Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Nasze KO KO

Kurki są już z nami dłuuugo długo, i jeszcze się nie doczekały posta! Jak to się stało?! Jakże ja śmiałam?!

Mieszkają sobie te nasze kurki w kurniczku otoczonym wybiegiem pod siatką, a niekiedy wyciągam je „na rekreację” na zewnątrz.

Każda z naszych kurek ma imię, ma swoje charakterystyczne zachowania, jest jedyna w swoim rodzaju, a jako drużyna zostały nazwane na cześć mojej cioci, od której je dostaliśmy- jak były młodziutkimi kurkami, które dopiero zaczęły nieść.

Najwyższa pora, żeby przedstawić wam…

DZIEWCZYNY JANINY!


20140921_115850Patrzcie tylko, jakie wstydliwe były nasze dziewuszki, jak robiłam to zdjęcie- każda skromnie głowę schowała w trawkę :) ech, to były dawne, piękne czasy…

Trzy z czterech mają imiona wyciągnięte z literatury (literatury prze…pięknej), a czwarta nosi imię, które planowaliśmy nadać psu, jak jeszcze daleko było do tego, że rzeczywiście będziemy mieli psa (to też były dawne i piękne czasy). Poznajcie więc:

(od prawej) Heike, Berbeluch, Katla i Cibąk (tak na serio nie jestem pewna, czy nie przestawiłam teraz dwóch ostatnich, bo rozpoznaję je po kolorze upierzenia na ogonach, a tu akurat niezbyt dokładnie widać). Czy to nie przepiękne imiona?

Berbeluch na początku była przewodnikiem stada- do wszystkiego wyrywała się pierwsza. Heike na początku była wystraszona, Cibąk pierwsza wybiegała do nas, a Katla była raczej przeciętna. Berbeluch była mistrzem podkopu, po jakimś czasie medal super-uciekiniera przejęła Katla- zawsze spieprza z grządki, skubana! Wszystkie lubiły być głaskane: nastawiały się do tego w taki sposób, że rozchylały nieco skrzydła, udając zajebistego orła zastanawiającego się, czy lecieć po zakupy, i przysiadały przy tym jak pies do robienia k*py. Po jakimś czasie im się odechciało, bo skumały, że zazwyczaj po głaskaniu łapiemy je znienacka, żeby przenieść je w jakieś miejsce 😀

Założenie było takie, że zrobimy im przenośną wolierę, i będziemy je przenosić w różne kawałki ogródka, żeby mieć jako taką kontrolę nad tym, jak bardzo rujnują nasz trawnik…woliery się nie doczekaliśmy jeszcze (ciągle jest coś do roboty przy domu), więc przenosimy dziewczyny ręcznie na wyeksploatowane już w tym roku grządki. Grządki te są otoczone mini-płotkiem, który w zamyśle miał utrzymywać pieseła w odległości od plonów- płotek ten zawiódł haniebnie. Dziewczyny Janiny jakiś czas dały się uziemiać na grządce, ale mistrzyni podkopu z mistrzynią lotów zamiejscowych szybko ogarnęły temat, i mój z grubsza wypieszczony trawniczek (to znaczy, że czasem go koszę) bardzo szybko zmienił się w labirynt fauna. Do tego kora spod tui wyemigrowała na kurzych łapkach WSZĘDZIE.

Toczę więc z naszymi KO KO wojnę podjazdową na ucieczki i łapanki; bardzo często przegrywam z niefortunnym skutkiem- a to spóźnię się na ratunek roślinkom, a to spadnę na pysk (jak np TU), generalnie mamy z kurkami ciekawe życie. Dodam tutaj, że Berbeluch jest ostatnio jakaś zagoniona przez pozostałe kury, ale odbija sobie to na ludziach- jak podchodzę do zagrody rano z jakimiś przysmakami (generalnie mają u siebie ciągły dostęp do ziarenek z karmnika, ale zawsze dostają coś ekstra), Berbelucha potrafi dolecieć niemal do twarzy i próbować dziobnąć…zaczynam mieć czasem wrażenie, że jestem jedną z postaci „Ptaków” Hitchcocka, a nawet, że powinnam napisać swoją wersję horroru:”Dzień z życia gospodyni wiejskiej, czyli KURY”. Tosi też już się dostało dziobem po łapkach, ale- o dziwo- nie pęka, tylko nadal ciągnie mnie codziennie do kurek! Zuch dziewczynka!

