Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Co umie Tosia 11 miesięcy po przyjściu na świat

Dziś Tosia kończy 11 miesiąc życia. Pora na podsumowanie z cyklu „co potrafię”- a jest się czym chwalić, taka mała Antoninka bowiem w ostatnich dniach „łapie” masę rzeczy!

Na początek powiem, że wreszcie zaczęła raczkować! Najpierw ostrożnie, kroczek po kroczku, a potem „z kopyta”! Oczywiście, że jeszcze nie osiągnęła swojej najwyższej formy, ale ja aż podskakuję z uciechy patrząc, jak posuwa się naprzód np za toczącym się kasztankiem! Bo moi drodzy, jakbyście nie wiedzieli, kasztanki są super.

Tosia od kilku dni stanowczo odmawia swojej popołudniowej drzemki, czyli śpi tylko podczas porannego spaceru. Może gdy wyjdą te zęby, co nam spać nie dają po nocach (albo- obstawiamy- skończy się ostatni w tym roku skok rozwojowy, który nam snu żałuje), to Tosia WRESZCIE będzie przesypiać całą noc? Znowu musiałam przeprowadzić się na dół, a Tateł opiekuje się Tosią w sypialni, bo przez nasilenie ząbkowania ponownie „zawisła” na piersi i końca nie było (podobnie jak wtedy-> KLIK); teraz jest „na odwyku” 😉 a ja latam do góry na karmienie gdy Tateł puści mi sygnał na komórkę, i wracam spać do „salonu” (SALON dumnie brzmi, nie ma co!).

Gdy ostatnio Tateł próbował Tosię uśpić po południu, nic z tego nie wyszło, natomiast gdy zeszli, okazało się, że córcia „naumiała się” nowej sztuczki: Tateł pokazał jej jak się otrzepuje ręce z brudu, wiecie, takim klaskaniem, i Tosia podłapała 😀 Normalnie nie ma większej uciechy niż oglądanie jej pracowitego otrzepywania łapek!

No, może jedna większa jest: obserwowanie Antosi jak „macha jęzorkiem” 😉 Jednego dnia gdy jechaliśmy samochodem z wyjątkowo niezadowoloną z życia (czyt- śpiącą) Antoninką, zaczęłam wydawać z siebie dziwne dźwięki z użyciem języka, w celu odwrócenia jej uwagi od narzekania. Poskutkowało, i to lepiej, niż mogła bym przypuszczać, bo Tosia po chwili podłapała patent, i zaczęła go powtarzać! Nie za bardzo mogę wam opisać ten motyw, bo nawet nie jestem w stanie złapać dźwięku i wymyślić słowa dźwiękonaśladowczego, żeby to opisać, ale uwierzcie mi- w wykonaniu malutkiego jęzorka jest to coś genialnego :D! Poza tym w repertuarze dźwiękowo- buziowym mamy też granie na wardze jednym palcem, kilkoma, albo całą łapką.

Tosia jest ostatnio na NIE. Tzn nie tak, że jej nic nie pasuje, ale potrafi przecząco kręcić głową, więc komunikacja asertywna na wysokim poziomie :) często prowadzimy sobie dialogi, i córcia nam odpowiada, śmiechy z tego wychodzą :)

Ech, zapomniała bym o najważniejszym! Antoninka TAŃCZY! I to maniakalnie! Puszcza sobie muzyczkę na swojej dźwiękowej zabawce, i podryguje radośnie do rytmu, czasem zatrzyma się, żeby poklaskać, czasem podśpiewuje. Kupa z tym radości! Ostatnio miałam nie lada problem zachować powagę, jak w dobie kryzysu nocnego próbowałam córcię uśpić śpiewając jej kołysankę, a ona zaczęła wywijać do rytmu! Potrafi znaleźć rytm do tańca nawet w moim stukaniu butem o podłogę- nieodrodna córeczka mamusi 😀 !

Nie wspominałam o tym wcześniej, a zaczęło się jakoś po 9 miesiącu, gdy maluch zaczął siadać samodzielnie- skończyły się dobre czasy lajtowego przewijania. Antonina uważa, że leżenie wyszło już z mody, i każda chwila spędzona na plecach jest chwilą straconą- sekundę po położeniu jej do zmiany pieluchy muszę się z nią siłować, by utrzymać ją w tej pozycji, bo mi cwaniak ucieka z przewijaka! Do tego dochodzi wspinanie i wstawanie przy każdej możliwej okazji- pełen wypas!

