Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

9 miesięcy- wspominki, część pierwsza.

Jak to jest, że niektóre wpisy same się piszą, a inne zaczynają i kończą jako szkice, raz po raz szturchane nieufnie z daleka patykiem?

 

Ponownie zasiadłam do kompa, po 1,5h usypiania Tosi (na serio nie wiem, co się dzisiaj działo!), by osiągnąć BLOGOSTAN… patrzę, a tam wpis jeden niedobry kłuje mnie w oczęta swoim oznaczeniem „szkic”. Obiecałam sobie, że napiszę coś o krzesełkach, ale znowu mówię sobie: NIE DZIŚ.

Bo dziś na kolację, trochę z braku laku, trochę w pośpiechu, zjadłam chyba 6 (!) kromek z ogórkiem kiszonym. I przez ten ogórek właśnie nasunęły mi się trzy refleksje:

Po pierwsze:to mój ostatni słoik zeszłorocznych ogórków, a jeszcze nie zabrałam się za nowe. Najwyższa pora, zaraz sezon się skończy, i co ja zrobię bez własnych ogórków?

Po drugie: Czas zasuwa jak dziki, pamiętam jakby to było wczoraj, jak szalałam z brzuchem w kuchni w gorący sierpniowy czas szykując ogórki do kiszenia, jak potem wyjadałam małosolne ogórasy z gigant-słoja podręcznego, który zresztą stłukł się jakoś niefortunnie przy myciu…

Po trzecie: Jedzenie ogórków nieuchronnie kojarzy się z ciążą, nawet, jeśli ja osobiście smaków nie miałam, co doprowadza mnie z kolei do takiej myśli: Jutro już dziewięć miesięcy!

Dziewięć miesięcy też mi się kojarzy, kojarzy mi się z ciążą. Tak sobie myślę, że pora na ciążowe wspominki.

a więc…

Kurtyna!

AKT I

Scena pierwsza, w której to patyk zostaje obsikany:

Był sobie marzec, czternasty zresztą. Pamiętam, bo to dzień po urodzinach szwagra, na których to wszyscy się dziwili, że nie piję, tylko prowadzę (ha ha, wyszło szydło z worka, nie? … a to Ci e-mama!) i każdy mówił: pewnie w ciąży jesteś. A ja odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą: kaman, co wy! Ostatnie dwie imprezy Małżon powoził,pora na zmianę!

Mniejsza z tym. Był ten czternasty marca. Coś mnie nosiło, żeby zrobić test, i to bardzo mnie nosiło. Coś tam przebąkiwałam, że chyba okres się spóźnia, tak naprawdę wcale nic się nie spóźniało, bo przecież luty ma mniej dni, a ja tak po łebkach liczyłam;) Tak czy siak, stwierdziłam, że pora na test, bo jestem głęboko przekonana, że jestem w ciąży. Zakupiliśmy więc taki jeden na dużych zakupach. Po powrocie do domu Małżon zajął się rozpakowywaniem zakupów, a ja poszłam „nasikać na patyk”. Siedzę sobie w kibelku, robię wszystko, żeby nie patrzeć przed czasem na wynik, ale i tak już wiem, że kreski będą dwie, i mówię sobie: przecież to tylko pro forma jest to całe sikanie, ja WIEM. Po wymaganym czasie patrzę, i widzę, że kreski są DWIE! Wyleciałam jak z procy z kibelka, i obskakuję Małżona jak piesek: BĘDZIESZ TATĄ!! BĘDZIESZ TATĄ!!! JESTEM W CIĄŻY!!!! A Pan Tata-to-be (z angielska tak, znaczy że tata przyszły), ze stoickim spokojem rzecze coś w stylu: no przecież wiedziałem. Oczywiście moim zdaniem jego brak podskoków i okrzyków (czyt: brak reakcji identycznej jak moja) wydawał mi się oznaką „wcalesięniecieszęmamnatowyrąbane”, więc zmartwiona spytałam: no jak to, nie cieszysz się? Tateł-przyszłościowy: No jasne, że się cieszę. (nadal ze stoickim spokojem). No żesz kurde, jak tak można nie skakać?

Kurtyna.

Scena druga-mówić, czy nie mówić? oto jest pytanie…:

Zastanawialiśmy się, czy coś mówić komuś o mojej ciąży tak od razu, czy poczekać na jakiś mega moment. Akurat tak się złożyło, że największy rodzinny entuzjasta ciąż, czyli moja mama, była w wojażach, więc póki co cisza na tym froncie. Natomiast co do mojego taty, zwanego zwyczajowo Padre, sprawa się sama ułożyła, bo akurat tego dnia przybywał do nas w interesach. No i po prostu pękłam:

-Padre, umiesz dochować tajemnicy?

-Nie.- odpowiedział uczciwie Padre-A co, w ciąży jesteś?

Ten to ma nosa, Pan Śledczy, kurka wodna… 😉 No tak, jestem, znaczy się przed chwilą wyszły mi dwie kreski na teście, ale to jeszcze nie potwierdzone, więc nie mów nikomu, zwłaszcza mamie, okej?- Okej.- rzekł Dziadek-to-be.

Tak mi się udało umówić do genialnej Pani Doktor na dzień później- prawdziwy łut szczęścia, bo do niej są zawsze jakieś kosmiczne kolejki. No i poszłam, zbadała mnie, i powiada: Ano jest, jest jajeczko, wygląda to na czwarty tydzień, ale niech się pani nie nakręca, póki serduszka nie usłyszymy. A jak usłyszymy, to niech się pani i tak nie nakręca, bo do 12 tygodnia wszystko się może zdarzyć, lojalnie uprzedzam.

No okej. To nikomu nie powiem.

Cztery tygodnie później serduszko już biło. W głowie mi się nie mieściło, jak to tak może zapieprzać straszliwie, ta mała kropeczka na ekranie migała tak, że oko prawie nie nadążało.

Pani Doktor zaskoczyła mnie, bo wezwała Małżona z poczekalni (nie spodziewałam się tego gdy tak leżałam z gołym tyłkiem! Ale z drugiej strony…należy mu się, a co!), i mu pokazuje, co „zmajstrował”. A tu takie małe coś, plamka jakaś, z kropką w środku migającą, a w głośnikach: PUKPUKPUKPUK (w bardzo szybkim tempie). Patrzę, a Małżonowi, jak i mi, oko się nieco spociło, a Pani Doktór natychmiastowy wywiad, z kim wódkę będzie pił, i czy ogórki na zagrychę są. Fajna ta nasza Pani Doktor.

No to nie powiedzieliśmy nikomu. Poza teściami. No bo skoro Padre wie, to żeby było sprawiedliwie, teściom też się należy.

Małżon, jak na ślązaka przystało, zabrał się do tego w doskonałym, folkowym, delikatnym stylu: MAM NADZIEJĘ, ŻE KASĘ NA WÓZEK ZBIERACIE. Pfffff….. prychnęłam w myślach- ty materialistyczna bestio, to tak oznajmiasz najpiękniejszą nowinę? Całe szczęście Teście też ślązacy, załapali o co chodzi, obejrzeli ze zdumieniem zdjęcia naszej plamki z kropką, i gratulowali nam szczęścia.

