Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Klamka zapadła…

…Właśnie zrobiłam przelew za domenę na kolejny rok. Zostaję tutaj 😀

Jeszcze nie stuknęła rocznica pierwszego wpisu, ale tak czy siak zażyczę sobie:

Oby kolejny rok e-mamowania był bardziej owocny we wpisy!

Buziaki wam wszystkim!

Słownik Tosiowo-dorosłowy

Mała fotografia rodzinna

Mała fotografia rodzinna- photo by Adam Janoszek

Z okazji wczorajszego ukończenia piętnastego miesiąca życia (!!!! SERIO! To już tyle miesięcy!!), umówiłyśmy się z Tosią, że opublikuję krótki słownik, rozmówki Tosino-mamine, na wypadek gdyby ktoś chciał wpaść pokonwersować. Oraz żeby ocalić od zapomnienia…

słownik dzieli się na dwie części:

WYRAŻENIA WERBALNE:

Na początek NAJWAŻNIEJSZE słowo Tosi- dodaję je tu po „interwencji” w komentarzu Mamy Ewy 😉 A słowo to: CICI=cycuś.

MAMA=mama

MAMAMAMAMAMA=weź mnie na ręce niewolniku.

TATA=tata;  dopuszczalna jest również forma DADA. Zależy, jak wyjdzie.

BABM=żaba. W chwilach wyjątkowego rozgadania żaba dorasta do słowa dwusylabowego, i staje się BABAbm.

BABA=babcia

DADE/DADK=dziadek

=miś

DIDI=dzidzi, czyli łysa lalka. Słowo wymawiane niezwykle rzadko, częściej zastępowane poniższym:

MMMM!!!!! lub YYY YYYYYYY!!!!! (wypowiedziane z wielkim entuzjazmem i wskazaniem ręką)= tam jest coś, co mnie interesuje.

PAPAPA (bezdźwięczne)=am am am, po prostu Tosia „kłapie szczęką” na jedzenie. A także na picie. Trzeba się domyślić.

DA/DAĆ (ć= zmiękczone T’): daj, lub JA CI DAJĘ, WEŹ, I TO JUŻ. zależy, czy wyciągnięta ręka jest pusta, czy pełna.

U-U= Uhu, czyli sowa

O-O=echo (na korytarzu u babci i dziadka)

SSSSSSS= wąż (pochodzenie słowa czysto dźwiękonaśladownicze)

BEBABE=bepanten.

BUUUUUUUU/MUUUUUUUU= krowa.

TUUUU (niewyraźne, bo ręka obowiązkowo zasłania buźkę)= słoń.Bo trąbi.

BUŁUŁU (przytłumione), czy coś w ten deseń= pies. I o dziwo- jest to doskonałe dźwiękonaśladownictwo, nasz pies brzmi właśnie tak!

BAABAM!= bim bam, zegar. Do tego dochodzi koniecznie machanie bioderkami do rytmu.

BRRRRRR= auto

PRRRRR= Droga publiczności, właśnie puściłam bąka.

KO KO– kura. Wyciągane siłą, i pojawiające się niezwykle rzadko.

MIAŁ– kotek, jeszcze rzadziej niż koko.

 

WYRAŻENIA NIEWERBALNE:

Kotek= wyciąganie i chowanie języczka, bo tak kotek pije mleczko. Jedyna poprawna forma pokazywania kotka. Bo po co miałczeć! Wyciągnięcie języka dalej to: kameleon.

Machanie paluszkiem= Ty ty ty (niegrzeczny), Ojojoj (z piosenki o krasnoludkach), nie wolno.

Rozdziawienie buzi na maxa= lew. Bo ryczy. Ale po co robić hałas.

Machu machu ręką= tak piesek macha ogonkiem.

Pada deszczyk= no chyba wszyscy wiedzą, jak pada. No tak.

Bach bach w głowę= uderzyłam się, cóż za los!

Bach bach po brzuszku= taaakie dobre to jedzenie.

Kiwanie głową na tak i na nie= jak to wygląda każdy wie. Dzięki tej umiejętności można z Antoniną prowadzić poważne dyskusje o sensie życia i istocie ducha. Oraz dowiedzieć się, czy chce jeść jeszcze.

I WIELE, WIELE INNYCH!!!

