Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Nie ma mnie. Wpis o wszystkim i o niczym, czyli czemu mnie nie ma :)

No nie ma mnie i kropka.

Czasem wpadnę na fejsa zerknąć jednym okiem z komórki, ale nie udzielam się, bo nie ma kiedy.

 

Tyle się dzieje…

wszystkie zęby z przodu już się pojawiły, zaczynamy czekać na trzonowce…drżę na samą myśl 😉 Takie zęby to dodatkowa gimnastyka, trzeba się napocić, żeby jakoś ząbkowy dzień przeżyć w miarę bezboleśnie. 100% uwagi i zaangażowania.

Poza tym stawiamy zbiorowo przy pomocy przyjaciół i teściów stojaki na drewno. Ja jako pierwszy kisiarz rzeczy naszej pospolitej (czytaj- osoba lubiąca chomikować by było „na potem”) aż zacieram łapki z radości, że tyyyle drewna kupimy, że może nawet zostanie, i będziemy sobie sezonować „na zaś”. I stojaki takie z prawdziwego zdarzenia będą… Jest to super sprawa, zwłaszcza, że odgrodzimy się od sąsiada obok, zasłaniając nimi płot, który ostatnio Pieseł zaczął potajemnie przeskakiwać! Pieron jeden!

Następna rzecz- nalewki czynię :) Stoi już orzechówka, odseparowana od orzechowych paproszków po 6 tygodniach, stoi też jeżynówka, na parapecie stoi i się grzeje w słonku, bo tak ponoć lepiej! Owoce z niej będę we wrześniu wyciągać, i przerabiać jeszcze na likier, bo tak mój przepis mówi. Aronia czeka na krzaku, i mimo, że niby zwykle dojrzewa dopiero w okolicy pierwszych przymrozków- nasza już od połowy sierpnia jest gotowa do akcji! Ale ja nie mam na razie kiedy się za nią wziąć. Z jeżyny jeszcze soku trochę, i to dzięki teściowi, bo ja nie miałam kiedy owoców zebrać! Mamo Ewo, wpadaj plądrować krzaki, póki jeszcze coś jest, bo przez tą mokrą pogodę owoce pleśnieją zanim dojrzeją :( Trzeba zjadać póki jest co (tylko aronii zostaw co nieco, bo nalewka, sok i dżemas czeka w kolejce :D). Przybywaj!

Pomidory dojrzewają, zrywam co parę dni jednego, i daję Tosince na śniadanko- rany, jak ona nasze pomidory uwielbia, mówię wam! Zajada się jak szalona! Bo to takie prawdziwe pomidorasy, o słodkim intensywnym smaku, a nie jakieś szklarniówy o smaku wody użytej do płukania słoików po przecierach… Groszek cukrowy przerósł, Małżon nie ma kiedy zjadać prosto z grządki… taki los, czas ucieka przez paluchy.

Co do pomidorów- pojechał biedny Tateł na giełdę, bo Jaśnie Pani Gospodyni (czyt- JA) zażyczyła sobie 20 kg pomidorów śliwkowych, żeby suszyć, czy keczupasa domowego zrobić. Wstał Tateł o 5 rano, i pojechał z misją. Ja zasnęłam błogo po jego wyjściu, i śniły mi się słoiki i stragany. Zbudził mnie sms: nie ma takich pomidorów, może wezmę śliwki? Tylko pakowane są też po 20 kg… Ja odpisałam radosnym: WEŹ! 😀 i obróciłam się na drugi bok, by pomarzyć o powidłach i kompotach, zamiast zalewie z oliwy. Wstaję pare godzin później, a tu sms od Małżona: Nic nie wziąłem w końcu, bo mi Pani na giełdzie powiedziała, że śliwki najlepiej we wrześniu. A moje serce spragnione przetwarzania załkało. No i biedny ten Tateł, że tak wstawał świtem po nic :(

Trawę znowu trzeba skosić. Nie ma kiedy, a już się kładzie.