Pańskie oko tuczy KO KO- czyli Tosia pilnująca porządku. (w tle remontowy bordello, a na ziemi trawka, dowodząca, że zdjęcie było zrobione dawno, dawno temu)

Pańskie oko tuczy KO KO- czyli Tosia pilnująca porządku. (w tle remontowy bordello, a na ziemi trawka, dowodząca, że zdjęcie było zrobione dawno, dawno temu.Świadczy o tym też fakt, że woliera jest jeszcze przed wzmocnieniami przeciw-ucieczkowymi)

Jest bajzel, jest terror- co więc z tego mamy „na plus”?

Na początku dostawaliśmy 3 jajeczka dziennie, potem były cztery, potem już nie jajeczka, tylko JAJCA, ale ilość zmienna: 3 lub 4. Teraz, z nadejściem jesieni- i rozmiar i ilość uległa zmniejszeniu, ale coś się tam zazwyczaj wyciągnie.

20140922_125809

Jajeczko i JAJCO

Jako, że dzień krótszy, postanowiliśmy naszym laskom zamontować światełko w kurniczku- w celach jajkowych oraz grzewczych (kury żeby nieść potrzebują ileś tam godzin światła). Małżon się wywiązał (jak zawsze) z obietnicy danej kurom, i tak oto kurniczek wygląda teraz z daleka jak mała chatynka w lesie, wabiąca podróżnych ciepłym blaskiem z okienka. Zawsze jak idę po zmierzchu koło domu, rechoczę pod nosem, bo nie wiem czemu, ale wkręciła mi się myśl, że one tam teraz siedzą i grają w karty.

Podsumowując: jeśli chce się mieć cudny ogródeczek z angielskim trawniczkiem, życie bez adrenaliny i blizn, brak obowiązkowego wygarniania obsr*nej słomy itp- nie powinno mieć się kur; za to kury niosą pyszne jajeczka, robią KO KO, zachwycają, dają się głaskać (jak mają dobry dzień), dbają o moją kondycję spieprzając mi po krzokach, mają lśniące piórka, wydają fajne dźwięki, grają wieczorami w karty, i w ogóle są EKSTRA.

Jak dla mnie więc:

WIWAT KURY! KO KO SĄ SPOKO!

 Pozdróweczki moi kochani! Lecę kopciuszyć (czyt: sprzątać, zmywać i ogarniać- balu dzisiaj nie ma). PAPA!

czy mama wraca do praca?

Jak pewnie zorientowaliście się po ostatnim wpisie o podwójnych urodzinach, minął już rok od czasu, gdy poszłam na urlop macierzyński, czy jak to się tam teraz nazywa po tych wszystkich zmianach. Już na początku wiedziałam, że wezmę cały rok, a nie pół roku, bo nie wyobrażałam sobie zostawić pół rocznego maluszka samego. Minął rok,i Maluszek trochę podrósł, a ja dalej sobie nie wyobrażam…

Przechodziłam różne etapy na temat potencjalnego powrotu do pracy- na samym początku mojego macierzyństwa myślałam sobie: NO JASNE, ŻE NIGDY NIE WRÓCĘ! Będę full time mamą, bo cóż może być lepszego dla dziecka , i bardziej satysfakcjonującego dla mnie (ach, to hormonalne pranie mózgu…zero głębszych przemyśleń, i kupa entuzjastycznej zadyszki)!

Później myślałam, że może jednak wrócę do pracy, bo przecież pieniądze są potrzebne, i takie tam, tylko co z dzieckiem? Babcie na cały etat niestety odpadają (z różnych względów), nie wyobrażam sobie dziecka odesłać do żłobka, niania- też ciężka sprawa; coś trzeba będzie wykombinować. Na tym etapie przeważała strona praktyczna- tzn wolała bym nie wracać do pracy, ale jednak trzeba.

W okolicy jedenastego miesiąca chyba skończył mi się zapas oksytocyny pozostały po porodzie, i głosy w mojej głowie zaczęły krzyczeć: POMOCY!!! JA CHCĘ WRACAĆ DO PRACY! JA CHCĘ DO LUDZIIII!!!CHCĘ ROBIĆ COŚ POZA ZMIENIANIEM PIELUCH I WIELOGODZINNYMI PRZEBIEŻKAMI PRZEZ WIOSKĘ Z OBCIĄŻENIEM NA KÓŁKACH BĄDŹ NA KLACIE!!!! – jednak tym razem strona praktyczna, czy raczej powinnam napisać: aspekt logiczny, spowodował to, że zapadła decyzja- do pracy na razie nie wracam.