Rany, w zasadzie porwałam się z motyką na słońce… piętnaście miesięcy to już wiek poważnych umiejętności komunikacyjnych, i tak naprawdę nie starczyło by mi czasu ani miejsca na serwerze, żeby opisać co ten nasz żuczek kochany potrafi. Ciągły dialog. Coś niesamowitego! I codziennie coś nowego… nie mówiąc o tym, że Tosia zna miliony innych słów, których wypowiedzieć nie potrafi, ale w książeczce pokaże; np kukurydza, papryka, flaming, guzik… generalnie WSZYSTKO, co nas otacza, dostaje już etykietkę w głowie naszej panienki. Mówię wam, fajowo jest. Puchnę :) Z dumy oczywiście.

PS. Jak widać na załączonym obrazku- Tosia dba też, byśmy się jakoś prezentowali 😉

 

 

 

O nie-spaniu ponownie.

Ja wiem, że to już jest nudne, że jestem monotematyczna, ale…

Czy to szaleństwo się nigdy nie skończy?

 

Już było dobrze, już było cacy, były stałe (w miarę) godziny w ciągu dnia, i jedna (najczęściej) pobudka w nocy.

Przyszły złe, niedobre, paskudne choróbska, i postawiły świat na głowie.

Choroby się skończyły, ale wynik ich „przejazdu” przez nasze życie jest taki, że Tosi się poplątały godziny snu; w końcu jak źle się czuła to spała kiedy popadło, a na dodatek nie chodziliśmy na spacery, a przecież w trakcie spacerów Tosia najczęściej spała.

No i dupa zbita.

(zapomniałam przestrzec- w tekście pojawia się słowo dupa, jak już zresztą widzicie. Później pojawi się również słowo „zajebiste”.)

Ostatnimi czasy Tosia znowu spała przy piersi, a w takiej sytuacji NIE DA SIĘ odłożyć jej tak, by się nie obudziła, byłam więc wyłączona z życia- „zawisła” na hamaku, połamana, powyginana i obgryziona- na jakieś dwie godziny (przy dobrych wiatrach). Średnio mi się to podobało, bo przecież znowu zaczyna to trącić nałogowym przyczepianiem się małej ssaweczki, a nie po to walczyliśmy tyle razy, żeby znowu dotrzeć w ten sam ślepy zaułek… ale z braku laku…

Potem doszło do tego, że w czasie drzemkowym wybieraliśmy się gdzieś samochodem, żeby Tosia przespała się chociaż tak- oczywiście to dopiero jest porażkowe/tymczasowe podejście! No ale tonący brzytwy się chwyta, nie?

Do tego wszystkiego Tosia postanowiła przerzucić się na jedną drzemkę. Ma już skończone 15 miesięcy, wolno jej, a co! No i tu dopiero zaczęło się pod górkę. Bo Tosia chcę spać np o 11 rano, budzi się po 40 minutach, a jak na jedną drzemkę jest to DEFINITYWNIE za mało, a potem przez cały dzień odmawia spania. Nie chcieliśmy przyzwyczajać jej do zasypiania na drugą drzemkę w samochodzie, bo to przecież półśrodek, i do niczego dobrego nie prowadzi.

Poza tym ostatnio sen w samochodzie nadchodził 2 minuty przed dotarciem do celu, co skutkowało kiblowaniem na parkingach.

Sen przy piersi nadchodził, ALBO I NIE.

Dziecko słaniało się ze zmęczenia, i nic się nie dało z tym zrobić.

Raz nawet złapałam za najcięższą opcję, czyli dreptanie z nosidłem! I śpiewanie Dorotki 😉 Skutkuje zawsze, to takie najnajnajostateczniejsze wyjście 😉 Bo wtedy trzeba dylać dwie godziny z klockiem obciążającym kręgosłup :( Bolesne, ale co zrobić…

Podsumujmy:

1.Nie wiemy, kiedy dziecię położyć spać, bo rozmyła się całkowicie rutyna dzienna

2.WSZELKIE metody zasypiania zawodzą

3.Tosia zasypia na krótko, budzi się, jest bardzo zmęczona, ale odmawia dalszego snu -próbowaliśmy już wszystkiego, poza tym, od czego chcemy odejść, czyli „snem mobilnym”, bo czasem zwyczajnie nie da się jechać, albo iść na spacer, z różnych przyczyn.