No dobra, Bratu i Bratowej też powiedzieliśmy. Bo z nimi to tak jakoś bliżej…

No i mamie, jak już wreszcie wróciła. Bo sprawiedliwie i równo musi być.

Ale resztę, czyli rodzeństwo (a rodzeństwa to ja Ci mam, że hej! No i Małżon też ma, choć znacznie mniej) zostawiliśmy na inną okazję. A okazja była dobrze ustrzelona…

Zbliżał się pierwszy kwietnia, prima aprilis, więc postanowiliśmy zrobić wszystkich w konia- nie robiąc ich w konia wcale 😀

Mówię wam, ale się zaśmiewałam, jak na mojego smsa: „moi drodzy, jestem w ciąży” dostawałam same zwrotki: „Jaaaa, Mhmmmm! Jaaasne! Prima aprilis, niezły kit!”. Wyjaśnianie że to jednak prawda sprawiło mi nie lada radochę!

 

Kurtyna!

Scena trzecia, w której to wdrapanie na schody to jak wspinaczka na K2

Ma donna, na którym piętrze mamy tą sypialnię??!!

Każdorazowo po wejściu na piętro musiałam położyć się na „odsapkę”, nawet, jeśli akurat szłam tylko po sweter do szafy, a nie spać. Serce wali mi jak młot.

Kiepsko z kondycją, trzeba by jakieś gimnastyki dla ciężarnych znaleźć na necie.

Tylko czemu Pani Dr zaleciła ostrożność i dała jakieś tam tabletki?

No okej, będę ostrożna, przecież i tak ledwo wchodzę po schodach!

Znalazłam na YT doskonały pilatesik z pewną panią z bardzo dużym brzuszkiem, jest ekstra,babeczka tłumaczy każdy wdech i wydech, i w sumie poza tym niewiele jest w tych ćwiczeniach, i dobrze, bo właśnie oddychanie muszę ćwiczyć, bo to mi szwankuje ;). A i przerwy robi w idealnych momentach, mówi z tym swoim wspaniałym irlandzkim akcentem: teraz chwila na łyk wody.Lubię ją, mądrze gada 😉 Wypijam pół butelki, dając pauzę w filmiku. Dyszę straszliwie. Okej, jestem gotowa, lecimy dalej. Co? Takie coś mam robić? Nie w pierwszym trymestrze! Kurde, jak ona to robi z tym pokaźnym brzuchem?

Hmmm… tak na serio chyba pora przyznać się przed sobą samą, że siedzenie całymi dniami w biurze wcale nie zrobiło dobrze mojej kondycji, i nawet bez ciąży ciężko było by mi robić skłony… ale nieistotne, nie mogę się przecież stresować, w ciąży jestem. Zresztą pora już na moją trzecią drzemkę. Jak się obudzę za trzy godziny to pomyślę, co z tym fantem zro….hrrrrrrrr…..hrrrrrrr…..zzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz…………

 

Kurtyna

Ciąg dalszy nastąpi.

Może.

Oczywiście nastąpi tylko jeśli będę miała kiedyś czas, albo tak jak dzisiaj- za późno włączę pranie pieluch, i uziemię się przed kompem, po to, żeby przypadkiem nie zasnąć 😉

 

Jak rozwinął się temat pieluch i BLW

Cześć kochani,

na początku pokażę wam jak mniej więcej wygląda nasza córcia w tej chwili, jeśli chodzi o zęby 😉

O TAK:

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Żeby tego było mało, w miejscu czułków Tosia ma dwa ślady po ataku komarów! więc poza kolorem skóry prawie wszystko się zgadza 😀

To tak, gwoli rozgrzewki 😉

Na szybciuchno (jasne, jaaasne, znacie mnie, zaś się rozpiszę!) – obiecałam sobie, że napiszę, jak potoczyło się parę spraw, o których pisałam wcześniej, czyli: BLW i PIELUSZKI, do tego „dodam w gratisie” kilka patentów powiązanych.

Opisywanie tematu pieluszek porzuciłam po ostatnim wpisie, czyli jak nam się pieluchowało na początku, a to błąd, bo po przeczytaniu tamtego wpisu mogliście stwierdzić, że jednak pieluszki wielorazowe to takie utrudnienie życia, bo przecieka, bo pranie, bo „ból w dupie” generalnie- eko wymysł i tyle. Dlatego właśnie wracam, bo przecież już od paru miesięcy pieluszkujemy w ten sposób 😉 I wiecie co? Nie zamieniła bym tego na nic w świecie! Nie mam pojęcia, czemu na początku pieluszki nam przeciekały, mogę tylko podejrzewać, że potrzebowały kilku prań więcej, niż zalecił sprzedawca, albo problemem mógł być proszek, którego używaliśmy, a który zawierał w sobie zmiękczacz- płyn zmiękczający może zmniejszać chłonność, o czym informację mieliśmy, ale nam umknęła. Skóra na pupce Tosi jest nadal bez problemów, mimo, że jest smarowana tylko na noc (nadal używamy na noc pieluch jednorazowych czyli pamperozy, mimo, że śmierdzi ohydnie 😉 ). Do tego nasze rachunki za wodę i prąd nie zwiększyły się katastrofalnie, a kasa wydana na proszek Nappy Fresh który dodaje się do prania pieluch w celu „odkażenia” jest naprawdę niezauważalna w porównaniu z kasą wydawaną na pieluchy jednorazowe w przeszłości. Pranie i suszenie pieluszek nie zabiera mi masy czasu, a pozbywanie się kuponów z pieluch nie powoduje palpitacji serca, tudzież najdrobniejszego skrętu żołądka- przecież każda mama z kuponami jest za pan brat, a do tego z czasem ich konsystencja poważnie ułatwia sprawę- just shake it out baby! 😉 Wystarczy wytrzepać nad kibelkiem „i sprawa jest czysta” jak to śpiewał na zalanej deszczem Brackiej pan G. Turnał. Następna sprawa- w moim domu NIE CZUĆ KUPY W POWIETRZU, zapewniam was, chyba, że ktoś celowo wsadzi nos do kosza z pieluchami- tam owszem, aromat jest silny (raczej siuśkowy niż kupkowy)- ale to już wybór śmiałka.

Na dodatek nabawiliśmy się (w odpowiedzi na moje prośby) pomocy naukowej zwanej BIDETKĄ, która pomogła mi wybrnąć z kilku „sticky spots” 😉 Czyli pozbyć się nieco bardziej przyciężkawych tematów z pieluszki. To taki przepiękny wężyk zakończony pistoletem strzelającym wodą. Zazwyczaj służy do tego, co klasyczny bidet, jednak dla takich pomysłowych dobromirów jak ja i Człowiek Polibuda zwany Małżonem, służy do wielu innych rzeczy, zwłaszcza do spłukiwania mini gówienek z pieluszek :) Tak na serio patent znalazłam gdzieś na youtube u jakiejś pani z US, która wprowadziła mnie swymi filmikami w arkana sztuki pieluchowej, ale wybaczcie, za nic nie przypomnę sobie kim była ta dobra kobieta, i nie wkleję linka do filmiku- po prostu oglądałam to zbyt dawno temu, by pamiętać.