Wiadomo, sytuacje są różne, często trzeba wracać do pracy chcąc nie chcąc, ze względów politycznych (utrzymanie dobrych układów w pracy), czy finansowych… u nas „psim swędem” wszystko na razie układa się tak, że głodować nie będziemy bez mojej wypłaty; w razie, gdyby nasze przewidywania i obliczenia okazały się omylne- zawsze można zmienić zdanie. Całe szczęście mój wspaniały Małżon zgadza się z moją decyzją w 100%, a nawet lepiej- powiedział, że wspiera mnie, cokolwiek postanowię w tej kwestii. A co do szefostwa- dadzą radę beze mnie (Jakby co- jesteśmy w kontakcie)!

Muszę przyznać, że moja praca absolutnie nie jest moją wymarzoną robotą (sorry szefowie), ale w sumie nawet nie wiem, co by nią było (teatrzenie mi już wywietrzało z głowy)… tak czy siak, z tego co pamiętam o mojej biurówce: nie raz się wkurzałam i klęłam, wracałam sfrustrowana i zmęczona psychicznie, jeśli jakieś ambicje kiełkowały, często spotykały się z murem systemu, były dzienne potyczki z nieznośnym nieraz klientem…to wszystko mocno zniechęca; były jednak też tematy, które mnie nakręcały, budziły moje zaciekawienie, sprawiały, że z radością skupiałam się na danym projekcie, wiedząc, że dzieje się coś fajnego. Tak czy siak- po tak długim okresie w domu już nawet nie pamiętam dokładnie co mnie tak w tej pracy wpieniało, czy cieszyło- po prostu potrzebuję wyjść do „dorosłego świata”, i praca wygląda, z miejsca w którym stoję, całkiem kusząco.

Jednak… 

Jaki jest sens we wracaniu do pracy po to, żeby połowę zarobionych pieniędzy wydawać na to, żeby ktoś wychowywał za mnie moje dziecko?! Jak dla mnie-żaden. Piszę JAK DLA MNIE, bo są i takie mamy, które po prostu lubią swoją pracę, daje im ona satysfakcję, samorealizację, czego w takim stopniu nie daje im „mamowanie” na cały etat- każdy ma swoje zdanie, i prawo do niego, i trzeba to uszanować.

Mi było by żal nie oglądać tego roześmianego pysiurka, który właśnie „naumiał się” lubić książki, i przerzuca grube karteczki w poszukiwaniu węża czy krowy… żal było by mi przegapić pierwsze kroczki -ta przyjemność jeszcze przed nami, choć zdaje mi się, że mimo opóźnień spowodowanych przez zagęszczenie przy podłodze w ostatnich dniach (będę o tym pisać)- w ciągu tygodnia, może dwóch- wystartujemy „bez trzymanki”. Smutno by było wracać późnym popołudniem, akurat na czas drugiej drzemki, pobawić się chwilę, po czym już by był czas na wieczorną kąpiel a potem sen?

Kolejną sprawą jest to, że nadal karmię piersią, i nie mam w planie z tego rezygnować (żeby uprzedzić pytania DLACZEGO JESZCZE KARMIĘ- odsyłam ciekawych do artykułu, jednego z wielu, który poparł moją wcześniejszą już decyzję o długim karmieniu: http://dziecisawazne.pl/dlaczego-warto-dlugo-karmic-dziecko-piersia/ <-DZIĘKI DAGMARA :* ) , a akurat teraz znowu ząbki dają nam popalić, przez co Tosia kaprysi przy jedzeniu, i trochę jest jazda na ten temat; nie chciała bym więc się z tym wszystkim szarpać, tylko iść na luzaka swoją drogą. Zresztą każdy, kto przejął by moje dziecię z takim nastawieniem do jedzenia, miałby mocno pod górkę, i albo by się męczył, albo wprowadził by musztrę- ja nie zgadzam się ani na jedno, ani na drugie- sumienie mi nie pozwala 😉

Żłobek dla jednolatka to dla mnie w ogóle nie jest opcja; dziecko jest teraz na etapie intensywnego rozwoju, i najfajniej, gdyby ktoś przez ten etap prowadził je za rękę, wskazując co krok cuda natury i ciekawostki świata (ZOBACZ TOSIU, PAWEŁEK ZOBACZYŁ GOŁĄBKA, WIDZISZ? GOŁĄBEK!), a Panie w żłobkach, ile dobrego by o nich nie powiedzieć- fizycznie nie są w stanie podzielić się na tyle części, żeby ogarnąć każdego skrzata w 100%; oczywiście dzieci wchodzą w interakcje między sobą, ale- jak to powiedziała pewna Pani Specjalistka, którą gwiazdy zrzuciły na moją ścieżkę- dziecko uczy się przez zabawę, ale to dorosły pokazuje mu, JAK się bawić.