Z psem komunikuje się też coraz intensywniej: gdy tylko słyszy, że Ventis szczeka na zewnątrz, Tosiaczek zatrzymuje się, rozgląda za źródłem dźwięku, po czym odpowiada mu swoim niby-basem: HOOO HOOO HOOO!!!

A komunikacja z ludźmi?!?! Toż Tośka to bajerant numer jeden! Zaczepia panie na ulicy, panów w autobusie, staruszki w sklepie, młodzieńców w drodze do domu… cały świat nagle pełen jest przyjaciół! Tosia daje „cześć”, przybija „pionę”, i każdego wybrańca obdarowuje zębatym uśmiechem 😀 Taka ta nasza Tosinka!

W ogóle od pewnego czasu jej rozwój jest galopujący, wszystko zmienia się błyskawicznie, Antonina łapie masę rzeczy poprzez wszystkie zmysły; obserwuje, słucha, powtarza coraz więcej- nigdy nie wiemy, kiedy pokaże coś nowego, tudzież w czym nas będzie próbowała naśladować. Nie jestem w stanie opisać nawet cząstki tego, co ostatnio pokazuje, opisałam więc te najbardziej łatwe do uchwycenia umiejętności. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak bardzo ten wpis zubaża prawdziwy zasób jej osiągnięć- toż to czas lawinowego rozwoju!

Antonina ma już 11 miechów. Kosmos.

 

Mamy kota na punkcie zwierząt? czy też potrzeba nam kota?

Nie wiem, czy wam już kiedyś opowiadałam, ale zanim mieliśmy dziecko, mieliśmy masę zwierząt. Ktoś patrzący na to z boku mógłby poważyć się o stwierdzenie, że jesteśmy maniakami 😉 Prawda była taka, że zawsze jakoś tak wychodziło, a my zwierzaki lubimy, i do tego mamy trochę za miękkie serca…

Po kolei zwierzaki były takie:

Na początek- ze względu na ich poważny wiek- wspomnę o żółwiach mojego męża; są więc dwa żółwie, czerwonolice czy jakoś tak, wodno-lądowe. Żyją sobie w dużym akwarium, pluskają, jedzą raz na tydzień, same ogarniają swoje sprawy; małżon vel człowiek polibuda zaprojektował i wykonał system filtracji niemal bezobsługowy, więc roboty przy nich nie ma za dużo. Mnie tam takie akurat zwierzaki nie kręcą, ale niech se tam będą. W końcu to przyjaciele na całe życie…. nasze, i prawdopodobnie kilku następnych pokoleń (mają już oba ponad 20 lat, i wcale nie wygląda, żeby się szybko starzały, wręcz przeciwnie).

Następna była Kora- stara psica przejęta wraz z domem. Cud miód i orzeszki- przekochana suczka, pod koniec życia już ślepa i głucha.

Oczywiście po tym, jak odeszła Kora, Małżon nalegał na przytulenie następnego psa (wbrew moim- jak życie dowiodło- mądrzejszym impulsom), stąd u nas Ventis vel rozrabiaka, cierpiący na psią odmianę ADHD.

Z domem otrzymało się nam też stadko 8 kotów w ogródku, które to rozpierzchło się po okolicy gdy wprowadził się Ventis. Jeden z nich nadal chodzi z nami na spacery, a resztę widujemy zza płotu.

Potem był zajączek wielkanocny 😉 Ventis przyniósł kilkudniowego zajączka w pysku ze spaceru! O dziwo- zajączek był cały i zdrowy, niestety nie wiedzieliśmy, skąd go wygrzebał, poza tym mama zapewne odrzuciła by go, bo śmierdział psią śliną na kilometr. Wykarmiliśmy dziabąga i oddaliśmy do schroniska dla dzikich zwierząt- na przysposobienie do powrotu do stanu dzikiego.

Następny trafił się gołąb pocztowy, znaleziony po burzy, jakiś taki połamany. Nazwaliśmy go Stefan. Nakarmiliśmy, napoiliśmy, wyszukaliśmy właściciela przez internetowy system połączony z kodami na obrączce. Stefan chyba miał wylew, i nie dożył powrotu do domu- niestety drugiej nocy zasnął na zawsze. Trudno, zdarza się… to była naprawdę porządna burza…