Bidetka wygląda o tak:

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka robi "siiiiii"

Bidetka robi „siiiiii” (oczywiście z większym ciśnieniem niż na zdjęciu)

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

zawieszka przymocowana do ściany

zawieszka przymocowana do ściany

i jest naprawdę przydatna, a jej montaż nie był wybitnie trudny (zresztą dla Człowieka Polibudy nie ma trudnych rzeczy!), więc polecam każdemu. Jeśli ktoś planuje używać tego głównie w celu klasycznym, proponowała bym podpięcie do ujęcia ciepłej wody, bo my poszliśmy na łatwiznę i podpięliśmy do dojścia wody do spłuczki, i o ile latem zimny prysznic w tyłek może działać podwójnie odświeżająco, o tyle zimą na bank nie będzie to do użycia w ten sposób 😉

 

Kolejny patent to ściereczki do podcierania zamiast jednorazowych nawilżanych któż wie jaką chemią chusteczek. Zakupiony przeze mnie system wygląda tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko małe na czyste ściereczki nasączone wodą z lawendowym olejkiem eterycznym. W pudełku dużym- zużyte ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pudełko na zużyte ma „wbudowany” woreczek do prania- gdy jest pełen- wystarczy wyciągnąć, zaciągnąć sznureczek, i wio do pralki!

I o ile mocno go sobie chwalę, o tyle na serio można zrobić to sobie metodą domową, np z flanelowych pieluszek, i nie zabulić za to miliardów, tak jak zrobiła to łasa na gadżety wasza kochana e-mamuśka… (Zresztą poniżej znajdziecie kolejny patent, który jest dokładnie tańszą wersją tego tu). Zawsze jak piorę pieluchy zgarniam przy okazji brudne ściereczki, których nawet nie trzeba potem suszyć, zalewam je tylko wodą z olejkiem lawendowym, żeby pachniały, i były wilgotne- tadaaam, ot i cała filozofia, kasa zostaje w portfelu, a do tego ręczniczki nigdy się nie kończą 😉 Life is good! 😉

A, od razu pokażę wam moją organizację przewijaka, jak szaleć, to szaleć! My lubimy old school, a poza tym używamy rzeczy, które są pod ręką, więc Człowiek Polibuda przykręcił stary kawał blatu do stelaża cudnej maszyny Singer (zaznaczam, że to użycie jest tymczasowe, absolutnie nie dewastujemy takich precjozów, zwłaszcza, jeśli działają!) na blacie jest zwykły przewijak „nałóżeczkowy”, a pod blatem przechowujemy pieluszki; wygląda to wszystko o tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kosz na zużyte pieluszki, z workiem do prania. Ma szczelną pokrywę, ale i tak warto wkropić trochę olejku herbacianego, dla walki z ewentualnym powiewem przy otwieraniu 😉 Oryginalnie kosz jest do pieluch jednorazowych, ale i tak się sprawdza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękna maszyna! Na dole pudełko na wkłady do pieluch. Z boku „wiszą” pieluchy jednorazowe, których używamy już tylko na noc (taka paczka starcza nam na ponad miesiąc!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A tu stojak już załadowany pieluchami. U góry przewieszone kieszonki, na dole w pudełku wkłady.


Jak widzicie, nie trzeba wydawać dodatkowej kasy na przewijak na stojaku, żeby wszystko działało jak należy 😉

 

To chyba tyle na temat pieluszek, jeśli macie pytania to walcie śmiało. Ja się podpisuję pod pieluchowaniem wielorazowym rękami, nogami i wilczymi łapami, u nas sprawdza się super.

 

Drugi temat to BLW. (po wstępne informacje o BLW klikaj TU)

Wiecie co? Tosinka, która nic nie chciała jeść, jest teraz zapaleńcem spożywczym! :) Dzisiaj np po raz pierwszy przypomniałam sobie, że planowałam zmienić jej kaszkę z tej dla alergików na zwykłą mannę. I co? Tosinka straaaasznie się krzywiła, bo konsystencja nieco inna, no i smak nie ten, ale jak oddałam sprawę w jej łapki- zajadała się jak szalona! Fakt faktem, robiła takie miny, jakby miała zaraz wszystko wy..rzucić z siebie, no i dużo nie zjada, ale to, że jest chętna by jeść, zachwyca się nowymi smakami i fakturami, a łapka od razu śmiało wędruje z jedzeniem do dzióbka, jest moim dużym powodem do radości. Poza tym- jest taka samodzielna!

Teraz powiem wam tak: bałaganu z tym mniej, niż sądziłam 😉 . Pod krzesełkiem jest dyżurna cerata, po każdym posiłku trzeba umyć krzesełko i stoliczek, a bardzo często i całe dziecko 😉 ale myślę, że jakbym karmiła ją łyżeczką, wyszło by nie raz na to samo- co za różnica, czy myję tylko łapki i buźkę, czy od razu stópki (suuuper masuje się je na poślizgu z kaszki, tak przynajmniej wygląda to gdy patrzę na jej zadowoloną minkę gdy pakuje kaszkę między paluszki!), rączki i główkę? 😉 Po prostu rytuałem stała się „szybka kąpiel na brzegu zlewu”. Do tego wielkim plusem jest fakt, że nasza BLW przygoda zaczęła się latem, kiedy Tosia smaruje kaszką nie ubranka, a swój „tors gladiatora”. Zamiast małego śliniaczka już od dawna stosuję „togę” z pieluszki, bo Tosia leci po całości, ale co za różnica, i tak się wypierze. Ściany nie ucierpiały, podłoga obrywa rzadko i tylko w niewielkim promieniu- zawsze na ceracie! No i do tego wszyscy jemy posiłki razem- to dosyć fajna sprawa. Gotowanie dla Tosi nie jest wielkim problemem, póki co to zupełne podstawy, czyli: wsadzam do rondelka kawałek mięska/rybki, ziemniaczki pokrojone we frytki, marchewka w słupkach, czasem makaron, co drugi dzień gotuję jajko na twardo i daję Tosi kawałek, czasem cukinia czy dynia. Gotuję do miękkości, bez przypraw, potem wyławiam wszystko,mięsko/rybkę rozdrabniam, pakuję na talerzyk, stawiam przed Tosią, i siadam do swojego obiadu. Planuję zacząć gotować dla nas wszystkich, ale póki co tak mi jest łatwiej. Zresztą dziś zamówiłam książkę kucharską BLW, zobaczymy, co w niej ciekawego znajdę. Jak dostanę i poczytam- pewnie dam znać.

Co do BLW patentów, to już wspomniałam o myciu, pieluszce zamiast śliniaka, ale do tego na mniejsze potyczki mamy domowej roboty ręczniczki, właśnie z pieluszek flanelowych, super miziutkie, i pachnące lawendą. Zakupiłam na allegro pudełko na nasączane chusteczki, i wsadziłam do niego uszyte przez moją mamę ściereczki. Zawsze trzymam je pod ręką na szybkie wycieranko, i piorę z obojętnie czym, czyli z każdym praniem, które akurat wsadzam do pralki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko po pierwszych chusteczkach, przemianowane na pojemniczek na ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otwórz wieczko, włóż ściereczki, dolej trochę wody z pachnącym olejkiem, i voila!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a potem przez dziurkę wyciągaj flanelcię gdy potrzeba :)

Takie właśnie są nasze patenty ułatwiające życie.