4. Ach, no i nie wspomniałam jeszcze- noce są KOSZMARNE. Znowu. Nie wiem, czy to zęby, czy fakt, że mało śpi za dnia- Tosia zawsze tak miała, że jeśli dużo spała w dzień, dobrze spała w nocy, i analogicznie: mało w dzień, słabo w nocy.

Generalnie- porażka na całej linii.

Dzisiaj, gdy ponownie próbowałam uśpić moją padającą ze zmęczenia mróweczkę, metodą niemądrą lecz w miarę dającą statystycznie dobre wyniki (CZYTAJ: NA HAMAKU, PRZY PIERSI) a Tosia tarła oczy, marudziła, ale kombinowała, co by tu zrobić, żeby jednak nie zasnąć, powiedziałam: BASTA.

Wpakowałam dziecię do łóżeczka turystycznego*, które w celu wprowadzenia NORMALNYCH drzemek dziennych mamy ustawione w ” SALONIE” (buehuehue, SALON, TO BRZMI DUMNIE!), i powiedziałam: Antosiu, od dzisiaj śpisz sobie grzecznie w łóżeczku. Buzi, kocham Cię, śpij dobrze, papa.

I wyszłam do kuchni.

Dziecko oczywiście zaczęło histerycznie ryczeć już przy słowie ŚPISZ. I oczywiście stanęło na baczność przy siatce łóżeczka, i zaczęło wymownie patrzeć na tą złą kobietę, która jest jej matką, oczyma pełnymi łez. Powiem wam, naprawdę gruba walka. Słuchawki w uszy, zegar w łapę, i pasjans na komórce.

I czekam.

Przy pierwszej wizycie Tosia nie dała się spacyfikować; wstała z 15 razy, a ja uparcie próbowałam ją położyć; potem zażądała lalki, bo łóżeczko+lalka to w ciągu dnia super zabawa (oczywiście nie związana ze spaniem, Tosia używa łóżeczka jako kojca przez większą część czasu); potem zaczęła przez płacz, który nie ustał ani na chwilę, mimo prób uspokojenia, wołać MAMA MAMA, MAMA!! Wyciągać rączki, podskakiwać… serce się kraje, moi mili…

Poszłam sobie, oddychając głęboko, bo dziecię musi czuć, że jesteśmy przekonani o słuszności sprawy, inaczej leżymy na łopatkach.

Przy drugiej wizycie, po dłuższej przerwie, Antosia dała się pocieszyć dobrym słowem, wstała tylko 10 razy, i po 11 położeniu na chwilę się uspokoiła; głaskałam ją, śpiewałam „Dorotkę”, miziałam po pleckach, i jak już było w miarę- wyszłam.

Znowu ryk… NIE WYTRZYMAM, I JĄ WYCIĄGNĘ I UTULĘ.

Ale nie, czyżby ryk tracił na mocy? Cichł?

Siedzę cichutko, nasłuchuję…

Jest. Cisza. Zasnęła.

20150129_123157[1]

Po długiej walce Tosinka odpłynęła. Pospała 30 minut, co oznacza, że nie osiągnęła optymalnej dla wypoczęcia długości drzemki, ale lepszy rydz niż nic (rydze są zajebiste!).

Podjęłam trudną ciernistą drogę wiodącą do spokojnego snu mojej córci. Mam nadzieję, że to ostatnia taka droga,i że będzie krótsza, bo wywalczenie nocnego spania w łóżeczku dosyć znacznie ponadgryzało nasze nerwy i spokój ducha na wiele miesięcy…

Marudzę o tym spaniu i marudzę, ale wiecie, to taka nasza walka, i mam nadzieję, że kiedyś tam będę mogła z dumą napisać, ku pokrzepieniu innych mamusi i tatusiów przechodzących ten sam ciężki czas, że WYGRALIŚMY TĄ BITWĘ, i cała rodzina śpi głęboko i spokojnie 😉

Papa!

 

* Łóżeczko turystyczne stoi dlatego, że w jednej książce, która w sumie dosyć fajnie traktuje temat, wyczytałam, że miejsce spania dziennego powinno być inne od nocnego, jeśli są jakieś grube problemy. I w sumie ma to sens: Tosia jak widzi swoje łóżeczko z bliska (lub raczej od środka) w świetle dziennym, robi raban nie do zniesienia, nie wspominając o terrorze emocjonalnym… spróbujemy więc!

