Miesięczne archiwum: Październik 2014

U mamy na parapecie

Kilka dni dobrej passy- trzeba to wykorzystać, i pisać, ile sił w palcach! Bo jest parę tematów, którymi się chciałam z wami podzielić.

Mam wrażenie, że wyglądam przez pryzmat internetu jak jakiś eko czubek- wiecie, te wielorazowe pieluchy i chusteczki, swojskie przetwory, domowe ciasta, brak telewizora, własne jajka, zbieractwo i kwiatowe dziwactwa tego lata… teraz na dodatek pogrążę się jeszcze bardziej 😀 Ale jestem gotowa wziąć to na klatę.

Jako dziecko nażarłam się dosyć antybiotyków, byłam jednym z tych chucher, które to tydzień są w szkole, dwa na chorobowym, bujają się po sanatoriach i kto wie, co jeszcze. Moi rodzice musieli wydać fortunę na leki! Stąd się chyba wzięła moja zajawka na zioła i inne- od czasu, kiedy moje ciągłe chorowania ustały, mam wstręt do leków od byle pierdoły- stronię od apapów i innych takich, wolę dobry ząbek czosnku i na pięć zdrowasiek do pieca, potańczyć na łopacie, lub taniec brzucha przy świetle księżyca, czy inne gusła; póki działa, jest okej.

Przez to otwarcie na naturliś i inne ziołolecznictwo, wyłapuję z eteru różne pomysły, i czasem wprowadzam je w życie, stąd na naszym parapecie dwie rośliny, o których dziś chciałam wam opowiedzieć.

Pierwsza z nich to ALOES. Wszyscy wiemy, że jest używany w kosmetykach, i że świetnie wspomaga gojenie skóry- czemu więc nie hodować go w doniczce?

Do założenia hodowli aloesu zainspirowała mnie koleżanka z pracy, która sama stosuje aloes od lat; opowiedziała mi raz, jak rymsnęła niefortunnie na betonie, i zdarła sobie powierzchnię obu dłoni; od razu posmarowała aloesem, i następnego dnia miała już wszystko pięknie zabliźnione. Jak tylko zaszłam w ciąże, stwierdziłam, że muszę skombinować skądś aloesy, bo przecież dzieci to mistrzowie w zdzieraniu skóry na kolanach i łokciach! Udało mi się- okazało się, że moja siostra akurat szukała dobrego domu dla kilku swoich roślinek, przytuliłam je więc, i tak oto teraz mój parapet jest zdominowany przez brygadę wesołych sukulentów w zielonych doniczkach :) Jeszcze nie miałam okazji ich użyć, ale już widzę oczyma wyobraźni Tośkę wbiegającą do kuchni, z umazaną kurzem wymieszanym z łzami twarzą, zawodzącą: mamoooo, szczypiiiii! A ja wtedy obmywam rany, pocieszam dzielną wojowniczkę, i przykładam jej rozcięty liść do ran. I działa to prawie tak dobrze, jak podmuchanie i buzi (pamiętam z dzieciństwa- to potrafiło zdziałać cuda!).

Wesoły Aloesik :)

Wesoły Aloesik :)

 

Drugą rośliną jest ŻYWORÓDKA. Żyworódkę dostał na urodziny od mojej bratanicy Małżon- posadziła dla niego razem z Babcią. Ta roślinka jest mniej znana od aloesu, a szkoda- bo już sama zdążyłam przekonać się o jej cudnych właściwościach:

Przed naszym ślubem coś dziwnego zaczęło mi się robić u nasady karku, zapewne przyczyną był stres (nie wspomnę, że przed weselem pojawiły mi się siwe włosy- znak jakiś, czy co?)- jakiś taki placek przesuszonej, podrażnionej i swędzącej skóry. Smarowałam to kremami nawilżającymi, ale poza tym nic więcej z tym nie robiłam, bo w końcu nie było czasu na pierdoły, a że to „coś” było pod włosami- wiecie, czego oczy nie widzą… Po jakimś czasie skóra zaczęła się łuszczyć, i w ogóle wyglądała paskudnie, więc udałam się z tym do dermatologa; lekarz podał jakąś tam nazwę problemu skórnego, i oznajmił ze wzruszeniem ramion, że będzie mnie to nękać do końca życia, to nasilając się, to słabnąc- CUDOWNOŚCI… Dermatolog przepisał mi coś nawilżającego i steryd, który miałam stosować chyba przez tydzień na to miejsce. Nie mam zielonego pojęcia, która z tych cudownych mikstur wyżarła mi pół skóry na potylicy, oraz wypaliła mi bardzo skutecznie włosy. Przed rozpaczą wywołaną dożywotnimi mękami uratował mnie Małżon, zwany słusznie Człowiekiem Renesansu- bo przecież nie tylko obliczy naprężenia na moście, chleb upiecze, dach postawi, ale i na medycynie ludowej się zna, i na miotle lata hobbystycznie! Powiedział, żebym nacierała się żyworódką, bo ona ma działanie łagodzące. Na początku po prostu urywałam liście, i wcierałam sok, ale po jakimś czasie Dr Małżon zmajstrował dla mnie nalewkę z miażdżonych liści i wódki weselnej typu Literatura Polska, i począł pracowicie nacierać mój nadpalony kawałek czerepu. Tylko dzięki temu odzyskałam tam normalną skórę- włosy były wypalone tak doszczętnie, że rok później, gdy byłam w ciąży, moja fryzjerka z przerażeniem odkryła tam niemal łysy placek, pokryty ledwie kiełkującymi „dzidziusiowymi” włosami, takim meszkiem, a dziś, czyli ponad dwa lata później, nadal mam w tym miejscu króciutki pędzelek; całe szczęście „hery” odrosły, i to na pewno nie dzięki sterydowi Dermatologa. Dzisiaj mój „dożywotni” problem skórny niemal nie istnieje- zdarza się, że mam ochotę się drapnąć, ale nic się nie pojawia, nie zaognia, a jeśli już zdaje mi się, że coś się kroi- łapię za żyworódkę, i po jednym użyciu jest po sprawie.

Nie będę się rozwodzić na temat konkretnych właściwości tej roślinki, bo internet kipi od publikacji, zainteresowani mogą poczytać sobie np TO .

Żyworódka ostatnio awansowała z doniczki do hydroponiki nad akwarium żółwi, więc czeka ją świetlana przyszłość, zapewne niedługo zarośnie nam pół domu.

Oczywiście poza tymi roślinami, które dla mnie samej były trochę odkryciem, mam pod ręką (w ogródku) takie standardy jak szałwia- na gardło (nie dla karmiących piersią, zmniejsza laktację!), czy mięta na trawienie,a w kuchni jest kminek na przepędzenie bąków z brzucha; do tego kilka kupnych herbatek ziołowych.

Natura pełna jest cudów, które zastosowane w odpowiednim czasie mogą nam pomóc na wiele sposobów ( pewnie każdy z was zna syrop cebulowy- bleeee!).

Tak sobie myślę, że przy okazji można by rozwinąć wątek „zdrowych lekarstw”, jak macie coś sprawdzonego- wrzucajcie w komentarze, w miarę możliwości pozbieram do kupy i wypuścimy nasz mały, wspólny poradnik.

A gdy będę miała szansę- napisze wam o kilku prostych „kosmetykach”, które można znaleźć w kuchni, wypróbowanych przeze mnie osobiście!

 

DO WTEDY ZATEM! Buziaki!

 

Feralny tort urodzinowy

Goście już wyszli, Tateł usypia Tosinkę,zmywarka ogarnia naczynia, a ja korzystam z chwili wytchnienia, by pożalić się (pożalić się- żalowy odpowiednik „pochwalić się”) wam moją kolejną porażką kuchenną.

Znacie prawo Murphy’ego?

Pozwolę sobie zacytować Wikipedię:

Prawa Murphy’ego – zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe.”

Dodam tu, że IM BARDZIEJ CI ZALEŻY, TYM BARDZIEJ WSZYSTKO SIĘ POSYPIE. Tjaaaaa….

 

Od zeszłego roku kilka tortów już zrobiłam. Spotkały się one z mniejszą lub większą owacją, czasem były ozdobne, czasem mniej, czasem przepyszne, a czasem przeciętne, ale żaden nie zrobił mi tak pod górkę jak ten, który chciałam przygotować dla najważniejszej w moim życiu Małej Panieneczki na jej urodzinki.

Wymyśliłam sobie, że zrobię tort straciatella, albo raczej- inspirowany straciatellą, bo chciałam po prostu złamać gładką masę śmietankową chrupiącymi drobinkami czekolady. Nic skomplikowanego: upiec biszkopt,podzielić na trzy blaty, zrobić prosty krem śmietankowy, dorzucić gorzką czekoladę, posmarować każdy blat, ozdobić górę. Tadaaam, ot i cała filozofia.

OCZYWIŚCIE W TYM SZCZEGÓLNYM PRZYPADKU NIEMAL KAŻDY ETAP MUSIAŁ SIĘ SPIEPRZYĆ, INACZEJ NIE BYŁO BY ZABAWY, NIE?

Wczoraj koło 17stej zajęłam się biszkoptem, kiedy Tateł był z Tosią na spacerze; wchodząc do domu Małżon zerknął do pieca i powiedział:

-oho, tak wyrasta, że chyba Ci z formy wyskoczy!- Zadowolona stwierdziłam, że wyskoczyć nie wyskoczy, ale wyrasta porzecudnie.