Oczywiście jak szykowałam się do macierzyństwa, chciałam mieć wszystko z metką, pachnące, oryginalne i tak dalej, ale w sumie po pierwszej wizycie położnej środowiskowej i dyskusji o skórze na pupce dziecka i tym, co mogą zrobić jej nasączane chusteczki (jeśli ma się pecha), to zaczęłam patrzeć na różne sprawy nieco inaczej. Na dodatek po urodzeniu wiele rzeczy uprzednio istotnych straciło zupełnie znaczenie, bo teraz wiem, że dziecko najbardziej potrzebuje miłości, przytulenia, jedzenia i poczucia bezpieczeństwa, a to spokojnie dostaje i bez tych wszystkich cudów, które nakręconym młodym rodzicom próbuje wcisnąć kapitalistyczny świat ;).

To tyle na dziś. Ściski!

Ach, była bym zapomniała… planowałam przedstawić wam postać Małżona!

Oto więc mój Wspaniały Małżonek, Człowiek Polibuda i Tateł w jednej wesołej osobie

Pan Tateł

CAŁKIEM WESOŁY TATEŁ :) czyli człowiek talerzo-melon

PAPA!

 

 

O dniu, w którym mama poznała strach

Co mi się wczoraj przydarzyło!!

Tyle mam tematów pozaczynanych do opisania, ale stwierdziłam, że muszę wylać z siebie wczorajszą akcję, taka moja mała terapia, może dziś będę lepiej spała 😉

 

Wczoraj poznałam prawdziwy strach.

Pierwszy raz poczułam prawdziwy, że tak to ujmę ORGANICZNY, pierwotny, paniczny lęk. Nie zrozumcie mnie źle, bałam się w życiu nie raz, a raczej zdawało mi się, że się boję, ale teraz mogę już powiedzieć, że wcześniej ewentualnie się STRESOWAŁAM, często wyolbrzymiałam. Zdarzało się bać egzaminu, sprawdzianu, stresować np że się gdzieś spóźnię, czy coś; ale to zupełnie inna kategoria.

Ale od początku.

Pan Małżon wyjechał w delegejszyn na jedną noc. Wspólny dzień minął nam (mi i Tosi) przyjemnie, zwłaszcza, że odwiedziła nas Gościówa; wieczór również był spoko, mimo, że zasypianie było nieco stresowe- no ale cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego.

Gdy Tosiaczek zasnął snem sprawiedliwego maluszka, ja zbiegłam na dół żeby posprzątać codzienny bałagan, zrobić pranko, odwalić jedną obiecaną robotę na kompie, oraz skończyć przy kolacji rozpoczęty wcześniej film („Śniadanie u Tiffany’ego” :) Ach, te mamowe drobne przyjemności!). Roboty było całkiem sporo, więc gdy zbliżała się północ, miałam już serdecznie dosyć; strzeliłam sobie szybki prysznic, po czym wzięłam miskę z praniem, które dopiero co skończyło się miotać w pralce, i poszłam na górę, gdzie ostatnim planowanym obowiązkiem było właśnie powieszenie pranka na suszarce.

U góry, w pokoju Tosinki, mamy okna dachowe, które o tej porze roku są zawsze otwarte. Pod nimi stoi suszarka na pranie- schnie tam elegancko, prawie jak w ogrodzie :) więc nawet nie fatygujemy się z wynoszeniem prania na zewnątrz w ciepłe dni (i noce). Zabrałam się do roboty, nie zapalając światła, bo gdy Tosia ma kulminację ząbkową bardzo czujnie śpi, i ciężko ją potem uśpić jak się wybudzi. Jedynym źródłem światła była duża latarka, którą zabrałam ze sobą z dołu. Wieszam sobie, a tu nagle… BZZZZZZZZZZZZZZZZZ (bardzo, bardzo głośne bzyczenie)- pewnie wleciało jakieś pieroństwo, pełno tego lata latem ;). Podniosłam wzrok znad prania, a tu…..

SZERSZEŃ!

Człowiek najbardziej boi się nieznanego, a ja, muszę się pochwalić, nigdy w życiu nie zostałam przez nic większego od komara użądlona- po prostu nie walczę z osami, raczej schodzę im z drogi, pszczółkom się kłaniam z sympatią, i generalnie żyjemy w zgodzie. Nie byłam użarta- więc nie znam uczucia z autopsji. Nie znam- boję się. Zresztą szerszeń? Toż to legendarny owadzi morderca!

Nie dalej jak tydzień temu znaleźliśmy w misce Ventisa utopionego szerszenia, co wywołało dyskusję na temat faktów i mitów o tych paskudach. Legendy o tym, że trzy ukąszenia zabijają itp- prawda naukowa (podobno, wg jakiegoś tam programu widzianego przez Małżona vel Człowieka renesansu, tudzież wg internetu- a od wczoraj zrobiłam nie lada research) jest taka, że jad szerszenia jest bardzo zbliżony do jadu osy, jedynie szerszeń wyrzuca na raz dużo większą dawkę; poza tym istotne jest miejsce ukąszenia, bo jak trafi np na naczynie krwionośne, jad rozprzestrzenia się szybciej, może więc zrobić większy bajzel. Dodajmy do tego uczulenie na owadzi jad- sorry, w takiej sytuacji i jedno ukąszenie może człowieka zabić…

Nawet, gdy tego wszystkiego nie wiedziałam, szerszenie wywoływały u mnie paniczną ucieczkę, ale to, co poczułam wczoraj, to był jakiś obłęd. Ilość adrenaliny uwolnionej do mojego organizmu przekroczyła wszelakie poznane przeze mnie granice. Oczywiście ubrana byłam w niemal nic, bo moje preferencje piżamowe kształtują się zależnie do warunków atmosferycznych, a że jest parno, starczy mi coś, co przytrzyma na miejscu wkładki laktacyjne 😉 Latałam więc po pustej chacie świecąc dupą jak świetlik, co- jak uprzytomniłam sobie stojąc twarzą w twarz z bestią- powoduje bardzo łatwy dostęp do mojej skóry, gdyby przypadkiem coś postanowiło mnie bezczelnie zaatakować.

Moje przerażenie potęgował tysiąckrotnie fakt, że byłam sama z Tosią! Oraz to, że jako, że nic mnie nigdy nie użarło, nie wiem, czy nie jestem uczulona na jad, i czym może grozić w moim przypadku ukąszenie!

Pierwsze, co zrobiłam, to było błyskawiczne zamknięcie drzwi do sypialni, gdzie spała Tosia. (Boże, co by było, gdyby ten drań wleciał wcześniej, gdy byłam jeszcze na dole, i zdążył by dolecieć do Tosinki!!!)

Drugie, co zrobiłam to zadzwonienie do Małżona, żeby, na wypadek gdyby coś mi się stało podczas akcji, ktoś był świadom sytuacji, i zadzwonił po pogotowie, lub po kogokolwiek, kto się zajmie Tosią. Małżon przypomniał mi o zatkaniu dziur po klamce (mamy drzwi przesuwne przerobione ze zwykłych, i nie skończyliśmy bawić się kosmetyką, czyli- klamka wyjęta, dziury nadal świecą)- uczyniłam to od razu, dziękując Bogu za idealny rozmiar ściereczek w misce z praniem, bo zatkały dziury idealnie.