Była też i Pipi- moja szczurzyca, wymarzona. Na początku miała pasek na plecach, i ciemny pyszczek- śliczna była, mówię wam! Ale po dwóch latach zupełnie posiwiała, i wyglądała jak albinos, tyle tylko, że oczy miała czarne. Żyła standardowo krótko, niestety.W pewnym momencie życia przynieśliśmy dla niej towarzyszkę zabaw- szczurzycę Pepę. Pepa z Pipi jednak nie przypadły sobie do gustu- prały się przy każdej okazji. Tak naprawdę to moja wina- przyniosłam szczurzycy w średnim wieku, przyzwyczajonej do samotnego życia tylko z nami, jakiegoś włochatego wypierdka, wsadziłam go do jej królewskiej klatki, i myślałam, że będzie big love od początku. Figa! Ile czasu zajęło nam skumanie tych dwóch- nie do opisania! Tak czy siak- skumały się, ale niestety okazało się, że Pipi była już stara i chora, więc Pepa zaczęła ją podgryzać… i znowu trzeba je było rozdzielić, żeby zapewnić Pipi godną starość.

Po drodze był jeszcze jeż Jerzy. Dostał takie piękne imię nie po tym komiksowym Jeżu, tylko po Jerzym Kukuczce, który wspinał się, jak nasz jeż. Jerzy często po wspinaniu się po szczeblach swej klaty spadał z samej góry z wielkim hukiem- podobnie, jak Pan Kukuczka, który niestety również spadł, z gorszym skutkiem niż nasz jeżyn. Jerzy vel jeżyn był strasznym skurczybykiem, lubił np. wspiąć się na ostatnie piętro swojej willi gdy jedliśmy nieopodal śniadanie, i strzelić kupę, jeśli to możliwe- celując w ścianę poza klatką. Gdy chciało się go dotknąć fuczał i atakował, czasem gryzł, a gdy wypuszczaliśmy go na przebieżkę- taranował nogi z wielkim impetem. Jerzy był definitywnie silną osobowością.

Przyszedł czas na Jerzego.

Przyszedł czas i na Pipi.

Po odejściu Pipi, Pepa była nieco przez nas zaniedbana. Mea Culpa… no ale w ciąży jakoś nie miałam dla niej głowy. Potem urodziła się Tosia, i w ogóle Pepa zeszła na dalszy plan. Dodam, że była ona bardzo żywotna- przeżyła wiele guzów rosnących i samo-odpadających koło oka, jeden nowotwór, który lekarz określił jako ten, który ją zabije wkrótce… po którym Pepa żyła kolejny rok, a nawet i dłużej. Ostatnio wychudła, nie umiała już chodzić… dawaliśmy jej kilka dni, może tydzień… po miesiącu Pepa wstała, zaczęła skakać jak młódka, przytyła, po czym 11 września- spokojnie zasnęła. Jak na szczura żyła bardzo długo, zwłaszcza licząc wszystkie przydarzające się jej choroby i przypadłości.

Doszłam w swej wyliczance do dnia dzisiejszego, pozwolę więc sobie podliczyć stan naszego inwentarza; mamy teraz:

4 kurki, o których jeszcze napiszę,

1 psa

2 żółwie

i

…..

SZCZURY I MYSZY W DOMU!- ilość nieznana, ale ilekolwiek by ich nie było- to i tak za dużo!

Tam do kata! Kota nam trzeba!

Że też cholera te wszystkie zwierzaki trafiają prosto do nas!

Akurat pora taka, że szukają bestyjki ciepłego schronienia, do tego akurat zżęli żyto na pobliskim poletku o rozmiarze chusteczki batystowej- czemu by więc nie rozejrzeć się za jakimś miłym gniazdkiem?

-Zaraz, kamraci, czy tamten przemiły żółty domek nie wygląda przytulnie i zapraszająco? No to AVANTI!!!

Słyszeliśmy, że coś zalęgło się nam na szczycie szczytów zwanym strychem. Myśleliśmy, że to kuna, bo my miastowi się nie znamy, a internety mówią, że kuny lubią strychy.

Małżon rzecze: wrócę z wojaży służbowych, to wdrapię się, i spróbuję przydybać cokolwiek to jest.

Spakował walizkę, uśpił dziecię, ucałował żonę, i wybył.

No i co? No i oczywiście stwór ze strychu postanowił wykorzystać moment, że nie ma Pana Domu, i wyskoczyć na mały rekonesans w środku nocy.

Tosinka akurat się przebudziła z rykiem, ja usiłowałam ją uśpić ponownie, z lipnym zresztą skutkiem, kiedy to nagle usłyszałam szelest, gdzieś całkiem niedaleczko.