Pech chciał, że akurat, jak wyłączałam piekarnik, byliśmy zajęci obiadem, i jakoś tak głupio nie zajęłam się biszkoptem od razu- wg jakiejś mądrości internetowej należy rzucić ciastem o ziemię z wysokości 1m żeby nie opadło- wiem, wiem, brzmi jak bzdura i zabobon, ale serio działa! Tym razem jednak nie rzuciłam od razu, i gdy się zorientowałam, co jest grane, biszkopt już trochę opadł. E tam, i tak da radę wyciąć z tego trzy piętra! Luz, Mama ogarnie, przecież zrobienie tortu to dla mnie jak puszczenie bąka! (sorry, musiałam to napisać, inne porównanie akurat mi nie przyszło do głowy- a może powinnam powiedzieć „nie przyszło do d*py”?? :D)

Po obiadku postanowiliśmy wyruszyć na szybki skok po parę drobiazgów do Castoramy- wiecie, babskie zakupy, fatałaszki, torebeczki, śrubeczki, młoteczki… zostawiłam więc- tępa szczapa- biszkopt samemu sobie w piekarniku, i pojechaliśmy.

 

Wracamy do domu, patrzę do pieca, a tam jakieś takie płaskie nie wiadomo co!! CO TU SIĘ DZIEJE? myślę; myślę też: GDZIE JA MAM ROZUM??!! Trudno, zamiast zabierać się już dzisiaj za krem- zabieram się za pieczenie kolejnego blatu, z połowy ilości składników. Tort się piecze, ja hulam po e-mamie, tort został -mówiąc po śląsku- „ciulnięty o zol” jak należy, z jednego metra poleciał jak złoto, z wdziękiem i brzękiem, i został wpisany na listę: „drugie podejście-udane”. Okej, jeszcze parę słów na e-mamie, i idę spać.

Rano po śniadanku Tateł wziął Tosię na spacer (wziął urlop na szybko, żeby jedną ważną sprawę załatwić, i przy okazji mi dopomógł zajmując się Tosinką), a ja zajęłam się kremem. Śmietanka ubita, gładka jak ta lala! Nawet przy dodawaniu żelatynki nic nie zazgrzytało! Cud-miód! No, to pora dodać czekoladę, i smarować! Podzieliłam sobie krem na trzy części, do dwóch dosypałam pokruszoną wcześniej czekoladę. Podczas roboty co chwila próbowałam, czy śmietana w ogóle zgadza się z gorzką czekoladą, i na początku wszystko mi pasowało, ale im dalej w las, tym bardziej słodycz bitej śmietany zdawała mi się być zdominowaną przez gorzki smak czekolady… ale nic to, ostatnia część jest bez gorzkiej nuty, może się zrównoważy. Wzięłam się więc do smarowania. Już przy pierwszym piętrze stwierdziłam, że coś licho tego kremu- maluśko, smarowałam jak chleb masełkiem w dobie kryzysu- cieniusieńko… przy drugim blacie już wiedziałam, że będę musiała iść do sklepu po więcej śmietany i dorobić ciąg dalszy.  No, przynajmniej dowalę kremu BEZ CZEKOLADY, żeby choć trochę słodki był ten tort.

 

Tateł wrócił z pierwszej części spaceru- tzn przekazał mi wózek ze śpiącą Antoninką, i poszedł załatwiać swoje sprawy, a ja pokulałam się w stronę sklepów. Dokupiłam sobie dwie śmietanki 36 volt, w sam raz do ubijania, i wróciłam do domu. Czas już coraz bardziej naglił, bo było grubo po trzynastej, a przecież krem musi jeszcze stężeć w lodówce przed podaniem! Czym prędzej zabrałam się więc do ubijania- starczy jedna śmietanka, bo to już tylko do ozdobienia góry i dołożenia na środkowy blat.

OCZYWIŚCIE PIERWSZY RAZ W ŻYCIU ŚMIETANKA MUSIAŁA MI SIĘ ZWARZYĆ! (to nie błąd ort- bo to słowo od WARZENIA -gotowania, a nie WAŻENIA- sprawdzania wagi). W te pędy do internetu, bo jedna genialna dziewczyna od przepisów ma na blogu informacje, jak ratować śmietanę po wypadku; oczywiście lipa- nie miałam składników do akcji ratunkowej… no kij, ubiję tą drugą. Ubiłam. I wiecie co? ONA TEŻ MI SIĘ ZWARZYŁA! Całe szczęście szybko zareagowałam, wyłączyłam mikser, i nie było tragedii, tylko mini-tragedia, grudki tak niewielkie, że dało się chociaż takie różyczki na wierzchu tortu z tego porobić, wiecie, takie wyciskane przez tylkę. Oczywiście w moich planach torcik miał być calusieńki obsmarowany ślicznym, gładkim i puszystym kremem, łącznie z bokami, ale przecież nie mogę liczyć na to, że wtedy, gdy mi NAPRAWDĘ zależy, żeby wszystko było idealnie, sprawy pójdą zgodnie z planem… WZDECH…

Przy robieniu ostatnich różyczek, krem zaczął się rozjeżdżać- PLIIIIIIZZZZ! NIEEEE! Zostały tylko trzy do zrobienia! Trzymaj się, brachu, kupy! – ufff, starłam to rozpłynięte, napchałam nową porcję kremu do worka, i jakoś się udało.

Na koniec usypanie imienia TOSIA z kolorowych, cukrowych koralików- bo pisanie czekoladą jest zbyt mainstreemowe, nie? Wycięłam sobie szablon, i jechałam te kuleczki jak głupia, prawie że po jednej układając. Najgorsze było to, że gdzieś tam miałam świadomość, że cukier i śmietana dobrze razem nie hulają, i to wszystko może spłynąć, ale szczerze- miałam to już gdzieś. I tak tort jest do bani, krem ohydny, gorzka czekolada tak gorzka, że aż kwaśno w paszczy, i w ogóle wszystko bez sensu. Ble, fuj i czarna rozpacz.

Wpakowałam to do lodówki, posprzątałam pogrom post-twórczy (korzystając z tego, że pojawił się w idealnym momencie Mr Chrzestny, i wciągnął Antoninę w grubą dyskusję o kosmosie, sensie życia i okruszkach), zgarnęłam Tosię do wózka i poszłyśmy na popołudniowy spacer. W chwili największej trwogi podjęłam decyzję: idę do piekarni po ciasto, żeby było COKOLWIEK słodkiego…

Wróciłam z trzema rodzajami ciasta (owocowymi, żeby przełamać śmietanowo-czekoladowy koszmar), akurat jak zjeżdżali się Tosiowi goście. Ma się to wyczucie czasu (przynajmniej tyle się ma…)!

Goście zostali powitani, kawy zaparzone, herbaty zalane…

Nadeszła TA chwila- Tosia po raz pierwszy zdmuchnie buzią mamy/taty swoją pierwszą świeczkę!

Wyjęliśmy tort z lodówki- napis popłynął, podobnie ozdobne serduszko z koralików, ale nie tak tragicznie, jak myślałam. Różyczki się nie rozpłynęły, żelatyna nie wybiegła spomiędzy blatów z tupotem i chlupotem- wygląda znośnie, ale, moi drodzy, pamiętajcie- wygląd to nie wszystko, liczy się też wnętrze….

Świeczka zdmuchnięta, pierwsze kawałki lądują na talerzykach… miałam chwilę wahania, kogo pierwszego obarczyć brzemieniem testera zjadliwości… ale jednak wypada zacząć od starszyzny rodu- babcie poszły na pierwszy ogień. Kątem oka patrzę: jedzą, nawet się nie krzywią…czyżby znowu mi się „upiekło”?!

 

HELL YESSSS!!!!

Udało się! Tort okazał się całkiem smaczny, mimo wszystkich niefortunnych wpadek w trakcie produkcji. Nie, żeby D*PĘ urywał, daleko mu do najlepszego tortu, jaki zrobiłam, ale fakt, że dał się zjeść bez kaszlu i chrząkania coś znaczy :D.

Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż ma poczucie humoru, ale przy tym-całe szczęście- jest łasuchem!

PODSUMOWANIE:

Mimo zadowalającego efektu końcowego, który i tak odbiegał o trzista mil od moich marzeń i planów o Tosinym torcie urodzinowym- ZALICZAM TEN WYPIEK DO KUCHENNYCH PORAŻEK.

Ale wiecie co? I TAK NIE BĘDĘ ZAMAWIAŁA TORTÓW W CUKIERNIACH! PFFFFF! TAKĄ SE MAMĘ WYBRALI, TO BĘDĄ JEDLI, CO UPIECZE! 😉 (czy jak to tam o tym warzeniu i wypijaniu piwa było…)

Buziaki!

 

PS. Może to właśnie było to, co mnie przekona ostatecznie do zabrania się za „rzeźbienie” w cukrowej masie plastycznej?! Jak na dzień dzisiejszy mam bitej śmietany po dziurki w nosie…

podwójne urodziny

W zeszłym roku o godzinie 13:40 urodziły się dwie osoby.

 

Jedną znacie z opowiadań;

Jest doskonała, jak każdy z nas; tylko, że ona o tym nie zapomniała, i okazuje to każdym swoim gestem, każdą miną, swoją nieskrępowaną radością, ciekawością, wyrażaniem swoich potrzeb, żądaniem wszystkiego, co jej się należy, zwłaszcza miłości. Kochają ją wszyscy bliscy, ba-kochają ją nawet obcy ludzie w autobusach, w sklepach i na ulicach; każdy, kogo zaczepi- a zaczepia bezwstydnie, bo jako istota doskonała nie ma się czego wstydzić- jest piękny, bo opromienia go uśmiech, odbicie jej własnego ośmiozębnego uśmiechu. Nie umniejsza jej idealności nawet leżenie we własnej kupie, bo nawet jej kupa jest ekstra.