No dobra, wytłumaczyłam się, czemu mnie nie ma, a teraz na koniec powiem wam, czemu dzisiaj siadłam do pisania (czyt: czym się chciałam pochwalić):

JUTRO JEDZIEMY PO KURKI!!! BĘDĄ KURKI! Będzie ich cztery, i będą miały swoje imiona 😀 (dosyć dziwne imiona zresztą, pochwalę się, jak już będą).

Kurniczek stoi, dzisiaj Małżon walczył jeszcze z ogrodzeniem, żeby kurki miały wybieg! Normalnie nie macie pojęcia, jak się cieszę!

Kurnik też zajął nam trochę czasu, wyciął dwa dni- jeden na skręcenie, drugi na zbudowanie podstawy (pan co nam sprzedał jakoś zapomniał nam wysłać podstawę, i przestał się odzywać jak poprosiliśmy o dosłanie… nie ładnie proszę pana!), no i dzisiaj to ogrodzenie. Nie, żebym ja się jakoś mocno przy tym udzielała, ale jako, że Tateł znikał w ogródku, to ja siedziałam z Tosinką, i też czasu na nic nie miałam.

JAJECZKA BĘDĄ SWOJSKIE! I będzie słychać KO KO KO. Tosię nauczymy mówić KO KO i przeganiać kurki. Mama Ewa mówi, że jej synek właśnie się nauczył mówić KO KO SIO (Sio od przeganiania)- umie, to nauczy i nas :)

Ale się cieszę! Na dodatek wyjazd po kurki wiąże się z wizytą u mojej Super Ekstrowej Cioci, której to już jakiś czas nie widziałam, więc radość wielka.

Kończą się pieluchy prać, zmykam.

 

PS. Co za wpis do bani! nie dość, że chaos w nim totalny, groch z kapustą, to na dodatek nawet słowem nie wspomniałam, że Tosia dzisiaj skończyła 10 miesięcy! WIWAT MOJA KRUSZYNKA! Tyle już potrafi! Napiszę kiedy indziej o tym.

Buziaki! Lecę- pędzę, i znów mnie nie ma!

Krzesełko dla dziecka

Halo kochani!

 

Dawno mnie nie było, z kilku powodów; najprzyjemniejszym z nich był oczywiście nasz week endowy (z przedłużką) wyskok rodzinny nad morze :) ! O innych powodach wolała bym dzisiaj nie pisać, żeby nie odciągać się za bardzo od tematu, który obiecuję sobie od dawna poruszyć.

Tak się za to zabieram, i zabieram, a czasu ciągle mało na pisanie… dziś jednakże jest doskonały po temu wieczór, bo uziemiłam się w kuchni- zabrałam się za pieczenie pierwszego prawdziwego ciasta drożdżowego (kiedyś coś tam piekłam, ale za bardzo nie wiedziałam co robię, więc nie liczę tego jako prawdziwe próby, no i oczywiście nie będę też wspominać o brioszkach pieczonych w automacie 😀 bo to wstyd 😉 ), i niestety nie doczytałam w przepisie, że odkłada się je do wyrośnięcia chyba z pięć razy… wygląda na to, że będę tu kiblować do 3 rano 😉 Oto więc jestem.

 

Po tym, jakże typowym dla mnie, przeciągniętym wstępie-wracam do tematu pt: KRZESEŁKO DLA DZIECKA.

Nigdy nie wybierałam krzesełka dla dziecka, i pewnie jak bym się do tego miała zabrać, zrobiła bym gruby research (przeszper) w necie, ale i tak nie doszła bym do tych wniosków, które mogą nasunąć się tylko doświadczonemu użytkownikowi (pośredniemu) takiegoż mebla.

