Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

(nie)Nowe Blizny Cesarza

Ocknęła się ofiara losu, po roku, że ma bliznę po cesarce…

Jakoś tak nie lubiłam patrzeć na tą bliznę, brzydkie to takie było, sine jakieś, wypukłe, jak paskudny robal ciągnący się przez pół brzucha…brrrr… nie zrozumcie mnie źle, Pan Doktor, który mnie zszywał zrobił podobno koronkową robotę, moja pani położna środowiskowa nadziwić się rok temu nie umiała, że tak malutko mnie naciął, i w ogóle… ale Ja po prostu generalnie nie lubię blizn.

Jak prikazano- smarowałam to to codziennie przez pół roku, potem tak z doskoku, jak mi się przypomniało, ale skoro wszyscy wykrzykiwali na początku, że taka malutka blizna, i pewnie ślicznie się wygoi- przestałam się tym przejmować i zwracać na to uwagę. No i rzeczywiście, przez prawie rok niemal nie patrzyłam na ten kawałek siebie (całe szczęście blizna jest w takim miejscu, którego nie wystawiam raczej często na widok publiczny, ale jakoś tak niefajnie mieć taki brzydki farfocel na skórze).

Aż pewnego dnia (tak dokładnie jakieś 5 dni temu) coś mnie tam trochę zaswędziało, więc stwierdziłam, że pora na to coś zerknąć. Kosiarka w łapy, podcięłam okoliczny żywopłot, patrzę, a tu… BLEEE! JAKA ONA NIEŁADNA! Znaczy- taka sama, jaka była, a przecież po roku chyba powinna już troszkę zblednąć, czy wklęsnąć się, czy co tam jeszcze!

No to, jak to zwykle ja, cap za kompa, i po radę do mądrości zbiorowej narodów, zwanej INTERNETEM. Patrzę, kukam, czytam, a tu hasło BLIZNOWIEC. Brzmi paskudnie… google grafika: A fe, wygląda też paskudnie! Czyżbym miała jakiegoś bliznowca? No chyba nie jest aż tak źle? Taki ten mój organizm nadgorliwy, że nadprodukował kolagen podczas zabliźniania? Przecież ogólnie wiadomo, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu!

No i co tu teraz zrobić?!

Wiem wiem, jest dużo żelów i maści, sęk w tym, że działają najlepiej w czasie zabliźniania, a ten etap raczej mam już za sobą, było nie było- blizna ma ponad rok! Póki co internet podsunął mi temat plastrów silikonowych, podobno działają nawet na stare blizny. Trochę kosztują, i nie wiadomo, czy rzeczywiście zadziałają, ale chyba pęknę i się skuszę. No cóż, będę płacić za swoją głupotę i niedopatrzenie, i będę testować na sobie, co to warte. Będę waszym króliczkiem doświadczalnym, może akurat się komuś przyda informacja, czy to naprawdę działa… póki co trzymajcie kciuki!

Mamy kochane, a może któraś z was walczyła o ładną bliznę? Jeśli macie jakieś sugestie- chętnie przytulę 😉 Piszcie w komentarzach sprawdzone specyfiki i metody (boję się tylko, że po roku to już „po ptokach”). A póki co- będę walczyć wiarą, nadzieją, i silikonem.

Buziaki!

Bilans czasu milczenia

Hej moi drodzy.

Ponad półtora miesiąca nie miałam czasu, żeby usiąść do pisania. A jak miałam czas, to już nie miałam siły. W najdziwniejszych momentach łapałam się na tym, że rozmyślam, co też napisała bym na blogu, gdybym tylko miała możliwość…

Mój problem polega na tym, że straszna ze mnie gaduła 😀 i nie potrafię usiąść po prostu na kilka zdań, bo zawsze wychodzi z tego jakaś epistoła.

Okej, tym razem na szybko, bilans ostatniego miesiąca.

Mamy za sobą:

dwie cało-rodzinne wirusówki: jedno zapalenie gardła, drugie- jelitówka.

Koszmar, i jedno i drugie.