Wiecie o kogo chodzi? Taaak! Oczywiście, że o moją córkę, Antoninę! Urodziła się dokładnie rok temu, o 13:40.

 

A wiecie, kto jeszcze się wtedy urodził?

Też ktoś wam znany.

Urodziła się Karolina-Matka.

Wcześniej, od momentu, kiedy zobaczyła dwie kreski na teście ciążowym, zdawało jej się,  że już jest mamą; no, może inaczej: nosząc w sobie małą, rosnącą, żywą istotkę WIERZYŁA, że już jest mamą, a tym czasem nawet nie spodziewała się, co bycie Mamą ze sobą niesie.

A niesie ze sobą tak wiele: MIŁOŚĆ, taką, jakiej istnienia wcześniej nawet sobie nie wyobrażałam; niesie radość, niesie potrzebę bliskości, i zapewnienia wszystkiego, co najlepsze tej drugiej istocie; niesie także smutek, zmęczenie, zmartwienie- często na wyrost; niesie nieprzespane noce, ale i roześmiane dni. Niesie chęć poświęcania tego, co kiedyś wydawało się ważne, a teraz zeszło na dalszy plan, lub wreszcie zostało odarte ze znaczenia. Tak właśnie jest- rzeczy, które kiedyś były istotne, nagle zdają się drobiazgami, przy takich skarbach jak czyjeś zdrowie, czyjeś szczęście, czyjaś przyszłość, czyjś spokojny sen…

Cały świat potrafi zmieścić się w tej parze maciupeńkich rączek, a rączki te z ufnością wyciągają się do mnie każdego dnia; unoszę więc ten ciepły kłębek szczęścia w ramiona, i idziemy dalej razem dróżką, dzień po dniu, a z nami maszeruje kochający i troskliwy Tateł…

 

Rok temu, o godzinie 13:40 Pan Doktor wyjął z mojego ciała malutką kruszynę; Zapytałam, czy to dziewczynka- potwierdzili; pamiętam, że ktoś po zważeniu jej powiedział: waży Dwa Czterysta, a ja odpowiedziałam- jak na inteligentnego człowieka przystało: TO JAK TEN CIĄGNIK; Lekarz i obstawa popatrzyli na mnie jak na debila, ale ja i tak wiem swoje: POJEMNOŚĆ DWA CZTERYSTA, POJEMNOŚĆ DWA CZTERYSTA… Po czym usłyszałam Jej płacz. Z oczu pociekły mi łzy- nie wiem już, co dokładnie myślałam- nie pamiętam; pamiętam, że łzy płynęły mi do uszu ciepłym strumieniem. Pani Położna przysunęła mi mały, oblepiony śluzem kłębuszek do twarzy, i powiedziała: no, Mamusiu, masz, na pierwszego całuska. Ja przytuliłam się policzkiem, bo gdzieś tak kołatała mi się myśl, że maluszków się nie całuje, dla ich własnego dobra; Położna natarczywie podsunęła mi znowu: no, Mamusiu, całusek! Cmoknęłam więc, trochę zmieszana, że może jednak trzeba całować, a może jestem jakąś wyrodną matką… po chwili zorientowałam się, że chodzi o „zaszczepienie” dziecka… wynieśli ją gdzieś, a mi powiedzieli, że dostanę głupiego jasia, żeby mi szybciej czas szycia minął…

Nie docierało do mnie jeszcze. Ale już się urodziłam. JA- MAMA.

Dzisiaj świętujemy podwójne urodziny.

Sto lat nam w zdrowiu,szczęściu i w miłości, kruszynko. Kocham Cię, Twoja MAMA.

 

PS. Tateł też się wtedy urodził, ale troszkę później niż 13:40; nie wiem, dokładnie kiedy; może, kiedy byłam pod wpływem głupiego jasia, a on „kangurował”, może, kiedy tęsknił do nas obu leżących w szpitalu, kiedy on sam zarywał noce remontując pokój Tosi, a może, kiedy w niedzielę, po przywiezieniu nas do domu, dostał Antosię w ramiona, i razem zasnęli… może to zupełnie nie było w żadnym z powyższych momentów, ale Tateł się urodził, i jest prawdziwym, najprawdziwszym, najwspanialszym, i najtroskliwszym Tatełem pod słońcem. Sto lat i Tobie, Tatełku, Ciebie też kochamy! Twoje: Żona i Córcia- K&A

 

9 miesięcy- wspominki: Rok temu o tej porze…

Rok temu o tej porze leżałam w szpitalu i rodziłam dziecko nowo poznanej dziewczyny. No, może nie do końca tak… ale zacznijmy od początku.

Rano (to był wtorek, pamiętam, jakby to było wczoraj) przyjechała Teściowa, żeby „podoglądać gospodarstwa”, w czasie, kiedy ja będę z Małżonem na standardowym badaniu. Pan Od Gładzi drugi dzień walczył z pokojem naszej córci, spokojnie, bez pośpiechu, bo przecież mamy jeszcze ponad dwa tygodnie na wszystko, a nakładanie gładzi i szlifowanie maszynowe zajmie mu góra dwa dni.

Pojechaliśmy do przychodni.

Jak zawsze uśmiechnięci weszliśmy do poczekalni, bo każda wizyta to USG, oglądanie maluszka, i ploteczki z Panią Dr. Jak zawsze mała obsuwa- nie szkodzi, nie spieszy nam się :) KTG? Bardzo proszę! Och, jak to serduszko zasuwa 😀

Pani Doktor przyjęła mnie po chwili, przejrzała wyniki badań oraz kartę ciąży, i podsumowała, że spokojnie mogę rodzić naturalnie, bo wszystko układa się elegancko (i główką w dół się układa). Zapisała mi jeszcze jakieś tabletki na- jak to pięknie określiła- (UWAGA PANOWIE, ZAMKNĄĆ OCZY!) elegancką pochwę, coby poród poszedł lajtowo: coś tam z witaminkami (wbrew temu, co sądzicie- do stosowania doustnego :). Pani Dr poinformowała mnie, że nadal nie oddali jej maszynki do USG ( zabrana ze względu na jakieś tam remonty, przeprowadzki itp), jest jedna wspólna na kilka gabinetów, więc musimy poczekać. No to poczekamy! Blablabla, o zegarkach, o porodach, o butach, o przysłowiowym siedzeniu maryny… trwało to i trwało, bo Pan Dr Zza Ściany badał panią z ciążą bliźniaczą, i coś mu tam nie grało… ale spokojnie, mi się nie spieszy, bo przecież mam jeszcze dwa tygodnie, jeśli nie więcej…

 

No, to wio na leżankę, a Pana Małżona zapraszam, niech se popatrzy.

-Kochana, to łożysko mi się nie podoba.

-Co znaczy, że się nie podoba?- zapytałam z lekkim niepokojem.

-Widzisz to?-pokazała mi palcem na ekranie plamę, która zupełnie nic mi nie mówiła- to łożysko wygląda na zwapnione.

-Co znaczy, że zwapnione?!- wymieniliśmy z Małżonem spojrzenia, a mój lekki niepokój przestawał być lekki.

-No, że się za wcześnie zestarzało. Nic się nie bój, tak się zdarza przy cukrzycy ciążowej. Czekaj, obejrzę sobie malucha.

Czekam. Kurde, co jest grane? Przecież ostatnie miesiące wszystko szło jak po maśle? Co się teraz dzieje??!! Małżon zza pleców Pani Dr wzrokiem dodaje mi otuchy.

– Wiesz co, dziecko nic prawie nie przybrało od ostatniego badania. Wygląda na to, że łożysko się zwapniło, i nie wyrabia z karmieniem…trzeba będzie przyspieszyć całą akcję.

Pani Dr, jako osoba niezwykle profesjonalna, skonsultowała się jeszcze z Doktorem Zza Ściany, który potwierdził, że owszem, łożysko wygląda nie najlepiej.

-No, Kochana, plan jest taki: masz tu skierowanie do szpitala, jedziesz dzisiaj, tam dostaniesz sterydy na rozwój płucek maluszka, na wszelki wypadek, żeby były gotowe; będą Cię obserwować, i będą mogli szybko zareagować, jakby trzeba było. W piątek podamy Ci oksytocynkę i wywołamy poród. Jak ty się ubierałaś ja już zadzwoniłam do Szefa, że się zjawi jedna taka ze zwapnionym łożyskiem. Postaraj się tam być przed 15stą, oni i tak będą wiedzieć, że jedziesz. Nic się nie martw, ogarniemy wszystko. No, to ciao!

 

No, to jadymy!

Chyc do domu, i łap za wszystko, co pod ręką. Nie to, żebym od kilku miesięcy nie miała spakowanej torby „na wszelki wypadek”, ale akcja potoczyła się zupełnie inaczej, niż mogłam sobie wyobrażać, i parę rzeczy trzeba było dorzucić, przerzucić, dopiąć na ostatni- już nieodwołalnie- guzik. No tak, brakowało książki, bo kto by myślał, że na poród pojadę świadoma tego, że pewnie będzie jakiś czas nudno… Bo w końcu od wtorku do piątku będę leżeć i stękać ze znużenia życiem szpitalnym…

Czułam się fatalnie, że zostawiam tyle rzeczy wywróconych do góry nogami: remont w pełni, i to w najbardziej brudnej i pylącej odsłonie, ciuszki nie poprane i wyprasowane- bo przecież jeszcze mam ponad dwa tygodnie, zdążę wyprać i wyprasować, jak już nie będzie pyłu z gładzi… Mama Małżona zaoferowała się, że zajmie się ciuszkami, wysuszy je u siebie w domu, z dala od pyłu… złoty człowiek, ta moja Teściowa, wcale nie taka z kawałów!

