Tosia dalej wyje, zabawki jej nie ruszają. Posmarowałam dziąsełka żelem na ząbkowanie- i…zgadnijcie co? Tosia dalej wyje!!! Wzięłam więc chustę, bo na wycie najlepsze tulenie. TOSIA DALEJ WYJEEEE!!! Tosia wyje, Mama się wścieka, aż wreszcie w wielkiej bezsilności zaczęłam tupać, miałczeć: SKOOOOOŃCZ DZIECKO WYYYYĆ, BO MAMUSIA OSZALEJEEEEEE!!!, i podskakiwać. I tu, uwaga- Tosia w chichot! Mój mały chochlik się wreszcie rozśmieszył! 😀 I tak właśnie powstała zabawa nazwana przeze mnie WOREK ZIEMNIAKÓW. A dlatego worek ziemniaków, bo Tosia telepie się w materiałowej chuście jak ziemniaki w worku, a do tego Mamusia Kocha Ziemniaki. Tak więc, jak już mówiłam, nie ma tego złego!

A okres nadciąga przez to, że w nocy rzadziej karmię, bo Tosia śpi sama, i nie tuli się do piersi już tak często. Wraca mi moja -jak mi się wcześniej zdawało- wrodzona zmierzłość. I tutaj właśnie okazało się, że zmierzłość nie jest wrodzona, a nabyta, wraz z cyklem miesiączkowym. W tym miejscu pragnęła bym zaapelować do Panów: Uważasz, że Twoja kobieta jest straszną zołzą?- Zrób jej dziecko! I obserwuj, jak rozkwita, kiedy przez 15 miesięcy nie ma okresu. A potem się zastanów, jakie łatwiejsze macie życie, wy, mężczyźni, bez tych wszystkich jazd hormonalnych. Nie wspominając o tym, że nie musicie przez penisy przeciskać arbuza (poród) ani mieć baby bluesów i „poporodowych psich smuteczków”, też zresztą hormonalnych. Amen.

A na koniec mały update pocieszający nowo upieczone mamy, odnośnie tematu włosów, poruszonego o TU – Włosy znienacka przestały wypadać :) tzn wypadają, ale jak u normalnego, statystycznego człowieka. Nie wyłysiałam, nawet się wielce nie przerzedziłam. Głowy -i grzywy- do góry 😉

Ufff, to chyba wszystko, co chciałam wam kochani moi napisać, ale nie miałam kiedy 😉 Do następnego!

PS. Oczywiście nie napisałam tego posta tylko w czasie, kiedy Tosia się kulała; po drodze zaliczyłyśmy nieudaną próbę spania, drugie kulanie, dwa przewijania, kaszkę, wreszcie popołudniową drzemkę, a teraz zmykamy na spacer!

 

Kuchnia, tym razem bez porażek :)

Halo kochani!

Moja Tosia przechodzi ostatnio ciężki czas- nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy (czasowo się niemal zgadza z następnym skokiem) czy wszystko do kupy, tak czy siak- maluszek właśnie zdobył czarny pas w marudzeniu. Ona marudzi, ja tracę cierpliwość, Tata w nowej pracy wojażuje. Ma tam jakieś szkolenia, czy inne… nie wiem dokładnie co takiego, ale zapomniał wziąć obrączkę! Skandal! (Prawda jest taka, że dzień przed wyjazdem faszerował papryczki, i nie chciał upaprać pierścienia mocy- a przynajmniej tak się tłumaczy. Hmmmm….)

Anyway- wszystko na głowie Mamy. Mama miała do pomocy swoją Mamę, ale największy impet zmierzłości Tosia osiągnęła tego dnia, kiedy Babcia wyjechała, a Tata jeszcze nie wrócił. A do tego temat spania wcale nie jest już taki kolorowy…ech, co za czas…

Jak już wspomniałam- Mama traci cierpliwość, musi więc gdzieś naładować baterie – sprzedaje więc dziecko Tacie, i wymyka się do kuchni! No bo przecież wiosno-lato w pełni, pojawiły się truskawki, można szaleć!

Jak na razie osiągam Zen przy tortach. W dzień dziecka miałam wspaniałych gości zza granicy, utęsknionych, wyczekanych, ukochanych.Na dodatek jedna Gościówa miała tego dnia urodziny (ona i jej siostra, która jednak nie przybyła do PL)! Był więc pretekst, żeby zrobić jakieś urodzinowe cudeńko. I tym razem, moi drodzy, porażek brak 😀 (no, prawie brak- była mała załamka przy biszkopcie, jak mi żółtko wpadło do białek, ale poratowałam się tym, że miałam w zanadrzu inny przepis, w którym jajko ubija się w całości). Może i nie jestem jeszcze mistrzem, bo pierwszy prawdziwy tort zrobiłam w ciąży*, ale i tak był mega pysznościowy! Biszkopt nasączony blendowanymi świeżymi truskawkami, do tego masa z mascarpone, śmietaną i kawałkami truskawek, a na wierzch to samo, tylko już „na biało”, bez owoców. Efekt moim zdaniem był zadowalający podniebienie (goście też mówili, że im smakuje; no, ale co innego mieli mówić, tacy kulturalni ludzie :) ). Do tego Mr Małżon powiedział łaskawie: „możesz czasem piec takie torty.” Och, dziękuję jaśnie panie mój i władco za to łaskawe pozwoleństwo ;).

A oto foto relacja z moich kuchennych przyjemności, jak zawsze zdjęcia klasy „szału nie ma”, ale nie ważne, bawiłam się wyśmienicie!

Mniam mniam, masa z mascarpone! Jak chmurka!