Kokosowa klęska

Witam ponownie w programie rozrywkowo-satyrycznym pt: kuchenne porażki e-mamy…

 

Chyba wam jeszcze nie mówiłam, że Tosia od dawien dawna ma pseudonim artystyczny KOKOSANKA (tudzież wszelakie kokosowe odmiany, jak :Kokos, Kokosek itp). Jeśli wam nie mówiłam, to właśnie wam mówię.

W związku z tym, że używamy tego zamiennie z imieniem, bardzo dużo u nas o tym kokosie się mówi. I od tego wszystkiego MAM SMAKI…

Na dodatek w okresie świątecznym czyniłam sporo potraw wymagających użycia żółtka jajka kurzego, co zostawiło mnie z całą masą „niepotrzebnych” białek (również jajka kurzego), które to z braku czasu wrzuciłam do zamrażarki „na potem”. Fakt faktem- zrobiłam z części z nich w okolicach końca roku jakieś kokosanki, ale takie proste, bezowe, czyli bez masła, co stanowiło dla mnie ubogi substytut wypasionych, „TUSTYCH” maślanych pyszności, które kiedyś tam udało mi się uczynić.

No więc łaziły za mną te kokosanki, straszyły te białka w zamrażalniku, aż w końcu nie wytrzymałam, rozmroziłam, i zabrałam się do roboty.

Przepis wzięłam od Pauliny z Kotlet Tv (blog), bo często u niej szukam przepisów, i mam do niej zaufanie (fajna laska z niej musi być :) ). Dodam, że już go kiedyś wypróbowałam, ale zupełnie nie pamiętam procesu twórczego, jedynie proces pożerająco-trawienny (ach, ten smak!!!).

Początek jest taki, że topi się masło, i miesza z cukrem, do rozpuszczenia na jednolitą masę. No i tu już poszło pod górkę…

Paulina napisała, że nie podgrzewa za mocno masła, żeby nie „buzowało”- wzięłam sobie to do serca, i na małym ogniu, na lajcie, mieszałam sobie to masło z cukrem. Mieszam, patrzę, a tam- zamiast płynnej masy- bryła. Zapodałam temat Małżonowi, a on mówi, żeby jednak spróbować zwiększyć ogień, żeby się znowu masło stopiło. Jak rzekł, tak uczyniłam, bo bez sensu takie coś kulać łychą po rondlu. Wtedy właśnie z masła oddzieliła mi się woda. Hmmm? Że co?? – mieszam dalej, może jeszcze co z tego będzie.

Wtedy właśnie cukier zaczął się karmelizować.

Oł szit.

Mam więc karmel z masłem, na dodatek nie do końca rozmieszany, pływający w maślanej wodzie. Gdzie moje legendarne kuchenne szczęście, ja się pytam? Acha, no tak, ja nie mam czegoś takiego, jak kuchenne szczęście, ja mam pecha i talent do porażek. Lećmy więc dalej.

Dalej przedyskutowaliśmy, że nie ma co się szarpać, można zrobić KARMELKI. A co, szalejemy. Jako radosny twórca kuchenny mam kupę gadżetów, więc wyjęłam moje silikonowe foremki do robienia pralinek, i zalałam je tym czymś. Karmelo-masło-woda poszłą aię studzić, a ja zaczęłam kminić, i wykminiłam, że:

JA SIĘ NA TO NIE GODZĘ, JA CHCĘ KOKOSANKI!! Nie poddam się bez walki.

Los tak chciał, że latorośl zażądała stanowczo mojej obecności, więc musiałam sobie pójść czytać bajkę, czy też żonglować piersiami, czy co innego to tam było (pewnie jedno i drugie), a Małżon przejął pałeczkę. Wcześniej przeczytał przepis i obejrzał filmik, więc wiedział doskonale co robi. Ta wiedza nie ustrzegła go jednak… stało mu się bowiem dokładnie to samo, co mi, mimo tego, że od początku pilnował, żeby masło się ładnie rozpuściło na porządnym ogniu. Cukier znowu nie zawspółpracował, ale stwierdziliśmy, że kolor nie jest ważny, że trzeba dosypać kokos i zobaczy się, co będzie dalej.

Krok następny: dosypanie kokosu, i wystudzenie tej mieszaniny, w celu dodania ubitej piany z białek (krok kolejny).