Wychodząc z sypialni, gdzie organizowałam z Teściową ciuszki zahaczyłam o przyszły pokój dziecka;

-Panie Przemku- zagadałam do Pana Speca Od Gładzi- jest mała zmiana planów, zaczynają nas terminy gonić… rodzę w piątek, a nie za dwa tygodnie. Damy radę?

-Oooo! No jak trzeba, to damy radę! Powodzenia!- odpowiedział Pan Przemek

Ostatnie buziaki i słowa pożegnania, trzask drzwiczek samochodu- i już nas nie ma.

 

W szpitalu na recepcji powiedziałam- jak nakazała Dr Superancka- że „Szef już o wszystkim wie”; zostałam skierowana na oddział, na odbębnienie papierologii. Boże mój!-pomyślałam, po pierwszej godzinie wypełniania druczków- może to jednak lepiej, że jestem przed czasem, jeśli to tyle czasu zajmuje?! Ciekawe, jak to ogarniają dziewczyny ze skurczami pełną parą!

Potem było USG- tutejszy Pan Doktor wcale nie miał dla mnie lepszych wieści: łożysko zwapnione, na dodatek wg jego wyliczeń maluszek był dużo mniejszy, niż wychodziło wg sprzętu w gabinecie mojej Pani Dr! -Damy radę, brzuszku, damy radę.

Zostałąm ulokowana w pustej sali, ostatniej, jaka w ogóle była; wybrałam sobie łóżko przy oknie, przebrałam w koszulę nocną, po czym z zadowoleniem wyciągnęłam sobie ulubioną książkę Stephena Kinga: nooo, w domu to bym sobie nie poczytała, tyle rzeczy jeszcze było do zrobienia!

Okazało się jednak, że nie dane mi było długo nacieszyć się lekturą, bo koło 21wszej dorzucono mi sublokatorkę; Magda- bo tak jej było na imię- była już w trakcie porodu; przyjechała po tym, jak odeszły jej wody, a że nie planowała porodu rodzinnego, a położna powiedziała, że „takie skurcze to jeszcze nie poród”- zapakowała się do łóżka, i co cztery minuty zawodziła z bólu, i dodawała coś w stylu: „JAK TO K*&$*WA NIE PORÓD? TO CO TO JEST??!!”.

Jakoś mi było tak głupio leżeć sobie czytając książkę, jak dziewczyna obok rodziła, stwierdziłam więc, że ją podopinguję i pomierzę jej czas między skurczami i czas trwania samych skurczy, tak, żeby wiedziała, na czym stoi. Zaczęła się więc towarzyska rozmowa między oddechami; opowiedziała mi, że to drugie dziecko, i pierwsze było duże, i teraz boi się dużo bardziej, niż za pierwszym razem; nasza rozmowa trwała dosyć długo, i raz po raz Magda śmigała do położnych, w nadziei, że powiedzą, że to już, i że zostanie na sali porodowej; nic z tego- moja nowa koleżanka za każdym razem była odprawiana z kwitkiem, zapewniana, że to jeszcze nie ten moment, i zapewne nie chce się sama nudzić na porodówce. Leżałyśmy więc razem, i rodziłam z nią to dziecko. Tak się przejęłam tym całym biznesem, że aż sama skurczy dostałam! Hę!- pomyślałam z rozbawieniem- może nawet obejdzie się bez oksytocyny! 😀

Koło 2giej rano Magda miała już stanowczo dość bólu (a ja miałam-sorry za szczerość- trochę dość jej jęków, marzyła mi się odrobina snu, w końcu nie co dzień ktoś obok mnie rodzi, a to potrafi cholernie zmęczyć! 😀 ), powiedziała więc, że idzie skorzystać ze znieczulenia zewnątrz-oponowego; wcześniej ją uświadomiłam, że w naszym szpitalu można sobie coś takiego zafundować bez większego problemu. Magda wyszła, a ja nasłuchiwałam jej wycia i zawodzenia dochodzącego najpierw z korytarza, a potem trochę bardziej stłumionego- zza drzwi sali porodowej. Po kilku minutach- zupełna cisza. CO JEST, DO CHOLERY?! Nie możliwe, żeby już zadziałało, nawet anestezjolog nie zdążył by dotrzeć na oddział! Może coś się stało?! Może wywieźli ją na salę operacyjną? MOŻE NIE ŻYJE???!?!?! Wiecie, jakie durne myśli chodzą człowiekowi po głowie w takiej sytuacji? Normalnie miałam myślówę, czy nie pobiec sprawdzić, czy jej się coś nie stało, a nuż była akurat sama? (taaa, tak jakby cały oddział nie słyszał jej porodu!). Po chwili, którą spędziłam na wahaniu się, czy powinnam coś zrobić, usłyszałam na korytarzu: człap, człap, człap… otworzyły się drzwi, weszła Magda, a za nią wbiegła Pani Położna, wołając:

-Na miłość Boską, niech Pani poczeka, ja Pani pomogę!! No gdzie Pani sama idzie?!- Magda na to, z pełnym spokojem- Muszę do ubikacji.

Patrzę na tą scenę z niezrozumieniem wymalowanym na opuchniętej gębie, a Magda spogląda na mnie, i mówi: No, urodziłam już.

WAAAAT????!!!!??????!!!!???!?!

No wzięła, wyszła, urodziła, i wróciła po około pięciu minutach. Sama, na własnych nogach! Jeszcze ją Położna gonić musiała!

JA TEŻ TAK CHCĘĘĘĘ!

Po jakimś czasie Magda tuliła swoją córeczkę do piersi, a ja patrzyłam na to niemal z nabożnym zachwytem; To tak to wygląda… Ależ ona jest super Mamą, urodziła, i już wszystko wie, co ma zrobić, jak ma zrobić… łaaał…..

Powiedziałam Magdzie, że jest niesamowita: tak wszystko ogarnia. I skąd ona wie, czego to dziecko od niej chce? Wtedy własnie Magda nauczyła mnie wszystko to, co powinnam wiedzieć jako Początkująca Mama. Całą mądrość zawarła w jednym zdaniu, którego nikt nie mi wcześniej nie powiedział, nawet na szkole rodzenia, na zajęciach o zajmowaniu się noworodkiem:

-To proste! Jak dziecko płacze, to sprawdzasz: pielucha czysta? jest mu zimno/ciepło? Jest głodne? Wygląda na chore? Nie? Nic z tego? znaczy, że nie wiadomo, o co chodzi, po prostu je przytul. A jeśli nie minie, to się będziesz później martwić.

 

Rano okazało się, że ja też już rodzę.

Tak się przejęłam porodem Magdy, że miałam regularne skurcze, i inne tam takie… tylko u mnie nie było tak, jak u Magdy.

Ale o tym innym razem.

 

9 miesięcy- wspominki, część czwarta.

Scena piąta, w której- mimo odstającego już całkiem nieźle brzucha- zastanawiam się, czy ja w ogóle jestem w ciąży.

 

KIEDY TEN MALUSZEK SIĘ WRESZCIE PORUSZY?!?!

Może ja mam po prostu wzdęcia? Kurde, no bywało, że wzdymało mnie tak, że wyglądałam nawet na szósty miesiąc, ale bez przesady! A może jednak? Może okaże się, że to wszystko jakaś pomyłka? Będę musiała stanąć twarzą w twarz ze wszystkimi w pracy po powrocie z L4, i powiedzieć, że jednak mi się wydawało, i wcale nie byłam w ciąży?

No ale chwila, moment! Przecież Pani Dr stwierdziła, że dziecko jest, słyszałam serce… co ja w ogóle gadam! Na pewno jestem w ciąży, przecież widziałam dzidziusia na USG! Uffff, jaka ulga!

Tylko KIEDY ON SIĘ WRESZCIE RUSZY?!?!?!

 

To był week end. Sąsiedzi zaprosili nas na grilla; fajna sprawa, bo nie dość, że ja nie piję, bo w ciąży jestem (prawie wszystko na to wskazuje, mimo mojego głupiego myślenia w ostatnim czasie), to na dodatek idziemy drzwi obok, więc Małżon na pewno będzie mógł machnąć sobie jakiegoś drinka 😉 A niech ma, należy mu się, tyra ciężko przy remoncie…

Impreza podzieliła się: chłopcy osobno gadali o dupie maryny (celowo z małej litery piszę, bo to nie o prawdziwą Marynę chodzi, tylko o temat typu: „beleco”), a dziewczęta o dzieciach i ciążach. Oczywiście ja jako jedyna byłam dopiero „w trakcie”.

-Dziewczyny, jak ja już bym chciała, żeby to dzieciątko się poruszyło! Normalnie zaczyna mi się zdawać, że to tylko jakiś sen, albo pomyłka! Czekam na te pierwsze ruchy jak na zbawienie!

-Nic się nie martw, będą ruchy! Jeszcze będziesz miała dość tych kopniaków w wątrobę!

-Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, żeby mieć tego dość! :) Przecież to wreszcie jakiś konkretny kontakt typu: „Mamo! jestem tu!” To musi być super…

 

…i tak dalej, i tak dalej.

(Nie muszę wam chyba mówić, ile razy sprawdzałam na necie, kiedy u „pierwiastek” pojawiają się pierwsze wyczuwalne poruszenia… i te wszystkie opisy typu: „jak skrzydła motyla”, czy też ” jak rybki”… kurde! Jak to jest??!!)