Nigdy nie wybierałam, bo Tosia swoje krzesło dostała od Ojca Chrzestnego (takiego z mini „wonsem” i z policzkami wypchanymi silikonem…. słyszycie tę muzykę? 😉 ). Ojciec Chrzestny jest doświadczonym kupowaczem krzesełek, jak zresztą jest i doświadczonym Ojcem Chrzestnym, bo i jedno (krzesełka) i drugie (ojcowanie chrzestnowanie) przećwiczył już parokrotnie. I trzeba mu to przyznać, kupił niezły sprzęt, chwała mu za to. Krzesełko jest super ekstra wypasione, zaraz wypiszę wszystkie jego walory, jednak czytajcie do końca, żeby znaleźć wnioski końcowe

Co ma krzesełko Tosi, i co zapewne po researchu wybrała bym sama:

– Regulacja oparcia: Krzesełko może wspierać plecki w pozycji półleżącej, co jest fajne kiedy dziecko jeszcze tak do końca nie siedzi samo. Oczywiście jeśli maluszek nawet częściowo nie siedzi, w ogóle nie używamy krzesła! Na naszym było oznaczenie 6m+ czyli dopiero półroczne dziecko można w nim bezpiecznie sadzać, ze względu na rozwój kręgosłupa i okolicznych mięśni.

-Pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa: można przypinać wszystkie na raz, lub tylko te w pasie. Na początku korzystaliśmy głównie z tych dolnych, ale im bardziej obrotne dziecko, tym mocniej trzeba je przyczepiać, dla jego własnego bezpieczeństwa.

-Regulacja wysokości: można dopasować wysokość krzesła np do stołu, albo zniżyć je zupełnie, tak, żeby starsze dziecko mogło samo w nim usiąść- jest to jedna z cech krzesełka rosnącego razem z dzieckiem, druga poniżej:

-Podwójna „wyściółka”, tzn opcja dla maluszka i większego dziecka: Wygląda to tak, jakby były dwa materace; jeden  dokładnie przylegająca do stelaża, a drugi, mniejszy, bardziej otulający, leżący na tym pierwszym. Na początku używamy opcji mniejszej, a gdy dziecko urośnie- ta mniejsza idzie w odstawkę, tak, by starszak miał więcej miejsca.

-Stolik na jedzenie z dodatkową tacką: super opcja pozwalająca zachować czystość stolika. Nasz stolik jest odczepiany, na dodatek jego wierzchnia warstwa to ściągana tacka, którą można zdjąć gdy się ubrudzi np jedzeniem, bez odczepiania całego stolika. Bardzo fajna sprawa, bo nie trzeba się tarabanić do zlewu z całym stolikiem, tylko bierze się do mycia to, co najbardziej uciaprane 😉

-Tapicerka materacyka zrobiona z ceratki- łatwe w czyszczeniu. Dodatkowym plusem są kolorowe obrazki na tapicerce, Tosia uwielbia odwracać się i pokazywać paluszkiem ptaszki znajdujące się mniej więcej na wysokości jej głowy.

-Regulacje gdzie się da: regulowana wysokość (wcześniej już wspomniana), regulowana odległość stolika od dziecka, regulowana wysokość oparcia, zmienny kąt nachylenia podnóżka- wszystko bardzo przydatne.

-Podłokietniki- ważna opcja bezpieczeństwa- ograniczają możliwość „desantu bocznego”, czyli ucieczki z fotelika w celu podboju świata, zwłaszcza podłogi. Podłokietniki można odchylić do góry jeśli nie są potrzebne- przydatna sprawa, gdy chcemy dziecko dosunąć do naszego stołu.

-Kółeczka w przednich nóżkach- ułatwiają przesuwanie krzesła.

-Wszelakie atesty bezpieczeństwa, których nie przytoczę, bo nie pamiętam 😉

 

To by chyba było na tyle, generalnie krzesełko jest cacy, przydatne, i w ogóle, ale…

No właśnie, jest jedno ale.