Ki czort?- pomyślałam. Włamywacz jaki? Czy co? No ale chyba usłyszała bym, jakby właził na piętro, przecież te schody skrzypią jak w domu strachów!- Położyłam (drącą się) Tosię, i poszłam na rekonesans; ledwo zrobiłam krok od łóżka, gdy usłyszałam kolejny szelest, dochodzący z kanciapy (bajzlownika na narzędzia) na szczycie schodów. Otworzyłam więc drzwi, i….. zobaczyłam kilka ruszających się „cosiów”. CO DO LICHA?- Zapaliłam światło i rozglądałam się, rejestrując jedynie migające szybko w odwrocie „cosie”, oraz stukot wielu pazurków w wielu łapkach czmychających od drzwi.

No ładnie, mamy myszy. Że też takie rzeczy ZAWSZE muszą się dziać, gdy zostaję sama w domu z Tosią? (patrz-> mrożąca krew w żyłach historia o szerszeniu)

W pierwszym odruchu chciałam złapać taryfę, i jechać do rodziców w środku nocy, bo mi te „cosie” tak podniosły ciśnienie, że aż nie wiedziałam, co mam robić. No bo jak tu zasnąć, jak nas te paskudy mogą obleźć, albo co (zaznaczam, że gryzoniami się nie brzydzę, jak pewnie domyśliliście się po tym, że miałam szczury, ale kto wie, jaki syf takie dzikie ze sobą niosą, i w ogóle)? Ochłonąwszy, stwierdziłam, że zostaję w domu. Oczywiście opierdzieliłam przez telefon Bogu ducha winnego Tateła (BO CZEMU CIĘ TU W OGÓLE NIE MA? CZEMU TO ZAWSZE SIĘ DZIEJE, JAK CIĘ NIE MA? PO CO TY W OGÓLE WYJEŻDŻASZ? BLABLABLABLA!!!), bo powinien być obok mnie w dobie kryzysu, a nie zażywać wywczasu w Pradze (nie ważne, że biedny tyrał od rana do wieczora na jakichś tam spotkaniach.Nie ważne, prawda?… Ja to jestem jędza :( ).

Tateł powrócił, zakupiwszy po drodze sprzęt wszelaki przeciw gryzoniowy. Spędziliśmy masę czasu na uprzątaniu miejsc, gdzie gryzonie urządziły sobie noclegownie, Małżon ogarnął stryszek z siankiem dla kurek (w tym czasie teściowie i moja mama ogarniali Tosię), a potem poszedł na strych właściwy, gdzie okazało się, że ślady i bobki na pewno nie należą do myszy (w odróżnieniu od tych znalezionych na parterze i w szopach na narzędzia). Czyli: na górze szczury (brrr) na dole myszy (coś stuka, szura, sapie i dyszy)!

No to dawaj, deratyzacja „na pełne majty”.

Drugiego wieczora po generalnych porządkach usłyszeliśmy mrożący krew w żyłach pisk… na pewno zwierzak, który go wydał, był większy od myszy. Do tej pory nie wiemy, co spowodowało takie darcie, ale mi się ostatnio wszystkiego odechciewa. W całym domu jakieś stuki, puki, no i ta świadomość, że jakiś nieproszony gość sobie łazi! Tak sobie myślę, że to karma, pozdro zza grobu od Pepy, że takie miała beznadziejne, zdziczałe życie w tej klatce (ktoś tu chyba ma wyrzuty sumienia!).

Podobno do dwóch tygodni środki zaradcze zastosowane powinny przynieść stuprocentowy sukces.

Trzymajcie kciuki, bo mi od tego wszystkiego obroty spadły, i aż mi się nic nie chce, nawet do bloga siadać, jak mam jaki wolny czas.

Jeśli jakiś czytacz też ma za sobą walkę z tego typu smokami, i ma jakieś rady, sugestie czy sprawdzony środek- poratujcie radą, wskazówką czy pocieszeniem… bo my som biedne żuczki, co z miasta przeniosły się w teren nieco zieleńszy, i nie znają się na takich atrakcjach.

No, to papa!

Piosenki dla dzieci, czyli mam pusto w głowie.

Wyobraźcie sobie, jest 21:05, a ja już nic nie mam do roboty! Normalnie obłęd!

Pan Tateł właśnie uśpił dziecie, i wymknął się był chyłkiem na delegacyje kolejne, a ja poszłam pocieszać się w swej samotności słoikowaniem, jednakże ku memu oburzeniu- nie mogę skończyć moich suszonych pomidorów w zalewie, bowiem czosnek mi zapleśniał w lodówce! Podły on! A ja tak na niego liczyłam… Mogła bym wprawdzie zająć się kompotami śliwkowymi, albo zrobić ciacho drożdżowe ze śliwkami, bo zostało mi kilka kilo wypestkowanych śliwek, ale mnie ten czosnek tak wpienił, że stwierdziłam, że mam na dzisiaj focha na słoiki.