 

Impreza skończyła się nietypowo, bowiem… Małżon mi się konkretnie urżnął 😀 Nie zdarza mu się to często, ba- nawet prawie wcale! No ale co mogę powiedzieć- sąsiad to twardy zawodnik, a mój mąż jest ostatnio dosyć utyrany fizycznie…słabszy dzień miał, i tyle.

Nic to, daleko do domu nie mamy, jakoś dotrzemy! 😉 Sąsiedzi, jak to zazwyczaj bywa, odprowadzili nas spacerkiem pod furtkę, żeby mieć pewność, że nas kosmici nie porwali (tak na prawdę fajnie nam się gadało, i ciężko się było rozstać, a letnia noc przyjemna, i zachęcająca do przechadzek). W domu zapakowałam Małżona do łóżka (no okej, przyznaję, że nie był AŻ TAK zrobiony, sam się zapakował 😉 ), i sama położyłam się obok niego. Leżę i leżę, i zasnąć nie mogę! Dodam, że pijackie pochrapywanie przyszłego Tateła wcale mi nie pomagało… do tego nie mogę spać na brzuchu, a to od wieków była moja ulubiona pozycja… tak źle, może drugi bok- nieee, też nie za fajnie, położę się na chwilkę na plecach, policzę owce, czy oddechy, może jakoś zagłuszę tego chrapacza…

EJ…. co to było!!!??????!?!?!?! Kule, zdawało mi się, czy jak? EJ! NIE ZDAWAŁO MI SIĘ!

TATEŁ!!!!!! DZIDZIUŚ SIĘ RUSZYŁ!!!

😀

Szturcham z zapałem tą trzeszczącą kłodę leżącą w pościeli na miejscu mojego Małżona. Kłoda drgnęła, otwarła oczy i łypie; a ja na to do Kłody: MAŁŻON, Twoje dziecko się ruszyło! Na serio! Tutaj! Super, nie?

Kłoda pokiwała z zapałem głową, odpowiedziała coś w stylu: „blablebleblublobulbul” , po czym beznamiętnie odwróciła się tyłem do mnie, i ponownie zatrzeszczała.

A ja leżałam cicho jak myszka, usiłując wyłapać coś więcej we wnętrzu mojego brzucha. Nic, cisza.

W końcu, znużona czekaniem, usnęłam.

Ranek:

Po wymienieniu trzystu smsów z dumną babcią, która to opowiedziała mi, że „w jej czasach” pierwsze ruchy określały „półmetek ciąży”, wreszcie doczekałam się przebudzenia człowieka-który-jeszcze-jedzie-na-oparach-i-nie-może-legalnie-prowadzić-samochodu, znanego wam jako Małżon: ELEGANCKO, NIE? Już się nie mogłam doczekać!

A Małżon na to :

-aleosochozi?

-No nie mów, że nic nie pamiętasz??!!??!!

-ALEOSOCHOZI???

Kurtyna!

Scena szósta, w której jest bardzo słodko, potem zupełnie przestaje być słodko, a na dodatek Pani Dr po raz pierwszy (i ostatni) wykazuje się okrucieństwem. Mniej lub bardziej świadomym.

Naczytałam się o tym teście glukozowym, że dziewczyny się po tym źle czują, i w ogóle, że dwie godziny trzeba siedzieć na tyłku, że można zwymiotować, i wtedy znowu trzeba pić to paskudztwo… poszłam więc na to, jak na skazanie; zwłaszcza, że nie należałam do słodyczo-żerców, raczej do tych od śledzika i ogóreczka, i wizja przesłodzonej słodkości mnie wykręcała. Dobra, skłamałam, ostatnie dwa tygodnie zażeram się słodyczami jak nigdy dotąd! Ale o tym sza…

Dzień dobry Paniom- rzeczę kulturalnie, bo wypada być miłym nawet dla zawodowych oprawców z igłami. Poza tym lubię tych oprawców, też są mili, i często ich ostatnimi czasy odwiedzam.

-Dzień dobry! Numer karty?-xxx xxx- O, to Pani ma od Dr Superanckiej skierowanie na badanie poziomu cukru. Ma Pani glukozę? To proszę poczekać, skoczę po wodę… (hyc hyc). Proszę sobie rozmieszać, i spokojnie wypić, najlepiej na dwa razy.

Wzięłam ten kubek w łapę, i zaglądam do niego z niesmakiem:

-Pani Dr mówiła, że można cytrynę sobie wycisnąć do tego… Nie? Nie można? Może wyniki sfałszować, i trzeba będzie powtarzać? aaa, to dziękuję. Na dwa razy mam wypić? No, to chlup w ten…

-myślę sobie: nie mam takiej paszczy, żeby to na dwa łyki wziąć, ale oszukam troszkę, i…

Zatkałam nochal, i ciurkiem wypiłam wszystko, małymi, szybkimi łyczkami. Może i nie dwoma, tylko kilkoma, ale też dało radę. Nie było takie złe, ot, taki sobie hiper-skondensowany-i-przesłodzony-lukier-z-potrójnym-cukrem. Drobnostka.

(potem dowiedziałam się, że tej Pani chodziło o to, że mam sobie pić spokojnie, i zrobić dłuższą przerwę… ale ja o świcie taka niekumata!)

Pani zrobiła PIK* i z uśmiechem odprowadziła mnie do drzwi: no, to widzimy się za dwie godzinki! Niech Pani sobie usiądzie, i za dużo się nie rusza. A tą wodę tu- wskazała na niepełny, malusi, smutny kubeczek z wodą- może sobie Pani sączyć przez te dwie godziny. Ale proszę nie dolewać! No, to do zobaczenia!

Wyszłam do czekającego troskliwego Małżona, który to obiecał zostać ze mną trochę, mimo tego, że miał jakiś byznes-miting. Usiadłam, oparłam głowę o rękę, i…

-Małżon, spoko, nie będę raczej wymiotować, ale możesz sobie iść, nie mam siły gadać, kręci mi się w głowie. Wróć, jak dasz radę, za te dwie godzinki, przenieść moje zwłoki z powrotem do tamtego gabinetu. Cmok, papa.

 Frajerka- myślałam, że sobie poczytam, czy do mamy zadzwonię na poranne ploteczki o brzuszku… Siedziałam dwie godziny jak naćpana jakaś, świat mi wirował, ciałem nie miałam ochoty ruszać, bo działy mi się z nim jakieś dziwne rzeczy… nawet audiobooka nie miałam siły zapuścić. Siedziałam tam jak otępiała, i gapiłam się na ludzi w poczekalni martwymi niemal oczyma.

Dwie godziny później- PIK, i gotowe! a teraz, Małżon, idziemy do Restauracji Innej Niż wszystkie (czyt NAJBLIŻSZEJ, i zaleconej -serio- przez Panią Dr „żeby Ci porządnie cukier skoczył, i żebyś wróciła do żywych”) pozbierać mnie do kupy.

„Minęło czasu mało-wiele”, idę z wynikami do Pani Dr.

-Dobryyy! Pani Dr, mam tu wyniki testu glukozowego.

-Pokaż no to kochana. Co tam, diety się nie trzymało, jak zaleciłam? Jadłaś coś słodkiego i tłustego w week end?

-Ależ w życiu Pani Dr! Jadłam warzywka na parze, i w ogóle same dietetyczne rzeczy!-odpowiadam zgodnie z prawdą, i z nieukrywaną dumą, bo wcale nie było łatwo trzymać dietę w ten akurat week end.

-ooo, to lipa, znaczy, kochana, że masz cukrzycę.

-Jak to cukrzycę? To nie może być prawdą, zwłaszcza teraz, kiedy akurat mam w przyszłym tygodniu upiec pierwszy tort w moim życiu, na urodziny Małżona! (o powodach kierujących mną do wejścia do kuchni i spróbowaniu moich sił w branży cukierniczej można przeczytać gdzieś TU , chyba na końcu wpisu)

-Nooo, kochaaana! Najlepsze na świecie torty to są bezowe! Idziesz do cukierni, kupujesz blaty bezowe, wiesz, takie okrągłe, do tego masa. Jakbyś wiedziała, jakie moja teściowa masy robiła, z mascarpone! Najlepsze na świecie! Najlepiej tak: bierzesz ten serek, do tego kawę…

-Dobra, Pani Dr, niech Pani skończy, bo ja się już ślinię, a właśnie się dowiedziałam, że nie mogę jeść słodyczy.

-czekaj, czekaj! Bierzesz kawę, do tego ten serek ucierasz z cukrem, mówię Ci, rewelacja! No i potem te blaty przekładasz. Albo możesz np zrobić szwarcwaldzki, też jest dobry. Albo czekoladowy…

-Pani Dr, litości, będę mogła w ogóle coś takiego zjeść?

-Cieniusi kawałek, taki mały grzeszek, tylko mi po tym poziomu cukru nie mierz! No i wiesz, taki czekoladowy to na biszkopcie…

-Pani Dr, serio, dosyć już!

-Ale teraz jest sezon na truskawki, to możesz….

i tak dalej, i tak dalej…

Pani DR z zapałem konesera i znawcy tematu kontynuowała wywód przez długą chwilę, a ja przytakiwałam, odnotowując w pamięci słowa-klucze do wyszukiwania przepisów w necie, a w duszy szlochałam, marzyłam o tortach śmietankowych, i sekretnie przełykałam ślinę i słone łzy.

I TAK TO WŁAŚNIE BYŁO.

Kurtyna!

*PIK=okrutne i bestialskie naruszenie świątyni mego ciała okrutną i bestialską igłą. W celach medycznych, ma się rozumieć!