Stałam tak więc w pokoju Tosi, między sypialnią i schodami, patrzyłam w panice na szerszenia, który jak ogłupiały obijał się o ściany, szukając wyjścia, i rozjuszając się coraz bardziej, oraz wyrzucałam w stronę trzymanej w trzęsących się coraz bardziej rękach komórki steki panicznych przekleństw opisujących mój stan emocjonalny i to, czego życzę bestii, która zakłóciła nasz spokój. Mówię Małżonowi: Słuchaj, jak mi się uda, przykryję go tą miską po praniu, a ty jutro jak wrócisz to go załatwisz. Małżon na to, że okej. Ja patrzę na tą coraz gniewniej bzyczącą zmorę, odbijającą się od ścian, i myślę, że jeśli nie uda mi się za pierwszym razem, to na pewno mnie zaatakuje! Poza tym nawet sobie nie wyobrażam, co by było, gdyby mr Morderczy Szerszeń przeżył czas do powrotu Tateła, i co by zrobił, gdyby Tateł uchylił miskę- na pewno stało by się coś bardzo, bardzo złego…

Rozmawialiśmy o tym, że jeśli nie uda mi się go przepędzić, to będę czuwać całą noc, tak, by być pewną, że nie dostanie się do Tosi. Wymyślaliśmy różne opcje, kombinowaliśmy, a potencjalny skrzydlaty morderca krążył po okolicy, zataczając coraz większe kręgi, znikając na klatce schodowej, wracając do pokoju, gdzie ja przyklejałam się rozdygotana do ściany. Nagle paskuda wleciała do komórki- takiego bajzlownika na narzędzia na szczycie schodów. Ach, gdyby tylko drzwi były szczelne, zamknęła bym dziada i był by spokój! Niestety drzwi się nie domykają, w zasadzie są tylko tymczasową prowizorką do zasłonięcia bajzlu, na dodatek fakt, że straciłam szerszenia z oczu tylko mnie jeszcze bardziej zestresował- wolę patrzeć wrogowi „na ręce”.

Gdybałam z mężem co tu zrobić, i wtedy właśnie stało się coś bardzo złego- bateria w moim telefonie umarła.

Zostałam sama.

No nic, teraz definitywnie MUSZĘ coś zrobić, i to jak najszybciej! Oby mi tylko starczyło odwagi…

Paszczur wyszedł z ukrycia. I bezczelnie usiadł na futrynie. Jedyny plus był taki, że siedział w miarę spokojnie, nie bzycząc złowrogo, i nie nakręcając się agresywnie.

Stwierdziłam, że zaufam mu, że tak sobie posiedzi, i polecę na dół po jakiś oręż, czy osprzęt do walki z dziadem. Na dole przywdziałam zbroję godną strażaka (zważcie, że szafę mam w sypialni, na dodatek liczyły się sekundy, bo nie chciałam paskudy z oczu stracić!), czyli: naciągnęłam na goły tyłek spodnie, których dzięki lenistwu nie chciało mi się wynieść do góry, capnęłam z wieszaka starą bluzę, która jest tak uwalona, że służy mi raczej do prac ogrodowych lub czołgania się pod szafami, dorwałam mój słomkowy kapelusz (!!!) oraz rękawice do prac ogrodowych- wdzięczne cudeńka w fioletowe kwiaty, których wielkim plusem jest ich grubość, oraz to, że nie zostawiłam ich na swoim miejscu, tylko przywlokłam do domu (vivat bałaganiarstwo!). Na koniec zgarnęłam szklankę marki PERIER, i pierwszą lepszą kartkę leżącą na wierzchu- wprawdzie szybko zlustrowałam teren, czy przypadkiem nie znajdę czegoś pokroju bloku technicznego czy tekturki, ale z braku laku dobra i deklaracja „ZUS czy OFE” (pierwszy raz biurokracja mi się na coś przyda! Ha!). Tak oto uzbrojona pobiegłam na górę.

Bałam się, że dziad się gdzieś podle przyczaił, i wyskoczy znienacka krzycząc: BZZZZZZZZZZZZ FRAJERKO! Ale nie był taki sprytny- tarzał się po panelach wykonując złowrogi taniec wojenny, który był dla mnie jasny w swej wymowie: „jestem nie wiem gdzie, ale jestem wkurzony, chcę stąd wyjść, ale nie wiem jak, i jestem gotów wyżyć się na każdym, kto podejdzie, a potem na wszystkich członkach jego rodziny!”

Zauważyłam, że bestia ciągnie do snopu światła padającego z latarki, którą wcześniej szybko położyłam na ziemi. W akcie desperacji złapałam ponownie latarkę, i usiłowałam pomóc szerszeniowi znaleźć wyjście, przesuwając się ze źródłem światła w stronę okna, ale jak światło się ruszyło, bestia (kto takiego wpuścił na arkę Noego?! Skandal!) zaczęła się rzucać po pokoju jeszcze bardziej skołowana, więc czym prędzej odstawiłam latarkę z powrotem na podłogę.

Przykucnęłam sobie, udając, że wcale mnie tam nie ma (Ha, przynajmniej mogła spokojnie kucnąć, nie bojąc się już, że coś mnie użre w wypięty zadek!) i czekałam, co szerszeń zrobi. Telepałam się jak w febrze, planując: jak znowu będzie przy latarce, to go przykryję szklanką. O teraz. Albo nie. Teraz. TERAZ! O, znowu uciekł… Obiecałam sobie, że jak wróci do światła, to teraz NA PEWNO go capnę pod szkło. Oczywiście- już nie wrócił…

Wlazł w futrynę drzwi do Tosinego pokoju. Patrzę na niego, a ten pieron zamelinował się za uszczelką, w takim miejscu, gdzie zwyczajowo dociska się drzwi gdy się je zamyka (które u nas są zdjęte z zawiasów póki co), co oznacza, że nie ma opcji szczelnego przykrycia go szklanką. Ba, mało tego! On usiłował wgryźć się w drewno, czy z czego to tam jest zrobione, i szykował się do wprowadzenia do nas na stałe! Aż się we mnie zagotowało! Co niestety nie zmniejszyło mojego panicznego stanu, czy poziomu adrenaliny, ani nie wpłynęło ujemnie na trzęsienie się rąk (może nawet trzęsły się mocniej, bo dodatkowo z wściekłości!). CO ZA TUPET!

Stałam tak nad nim już kilka minut, aż w końcu stwierdziłam, że sprowadzę skrzydlatego diabła do parteru szklanką, i docisnę do podłogi, po czym zamknę wylot kartką. Nawet nie wiecie, ile mnie kosztowało zbliżenie ręki do tego potwora!