Postanowiłam więc, że napiszę wam coś, co zapasteryzowałam dla was na później w swojej głowie już dawno temu, a czego jeszcze nie miałam okazji wypakować 😉 , a potem kąpanko, wieszanie pieluszek, i nyny (czyt: spać 😉 ), pierwszy raz od dawna przed północą.

 

Tematem mych dzisiejszych wynurzeń są:

PIOSENKI DLA DZIECI.

Spędziłam sporą część swojego życia na śpiewaniu. Najpierw dla siebie, potem parę lat miałam pseudo zespół z kumplem (pozdro dla Kraty!)- poezja śpiewana; fajnie nam się razem grało, może nic ambitnego (zawsze na konkursach miałam mega kompleksy jak słuchałam innych lasek śpiewających), ale zawsze coś się działo. No i muzyka to kiedyś był mój świat…

Potem był czas w szkole wokalno-baletowej, gdzie też się coś tam czasem śpiewało (albo próbowało śpiewać).

A potem była Anglia, gdzie już nie było czasu na muzykę.

Dotarłam do momentu, gdzie niemal w ogóle nie słucham muzyki (dawniej nie do pomyślenia!), moje odtwarzacze buczą mi audiobooki, bo na czytanie mało czasu, gitara stoi w kącie, a jej pokrowiec kurzem obrasta, no i tak jakoś leci.

Urodziło mi się dziecie. Wypadało by coś zaśpiewać, kołysankę jakąś, czy coś. Wygrzebałam z pamięci jakieś AAA Kotki dwa, w necie doszperałam się całego tekstu, naumiałam się, i śpiewam. Do tego dołożyłam jakieś dwie anglojęzyczne kołysanki zasłyszane w dzieciństwie, luki w tekście wypełniłam wedle własnego widzimisię, tudzież używając powtórzeń- nieistotne, dziecku wieczorami i w dobie kryzysu sennego pasuje.

Potem Mama Asia zapytała: no, a Dorotkę też śpiewasz oczywiście?- Jaką Dorotkę proszę Mamy Asi?!

Czmych czmych do internetu- nasz repertuar wzrósł o pozycję o Dorotce, co tupała nóżką bosą.

Potem była Mama Ewa, która na spacerze śpiewała o Doboszu- raz jedyny zasłyszane, przyczepiło się, i zostało.

Okej; mamy więc:

Dwa Kotki,

Dwie po Angielsku,

Tupiącą Dorotkę

i

Pana Dobosza Zucha, co bił za dwóch.

Ach, no i oczywiście „Karolinka” Mr Krawczyka (tego, co się go tonący łapie, jak to powiedziała Pani A.Chylińska swego czasu)! Moja Mama przypomniała mi, że jak byłam szkrabem, śpiewała mi Karolinkę (a Mama umiała pięknie śpiewać! Oj tak!), i rzeczywiście coś mi świtało; znowu wujo google wraz ze stryjem jutubem mi dopomogli- mamy więc Karolinkę, tyle, że zamienioną na Antoninkę, z której pamiętam tylko kawałek, bo to i tak ma być przez Tateła śpiewane. Taki teks jest chłopski, no i coś tam o delegacjach, więc pasuje, ale Tateł się wypiął na śpiewanie (musi być przecież jakaś jedyna rzecz, w której mój Małżon nie jest absolutnym przodownikiem, nie?).

W sumie daje to: 6 piosenek, częstokroć w mocno okrojonej wersji, bo np któraś ze zwrotek mi ucieknie. Strasznie to mało, bo takie śpiewanie w kółko jednego i tego samego jest okropnie nudne… już mi się czasem tymi kołysankami odbija.

Niedawno przypomniała mi się jakaś piosenka z pokazywaniem rękami, o żabkach, całkiem niezła na momenty wielkiego zmęczonego ryku w samochodzie.

Dalej mało.

 

Najgorsze jest to, że za nic nie mogę sobie przypomnieć żadnych piosenek, które przez lata śpiewałam; nie mogę sobie przypomnieć nawet piosenek słuchanych w dawnych czasach, czegoś jak np Turnau, czy SDM, czegoś melodyjnego i polskiego… mam zupełną pustkę w głowie! Przecież nie będę Tosi śpiewać Bjork i sapać do rytmu tam gdzie są instrumenty perkusyjne- a nawet, gdybym tak robiła, wyszło by to raczej ubogo, bo tam instrumenty mają być, i kropka.