Ogarniacz powierzchni płaskich, i mniej płaskich

Jakbyście widzieli, jak Tosinka zasuwa na czworakach! Normalnie jak torpeda!

Bardzo fajna sprawa to raczkowanie! Antosia stała się przez to taka niezależna :) nie jojczy ciągle, żeby przy niej być non stop, tylko ogarnia sobie świat sama; zasuwa, przemierza, odkrywa.

Teraz sama muszę biec do niej, żeby upewnić się, że za bardzo nie broi!

Podchodzi sobie do różnych rzeczy, czy osób, wspina się po nich, opiera i stoi; drepcze wzdłuż mebli, wspina się po krzesłach, na stojąco schyla się nad pojemnikami na zabawki, i po jednej rzeczy wszystko z nich wywala. Albo wyrzuca orzechy z wiaderka w kuchni. Albo cokolwiek.

Do tego jest małym odkurzaczem: wyszukuje paproszki, i natychmiast wsadza je do buzi.

Zuch dziewczynka!

Codziennie robi coś nowego, w tym i takie rzeczy, których lepiej, żeby nie robiła, np:

parę dni temu wsadziłam ją do tego prostego krzesełka i dałam jej chlebek do łapki, żeby zajęła się na chwilę sobą, po czym sama oddaliłam się na jakieś 2,5m żeby coś przy garach pokombinować (że obiad jakiś, czy co). Odwracam się po chwili, patrzę, a Tosiałek siedzi pupką na „podłokietniku”, nóżkami na siedzisku, i macha do mnie obiema łapkami. NORMALNIE GROZA, ZAWAŁ I POPŁOCH! Z prędkością światła znalazłam się obok córci, która zadowolona pomachała mi chlebkiem przed nosem.

Ty głupia mamo, ty! To krzesełko nie ma pasów!-upomniałam się po ochłonięciu- Z resztą i tak ich nigdy nie zapinałaś! Od dzisiaj życie przestało być łatwe…

Albo: znalazła na ziemi piętkę z chlebka, która wypadła mi z woreczka po chlebie krojonym, i której nie umiałam sama namierzyć, i zaczęła sobie nią wygarniać paproszki ze szpary między kafelkami a starym progiem do pokoju, i wszystko razem zjadać… całe szczęście złapałam ją na tym procederze niemal natychmiast 😉

Różne takie niespodzianki nam szykuje, ale to, co zrobiła wczoraj, rozłożyło nas na łopatki!

Wieczór, tuż przed standardową porą kładzenia Tosi do łóżeczka.

Małżon, muszę dziś pieluchy wyprać, idę więc do góry opróżnić suszarkę, żeby tego po ciemku nie robić, jak Tosia będzie spać. Rzzuć tam okiem na Tosinkę, siedzi na macie.-Okej, tylko jeszcze maila wysyłam, ale spoko, idź, będę patrzył.

Wchodzę więc po naszych stromych schodach na pięterko, i słyszę za sobą raczkujące tupu-tupki. Ocho, ktoś mnie śledzi! pomyślałam; lepiej zrobię „akuku”, żeby jej się nie zrobiło zbyt smutno jak zniknę, bo wiadomo, że dziecko zmęczone łatwiej doprowadzić do płaczu i trudniej uspokoić. Pewnie siedzi na dole schodów i zaczyna się smucić, że sobie poszłam. Wyskakuję więc zza rogu w celu zawołania ” A KUKU!”, i zamiast tego wołam…

MAAAŁŻOOOON!! CHODŹ TU SZYBKO! ONA JUŻ JEST NA DRUGIM SCHODKU!!!!

Nie mogłam zbiec z góry, bo gdyby się wyprostowała, żeby na mnie patrzeć, mogła by zlecieć; dlatego zawołałam, żeby Tateł asekurował; on pozwolił jej raczkować za mną, bo nie sądził, że zacznie wchodzić na schody! I znowu mamy nauczkę!

Małżon mówi: ech, wlazła tylko tu, bo tu jest niższy stopień, ale zobaczmy, co zrobi dalej.

Patrzymy, a Tosinka dzielnie wdrapuje się dalej! SZOK! To jest wędrowniczek jeden!

Tateł pyta: masz aparat? -Kurde, nie mam! Poza tym i tak w telefonie bateria mi siada… :( No trudno, innym razem…

Krok po kroczku, w asyście Tateła, który asekurował i czasem podpierał, z przerwami na pokazanie mi swojego roześmianego i dumnego oblicza, panna Antonina wspięła się na sam szczyt! A my pękaliśmy z dumy, i skakaliśmy z radości! Coś wspaniałego!

 

Jak tylko Tosia dotarła do mnie na górę, Małżon poleciał po swój telefon, po czym wziął Tosię znowu na dół; a ona, z wprawą osoby, która robi coś bynajmniej nie po raz pierwszy, zaczęła znowu zasuwać, tym razem bez zbędnych przerw na pokazanie mi swojej cudnej, roześmianej buzi; ten sam dystans pokonała w dwa razy szybszym tempie! No okej, z paroma przerwami na polowanie na paproszki.

Byliśmy na serio w szoku, bo nie spodziewaliśmy się, że tak łatwo jej to pójdzie! Poza tym nasze schody są BAAARDZO strome.

BRAWO TOSIA!

Po tej historii Tosię tak rozpierała energia i entuzjazm, że do 22giej nie było mowy o położeniu jej spać; o dziesiątej mówię do Małżona: ej, już trzeba ją położyć, bo to lekka przesada…weź ją może do góry, a nuż zaśnie…

Tateł wziął ją na łapki, Mameła dała buzi, a Tosieła, wiedząc, co to oznacza, uderzyła w ryk.

No nieeee, niezła lipa! Nie będzie chciała zasnąć!- pomyślałam, i nasłuchiwałam odgłosów kroków na górze. Dotarli do łóżeczka, skrzypnęła podłoga, i…. JAK NOŻEM UCIĄŁ! Padła natychmiast! Uffff….

Umówiłam się z Małżonem, że rano obudzi mnie o 7mej, żebym poszła z Tosią do lekarza (jest podziębiona), po czym sama poszłam spać.

Śpię sobie spokojnie, i w pewnej chwili z jednej strony szturcha mnie Małżon, a z drugiej dochodzi mnie rozbudzeniowe kwilenie Tosi;

-Co jest?- Pytam Małżona.

-Chciałaś, żeby Cię o 7mej obudzić.

-No okej, podaj mi Tosię i mnie obudź o siódmej- odpowiadam mało przytomnie.

-ale już jest siódma!

-Jak to siódma? O co chodzi?- i wtedy do mnie dotarło- ŁOOOOOOOT????????? TOSIA PRZESPAŁA CAŁĄ NOC????!?!?!?!

Za sześć dni Tosia skończy rok. I z wczoraj na dziś pierwszy raz przespała całą noc. Musiała się nieźle utyrać na tych schodach.

No, to chyba mamy nową część wieczornej rutyny! Kilka przebieżek po schodach na dobry sen! 😉

A tak na prawdę- byłam rano taka szczęśliwa, że aż nie mogłam z powrotem zasnąć, kiedy Tosia, po nakarmieniu… ponownie zasnęła! Na godzinę!

Ach! Oby to nie był odosobniony przypadek, tylko początek nowego, szczęśliwego roku 😉

Życzę sobie, Małżonowi i Tosi, a także wszystkim innym niewyspanym rodzicom samych takich nocy!

Buziaki, do wkrótce! :)

 

PS. Tak „umebluję” dom marzeń, w którym wszyscy będziemy dobrze spać 😉

tapety.joe.pl-schody-prowadzace-do-nikad

Tablica sensoryczna

Obiecałam sobie, że wrzucę wpis o mądrych zabawkach, ale planowałam skonsultować się ze specjalistą 😉 czyli Mamą Ewą. Sęk w tym, że nijak nie mam jak się z nią spotkać, bo z okazji urlopu Małżona nieco zmieniły mi się trasy spacerowe, a i zarządzanie czasem jest trochę inne.

Skoro tak- zrobię osobnego posta na ten temat, a póki co pochwalę wam się moim dziełem typu ZPT* (*Zajęcia Praktyczno-Techniczne).

Temat został mi podrzucony przez Bożkę, mamę Le Gościówy, której to serdecznie dziękuję za podesłanie mi znienacka masy linków z tablicami sensorycznymi. Gdyby nie te linki, w życiu bym nie wpadła na to, żeby zmajstrować taką zabawkę :) chociaż pierwszą DIY grzechotkę mam już dawno za sobą 😉

Zgnieciona butelka po mineralce, pełna szeleszczących guzików, i chlupiącej wody; szał!

Zgnieciona butelka po mineralce, pełna szeleszczących guzików, i chlupiącej wody; szał! A na dodatek super zakrętka do obgryzania!

Prawda jest taka, że żeby zabawka była dobra, wcale nie musi mieć baterii, grać, świecić, wibrować- przekonałam się o tym dając dziecku łyżeczkę do ręki! Nie mówiąc o kasztankach, które są zawsze „trendy” 😉

Ileż jest na rynku zabawek „edukacyjnych”, których zadaniem jest „dbanie o rozwój” dziecka… spójrzmy prawdzie w oczy: te zabawki dbają głównie o rozwój portfela producenta :)

Dziecko na pewnym etapie swojego życia zaczyna bawić się zmysłami: poznaje świat przez dotyk, zapach, smak (oj, taaaak, wszystko MUSI trafić do buzi! Zwłaszcza, jeśli tak naprawdę zupełnie się tam nie nadaje!), dźwięk; zauważa kształty, faktury, powiązania między akcją a skutkiem. Można nieraz niemal obserwować trybiki poruszające się pod tymi mięciuśkimi włoskami na głowie!