I tutaj nie obyło się bez bólu: Szef Tateł wymieszał, po czym po jakimś czasie stwierdziliśmy, że masa się zbryliła na cacy.

-nie bój nic, Panie Małżon, pokruszymy, będzie dobrze.

Białka się ubiły, masa wystygła, pora to wszystko wrzucić na jedną kupę.

Ale czy aby na pewno masa wystygła? Gdy białka rozpuściły się na cacy zaczęliśmy mieć wątpliwości. Generalnie zaczęłam mieć wątpliwości co do całego przedsięwzięcia, ale skoro powiedzieliśmy już A, a nawet B, pora zrobić C, czyli upiec nasze dziwne cosie.

Przepis mówi, żeby dać to na 200 stopni do pieca na 20 minut. Ustawiłam sobie więc alarm na 15 minut, żeby wtedy zrobić wstępny rekonesans, i usiadłam do e-mamy.

Od komputera oderwał mnie swąd spalenizny.

Niemożliwe.

Poważnie, niemożliwe.

Zerknęłam na czasomierz, do końca 15 minut zostało jeszcze 3 minuty (czytaj: twór kokosanko-podobny wypiekał się dopiero 12 minut), za chwilę miał być wstępny kontrol, a po tym dopiero miało to to leżeć w piecu kolejne 5 minut! CHYBA OSZALEJĘ!!!

Jak ma się zmaścić, to po całości!

Wyjęłam to z pieca. Dałam temu wystygnąć, po czym ZEŻARŁAM JEDNĄ, pochrupując, zacieszając- bo dobre było, i opowiadając Tatełowi, że mimo zapachu tosta, który przespał wysiadkę z tostera, tudzież potencjalnych właściwości węgla drzewnego- KOKOSANY DAJĄ RADĘ!

Przyniosłam Małżonowi przed kompa próbkę naszej radosnej twórczości słodyczowej, a on spojrzał, wytrzeszczył ślepka (metaforycznie rzecz biorąc), po czym patrząc na mnie, z popiołem między zębami, popukał się w głowę (również metaforycznie), i kazał mi to wywalić do śmietnika, bo się najem paskudztwa i krzywdę sobie zrobię.

(Chyba wam się nie chwaliłam moim zapaleniem żołądka? No, to się chwalę, choć nie ma czym. Ścisła dieta/łamane przez/dieta oszukiwana, tak, jakbym i bez tego nie wyglądała jak nasza szkapa…)

Z żalem pożegnałam się z murzyńskimi kokosankami- patrząc na nie naprawdę ciężko mi było pamiętać, że wiórki kokosowe są zazwyczaj białe- i wywaliłam je do kosza.

Ech, cóż za los…

Na pocieszenie dzisiaj upiekłam maślane ciasteczka, które wyszły cacy. Takie sobie szybkie słodkości, w sam raz na przybycie przemiłych gości 😉 Wpadli Brat z Bratową, oblężyliśmy talerzyk, zażerając jak maniacy, i marudząc, jakie to uzależniające, i jak bardzo każdy z nas chciałby przestać już jeść, ale nie może, i bla bla bla.

Zostało jedno ciastko.

Kto chce?

Kto pierwszy, ten lepszy.

Małżon? chcesz?

O, już nie ma…

 

Słodkie buziaki wam ślę! 😀

TUPU TUPU HOP HOP!

Mam dla was ważne ogłoszenie!

prrrrrrrrrrrrrr    

(słychać werble)

TOSIA CHOOOODZIIIII!! 😀 (tadaaam!)

Wiem wiem, że długo jej to zajęło, że większość rówieśników już biega dawno wśród swoich zabawek, ale u nas akurat w tym czasie napatoczyły się te wszystkie bakterie i wirusy, i Tosia siedziała na kolankach smętna jak sowa w biały dzień na gałęzi… zamiast wstawać i zasuwać. Nawet nie wiecie, jak bardzo już na to czekałam!

Ale i na nas przyszła pora!

Zaczęło się u Babci M (aka Madre) i Dziadka A (aka Padre), czyli moich rodziców; oni mają spore doświadczenie jeśli chodzi o dzieci, bo i swoich mieli gromadkę, i wnuków już się sporo doczekali- wiedzieli więc, jak zmotywować… Tam to właśnie Tosia zrobiła swoje pierwsze tup tup, bodajże z półtora tygodnia temu. Potem wzięliśmy ją w obroty w domu, i śmigała od Tateła do mnie i z powrotem.