Spędziłam kupę czasu przed jutubem szukając Fasolek, czy Natalki Kukulskiej; gromadzenie takich hitów to całkiem poważne wyzwanie dla mojej głowy, która ostatnimi czasy i tak jest przeciążona. Ogórki, Mydło wszystko umyje, Puszek okruszek… jakoś tak przeze mnie przelatują.

I co z tego wychodzi?

Jak potrzebuję jakiejś piosenki, to i tak między uszami hula mi wiatr!

Ileż to razy śpiewałam Kaszkę Manną Waligóskiego podczas karmienia Tosi! A przecież to jest kontr produktywne jeśli chodzi o karmienie… No ale co zrobić, kiedy w głowie pustynia?

Ostatnio złapałam się na tym, że śpiewałam Antosi jakiś kawałek zasłyszany w necie, i robiłam to całkiem nieświadomie. Przebierałam akurat moją dziewczynkę, patrzę, a ona się „gibie” (tańczy) wyginając kręgosłupek w te i we wte… skupiłam się na chwilę, żeby dojść do tego, co właściwie śpiewam, co tak mojej kruszynce się spodobało, a z moich ust dobiegło mnie…

HERA, KOKA, HASZ, LSD,

TA ZABAWA PO NOCACH SIĘ ŚNI….

 

No dobra, naprawdę potrzebuję pomocy!

I tu mój apel:

MAMY, Co śpiewacie swoim maluchom? A może raczej puszczacie im muzykę? Jaką?

Ja wolę śpiewać, niż puszczać, bo buzię mam zawsze pod ręką, w odróżnieniu od odtwarzacza. Najlepiej jakieś piosenki stare, ale jare- zwłaszcza po tym, jak wczoraj usłyszałam od bratowej, że istnieje jakiś zbiór hitów rybki z Mini Mini, a wśród nich:

JA UWIELBIAM DŻEM- grany na nutę światowego hitu „Ja uwielbiam ją”. Nie chcę zniszczyć życia dziecku 😉

Podzielcie się swoimi piosenkami, ładnie proszę :)

Papa, do następnego!

 

9 miesięcy- wspominki, część trzecia.

Scena trzecia, bardzo krótka scena, w której uczucia Taty są zranione.

Dzień dobry Pani Doktor- mówię po dłuuugim oczekiwaniu w poczekalni. Przywykłam już do tego, że do Pani Dr się czeka w nieskończoność. Nic dziwnego- jest genialna! Z rozbawieniem zawsze oglądam puste krzesła pod gabinetem Dr Gbura, którego to osobiście miałam nieprzyjemność odwiedzić dwukrotnie w gabinecie- strasznie nieprzyjemny typ, taki typowy Dr House- mówią, że super spec, ale taki niefajny, że trzeba mieć jaja z żelaza, żeby do niego chodzić regularnie. A że to ginekolog, i osoby chodzące do niego jaj raczej nie mają- kiepsko u niego z ilością pacjentek. No a moja Pani Dr kochana to zajebista babka- no i do niej zawsze buła ludzi, i zawsze obsuwa. Ja tam nie narzekam, bo sama nie raz spędzałam u niej dużo czasu- każdej dziewczynie poświęca tyle, ile akurat trzeba (nieistotne, co tak naprawdę trzeba- czy pogadać o przysłowiowej „dupie maryny” żeby odstresować, czy też na poważnie).

Tego dnia była hiper obsuwa, czekaliśmy chyba 1,5h, rekordowo, ale Małżon dzielnie wysiadywał ze mną w kolejeczce, bo każda taka wizyta to AKUKU do maluszka 😉

Najpierw jednak wchodzę sama, bo trzeba zbadać, pokukać, pozaglądać gdziebądź, czy co tam jeszcze- nigdy nie wiadomo. Potem zazwyczaj dochodzi do gabinetu Tateł.

Zazwyczaj… no tak.

Dzień Dobry Pani Dr!

-Dobry dobry. Ale dzisiaj rzesze tych ciężarówek moich. Niezła obsuwa, co? Wskakuj no, zobaczymy co i jak. Są i wyniki krwi? Babo, ty masz wyniki jak chłop! Mąż oddawał krew czy jak? No dobra, patrzymy. Wszystko OK, tutaj zmierzę, waga ok, cośtam cośtam cośtam… dobra, wciągaj majtki koleżanko, jeszcze Ci skierowanie wypiszę, badania krwi wtedy i wtedy…

I tak to mniej więcej minęła wizyta. Dostałam jakieś dwa zdjęcia do „albumu rodzinnego”, na których tym razem nawet i Sherlok Holmes dziecka by się nie doszukał, cyknięte chyba z jednym okiem na ekranie, a drugim na zegarze… No cóż, ważne, że wszystko OK.