W wyniku powyższych straciłyśmy z Tosią sporo na wadze; Tosinka podczas pierwszej choroby przez cztery dni odmawiała jedzenia, za to wisiała mi na piersi*,

*w tym miejscu: CHWAŁA DLA DŁUGIEGO KARMIENIA PIERSIĄ! nie wiem, jak radzą sobie w takim kryzysie mamy, które nie mogą w ostateczności posiłkować się tym sposobem karmienia… po prostu sobie nawet nie wyobrażam takiej bezsilności, kiedy dziecko zupełnie nie chce jeść, i nie ma czym go zbajerować…

przy jelitówce waga dosłownie z nas WYLATYWAŁA :( . Tosi się upiekło, i dzięki piersi udało nam się uniknąć odwodnienia, zresztą trzeba powiedzieć, że po tym, co czytałam w necie, wiem, że choroba potraktowała nas bardzo łaskawie… wymioty Tosi skończyły się po jednym wieczorze, a biegunki nie były bardzo częste i obfite… szczęście w nieszczęściu.

Ja teraz wyglądam jak statysta do filmu o obozie koncentracyjnym, i Ci, którzy myślą, że tym razem przegięłam pałę w konstruowaniu przenośni literackich mogą odetchnąć- wcale nie przesadzam, był moment, że spadłam do wagi wieku ok 6 klasy podstawówki, a do dużych dzieci nigdy nie należałam. Nie mogę patrzeć w lustro bez użalania się nad sobą… ale nie żałuję sobie jedzenia, więc mam nadzieję wrócić szybko do normalnego, zdrowego wyglądu.

Następna sprawa, to to, że po pierwszej chorobie Tosia”zrobiła krok w tył” w kwestii chodzenia: po tym, jak osłabiona przeleżała cztery dni, nie chciała nawet raczkować, tylko wisiała na mnie jak mała małpka kapucynka. Teraz ostrożnie człapie za rączki; a ja dwa tygodnie temu myślałam, że „lada dzień” zacznie sama chodzić… no cóż, poczekamy jeszcze na te pierwsze samodzielne kroczki.

Dalej: Okazało się, że Tosia straszliwie przeżywa delegacje Tateła; gdy tateł zniknął na cztery dni, Tosia praktycznie nie spała przez cały ten czas; nocami zapadała na krótkie, 10 minutowe drzemki, i wisiała non stop na piersi. Na początku myślałam, że znowu powodem są ząbki, ale jak tylko Tateł powrócił- kłopoty minęły, a jak znowu wyjechał na dwa dni- noc wyglądała identycznie. Generalnie można powiedzieć, że w kwestii snu było bardzo ciężko.

Następny temat: po tym, jak Tosia przy pierwszej chorobie przeleżała 4 dni na piersi (ciągle starałam się ją dokarmiać, bo „leciała z rąk”), po czym przy drugiej wróciła do naszego łóżka, bo baliśmy się stracić ją z oczu, żeby się np nie zachłysnęła wymiocinami (a poza tym sami nie mięliśmy zwyczajnie siły do niej wstawać, mając wysokie temperatury itp), Tosinka miała straszliwy regres w temacie spania w łóżeczku, usypiania, samodzielności… no cóż, generalnie najchętniej cały czas była by na naszych rękach…

 

uffff…. powiem wam, że to był naprawdę ciężki czas… wszystko stanęło na głowie…

Nie ma nic smutniejszego, niż widok chorego dziecka :( .

No, koniec narzekania, w bilansie trzeba napisać też coś „NA PLUS”, a jest co :D!

Moi drodzy, Tosia wreszcie śpi sama w swoim pokoiku! I usypianie też przestało być codzienną traumą, ba- Tosia nawet czasem sama pokazuje rączką na łóżeczko! Trochę się jeszcze boję chwalić, żeby nie zapeszyć, bo to świeża sprawa- wynieśliśmy łóżeczko z sypialni i zrewolucjonizowaliśmy cały proces dopiero w zeszłą sobotę, ale powiem wam, że jestem bardzo dumna z naszego skrzata, no i z siebie! Bo tym razem nie zrzucam usypiania na Tateła, tylko sama wzięłam to na klatę! 😀 I idzie całkiem cudnie. Trzymajcie kciuki, żeby tak zostało!