Najpierw były trzy, potem cztery kroczki, potem pół kuchni, ale zawsze od kogoś do kogoś; a dzisiaj oznajmiłam żuczkowi mojemu że idę do toalety, wybyłam, i nasłuchuję (często jest ryk, więc wolę wiedzieć co mnie czeka); słyszę  stukot kolanek (raczkowanie), potem szuru-buru przy progu między pokojem i kuchnią, a potem… A POTEM ZERWAŁAM SIĘ Z KIBLA I LECĘ PATRZEĆ, BO NIE WIERZĘ WŁASNYM USZOM! TUPU TUPU TUP! I moje dziewczę z uśmiechem od ucha do ucha tupta przez całą kuchnię! Sama, samiusieńka! 😀 Cudaczek mój!

Nie posiadałam się z radości! Poderwałam Tosinkę z ziemi w ramiona, wycałowałam, dumna jak paw z mojego małego dorosłego człowieka, który właśnie opanował kolejną trudną czynność!

I od tamtej pory Tosia sama dzielnie puszcza meble, ściany czy co tam służy jej za podporę, i ZASUWA DO PRZODU! Póki co z różnym rezultatem, czasem zoologicznym- złapie zająca lub zląduje na żabę, ale zupełnie się tym nie przejmuje, nie płacze po potknięciach jak kiedyś, tylko PRZE DO PRZODU!  Moje dziewczę dzielne! MÓJ PRZODOWNIK KOCHANY! 😀

Wiecie co, normalnie puchnę z dumy. I z radości!

Wszyscy mówili: No, niedługo jak zacznie chodzić, to będziecie mieli przes***ne, tylko biegać za nią i pilnować, co przeskrobie. A ja mam to w nosie :) Jak chciała to i tak potrafiła się przemieścić i przeskrobać. Już mamy blokady na wszystkich „niebezpiecznych” szafkach w kuchni itp, a w reszcie może grzebać- niech się rozwija maluszek, nie? Nawet nie wiecie, jak pięknie gra na garnkach 😉

Na dodatek nie trzeba będzie właśnie wszędzie z nią iść jak sobie zażyczy iść w pionie, no i koniec z ciągłym schylaniem się przy prowadzeniu za rączki- plecy odpoczną!

WIWAT TOSIA! WIWAT! Z PRZYTUPEM!

NOŻ CHORRROBA…….!

Okazało się, że napisałam w zeszłym tygodniu posta, ale zamiast opublikować zapisałam go jako szkic… nic to, wrzucam więc teraz, żebyście wiedzieli, że jesteśmy jeszcze gdzieś tam, mimo, że zakopane pod tym puszystym śniegiem 😉

 

Dodam jeszcze, że poniższe już całe szczęście NIEAKTUALNE, bo jesteśmy niemal zdrowe 😉

Ale gdy pisałam, to było O TAK:

 

Wiecie co, jestem oburzona!

Jak te wirusy/bakterie inne dziadostwa śmią! Był katarek, wszystko szło ku lepszemu, a tu nagle w zeszły week end w nocy Tosinka zaczęła kaszleć przez sen. Co jest grane? Przecież wydzielina z nosa zrobiła się już rzadka, i wypływała na luzaka, starczyło wycierać pod noskiem… myślałam, że lada dzień wyjdziemy na prostą!

Obudziłyśmy się grubo po 9tej (znowu). Za późno do naszej Pani doktor pediatry, a lekarz, który przyjmuje po południu jest taki, że jeśli nie muszę- nie wezmę do niego dziecka; jak ostatnio wyskoczył na Tośkę znienacka, z lodowatym stetoskopem, dziewczę się tak rozdarło, że nie dało się jej uspokoić, a on nie przejmując się- zbadał ją na chama…zero podejścia.

Zorganizowałam sobie namiary na wspaniałą Panią dr, która leczyła większość dzieci w mojej rodzinie, w tym i te z poprzedniego pokolenia-czyli mnie :) Mam o niej bardzo dobre zdanie, z resztą jak wszyscy pozostali ludzie, którzy mieli z nią do czynienia. Tak się idealnie złożyło, że akurat w poniedziałek od 16:00 przyjmowała na dzielni u moich rodziców. Spakowałam więc Tosinkę, i popędziłyśmy na wizytę.