Plan powiódł się częściowo- w kartce zagiął się rożek, i za nic nie dało się dokładnie zasłonić wylotu, ale paskuda została zniewolona. Oczywiście rozbzyczała się jak popaprana, i już oczyma wyobraźni widziałam, jak swymi paskudnymi szczękami przegryza szkło (za dużo „Z archiwum X” w dzieciństwie, wiem, wiem!), ale niezłomnie dzierżyłam szklankę w okutanych w rękawice łapkach. Zgarnęłam szklankę z niezasłoniętym do końca wylotem, i jak saper krok po kroczku przesunęłam się w stronę okna. Tam czekał mnie kolejny atak paniki, bo… tu nie docierało światło latarki, i kompletnie straciłam tę bzyczącą poczwarę z oczu! Wyjęłam szybko łapę za okno, i potrząsnęłam szklanką, ale paskuda była za głupia, żeby sama znaleźć wyjście! Jedną nogą usiłowałam dosięgnąć latarki, żeby skierować snop światła w moją stronę, a rękami telepałam szklanką próbując pozbyć się potwora ze szklanki. Sekundy dłużyły mi się jak godziny, i już zaczęłam myśleć, że po prostu wyrzucę szklankę za okno razem z poczwarą, ale pomyślałam, co by się stało, gdyby całość spadła biednemu psu na głowę. Albo po prostu roztrzaskało by się, i puchaty „maluch” pokaleczył by sobie łapy. W mojej głowie błyskawicznie rozważałam opcje, i stwierdziłam, że w ostateczności szklanką rzucę, ale spróbuję jeszcze powalczyć.

I wtedy właśnie otępiały wściekły szerszeń wyleciał ze szklanki. Słyszałam wyraźnie, jak bzyk obijania się o szkło zmienił się w bzyk upragnionej wolności wysłannika piekieł.

UFFFFFFFFFFFFFFFFF……………….

W sekundę zamknęłam oba okna. Rany. Co za noc. Nie zmrużę chyba oka!- pomyślałam.

 

Rzeczywiście, uspokojenie się zajęło mi ponad dwie godziny. Przyznam, że fakt, że pozamykałam wszystkie okna też nie wpływał zbyt pozytywnie na jakość potencjalnego zasypiania- zaduch nie do opisania… do tego Tosinka tradycyjnie zaczęła popłakiwać (ząbeczki, ząbeczki)… taka noc!

 

Może wydać się wam śmieszne, że tak panikowałam z powodu głupiego owada, ale po przeprowadzce na wioskę nauczyłam się pokory w stosunku do sił natury. Do tego dochodził fakt, że jako matka opiekująca się dzieckiem, mam bardzo silny instynkt przetrwania, a na dodatek na serio nie mam pojęcia, czy jedno dziabnięcie nie wysłało by mnie do grobu.

Do tego dodam sam przerażający rozmiar paskudnego owada, jego ohydny odwłok, olbrzymie, widoczne nawet w ciemności łapska, szczęki, i ten BZZZZZZZZYYYYK!! Masakra. Nie boję się np pająków (brzydzę, się, owszem, ale nie boję), ćmy czy inne takie są miziu, mrówki powodują podskakiwanie, kleszcze są ohydne i mogą nieść ze sobą choroby, które komplikują życie, ale Szerszeń jest dla mnie wcieleniem skrzydlatego zła. I wczoraj na prawdę pierwszy raz w życiu poczułam prawdziwy, najprawdziwszy strach. 

W przyszłym tygodniu ustawiam sobie wizytę u alergologa na testy.Jak trzeba, będziemy trzymać strzykawkę z adrenaliną w apteczce, ale sama świadomość tego, na czym stoję, na bank będzie lepsza niż ta niepewność.

To tyle, teraz możecie się już ze mnie śmiać. A ja wam wszystkim powiem: też sobie idźcie do alergologa, może wam to życie uratować. Ja idę.

Howg.

PS. Nie otworzę okna u Tosi, póki nie zamontujemy moskitiery! Za żadne skarby! To dlatego, że uważam, że mamy gdzieś gniazdo szerszeni, bo to coś dziwne, że akurat w tak krótkim odstępie czasu pojawiły się dwa- jeden u Ventisa w misce, a drugi w pokoju… tamta strona domu jest dla mnie na cenzurowanym. Dobrze, że już weekend, i jutro pojedziemy z Tatełem do „Casto” po siateczki, i od razu się je zamontuje.

Syzyfowe prace

Tradycyjnie, ostrzeżenie dla wrażliwych: Uwaga, w tekście pada słowo D*U*pa, nawet chyba więcej niż raz. Do tego na końcu jest PS, raczej nie wskazany dla ludzi, którzy z przyrodą nie są za pan brat, i mają zbyt obrazową i zapachową wyobraźnie. Czytelniku, zostałeś ostrzeżony!  

Czuje się ostatnio jak Syzyf.

Jaki to był piękny czas, kiedy można było posiedzieć sobie w syfie bez większych wyrzutów sumienia, dorzucać jedną ręką kolejne ubranie na górkę prania, dołożyć kolejny talerz na blat zmywarki, bo zawsze była ta świadomość, że kiedyś w końcu ruszy człowiek tą leniwą dupę, i ogarnie wszystko na raz. Wtedy nastanie kilka pięknych, świetlistych dni, kiedy to dom będzie wyjątkowo czysty, będziemy wszystko odkładać na miejsce, układać, składać- aż nam się odechce, i znowu będziemy kumulować bajzel, aż do następnego zrywu gorliwości.

Teraz oczywiście to przeszłość, prehistoria, niepamiętny czas, kiedy to w domu nie było dziecka.

Nie twierdzę oczywiście, że teraz mamy super posprzątanie, bo poruszałam ten temat w poście o ogarnianiu codzienności , natomiast wszystko wygląda teraz zupełnie inaczej.

A to wszystko przez to, że nie jesteśmy już panami swojego czasu, bo jest dziecko.

Dziecko wyzwala w nas niesłychane pokłady mocy, wymusza lepszą organizację, i w ogóle bla bla bla same superlatywy w tym temacie- już nie ma czasu na lenia zarastającego brudem- jest chwila, trzeba ruszyć tyłek, bo nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja! Dawniej taki sprint sprzątaniowy potrafiła we mnie i Małżonie uruchomić jedynie wizyta znajomych zapowiedziana z bardzo krótkim wyprzedzeniem, np telefon w stylu: „Hej hej, co u was, możemy wpaść? jesteśmy w okolicy, będziemy za 20 minut, to papa, do zaraz!”. Po czymś takim ruszaliśmy swoje leniwe 8 liter (2xDUPA=4), i sprzątaliśmy na glanc największy bałagan, włączając szorowanie kibelka!

Teraz coś podobnego jak ten typ telefonu mam co wieczór, kiedy Pan Tata usypia Antosię. Przychodzi godzina 21wsza, Małżon drepce z Antoninką schodami, a ja w tym czasie już biegnę do kuchni ładować talerze do zmywary, szorować gary, sprzątać pozostałości po Tosinym BLW, ogarniać łazienkę po kąpieli, wyprasować czyste ciuszki, sprzątać pokój dzienny zwany pieszczotliwie salonem, i generalnie doprowadzając do ładu całą chałupę. W zasadzie mogła bym sobie to podarować, bo przecież nie ma aż takiego hardkoru żebyśmy całkiem brudem zarastali, ale życie pokazało, że czasem z Antosią zwyczajnie się nie da nic zrobić, zwłaszcza od kiedy wychodzą ząbki. Nie chcę generalizować, bo są dni, kiedy dziecko sobie położę na podłodze, i mam kupę czasu dla siebie, ale jak mam być szczera- więcej jest raczej tych dni z paraliżem organizacyjnym. No a przecież jeśli nie sprzątnę wieczorem nieładu po starciu z zupką, to rano dołożę do tego jeszcze sprzęty po moim śniadaniu i kubeczek po kaszce, potem dojdzie do tego kilka skórek z chleba (idealnie masują dziąsełka!), i wtedy już zacznie się kłopot. Do tego nieschowana wanienka zatarasuje mi pół łazienki, nie będę mogła uporządkować zlewu, żeby z niego skorzystać, i wtedy już powoli zaczyna grozić nam trzęsienie ziemi.