Postanowiłam zasłużyć choć raz na miano prawdziwej Żony Człowieka Polibudy, czy też Człowieka Renesansu (jak go nazywa mój Padre), znanego wam jako Małżon. Wybrałam się więc do mojego ukochanego sklepu CASTORAMA, i otwarłam głowę. Kupowałam rzeczy zwykłe, które moim zdaniem mogły by zainteresować Małego Odkrywcę, w tym dwa obleśne sztuczne kwiatki- nie ważne, że brzydkie, ważne, że szeleszczą (jakoś przeżyłam ironiczny komentarz mojego kumpla pracującego na miejscu: „Oooo, jakież piękne kwiaty!”- pewnie myślał, że planuję wsadzić je do doniczki, i udawać perfekcyjną panią domu…).

W pewien piękny dzień, kiedy Małżon rozbierał dach z Teściem w poszukiwaniu martwego mięsa (takie tam nowe hobby), a Antoninka z Babcią wybyła na spacer w poszukiwaniu głębokiego snu i przygody, Mama wzięła w dłoń wkrętarkę,

20141008_132903

 

Nożyczki i taśmę dwustronną,

20141008_132700

 

kupę dziwnych bajerów znalezionych w domu,

20141008_132740

i zabrała się do roboty.

Przyklejała, wkręcała, wycinała, kombinowała, i tak powstało to COŚ.

 

Oto jest, przedstawiam waaam….

TABLICĘ SENSORYCZNĄ ANTONINKI!

20141008_200012

I co, podoba się wam? Bo Antosi tak :) A to dla mnie najważniejsze :)

Jak na razie bawi się pod ścisłą kontrolą, bo jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie tą tablicę przymocować, więc teraz muszę ją przytrzymywać, gdy Tosia szarpie, kręci i maca, ale już wkrótce przyczepimy ją gdzieś na stałe.

Może i taka zabawka nie cieszy zmysłu estetycznego nas, rodziców, którzy powoli zapominamy, że tęczowy pluszak to nie była najfajniejsza zabawka świata, bo patyk przewyższał ją pod każdym względem, ale starałam się kombinować raczej w stronę patrzenia oczyma posiadaczki małych, ciekawych rączek :) Jestem dosyć zadowolona z tablicy, mimo, że zabrakło na niej dwóch bardzo ważnych wymarzonych przeze mnie elementów, czyli tradycyjnego zamka do drzwi, i pstryczka do światła; tego pierwszego nie kupiłam, a tego drugiego nie zamontowałam, bo wyrzynarka Małżona wyjechała na misję.W planie jest także dzwoneczek,rzep i kilka sznurów koralików do koszyczka- jak tylko dorwę takie rzeczy 😉 ) No patrzcie tylko- kawał dobrej roboty w stylu ZPT, zwłaszcza w wykonaniu baby o dwóch lewych rękach! (Rany, nie macie pojęcia, ile czasu spędzałam będąc w ciąży na blogach DIY marząc, że kiedyś będę potrafiła robić RZECZY!)

Okej, to teraz oprowadzę was po tym cudzie 😉

20141008_200024

Od lewej: górny róg, to- jak się domyślacie- owe kwiatki wątpliwej urody; nadają się do macania, szarpania, kiziania. W środku mają najprawdziwsze kwiatowe plastikowe słupki! Poniżej serce z papieru ściernego (oczywiście nie takiego mega ostrego!)- Antosia jest nim zafascynowana, spędza przy nim kupę czasu, głaszcząc je i drapiąc. W dół- dyndający łańcuszek, zawieszony tak, żeby zwisały oba końce- można z nim robić co tylko wpadnie do głowy. W prawo od łańcuszka- rozkosz dla oka i małych opuszków- cztery różne materiały: szorstka myjka do naczyń, kawał wykładziny i dwa rodzaje bawełenki. Powyżej kłódka…

20141008_200042…kłódka- z kluczykiem na dużym, złotym łańcuszku- wisząca na czerwonej wstążce; można bawić się w otwieranie i zamykanie, ale także trzaskać nią jak kołatką. Dalej widać seledynowy woreczek z celofanem (ach, jak szeleści!), poniżej zieloną kokardkę utrzymującą miziutki pomponik (wiecie, jak trudno jest zrobić pompon mając do dyspozycji mega-tępe nożyczki?!?!) do ugniatania i koszyczek z różnościami. Ciut wyżej łańcuch do drzwi (ciekawe, ile czasu zajmie Tosi rozbrojenie go :) ).

20141008_200048Od łańcucha w górę widać papier ścierny, tym razem cięty we frędzelki 😉 obok trzy różne, kolorowe wieszaczki (w tym jeden „na głowie”, a co, wolno mi!), poniżej srebrny (dla odmiany) łańcuszek, woreczek z fasolą, i kolejna próbka materiału. Dziurka na lewo od woreczka wywiercona była pod pstryczek-elektryczek, ale póki co została nie zakryta, i stanowi wartość sama w sobie: Antosia pcha do niej paluszki, żeby zbadać, co jest po drugiej stronie.

20141008_200228

 20141008_200210Do koszyczka przyczepione są gadżety: wstążeczka, piankowy papilot, i naciągany dinks na kartę (z poprzedniej pracy mi się ostał), a do środeczka włożyłam szyszunie :) no bo kto nie lubi sobie dotknąć szyszuni! ale oczywiście mogę uzupełniać kubeczek o to, co tylko przyjdzie mi do głowy.

TADAAAM!

I co, podoba wam się?

Myślę, że to całkiem fajna rzecz, mimo, że ta moja akurat dziełem sztuki nie jest 😉 Dziecko może rozwijać swoje zdolności manualne, cieszyć zmysły i pobudzać wyobraźnię.

Dajcie znać, co sądzicie o takich zabawkach! Jeśli macie na koncie jakieś DIY, pochwalcie się!

Ja marzę, że nauczę się kiedyś szyć, a wtedy zacznę robić maskotki dla Tosi i ozdoby do pokoiku. No co, trzeba marzyć!

I tym oto optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze pisanie! I pochwalę się, że jestem już gotowa do spania, i jest cień szansy, że się wreszcie wyśpię!

CIAO!

Spaniowe traumy

Cześć i czołem!

 

Tosia- jak wiecie- nigdy nie należała do dzieci, które lajtowo zasypiają. Zasypianie to było albo zawisanie na godziny na piersi (och, grawitacjo, bądź łaskawa dla e-mamy!), albo godzinne darcie, albo skakanie w chuście… tak czy siak nigdy nie należała do tych książkowych maluchów, które to zasypiają natychmiast odłożone do łóżeczka, albo grzecznie się w owym łóżeczku bawią, zanim spokojnie odpłyną w krainę snu.

Teraz sprawy zasypiania wyglądają lepiej, bo ostatnio Mr Tateł odkłada Tosinkę, buzi buzi, i ucieka na dół; Tosia płacze jakieś 2 minutki, po czym jest cisza i spokój- czyt: prawdopodobnie zasypia, a przynajmniej zaczyna się wyciszać.

Rytuał przed zasypianiem natomiast nadal ma znamiona zawisania na cycku, bo po kąpieli jest jeszcze godzinka zabawy z wielokrotnym zahaczaniem o piersi mamy. Dzisiaj, po trzydziestym zabawowym ugryzieniu małego psotnika, zakrzyknęłam: BASTA! Idziemy się pobawić na matę, byle jakoś spokojnie, bo przecież już pora wyciszania, a nie hulanek.

Pomyślałam sobie: oto nadszedł moment na zmianę rytuału, włączając w to moje wcześniej zaplanowane usypianie misiów. Z pudełka na buty i ręczniczków uczyniłam prowizoryczne łóżeczko, i przyniosłam „aktorów” nowej zabawy: specjalnie do tego wybranych Pana Mysz i Panią Żabę (nie lubimy ostatnio myszy, ale ta jest całkiem spoko :) ). Wymyśliłam sobie już jakiś czas temu, że te dwie maskotki od Cioci Ani będą właśnie wspomagaczami zasypiania, i oto dziś nadszedł ich czas…

 

Kamera...AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Kamera…AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Aktorzy scenki rodzajowej poza planem

Aktorzy scenki rodzajowej na planie po zdjęciach 

Usadowiłam Antosię na macie, usiadłam obok niej, i tłumaczę jej: Antosiu, teraz Pan Myszka pójdzie spać- wzięłam Pana Myszkę na rączki, ukołysałam, śpiewając: AAA , Kotki dwa… Patrzę, a tu buźka mojej córuni wykrzywia się w podkówkę! No wiem, że może nie śpiewam jak dawniej, albo może dobór piosenki o kotkach dla Pana Myszy był niezbyt delikatny, ale żeby od razu płakać? Nie rozpłakała się jednak. Dałam jej pocałować Pana Myszę, przytuliłyśmy go obie, położyłyśmy do pudełka… i WTEDY Antosia się rozpłakała na dobre!

Przytuliłam Antosię, i mówię jej: Pan Myszka zaśnie sobie, i będzie miał wesołe sny, a jutro wstanie, i będzie się z Tobą bawił! -Nic to nie dało, szloch trwał dalej.

Postanowiłam odciągnąć jej uwagę Panią Żabką- Zobacz Antosiu, Żabka sobie skacze wesoło!- tu już było lepiej z nastrojem. -Żabka skacze, ale już jest późno, musi więc iść spać! Daj Żabce buzi!- Tu Antosia dała buzi- Zrób Żabce „moja, moja”- Tu Antosia łaskawie dała się objąć łapkami Żabki- sama nie tuli na zawołanie byle kogo 😉 . No, to teraz zrób Żabce PA PA, Żabka idzie spać razem z Myszką.