Niania- w porządku, jest to jeden dorosły na jedno dziecko, ale tu właśnie wchodzimy na temat oddawania połowy wypłaty po to, żeby moje dziecko za jakiś czas mówiło do kogoś innego „MAMO”… No właśnie- to też kłuje; a co, jakby Tosia zaczęła płakać, bo ta „obca” Pani wychodzi, i trzeba zostać z tą „obcą” Mamą? Jak dla mnie- tragedia. Poza tym Nianię trzeba mieć zaufaną, bo tyle się teraz słyszy potworności, a jednak my zajmujemy się naszymi dziećmi z miłości, a nie z potrzeby zysku- to trochę inna relacja. Nie wykluczam tu tego, że i Niania może pokochać dziecko, lub po prostu kochać to, co robi, ale jak już wspomniałam- trzeba tu zaufanej, być może poleconej osoby, lub szczęścia, by na taką super osobę trafić.

 

Mam swoją hierarchię wartości, i w oparciu o nią, oraz w wyniku dobrego układu planet, który sprawia, że mogę sobie na to pozwolić-  stwierdzam jednoznacznie: do pracy w tym roku nie wracam (chyba, że się coś podle sknoci).

Żeby było fajniej- po podjęciu decyzji o pozostaniu na urlopie wychowawczym do drugich urodzin Tosi, dowiedziałam się od Mamy Ewy, że kawałek za moim domem jest prywatny żłobek, do którego przyjmują dwulatki- byle były odpieluchowane, i „odcyckowane” 😉 To taki znak od losu, na potwierdzenie słuszności naszej decyzji ;).

Teraz jestem w trakcie wybierania swojego zaległego urlopu wypoczynkowego, a nazbierało mi się tego trochę, potem mogę wybrać także ten za przyszły rok*, i dopiero wtedy zacząć mój urlop wychowawczy, czyli do pracy wrócę jakiś czas po drugich urodzinach Antoninki.

To tyle z mojej strony.

A jak tam wy, drogie mamy czytające?  Dajcie znać, bo wiem, że wiele z dziewczyn, które się udzielają w komentarzach też dochodzi do czasu, kiedy trzeba podjąć decyzję… A może któryś tatuś wybiera się na wychowawczy? To nieczęste w naszym kraju, ale- nie niespotykane :)

PS. W sumie zaczęłam o tym pisać zaraz po urodzinach Tosi, i tak mi zeszło, ale miałam motywację żeby skończyć, bo jedna z koleżanek zapytała mnie właśnie o moje podejście do powrotu do pracy- Hop Hop! Mam nadzieję, że choć trochę pomogę! Każda decyzja i tak jest w 100% oparta na indywidualnej sytuacji i priorytetach, ale mam nadzieję, że chociaż przedstawiając mój tok myślenia- rozjaśnię choć odrobinę dróżkę :*

 

Buziaki! Papa!

 

*Muszę przyznać, że byłam w niezłym szoku, kiedy moja Przełożona podesłała mi od Pana Z Kadr maila z rozliczeniem urlopu, z którego dowiedziałam się, że mogę wybrać też urlop za 2015r! Myślałam, że zaszło jakieś nieporozumienie, i żeby niepotrzebnie nie robić dymu i nie przerzucać się mailami- zadzwoniłam po poradę prawną do PIPu (hehe, zazwyczaj ludzie dzwonią tam, gdy pracodawca chce ich oskubać, a nie tak jak ja- gdy zdaje mi się, że pracodawca chce mi za dużo dobrego dać), i tam Uprzejmy Pan Prawnik poinformował mnie, że owszem- mogę wybrać płatny urlop za rok do przodu  (wszystko zależy od tego, w którym momencie się wraca z macierzyńskiego/wychowawczego)- CZAD!

 

 

 

Sprawdzam aloes…czyli tańczę z wdziękiem i urokiem.

Ponownie mam dowód na to, że jestem czarownicą, i mam szczęście, że nie żyję w czasie rozkwitu inkwizycji.

Wczoraj pisałam o tym, że nie miałam okazji wypróbować aloesu, i oto dzisiaj takaż okazja się nadarzyła.

Powinnam uważać, czego sobie życzę!