Co jest ciekawe- co wieczór sprzątam sprintem raczej „do czysta”, i co wieczór znowu jest ten sam bałagan, a przecież nie zostawiamy jakoś celowo za sobą wielkiego nieładu przy każdej czynności (jak już pisałam- dziecko uczy organizacji). I tutaj właśnie wchodzi na scenę ten biedny Syzyf…

A już takim największym dla mnie porównaniem toczenia tego głazu pod górę jest pranie i prasowanie ubranek dla Tosi…  dopiero co kosz na brudy w łazience był pusty, dopiero co rozmontowałam „hałdę” ubranek, a tu znowu trzeba prać, prasować, składać… Skąd to się bierze?!

 

No nic, kulam ten kamień dalej, jak Tosia będzie duża, i wyjedzie na swój pierwszy obóz survivalowy, przyrosnę do kanapy, i z lubością będę patrzeć jak rośnie koło mnie góra odpadów i brudnych naczyń. A póki co- do pracy rodacy! Hej hej!

 

PS. Anegdotka: szukałam w necie jakiegoś atrakcyjnego obrazka ilustrującego Pana Syzyfa i jego kulanie głazu, nawet zaczęłam myśleć o jakimś zabawnym GIFie, i oglądanie tego przypomniało mi pewną ciekawostkę przyrodniczą, zauważoną na spacerze, której nie omieszkałam uwiecznić w postaci filmiku, który doskonale by mi tu pasował; mianowicie spotkaliśmy Pana Żuczka wielkości standardowej, kulającego imponującego rozmiaru psią kupkę! Dzielny Pan Żuk! Taki Syzyf właśnie! Dla waszego dobra nie wrzucam jednak tego filmiku. Ciao!

 

 

 

 

 

 

 

Truskawkowy bałagan

Na wszystko co dobre niestety kiedyś przychodzi kres… nawet na sezon na truskawki. Ale nie martwcie się, szczęście nie przestaje się do nas uśmiechać, dojrzewają czereśnie, porzeczki i inne cuda :)

Obiecałam wam niedawno, że wrzucę moje zakończenie truskawkowego sezonu. Zakończenie, bo po całej akcji przetworowej kupiłam jeszcze kilka koszyczków na spożycie „na świeżo”, czyli w koktailach, w cieście (zrobiłam dwie rolady truskawkowe, pierwszy raz w życiu, całkiem nieźle poszło 😉 ) czy na surowo. A tak naprawdę za każdym razem jak szłam z Tosinką po truskawki mówiłam sobie: TO NA ETON MESS. Ale jakoś nie miałam nigdy czasu zrobić sobie tego deseru- a to czasu nie było, a to zjadło się truskawki z czymś innym… i tak wreszcie niemal skończył się sezon, a ja tupnęłam nogą: no żesz muszę wreszcie zrobić ten deser!

A czym jest Eton mess? To nic innego jak pokrojone truskawki z ubitą śmietaną i pokruszonymi bezami. Stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić, skoro moja córka, kiedy noszę ją na rękach, przytrzymuje się mojego obojczyka jak rurki w tramwaju… najwyższa pora przybrać trochę na wadze, więc rozpieszczam się deserami  😉

 

Skąd wzięła się nazwa Eton Mess? Jest kilka teorii, najprawdopodobniejsza jest taka, że chłopcy w szkole w Eton robili „bałagan” (z ang. mess) w swoim podwieczorku, krusząc bezy do truskawek ze śmietaną, a słyszałam i taką, że ktoś wziął swego psa na piknik, a ten usiadł na koszu piknikowym, gniotąc siedzeniem zawartość koszyka, i tak powstał ten deser. A tak w ogóle- kogo obchodzi nazwa, kiedy deser taki pyszny?

 

Czekałam i czekałam, aż się doczekałam :) I zrobiłam sobie i mężowi deserek jak ta lala :) słyszałam opinię (chyba u Nigelli Lawson), że dobrze jest truskawki zalać troszkę kwaśnym sokiem z granatu, lub octem balsamicznym. Ja użyłam octu, bo nie miałam soku z granatu w domu, chociaż tak szczerze mówiąc ledwo nakapałam tego balsamika, bojąc się, że może zepsuć smak. Na przyszłość będę wiedzieć, że mogę pozwolić sobie na większą dawkę, myślę, że odrobina takiego kwasku dobrze wydobędzie smak truskawek.

Jak zwykle- robiłam na oko, bo doprawdy- uważam, że to kwestia gustu, ile kto woli bezy, jak słodką lubi się śmietanę itp- grunt, żeby było sporo truskawek, żeby deser nie był mdły.

Wyszło przepysznie!

Jeśli macie szansę dostać jeszcze gdzieś truskawki- śmigajcie na zakupy! Polecam ten deser całym sercem!

Na koniec kilka zdjęć, może komuś zrobię smaka 😉

Buziaki i ściski!

 

 

20140628_135540

a za słodkim deserem czai się mały słodziak :)

20140628_135356

Całkiem ładnie to wyszło w kieliszkach do martini- może być traktowane jako deser na specjalną okazję

20140628_135334

a z tyłu już czereśnie z ogródka teściów :) Mniam!

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

W pokoiku na stoliku…

… stało mleczko i jajeczko.

 

Wstałam dziś rano, i pomyślałam sobie, że z okazji bezmięsnego piątku 😉 strzelę sobie jajcówę na śniadanie. Jajko, podobnie jak ziemniaki, cieszy mnie w każdej formie. Zlazłam na dół, oporządziłam pupkę Antosi przemiłą czyściutką pieluszką, po czym przetransportowałam nas obie do kuchni.

A tu, na stole, suszy się mięta, którą przedwczoraj dostaliśmy od teściowej.

 

Ta mięta przypomniała mi pewną gastro historię z dzieciństwa:

Jak byłam mała często jeździłam na wakacje do Babci i Dziadka. Babcia była zawsze szefem kuchni, dziadek był raczej od wspólnego chodzenia do sąsiadki z bańką po mleko, i od gry w karty (w tysiąca) i w szachy. Pewnego razu Babcia wyjechała gdzieś na jeden dzień, nie pamiętam szczegółów, tak czy siak- zostałam sama z dziadkiem. Dziadek, który w temacie gotowania nie był chyba takim specem jak Babcia, głowił się chyba sporo, co by mi tu do jedzenia zrobić, aż w końcu zapytał, co bym zjadła- JAJKO DZIADKU! ZRÓB MI JAJKO! Ja tak lubię jajka!