ANTOSIA W RYK.

 

Zobaczcie, jakież to smutne! Koniec zabawy, trzeba iść spać! Antosia nie lubi iść spać.

To dziecko nie przestaje mnie zadziwiać- była w stanie przełożyć sobie całą sytuację, wczuć się w cierpienia Myszki i Żabki, które muszą iść spać, i które, tak jak ona, zapewne nie lubią tego strasznie!

Wyszło tutaj (ponownie), jaką traumą jest dla Antosi temat spania.

Stwierdziłam, że tym bardziej będę odgrywać wieczorny teatrzyk, żeby tą straszną paskudę zwaną snem jakoś oswoić, żeby Antosia widziała, że ani Pan Myszka, ani Pani Żabka nie mają nic przeciwko spaniu.

 

No, to Dobranoc!

Szykuję się do wpisu o Tosinej tablicy sensorycznej maminej roboty :) Chciałam już to wrzucić, ale stwierdziłam, że przygotuję się lepiej, i napiszę z pomocą Mamy Ewy coś na temat zabawek- tych mądrych, i tych trochę mniej.

Do zaś więc!

 

Truchło namierzone!

Cześć i czołem!

 

Wczoraj Mr Tateł po grzybobraniu i kawie wszedł na szczyt szczytów z ekwipunkiem godnym Dżejmsa Bonda- kamerą szpiegowską typu szalony wąż i sprężyną do przetykania rur, i zapuścił żurawia we wszystkie przewody nawiewu ciepłą odchodzące od pompy. Wdychał kurz, pył i ciciki z waty mineralnej, gmerał, sznupał, poszukiwał…

Ja w tym czasie łapałam wiatr w uszy i zbierałam sople w nosie na spacerze z córką moją, córką brata, i bratową (powiewy lodowatego wiatru na początku października powinny być zabronione!). Pospacerowałyśmy sporo ponad godzinkę, i wróciłyśmy marząc o gorącej czekoladzie.

W wejściu natknęłyśmy się na Tateła stojącego na drabinie, który to wyczerpał już limit gmerania ze strychu, i postanowił przenieść zabawki znowu do przedpokoju.  Zmartwiło mnie to co nie miara, bo znaczyło, że poszukiwania „odgórne” nie przyniosły skutku… Pytam więc: jak jest? A Tateł podekscytowanym głosem oznajmił: właśnie znalazłem paskudę, zaraz będziemy oglądać filmik! Złazi ten mój men z drabiny, zapylony i brudny jak nieboskie stworzenie, siada z zapałem na podłodze, i zapuszcza film; nie powiem, tylko popcorn wziąć i zasiąść w fotelu, okulary 3D, i czujesz się jak w metalowym jelicie. Nagle Małżon rzecze: O, tu jest: widzisz? To jest oko, tu głowa… no tu, widzisz? – nie widzę! No jak nie widzisz, przecież widać wyraźnie! Tu jest- mówi Małżon wskazując palcem kontur czegoś przypominającego cień rzucany przez spory farfocel kurzowy. Hmmm, ten farfocel rzeczywiście ma wytrzeszczone OKO! Nooo, teraz widzę! Tu się ukrył ponury miotacz smrodu i zarazy!

SUKCES! Padlina namierzona!

Teraz pozostało nam tylko…

No właśnie? Co? Jak go stamtąd usuniesz Panie Tateł?

No, to teraz wystarczy rozwalić pół ściany w Tosinym pokoju (tym cudnym, świeżo zrobionym, wygładzonym i pomalowanym słonecznym pokoiku!).

Moje serce zadrżało spazmatycznie. Znowu syf i gruz. To nasza melodia ostatnich lat…

Jest jeszcze jedna opcja- stwierdza Tateł po namyśle-mogę się do tego dostać rozbierając dach.

Mój mężczyzna kochany, zawsze znajdzie jakieś wyjście! <3 A do tego puchnę z dumy, bo przecież nie każdy potrafi dach rozebrać i złożyć z powrotem, nie mówiąc o zaplanowaniu całej akcji z kamerą typu szalony wąż!

 

Kurde, chcieliśmy odpocząć :( a tu…

NIE MA TO JAK POLAK NA URLOPIE, zawsze znajdzie się coś ciekawego do roboty.

 

Trzymajcie kciuki za Pana Tateła.

A ja może- jak odetchnę kilka dni i prześpię parę nocy-rozprawię się wreszcie z aronią zawalającą nam pół zamrażalnika.

PAPA!

 

PS. Planowaliśmy jechać w pn na basen z Tosią, po raz pierwszy, ale oczywiście plany wzięły w łeb- zamiast tego trzeba jechać do lekarza, bo Tosinka ma ostrą chrypkę, i jest cosik płaczliwa, obstawiam, że gardełko też czerwone… No cóż, zamiast rekreacyjnego nurkowania w basenie będzie nurkowanie w  głębi dachu z misją wydobywczą. I nurkowanie w słoikach.

Ściski!

Coś tu zdechło, czyli uważaj mamo, czego sobie życzysz.

Kurde, cholerne szczury!

 

Jak wiecie (z poprzedniego wpisu na temat -> KLIK) , mamy tu wesołą gromadkę, na którą zakupiliśmy pewne mało przyjazne specyfiki. Dnia drugiego walki, jak już wspominałam, usłyszeliśmy PISK. Zdawało nam się, że dochodzi z nawiewu ciepłego powietrza w przedpokoju, no ale chyba takiego pecha nie mamy, żeby bestie wlazły nam do systemu ogrzewania kominkowego?

 

Specyfiki zakupione przez nas to takie coś, od czego gryzoń powinien się zmumifikować, co powoduje, że wokół truchła nie mnożą się grzyby i bakterie, oraz nie wydziela się smród rozkładu- ważna rzecz, zwłaszcza, jeśli gryzoń zamieszkał w ścianie, nie? Słabo by było, gdyby to coś miało zacząć gnić, i walić tak, że trzeba pół domu w poszukiwaniach przewrócić.

No, i czemu niby te środki miały by nie zadziałać tak, jak na ulotce? I niby czemu miało by to spotkać nas?

 

Wczoraj wstaję rano, schodzę z Tośką na dół, i przechodząc przez przedpokój w drodze do łazienki stwierdzam: Coś tu śmierdzi, jakieś stare mięso, czy co? Nic to, poszukam tych zwłok za chwilę.

Wracam po jakimś czasie do przedpokoju; smród jest niepokojąco paskudny, i coraz silniejszy. Poodsuwałam wszystkie możliwe przedmioty, sprawdziłam zakamarki, ba- nawet powytrząsałam wszystkie buty! I co? I psinco! nic nie znalazłam, a powietrze jak tyfiło śmiercią, tak tyfi!

Dzwonię do Małżona; on mówi, że też czuł, też sprawdzał pobieżnie przed pracą, ale zajmie się tym na poważnie po powrocie.

Wrócił, sprawdza… kurde, wygląda na to, że smród dochodzi z sufitu! Czyżby z rury z nawiewem? Niuch, niuch… FUJ! TO CHYBA STAMTĄD!

Parę dni temu myślałam sobie: obyście pozdychały jak najszybciej paskudy jedne, co mi się tu panoszyć będziecie!

No i mam za swoje! Pomyślałam: jak najszybciej, i stało się! Któryś z wesołej gromadki zginął chyba inną śmiercią niż ta, którą my im zgotowaliśmy drogą chemiczną. Nie wiem, czy doznał dekapitacji podczas prób wgryzienia się w rurę do nawiewów, czy zaatakował go większy pobratymiec (to by tłumaczyło ten potworny pisk dwa dni temu), czy nadgryzł go dinozaur skamieniały w starych ścianach naszego domiszcza- tak czy siak, zwierzak na pewno nie miał szans na godną mumifikację. No i teraz leży gdzieś, rozkłada się, śmierdzi, i sieje zarazę. Szlag by to! Nie umiemy zlokalizować dziada. Już zakupiliśmy kamerę endoskopową (taki szpiegowski sprzęt, coś jak to, co lekarze wprowadzają w jelita czy inne przemiłe zakątki ciała), spędziliśmy część moich urodzin na/pod drabiną w celu namierzenia truchła, wszystko po to, żeby nie musieć rozbierać całego domu! MADAFAK! Oczywiście nie znaleźliśmy nic! Nawdychaliśmy się tylko odoru (głównie Małżon, biedaczysko), nażarliśmy się pyłu, i nawkurzaliśmy się całą sytuacją.

No nic, będziemy walczyć! Jak ktoś ma jakiś konstruktywny pomysł, co z tym fantem zrobić, chętnie wysłucham/poczytam!

Powiem wam, że im dłuższa i bardziej kręta (i śmierdząca) nasza dróżka w towarzystwie szkodników domowych, tym bardziej tracę cierpliwość, i zaczynam rozmyślać o najtradycyjniejszych, najprostszych pułapkach… przynajmniej wiadomo, gdzie są zwłoki.

Ech, Do zaś moi mili, mam nadzieję, że obudzę się jutro w nieśmierdzącym domu, a małżon oznajmi mi, że szczur sam się znalazł, spadł z dachu wprost pod jego nogi, albo coś w ten deseń.

 

PS. Ponownie przekonałam się, że jestem czarownicą, i muszę uważać, co myślę, bo moja moc sprawcza jest przeogromna, i wymyka się spod kontroli, robiąc mi śmierdzące psikusy.