No i masz Ci los: Tosia ma zapalenie gardła, ba- zapalenie krtani! Zapewne od oddychania buzią (normalne przy zatkanym nosie), albo może paskudne bakterie mieszkające w katarze… tak czy siak, skończyłyśmy z antybiotykiem :(.

Do tego Pani Dr zapodała nam kurację homeopatyczną na najbliższe pół roku, na odbudowanie odporności. Pediatra zawnioskowała, że ten katar po prostu czekał na to, żeby się wykluć, po tej ostatniej jelitówce. Zaliczamy więc trzecią chorobę w ciągu trzech miesięcy, i wcale nie wygląda to dobrze; zwłaszcza, że jedno z „zaleceń” lekarskich trochę trąci hardkorem: mianowicie UNIKAĆ spotkań towarzyskich, zwłaszcza z małymi dziećmi, bo to najłatwiejszy sposób na złapanie choroby. Trzeba znaleźć jakiś kompromis w tym temacie, bo z jednej strony nie chcę, żeby Tosia była ciągle chora, ale nie możemy też przekiblować całego życia w domu! Zwłaszcza, że to kłóci się z moim jedynym postanowieniem noworocznym…

Ach, te bakcyle, można popaść w paranoję.

ZDRÓWKA ŻYCZĘ WSZYSTKIM!

 

PS. Siostra ma poinformowała mnie (a doświadczenie w chorobach dzieci ma, oj ma…), że jeśli katar nie minie do trzech dni, to i tak lepiej iść do lekarza. U nas trzeci dzień to była sobota :/ Pilnujcie nosków waszych maluchów! :)

Walka z blizną, runda pierwsza!

Cześć i czołem!

Nie uwierzycie, właśnie zapodaję pierwszy KRÓTKI WPIS 😉

Chciałam zameldować, że jakiś czas temu dotarły plastry silikonowe na bliznę, i już trzeci dzień stosuję. Małżon mój wspaniały na moje życzenie obfotografował mi dokładnie bliznę (na zdjęciu makro ta blizna jest naprawdę fuj! nie będę wam uprzykrzać życia wrzucaniem takich fotek 😉 ), więc będę miała podstawę do porównania.

Plastry nazywają się SUTRICON, i z czystym sumieniem będę pisać prawdę o MOIM rezultacie; podkreślam MOIM, bo mam potwierdzenie tego, że na niektórych działają, na innych nie; Mama Ewa ostatnio wrzuciła mi komenta, że u niej raczej nie zdały egzaminu, a ja właśnie wróciłam z imprezy urodzinowej, na której Mama B powiedziała, że używała ich w trakcie gojenia, i całkiem fajnie się sprawowały.

Pudełko zawiera sztuk 5, każdy plaster ma 30cm długości 5cm szerokości, i można go przycinać w zależności od potrzeb; moja blizna ma 11 cm, natomiast 1cm z brzegu jest całkiem fajny, więc będę każdy plaster ciąć na 6 kawałków: 3xna długość, i do tego jeszcze szerokość na pół. Zrobi mi się więc z tego 30 plastrów, co może maksymalnie starczyć na prawie 5 miesięcy kuracji! Oczywiście piszę maksymalnie, bo taki plaster można używać max do 5 dni, ale jednak zalecane jest zmieniać co 24 h (tjaaa, nie ma opcji 😉 za droga zabawa 😉 ). Z resztą okaże się, jak to będę używać, wyjdzie w praniu.

Będę was informować!

Buziaki!

Dzidzi ma katar :(

Na początek muszę wam powiedzieć: Jesteście ekstra!

Czytałam wasze ostatnie komentarze, i na przemian pociły mi się oczy ze wzruszenia i trząsł brzuch ze śmiechu. Co ja mam za brygadę Mam! Buziaki wam wszystkim! Czadowe mamy jesteście, wiecie??!! Wiecie. No, i dobrze.

 

Ale teraz…

Tosia ma KATAR.

Fatalna sprawa. Powiem wam, że już lepiej przechodziła tą całą jelitówkę- po prostu była słabiutka, aż serce pękało, no i wylatywało z niej co popadnie, ale za to nie męczyła się tak strasznie. Teraz już czwarty dzień nie może oddychać, rzadko śpi, i często marudzi.