Dziadek, myślę, w duchu westchnął z ulgą, że mu tak sprawę ułatwiłam, ale żeby nie było do końca zwyczajnie, powiedział, że zrobi mi swoją specjalność, mianowicie JAJECZNICĘ Z MIĘTĄ. Byłam zdziwiona, ale trochę bałam się zaoponować, bo przecież trzeba być grzecznym dla dziadka, zwłaszcza, jak jesteśmy sami, i musimy ze sobą jakoś w zgodzie ten dzień przetrwać 😉 Tak więc dziadek zerwał z grządki świeżą miętę, po czym zrobił mi jajecznicę z dwóch jajek, przyprawioną w tak nietypowy sposób. I wiecie co? To było naprawdę dobre! Gdy następnego dnia Babcia wróciła, martwiąc się, czy aby Dziadek dał radę się mną dobrze zająć, ja zachwycona opowiadałam jej, że Dziadek zrobił mi do jedzenia swoją specjalność. -A co to takiego ta jego specjalność?- spytała Babcia- Noo, jak to co, jajecznica z miętą!- odpowiedziałam ucieszona. Babcia nadziwić się nie mogła, co też ten Dziadek wymyślił, powiedziała mi, że na pewno wymyślił to w desperacji, bo w życiu nie widziała, żeby robił sobie coś takiego do jedzenia. No, ale skoro było zjadliwe, to dobrze. I na tym sprawa stanęła.

 

Lata później przypomniała mi się ta historia, nawet opowiedziałam o tym mojemu Chłopakowi, znanemu wam jako Małżon, i tak się zastanawiałam, czy to naprawdę było dobre, czy po prostu tak mi się zapamiętało przez ówczesny entuzjazm, że dostałam jajeczko, zamiast męczyć się z jakimś mięsem (byłam w tamtych czasach troszkę niejadkowata). Postanowiłam więc zrobić nam pewnego dnia taki wynalazek na śniadanie, i – ku naszemu zaskoczeniu- rzeczywiście był smaczny!

 

Dzisiaj rano po raz trzeci w życiu jadłam jajecznicę z miętą, i nadziwić się nie mogę, czemu mi to na stałe w letni repertuar śniadaniowy nie weszło- na serio jest pycha!

 

To wspomnienie sprawiło, że zdałam sobie sprawę, że jedzenie jajka jest czymś mega fajnym w moim życiu, bo poza jajecznicą z miętą, mam jeszcze jedno bardzo przyjemne wspomnienie jajecznicowe z dzieciństwa;

Gdy byłam małym dzieciakiem, czasem w sobotę lub w niedzielę Tata (gdy jeszcze był zwany tatą, a nie tak jak dziś, dostojnie: Padre) robił na starej patelni jajecznicę z NIEWIEMILUALEWIELU jajek, brał tą patelnię, brał chleb, deskę do krojenia i nóż, siadał z nami (ze mną i z braćmi) przed telewizorem, kroił kromki, nakładał na nie jajecznicę, i podawał nam. Kto skończył, wołał o więcej, tata wtedy robił kolejną taką pajdkę i podawał do wyciągniętej łapki, i tak sobie siedzieliśmy i oglądaliśmy jakieś familijne programy, zajadając chlebuś z jajeczniczką :) Fajne to było! Jak się tak teraz zastanowię, to z faktem, że siedziało nas tam co najmniej cztery dzieciaki, i z faktem, że na taki chlebek z jajecznicą podany przed telewizorem wszyscy byliśmy łasi, to Tata chyba non stop musiał łopatować te jajko na chleb, bez odpoczynku, aż się skończyło wszystko, co było na patelni :) Pracuś taki :) Planuję robić coś takiego Antosi, tudzież może jej rodzeństwu, jak się jakieś pojawi później w życiu, niech ma tak fajnie jak ja :) Próbowałam sprzedać to Małżonowi, żeby to on był takim łopatującym tatą, ale on powiedział, że jajecznica na chlebku go nie kręci. Nie to nie, łaski bez, to ja będę ta fajna i łopatująca!

Ach, jest jeszcze wspomnienie Bieszczadzkiej Jajcówy z Oregano, z bacówki na Jaworzcu, jak już człowiek postanowił zaszaleć i zainwestować w jakieś prawdziwe żarcie, po tygodniu zupek chińskich, chleba z keczupem i makaronu z sosem z tytki zapijanego browarami… ech, ten smak, te wołanie z kuchni: TUTUUUUT (sygnał na wuwuzeli)- JAJCÓWA!! Niezapomniane… Do tego koniecznie Tymbark Jabłko-Mięta, bo trzeba czasem sprawdzić, co nam szykuje los, lub co nasz luby/luba sądzi o nas w danej chwili.

 

W sekrecie opowiem wam jeszcze jedną jajeczną akcję, przejętą z domu rodzinnego Pana Małżona; tradycyjnie, co niedziela, na śniadanko jest jajeczko na miękko. Do tego tradycja u nas ewoluowała tak:

Po pierwsze: zostałam obwołana mistrzem w robieniu jajek na miękko (jakoś tak umiem utrafić z konsystencją), i jest niepisany zwyczaj, że niedzielne śniadanko muszę robić ja (tylko w wyjątkowych okolicznościach robi Małżon, jak np: RODZIŁAM NIEDAWNO I NIE UMIEM CHODZIĆ, WEŹ ZRÓB, NO WEEEEŹ, NOOOO!)

Po drugie: obieramy sobie jajeczko nawzajem, wymieniając się nimi, jak już jest gotowe, Taki mały, sympatyczny symbol miłości. (trochę mnie martwi, kto będzie obierał Antosi, jak już będzie taka duża, bo pewnie każdy będzie chciał, i będziemy się przepychać 😉 )

Po trzecie: prawie zawsze musi paść hasło: NIE SÓL TYLE (to taki objaw troski, dodatkowo zaczerpnięty z cotygodniowych rozmów prowadzonych przy teściowym stole rodzinnym na temat „sól jako biała śmierć” wywołanych ilością soli sypanej na jajucho przez Małżona)

A do tego Małżon, jako Człowiek Polibuda, ma opracowaną całą technikę jedzenia jajka na miękko, wg której to techniki zawsze, ale to ZAWSZE żółtka musi mu starczyć do ostatniego nabrania łyżeczką. Kule no, co gorsza rzuciło się też na mnie, możemy więc w tandemie startować w zawodach na techniczne jedzenie jajka na miękko.

 

W ogóle jajko to taki wdzięczny typ spożywki; powiedzcie sami, czy zwykłe jajko na twardo nie zmienia statusu zwykłej kanapki z wędliną na niemal szlachecki? albo: pamiętacie z dzieciństwa, na basenie lub na plaży, mamusie lub jakieś panie obierające dzieciom jajucho na twardo do kanapki? To samo zresztą panowało w przedziałach PKP, tworząc niezapomnianą atmosferę… albo: Która posiadówka obejdzie się bez ćwiartek jajek z majonezem lub bez?albo: gdy pomysłu brak, a w lodówce przeciąg, zawsze na obiad można trzasnąć sadzone z ziemniakami, nie?

 

Powiedzcie, macie jakiś sentyment do jajek (PYTANIE JEST CZYSTO SPOŻYWCZE, PROSZĘ MI TU NIE WYJEŻDŻAĆ Z JAKIMIŚ… NO!)? Jakieś jajeczne tradycje, czy wspomnienia?

Jest lato, pora na plaże, nie zapominajcie o jajku na twardo dla waszego malucha 😉

(zwłaszcza, że w 7mym miesiącu można już 1/2 żółtka podać do jedzenia, co drugi dzień 😉 )

 

No, to buziaki, weekend jest, sio na tą plażę z jajuszkiem :) :*