Mniam mniam, masa z mascarpone! Jak chmurka!

Biszkopcik z masą

Biszkopcik z masą

Kizianie masą zewnętrzną

Kizianie masą zewnętrzną

Ciacho z inicjałami dwóch  szacownych jubilatek :)

Ciacho z inicjałami dwóch szacownych jubilatek :) słodkie całusy dla was!

W tej chwili, tydzień później, kolejny biszkopt odpoczywa w piekarniku, a jutro będę produkować masę. Dzisiaj nie udało mi się dorwać truskawek, ale myślę, że śmietankowy też będzie OK :) Poza tym, że mam w planie poeksperymentować, i nasączyć biszkopt sekretnym składnikiem, który nada kwiatowego aromatu…

I tutaj docieramy do mojej kolejnej radości kuchennej minionego tygodnia: Ów sekretny składnik to mój pierwszy w życiu SYROP Z KWIATÓW CZARNEGO BZU! Jak niektórzy z was wiedzą- od czasu ciąży mam hopla na punkcie robienia przetworów; tak się złożyło, że znalazłam kilka dni temu przepis na taki syrop na blogu wspaniałej kobiety- Pani Agnieszki Maciąg. Czas był najwyższy na zbieranie kwiatów, bo czarny bez lada dzień przekwitnie, a że miałam towarzystwo w postaci mojej mamy na spacerkach z Tosiaczkiem, i miał kto wózka przypilnować przy moich skokach przez miedzę- przyatakowałam po drodze parę obficie ukwieconych krzaków, i sprawiłam, że teraz są nieco mniej ukwiecone :D. Dzień przed powrotem męża wstępnie oporządziłam kwiatuszki (oddzieliłam od szypułek i zalałam na noc wrzątkiem), a następnego dnia dokończyłam dzieła- odcedziłam, zagotowałam i przyprawiłam cukrem i cytryną. Dodać wody z lodem- mówię wam, palce lizać, nie ma nic lepszego na upalny dzień! No i moja staropolska natura zaciera ręce – mam już coś własnej roboty w domowej spiżarce! Dajcie mi jakieś dwa tygodnie, a dojdą do tego dżemy, musy i kompoty truskawkowe. SERCE ROŚCIE!

Przepis na syrop z kwiatów bzu czarnego wg Pani Agnieszki Maciąg:

-ok 40 baldachów kwiatu bzu

-2 litry wody

-sok z 4-5 cytryn

-ok 1kg cukru.

Kwiaty oddzielić od szypułek (są gorzkie), zalać wrzątkiem i odstawić na 12 godz. Następnie odcedzić, dodać cukier i sok z cytryny, wymieszać, zagotować, zabutelkować. Pić najlepiej rozcieńczone wodą. 

Syrop z kwiatu czarnego bzu w "oszronionej" butelce- prosto z lodówki. Palce lizać!

Syrop z kwiatu czarnego bzu w „oszronionej” butelce- prosto z lodówki. Mniam, mniam!

Powiem wam, że jak sobie myślę o tych wszystkich wiśniach, śliwkach, i co mi tam jeszcze w łapy wpadnie w tym roku, to aż sapię i podskakuję! Żeby tylko czasu starczyło przy tym moim małym zmierzluszku… Każdy ma jakiegoś bzika…ale po takich kuchennych igraszkach wraca mi energia potrzebna do zmagań z trudnymi humorami mojej królewny; jestem jak mistrz Yoda: siedząc na krześle w siadzie skrzyżnym spoglądam na złośnicę, i rzeczę: „czarną stronę mocy wyczuwam. Ząbek idzie trzeci, ja myślę”. Po czym wyciągam mój świetlny miecz, i spokojnie kroję awokado w plasterki. To tyle na dzisiaj, smacznego weekendu wam życzę!

 

* Historia pierwszego tortu była taka: Wykopałam gdzieś w PDF na necie książeczkę, którą bardzo miło wspominałam z dzieciństwa: „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”- mała, humorystyczna, idealna do tłumaczenia dzieciom „skąd się wziąłem”, pełna obrazków, z małą ilością tekstu- w sam raz coś do pokazania leniwcowi- Panu Tacie-in-making. Pokazuję więc, poczytuję na głos, i porównuję swoją ciążę do tej „książkowej”- wszystko toczy się zgodnie z planem 😉 aż tu nagle… napotkałam fragment taki, w którym Książkowa Mama mówi do Książkowego Taty, że nieco martwi się porodem, czy da radę i w ogóle. Pan KT na to: No co ty, przecież wy kobiety potraficie tort upiec! I ty miała byś nie dać rady urodzić?!?! Gdy tylko to przeczytałam, natychmiast zaplanowałam upiec Panu Tacie-in-making tort na urodziny (wypadające na koniec sierpnia, żeby się upewnić, że dam radę urodzić dziecko. Oczywiście jakiś tydzień przed urodzinami  męża okazało się, że mam cukrzycę ciążową, i torty w moim przypadku to raczej duży grzech… Gdy poinformowałam moją wspaniałą Panią Dr, że cukrzyca mi nie w smak, bo akurat zanosi się na pierwszy poważny tort w mojej karierze, Pani Dr uraczyła mnie opowieścią o tysiącu spełnionych przepisach, opisując ciacha, na myśl o których cieknie ślina aż na podłogę… ja jej na to: ACH, OKRUTNA TY ZAISTE! Skończ swą opowieść,  jam Ci cukrzyk!

Tort wyszedł znośny, i co z tego, skoro i tak miałam cesarkę 😉  I tak to właśnie było.

The ęd.