Nasze dziecko, jak większość z was pewnie wie, jest żywione metodą BLW, co oznacza sporo rozrzucania jedzenia. I powiem wam, że jak dzisiaj wygrzebywałam z wszelakich zakamarków kilogramy ryżu, mięska i puree kalafiorowego produkcji Antoninki… myślałam, że szlag mnie trafi, zwłaszcza, że ostatnio Tosia jest coraz bardziej rozrzutno-testująca, więc sprzątania jest masa! Czyli- wyżej opisane krzesełko jest praktycznie bez wad- tylko dla tradycyjnie karmionych dzieci 😉

Całe szczęście zupełnie przypadkiem jesteśmy posiadaczami najzwyklejszego plastikowego krzesła z Ikei, które dostaliśmy jako gratis kupując używany bujaczek dla Tosi, wieeele miesięcy temu. Krzesełko jest zupełnie proste, z litego kawałka plastiku na metalowych przyczepianych nóżkach,z prostymi pasami bezpieczeństwa i z przyczepianym blatem. Zero regulacji, jeden rozmiar, tylko dla dziecka, które siedzi już pewnie. Łatwo się składa, więc nadaje się też w podróż. Gdy dostaliśmy to krzesło, stwierdziliśmy, że taki „plastik” to ewentualnie będzie używany jako krzesło ogrodowe, ze względu na brak bajerów, bo przecież coś takiego na nic innego się nie nada… I ponownie biję się w pierś, że psioczyłam, że badziewne, bo… takie krzesełko jest GENIALNE jeśli chodzi o zachowanie czystości! Na ogródku po prostu myliśmy je „pod wężem”, i sprawa zakończona- zero zakamarków, zero problemu z upierdliwymi resztkami jedzenia w szparach.

Koniec końców- jutro przynoszę krzesełko do domu, i to w nim Antoninka będzie jadła posiłki, a to drugie będzie ewentualnie krzesłem rekreacyjnym do posiedzenia, do zabawy i gdy muszę Tosię szybko na chwilkę odłożyć- a przynajmniej do czasu, aż nasze BLW dotrze do etapu, w którym więcej jedzenia trafia do buzi, a mniej we wszelakie zakamarki kuchenne :) Wygodna sprawa, bo nie będę musiała się martwić, czy przypadkiem nie jest nadal brudne po śniadaniu, zanim posadzę w nie dziecko :)

 

To tyle na temat.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże komuś w wyborze odpowiedniego krzesła dla pociechy. A sama sobie ponownie udowodniłam, że proste i bez bajerów nie zawsze znaczy gorsze, bo każda rzecz może okazać się w czymś najlepsza i niezastąpiona :)

PS. Kolejną część wspominków ciążowych napiszę jak będę miała sentymentalno- wspomnieniowy nastrój; dzisiaj taki wpis nie miał szansy powstać, zwłaszcza jak siadłam do kompa wpieniona pół godzinnym czyszczeniem krzesełka 😀

Buziaki!

9 miesięcy- wspominki, część druga.

Jak zawsze- kuję żelazo póki gorące. W związku z tym dom zakleja się brudem, a ja wspominam, jak to było rok temu…

a było tak:

 

Scena czwarta, w której śmierdzi. Całe szczęście niedługo.

 

Fuj.

Co to jest. Aaa, to perfumy, tak? A czemu takie paskudne? Co? To te, które używałeś jak się poznaliśmy? Nie możliwe. Weź to zlikwiduj. No ej, twoja marynarka dalej śmierdzi. Weź ją wynieś z pokoju. No daj spokój, z przedpokoju też czuć! W ogóle przestań tego używać. Nie, nie przesadzam!