Oprócz tego, tak z drobiazgów poza konkursem, muszę się pochwalić, że udało nam się spiąć tyłki w temacie kuchennych przygotowań świątecznych, i mimo tego, że potwornica-paskudnica-jelitówka ukradła nam masę czasu, w którym mogliśmy na spokojnie porobić kuchenne rzeczy, to udało nam się, mimo wiszącej nam kochanej kuli u nogi robiącej „mamamamamamamama buuuuu” (czyt: weź mnie na ręce, natychmiast, bo będę tak jęczeć i zawodzić, że sąsiedzi wezwą dzielnicowego), ogarnąć wszystkie zaplanowane potrawy wigilijne i Z GRUBSZA sprzątnąć.

20141224_142233[1]

Zetrę wszystkie kurze tymi papierkami!

Tosia w dzień wigilii pomogła nam stokrotnie, bo zauważyła, że kiepsko poszło nam ścieranie kurzu, więc znalazła sobie jakąś chusteczkę higieniczną (no, może dwie…może trzy…a może i więcej), i włączyła się do świątecznych porządków. Złote dziecko, mówię wam!

Ach, no i kolejne „na plus”- nareszcie znowu mamy prywatny samochód, co oznacza, że nie będziemy już dłużej z Tosinką „uwięzione na pustkowiu”, czyli całymi dniami w domu, gdy tateła i jego służbowej fury brak (prywatna fura padła nam ostatecznie już prawie rok temu, i o ile żyć bez samochodu się da, o tyle jest to mimo wszystko trudne, bo z miejsca gdzie mieszkam, we wszystkie istotne punkty dociera się autobusem około godziny). Kolejny powód do radości, drzwi świata stoją dla nas otworem, o ile oczywiście moje drogowe panikarstwo mnie nie zje 😉

To chyba tyle, jeśli chodzi o szybki bilans strat i zysków. Teraz możecie już przestać marudzić, jaki to ze mnie bloger w kratkę 😉 albo inaczej- możecie marudzić dalej, ale przynajmniej wiecie, czemu 😀

Powiem tyle: OBY TAKIE MIESIĄCE CZĘSTO SIĘ NIE POWTARZAŁY!

Buziaki, do zaś! 😉

 

Życzenia świąteczne

Kochane Mamusie, kochani Tatusiowie,

 

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wam: zdrowia, sił i oddechu od codziennej gonitwy; czasu dla najważniejszego, co macie, czyli dla rodziny. Życzę wam, aby miłość, która w pośpiechu dnia nieraz zasypana jest masą niepotrzebnych drobiazgów, w tym szczególnym czasie mogła zapłonąć i ogrzać wasze serca, a także serca tych, którzy z wami mają szczęście spędzać ten czas. Życzę wam, żebyście pamiętali, co w Świętach jest najważniejsze, a żeby cała ta gastro i prezento- gonitwa była tylko przyjemnym dodatkiem. I życzę wam, tak, jak życzyłam bardziej bezpośrednio moim innym przyjaciołom (bo pozwalam sobie zaliczyć i was, moi kochani „czytacze” do grona przyjaciół), żebyście przypomnieli sobie, jak przeżywaliście Święta Bożego Narodzenia jako dzieci, i znowu poczuli tą magię.

A waszym maluszkom życzę -poza zdrówkiem, bo to największy skarb- cudownych dni, pełnych bliskości mamy i taty, pełnych przytulania i poczucia bezpieczeństwa i radości, a tym starszym dzieciom- świadomości, że oto nadszedł bardzo szczególny czas w roku, i to nie ze względu na prezenty.

Myślę, kochani, że od kiedy jesteśmy rodzicami, potrafimy inaczej spojrzeć na cud narodzin w stajence.

Bożego Błogosławieństwa wam wszystkim życzę!

 

20141225_194426

 

Całuski,

wasza w bombce ukryta, z choinki urwana, zapierniczająca wieczorami- e-mamasita Karolina.