Otwieram drzwi i wychodzę na korytarz, wyciągam rękę ze zdjęciami do Małżona, i patrzę, jak na jego twarzy wyraz oczekiwania zmienia się w zdumienie, niedowierzanie, a na końcu w… FOCHA! Mój Małżon i foch?! Aaaa, no taaaak… nie wpuściłyśmy go na rekonesans, a on biedny czekał z takim samym utęsknieniem jak ja na szybki kuk w moją macicę :) na maluszka. Miał jeszcze odrobinkę nadziei, że wyszłam ubrana, bo przenosimy się na lepszą machinę USG do innego gabinetu, ale szybko ją rozwiałam, mówiąc: no kaman, musisz jej wybaczyć, zobacz, jakie miała dzisiaj opóźnienie, jaki zasuw!

-Ale wy jesteście! Tak się same zamknęłyście, i o mnie oczywiście nikt nie pomyślał. A ja tu też czekałem tyle czasu…

Biedny tatełek :( Na pocieszenie dostał zdjęcia, na których nic nie było widać- tak, żeby wiedział, że nic go w zasadzie nie ominęło.

Jaki z tego morał?

Mężczyźni też czasem mają wielką potrzebę iść do ginekologa. Tyle, że u nich to potrzeba płynąca z serca, a u kobiet- potrzeba z…hmmm… innych organów 😉

 

KURTYNA!

Scena czwarta, w której- dla odmiany- poznajemy płeć!

 

Pani Dr patrzy w swój zamazany ekran i mówi: cewka krótka, to mi na dziewczynkę wygląda.

-Jaaasne jasne, Pani Dr, przecież tam nic nie widać!

-Jak nie widać, jak widać. Widzisz, o tu? Tu jest cewka, i wygląda na krótką. Jakby był chłopak, była by dłuższa. Ale na stówę wam nie powiem. Zobaczycie sobie to na prenatalnych, u DR X (burkliwego).

No to jadziem.

Przybyliśmy z samego rana do prywatnego szpitala, w którym robią masę dziwnych rzeczy, w tym kosmetycznych. Umilałam sobie czas oczekiwania rozmyślaniem o sensie życia i botoksu. Pan Doktor podobno już był, i byłam pierwsza w kolejce, ale siedział za zamkniętymi drzwiami, i się nie ujawniał. Oboje z Małżonem mym podskakiwaliśmy niemal na krzesełkach, podjarani, że znowu zobaczymy naszego malucha sto razy wyraźniej niż poprzednio.

Tym razem postanowiliśmy sobie nagrać filmik z badania. Zastanawiałam się, czy chcę 3D czy 2D, a Małżon zupełnie zdał się na mnie w tym temacie, i pozostawił decyzję mi, ja natomiast stwierdziłam, że plastelinowe ufoludki w 3D trochę mnie przerażają, poza tym takie oglądanie w 3D ma niewielką (czy też zerową) wartość diagnostyczną, a dla mnie ważniejsze było jednak dowiedzieć się, czy u maluszka wszystko OK- niech więc będzie 2D.

Otwarły się drzwi z gabinetu. Oczekiwałam ujrzeć mrukliwą postać Dr Mruka, a tym czasem powitał nas („kłaniając się w pas”) uśmiechnięty od ucha do ucha człowiek, mówiąc: „Przepraaaszam, przepraszam, że musieli Państwo tyle czekać! Zapraszam, zapraszam!”. Kule, czy to na pewno ten sam Doktor? Ewidentnie, etykietka na drzwiach ta sama, twarz niby podobna, ale… No super, mi tam taka odmiana pasi! 😀

-Panie Doktorze, chcieli byśmy dziś stwierdzić płeć. I nagrać filmik. Tylko nie w 3D, bo się boję kosmitów.

Tutaj zrobię małą dygresję, w postaci komentarza narratora, nie o kosmitach, a o płci: Od początku ciąży byłam GŁĘBOKO PRZEKONANA, że młode życie rozwijające się we mnie jest płci męskiej. Że będziemy mieli malusiego chłopczyka. Zaznaczam, że absolutnie nie było to związane z jakimś tam chceniem; tzn- nie, że nie chcieli byśmy chłopca, ale było nam to obojętne czy chłopczyk czy dziewczynka- jak to mój mąż zwykł mawiać: „cokolwiek to będzie- BĘDĘ KOCHAŁ JAK SWOJE 😉 „. Na dodatek ja w głębi serca drżałam ze strachu, bo przecież chłopczyki mają siusiaki, i musiała bym takiego małego siusiaka myć temu chłopczykowi, a ja przecież nie umiem nawet dzidziusia myć W OGÓLE, o siusiaku nie wspominając… o rety, że też pierwszy musi być chłopczyk… Tak to sobie myślałam, bo byłam POWAŻNIE PEWNA NA MILION PROCENTO-PROMILI, że to chłopiec. No a przecież intuicja matki to jak mądrość wszechświata… DUPA DUPA DUPA! Koniec dygresji. Howg.