Jest pierwszy trymestr, wszystko wokoło zaczęło pachnieć sto razy mocniej. Najgorsze są: kurtka męża i banany. Serio, banany jadą jak coś co zdechło miesiąc wcześniej. Leżą te truchła na szafce w kuchni, zaraz obok wejścia do pokoju, i- bezczelnie patrząc mi swoimi brązowymi kropkami w oczy- rozsiewają smród. Kurtka męża pachnie jak kloszard, nawet po wypraniu. Trochę mi głupio co chwila mówić Małżonowi że zalatuje od niego bezdomnym, i że przez przedpokój, obok wieszaka, muszę przebiegać na wdechu, ale cóż- takie życie.

Z jedzeniem też jest śmiesznie: zajadam sobie śniadanko, i wszystko jest fajnie, do momentu kiedy nasycę głód- wtedy coś, co przed chwilą rozsiewało smakowity aromat, zaczyna trącić paskudnie, co powoduje, że od razu muszę wstać od stołu. Jak się zastanowię, to tak powinno to działać zawsze, wtedy ludzkość nie borykała by się z problemem chorobliwej żarłoczności i otyłości…

Fuj.

Fuj, fuj.

 

Kurtyna (nareszcie).

AKT DRUGI

Wstęp do aktu drugiego, będący peanem na cześć żarła. Musicie mi wybaczyć, nie jestem konsekwentna w formie, ale to jedzenie…. ach! Występuje: Ja jako narrator.

Miewałam w życiu różne akcje spożywcze. A to nie chciałam jeść, lub żyłam przez trzy dni na jednym jabłku nawet tego nie zauważając, a to wstawałam bladym świtem, żeby zeżreć sama paczkę pierogów ruskich z cebulką (dobrze wspominam ten czas), a to byłam wegetarianką przez 8 lat (w tym cztery weganką), a to żyłam na pączkach z jabłkiem i zupkach chińskich (ach, te czasy!-znowu dobre wspomnienia). Ale coś takiego spotkało mnie ten jeden, jedyny raz…

Nie miałam smaków, miałam ochoty, i ZACHWYTY. Jak już coś jadłam, napawałam się tym, i ociekałam zachwytem i miłością do potrawy. Raz po raz wykrzykiwałam nad np kanapką z pomidorem: Rety, jakie to dobre, jaki pyszny ten pomidor!

Jadłam całą masę owoców, bo czas był po temu (cudne lato). Miałam czas gruszki (co wieczór gruszka przed snem), czas brzoskwini, czas porzeczek, czas kwasu z akumulatora->czytaj: lodów wodnych domowej roboty z soku z cytryny, obficie słodzonych miodem (ten miód to ukłon w stronę Małżona, bo on by nie zjadł gdyby nie było słodkie, a i tak się krzywił jak czort, i mówił, że to kwach).

Były też ciężkie momenty, kiedy to z nagła robiło mi się słabo czy niedobrze, i musieliśmy np zatrzymać samochód przy najbliższym sklepie, by poratować mnie kajzerką, albo Mr Opiekuńczy Małżon na szybko szykował mi błyskawiczną kolację z sześciu tostów z serem. Raz jeden trafiło mnie w środku nocy, i Przyszły Tateł wstawał żeby zrobić mi… hamburgery 😀 A jaki był zadowolony z tego! Ho ho! Będzie się mógł chwalić w przyszłości, jak to mnie rozpieszczał, jak miałam smaki! Prawda była natomiast taka, że niewiele mieliśmy w lodówce, ale akurat były kotlety, zażyczyłam sobie więc kanapek z kotletem, pomidorem, i serem 😉 Tak, żeby mojemu kochanemu było łatwiej…

Wtedy zaczęły się też przetwory! podsmażałam, dosładzałam, słoikowałam…Moja Pani Dr była zachwycona, jak przyniosłam jej dżem z brzoskwiń, a potem śliwkowe powidła. Niestety z powodów etycznych dostała małe słoiczki, taką „słodką chwilę”, bo nie chciałam, żeby wyszło że to jakieś łapówkarstwo 😀

Stałam godzinami nad garami wdychając owocowe opary. Ach, cóż to była za radość!