W czasie gdy Tateł był z Tosią na spacerze, ja latałam po chacie jak poparzona, usiłując posprzątać, zrobić tysiąc prań na raz, ogarnąć naczynia, kuchnię, kury, łazienkę, itd…

Gdy zbliżałam się do kresu „zadania domowego”, zagaiłam do Panów Majstrów, którzy właśnie kładą nam izolacje na domku, czy nie chcą kawy. Chcieli, więc zrobiłam im kawę, wyszłam, żeby ją zanieść, zamieniłam z nimi kilka słów, i już miałam wracać, gdy wzrok mój padł na stertę drewna; pomyślałam, że wartało by przynieść trochę opału, bo wczoraj spaliliśmy chyba wszystko, co było w domu (nawet meble i podłogę*). Przeskoczyłam więc styropiany, dachówki, deski, i tysiąc innych gratów związanych z pracami dziejącymi się na zewnątrz, by dostać się do sterty drewna. Uzbierałam spore naręcze, odwróciłam się, i zaczęłam iść w stronę domu. Przekroczyłam dachówki, deskę, i w tym momencie mój wzrok przyciągnęła kura bezczelnie uciekająca z zagrody!! Wtedy właśnie zahaczyłam stopą o kabel przedłużacza. Znacie to wrażenie, że nagle czas zwalnia, i możecie w ciągu jednej sekundy przeanalizować tysiąc rzeczy? Właśnie tak miałam; obliczyłam wzór na wysunięcie stopy spod kabla, wysunęłam stopę, zauważyłam- o ułamek sekundy za późno- że właśnie drugą stopą zahaczam o stojak z miskami psa, i tym razem na pewno nie dam rady się z tego wyplątać; dostrzegłam również fakt, że mam zajęte ręce, i nie zdążę ich opróżnić żeby zamortyzować nimi upadek, obliczyłam prędkość zbliżającej się w moim kierunku ziemi i….

DUP!

Spektakularnie wyrżnęłam na pysk, z wielkim klangiem wywracając aluminiowe miski psa, oraz rozrzucając drewno na świata cztery strony.

Panowie od izolacji w sekundę byli przy mnie, podnosząc mnie, i pytając, czy wszystko w porządku, a ja w duchu umierałam ze śmiechu: No jaaa, co za wdzięk, a miałam być baletnicą! 😀

Wyjaśniłam, że zagapiłam się na kurę (!!), i że zupełnie, ale to zupełnie nic mi nie jest. Jeden z Panów pozbierał moje drewno, i odstawił mi pod sam próg, a ja-na przemian klnąc i rechocząc pod nosem- poszłam ścigać kurę. Nagadałam jej nieźle, i odstawiłam ją do karceru- a niech się nauczy, że jak ją na grządkę łaskawie wypuszczam, to nie ma uciekać i rozkopywać mi kory pod tujami, tylko z wdzięcznością przekopywać i nawozić gdzie nakazano.

Gdy wracałam z ogródka, zorientowałam się, że ręce mam nieźle obdrapane, a do tego całe spodnie mam mokre; nie myślcie, że się posikałam w emocjach, nic z tych rzeczy- po prostu wylała się na mnie woda z miski Ventisa 😀

Musiałam stanowić nieciekawy widok, bo jeden z Panów Majstrów zerknął na mnie i zapytał:

-czy NA PEWNO wszystko w porządku?

-Pewnie, że w porządku, tylko mam mokre gacie, i dlatego łażę jak kowboj! Poza tym to nie pierwszy raz, gdy przez te kury wywijam orła!

(w zeszłym tygodniu przeskakiwałam z kurą w rękach przez płotek, zahaczyłam nogą, i też miałam ręce zajęte, i wyrżnęłam jak długa. Kura miała mi po tym locie wiele do powiedzenia: KOKOKOKOKOKOKOKOOOOO!!!!!!!!!!!)

Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to aloes może nie doczekać czasów, kiedy Tosia będzie wracała z obdrapanymi kolankami z podwórka. I tak miałam szczęście, bo całkiem nieźle runęłam, i powinnam mieć atrakcyjnego strupa na brodzie, a jakoś tylko postraszyło, mimo, że stuknęłam całkiem konkretnie. Teraz jedyne co mi zostało, to przełykać wstyd gdy mijam panów robotników, i postarać się nie zabić przez czas trwania remontu, żeby móc wam opowiedzieć, jak aloes cudownie uleczył moje otarcia :)

Papa, do zaś!

 

*to jest kłamstwo. wcale nie spaliliśmy mebli i podłogi… ale nie mówcie nikomu.