-Płeć poznać, powiada Pani? No, to zabierzmy się za to od razu, bo dzieciaki są cwane, i jak tylko zorientują się, o co chodzi, zaczynają się tak wykręcać i przekręcać, że nic z tego, nic nie można zobaczyć. No dobra, to szukamy… – powiedział Pan Doktor kładąc mi głowicę czarodziejskiej machiny na brzuchu i włączając ekran. CYK- zrobił po sekundzie pierwsze zdjęcie- No, cyknąłem, zanim nam ucieknie. Widzą Państwo? Idealnie się ustawiła…

-Ustawiła? Co Pan mówi? Co? Gdzie? Jak?

-No jak to jak?- mówi Pan Doktor Już Nie Gbur ze śmiechem- Ano tak!- Po czym pokazał nam gigantyczne zbliżenie pupci i okolic przednich Małego Lokatora. Pupci, i całkowitego, stuprocentowego braku siusiaka!

-Nooo, pokazała, co miała, nie? A jak będzie miała na imię?

-….DZIEWCZYNKAAAA!!!- Tu ja i Tateł wymieniliśmy zaskoczone, i pełne radości spojrzenia.

-No, jak dziewczynka, to chyba Antosia?- odrzekłam, patrząc ponownie na Małżona. Wprawdzie mieliśmy nie sprzedawać imienia, ale stwierdziłam, że Pan Doktor Wesoły, który sam jako pierwszy powiedział nam To i Owo, definitywnie zasłużył sobie na taką informację.

Co ciekawe- przez cały czas myśleliśmy, że maluszek będzie chłopcem, a nie mogliśmy zdecydować się na imię; natomiast dla dziewczynki imię było niemal od zawsze wybrane!

Pan Doktor zrobił kupę fajnych (zwłaszcza fajnie wyglądających dla nas-laików) badań, (zobaczyliśmy układ krwionośny Naszej Nowo Uświadomionej Dziewczynki w kilku kolorach), pomierzył kości, pooglądał to i owo, o wszystkim nam po drodze opowiadając. W połowie badania zreflektował się, i zapytał: Państwo chcieli ten filmik w 3D? Bo się zapomniałem…

-Nie nie- odparłam- w 2D, bo w 3D dzieci wyglądają jak kosmici z plasteliny! A przynajmniej tak mi się zdaje po tych zdjęciach, które widziałam do tej pory.

Pan Dr stwierdził, że pokaże nam, tak w gratisie (nagranie w 3D było sporo droższe), naszą córcię w trójwymiarze. No i pokazał.

-Niezły kosmos… przecież ona ma mój nos! taki kartofelek :) Fantastycznie!

Żegnaliśmy się z Panem Doktorem z uśmiechami na pół twarzy. Wyszliśmy do samochodu, a ja, jak to ja, złapałam za telefon, i od razu do mamy i siostry: zgadnijcie, chłopczyk, czy dziewczynka??? – przecież nie była bym sobą, gdybym miała czekać z taką wiadomością! 😀 Mr Małżon oczywiście powściągnął się, i ograniczył do prowadzenia samochodu… ech, czy on w ogóle nie czuje emocji, ten chłop??!!

W drodze do domu Pan Tata Malutkiej Rosnącej W Brzuchu Antosi nagle zjechał z trasy, i wjechał w las, na leśny parking przy tzw przystani. Zdziwiona zapytałam, o co kaman, a on po prostu wysiadł, pomógł wyjść i mnie, wziął mnie za rękę, i zaprowadził nad staw.

-Czemu tu przyjechaliśmy?

-Nie wiem.

Ach, no tak… ależ ja jestem głupia. Ten chłop jak najbardziej CZUJE EMOCJE.

Usiedliśmy na ławce, patrzyliśmy na małe rybki wystawiające pyszczki z wody, i na pajączki skaczące po powierzchni, i rozmawialiśmy o tym, że jednak będziemy mieli córkę. Córeczkę. Córcię…

 

Kurtyna.