Oprócz tego, kiedy budowa pokoiku dla Tosi ruszyła pełną parą, ja zaczęłam czasem gotować. Broniłam się przed tym całe życie, ale jak już widziałam, jak przyszły Tateł zajeżdża się w chmurze pyłu gruzowego- nie miałam serca czekać jak laleczka z saskiej porcelany aż zejdzie na wpół żywy i ugotuje obiad. Żeby było jasne: w temacie gotowania, poza hobbystycznym pieczeniem czy produkcją słoików- jestem na prawdę do bani. A jako, że wtedy zaczynałam zupełnie od zera, musiałam posiłkować się przepisami z netu. Szły więc potrawy takie, jak np: kurczak w jabłkach, czy inne wymyślności, ba, nawet przekonałam Tateła-który-gardzi-pomidorem-w-innej-postaci-niż-keczup do spróbowania potrawki z kurczaka w suszonych pomidorach, a potem wariacji z makaronem, i wiecie co? Zwycięstwo! Zażerał się jak szalony! :) Można powiedzieć, że odkryłam gdzieś szczyptę pasji, ale niestety szczypta ta nie równoważy tony beznadziei i dwóch lewych rąk… Nieważne, było PYSZNIE.

Kurtyna! 

Scena pierwsza, w której to opowiadam o sytuacji domowej.

Fajna ta ciąża. W ogóle drugi trymestr to rewelka-odpadły te wszystkie zadyszki, węch się przytępił, znowu można cieszyć się życiem. Ba, można cieszyć się nim sto razy mocniej (patrz np wstęp do aktu drugiego)!

Zawsze bałam się, że będę w ciąży terrorystką, upierdliwcem, płaczącą zmorą- no bo szczerze mówiąc, hormony to mi w życiu potrafiły nie raz dać w dupę… mnie i mojemu partnerowi życiowemu. Były takie dni, kiedy mówiłam mu: „po prostu ze mną nie żartuj. Nie, i kropka. Do odwołania za kilka dni.” Bałam się więc, nie bezpodstawnie, że będę rzeźnikiem z wałkiem w ręce. A tu- proszę, taka miła niespodzianka! Tryskałam humorem, byłam nadspodziewanie miła i sympatyczna, czuła i w ogóle kiziu miziu.

Żeby dopełnić mojego szczęścia- lato było przepiękne, a mój Małżon siedział w domu, czyli chwilowo nie pracował na etacie, i spędzaliśmy każdą chwilę razem (bleee, do obrzydzenia! 😉 ), w ogrodzie, w basenie, na spacerach z psem. Fajnie jest!

Człowiek Polibuda (czyt. Mąż) zabrał się za remont pokoiku dla dziecka. Sorry- czy ja powiedziałam „remont”? Bardziej pasuje tu słowo BUDOWA, bo pokój powstał w miejscu, gdzie wcześniej był strych na siano. Małżon własnoręcznie: wyburzył jedną ścianę, przerzucił i wywiózł ponad 200kg starego siana, rozebrał i na nowo zbudował pół dachu, wstawiając przy tym trzy okna dachowe, wyizolował dach, przeliczył konstrukcję podpory dachu, by pozbyć się słupa ze środka pokoiku, oraz wiele, wiele innych rzeczy, słowem- wykonał coś, co wydawało się niemożliwe… ja w tym czasie kursowałam między kuchnią, cieniem w ogrodzie, słońcem w ogrodzie, basenem a chłodnym pokojem, usiłując przeżyć upały. Trochę niesprawiedliwy podział, wiem, i czułam się niefajnie nie mogąc mu nawet podać młotka, ale gonił mnie z zapylonego piętra, żebym nie nawdychała się kurzu, o zakazie dźwigania nie wspominając. Taki ten mój Małżon kochany!

Później zaczęłam się trochę martwić tym brakiem etatu- wiadomo, kwoka chciała budować gniazdo, a jednak etat to większa stabilność finansowa… z drugiej strony szarpałam się, bo chciałam mieć go w domu, żeby ten czas przechodził ze mną… Trudne to były rozterki. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszystko ułożyło się najlepiej jak tylko mogło :) Ale o tym może kiedy indziej.

Kurtyna.

Scena druga, w której jeszcze nie poznajemy płci dzieciątka, ale i tak jest fajnie.

Jutro pierwsze badania prenatalne.

Oczywiście wieczór przed spędziłam katując się informacjami z internetu, co takiego złego może ujawnić takie badanie. Małżon był z kuzynostwem na wycieczce w górach, wysłałam go samego, bo z moją kondycją mogli byśmy co najwyżej góry z autokaru pooglądać. Siedziałam więc pół dnia i czytałam o trisomii i innych strasznych rzeczach, o teście Pappa,i o tym, jak często jego wyniki są błędne. Cudowności :/

Rano pojechaliśmy do szpitala, do którego mieliśmy skierowanie, nie wiedząc, jak w ogóle wygląda takie badanie, i czym w ogóle się różni od zwykłego USG. USG miałam robione praktycznie co wizytę, nie byliśmy więc jakoś zbytnio poruszeni możliwością zobaczenia dziecka, raczej interesowała mnie kwestia diagnostyczna.

Dosyć długo czekaliśmy w poczekalni, ja oczywiście odchodziłam od zmysłów po wczorajszej lekturze- wiadomo, cała ja, panikara…

Powitał nas burkliwy pan doktor. Ooo, jakiś taki nie fajny, nie w sosie, dobrze, że nie prowadzi mi ciąży. Zaprosił mnie na kozetkę, Małżona usadził na przeciw, i odpalił machinę.

I wtedy zobaczyliśmy naszą kruszynkę, po raz pierwszy tak niesamowicie wyraźnie! To było coś niesamowitego! Mały ludzik na ekranie wywijał nóżkami i rączkami, obracał się to w jedną, to w drugą stronę… jak oniemieli wpatrywaliśmy się w ekran, raz po raz rzucając na siebie spojrzenia nieco wilgotnymi oczami, mówiącymi: Czy ty to widzisz? Takie maleństwo, nasze dziecko… to jest NIESAMOWITE! W porównaniu USG w gabinecie mojej Pani Dr to było jak oglądanie teatrzyku cieni przez dziurkę od klucza. Napawaliśmy się widokiem naszego maleństwa, i chyba tak naprawdę wtedy do nas dotarło, że to w moim brzuchu to naprawdę jest malusieńki człowiek. Nie do opisania.

Pan doktor w tym czasie mierzył coś, opowiadając co robi. Mówił że to w normie, tamto w normie, przezierność karku trochę go martwi, bo jest na samej granicy normy, ale nie przekracza jakoś mocno. Nic mi to w sumie nie mówiło, a on nie był skory do wyjaśnień, stwierdziłam więc, że pogadam o tej przezierności później z Panią Dr.

Zapytałam nieśmiało, czy da się stwierdzić płeć, na co Pan Doktor Nie W Sosie spojrzał na mnie jak na stukniętą, i powiedział, że nieco za wcześnie. -No sorry, nie znam się, pierwsze dziecko mam w brzuchu! Ale co tam.

Na koniec Pan Zmierzły dał pokaz profesjonalizmu, sadzając nas przy swoim biurku, i pokazując i tłumacząc nam wszystkie liczby i wyniki. Zyskał tym w moich oczach- może i smutas, ale spec.

Pożegnaliśmy się z Panem Dr, potem poszłam na szybkie PIK w żyłkę- test Pappa (górniczo-hutnicza orkiestra dęta mówi nam papparaaraaaa!), i do domu.

Cudowności-Niesamowitości.

Kurtyna.

Oczywiście miałam pisać jeszcze długo długo, ale nie ma kiedy znów. Spadam do garów. Do zaś!