Tosinka nie lubi aspiratora-

no pewnie, bo kto by go lubił?! Jakaś rurka wsadzana do nosa, Tatuś lub Mamusia siorbią, i próbują ukraść mi moje miziate glutki! Przecież one tak fajowo bulgoczą! i są takie ekstra!

No, może nie do końca ekstra. Tateł i Mama coś na nie krzywo patrzą… trzeba uciekać! Zwłaszcza, że mama coś mówiła, że nie do końca jest pewna, czy takie wysysanie nie tworzy strasznego wywołującego ból podciśnienia w głowie. Nie wiem zupełnie, co to znaczy, ale uciec zawsze można, nie? zwłaszcza, jak można się złapać mebli.

No nie, znowu mnie złapali, mama trzyma za ręce, tata tuli mocno…

Tosinka nie lubi też wycierać nosa!

Po pierwszym dniu używania chusteczek higienicznych, mimo naszych starań, Antoninka miała podrażnione pod noskiem. Teraz przerzuciliśmy się na wycieranie nosa wacikami, ale dziewczę i tak tego nie lubi.

Chociaż przynajmniej te waciki tak fajnie się dadzą rozszarpywać :D!

Zaopatrzyliśmy się w maść majerankową, smarujemy pod noskiem, i gdzie popadnie, a niech sobie córcia inhaluje. Tateł ma trochę ciężki czas w związku z tym- chodzi zaśliniony, bo mu dziecko smakowicie jedzeniem pachnie; ale wytrzymuje Tateł, nie podgryza potajemnie, bo czegóż się nie robi dla miłości.

Tosinka nie cierpi zakraplania nosa. 

Bo ścieka to potem do gardła, i trzeba zrobić takie wielkie: GUL! I moje glutki mają jakiś taki dziwny smak od tego. Nie lubię, nie lubię, nie lubię! O nie, znowu mnie łapią i mocno trzymają! ….

GUL!

Tosinka nie zgadza się na inhalacje.

Bo nie. Co mi będą jak jakiemuś kosmicie maseczkę na buzię zakładać (nebulizator)? A stanie nad parującym garnkiem jest nudne, i głupie: ani się ten garnek nie bawi, ani A KU KU nie robi, ani nie połaskocze- ciągle tylko paruje, i paruje. BEZSĘSU.

Poszła więc mama po rozum do głowy, i wymyśliła sposób: pożyczyła nawilżacz powietrza ŻABĘ od Babci M (bo moja żaba pękła gdzieś przy przenoszeniu z kąta w kąt latem), wyszukała w internecie proporcje na sól fizjologiczną (1 łyżka soli na 1 litr wody), i zamiast zakraplać mi nos solą (chwała jej), zamieniła nasz domek w jaskinię solną! Ale fajowa ta żaba, mówię wam! Nazywam ją BA, podchodzę do niej, kręcę taką gałką na jej brzuchu, a ona wyrzuca z oczu słone chmury! I zasuwam sobie w tych chmurach, i fajno jest.

Tylko, że pierwszego dnia mama przeholowała, i w domu aż do późnego wieczora było aż siwo od soli w powietrzu, no i sól można było z powietrza odgryzać kęsami. Ja mam już 11 zębów, więc też odgryzałam. Ale na języku i bez tego było słono.

Czasem mama też zapala taką świeczkę w jakimś tam kominku zapachowym, i w domu pachnie lasem. Ja wtedy pokazuję palcem, i mówię: FFFFFFFFF, i czasem mama da mi zdmuchnąć tą świeczkę. W sumie fajnie jest.

Powiem wam, że jest fatalnie. Poza tym wszystkim, co wam powyżej opowiedziała Tosia, ostatnio strasznie wiatr wieje, przez co unikamy spacerów, czyli lipa z zasypianiem w ciągu dnia :/ Zwłaszcza, że nos zatkany… nawet karmienie piersią jest masakrą, bo Tosia co dwa zassania się odsysa, żeby zaczerpnąć powietrza. Dzisiaj po kilku godzinach męczarni sięgnęłam po broń ostateczną- dreptałam z nosidłem przez dwie godziny- nie muszę wam chyba mówić, co myślą na ten temat moje krzyże… A jeśli chodzi o nocne spanie…ech, chwaliłam się niedawno, że już tak ładnie śpi sama, nie? No i dostało mi się za przechwałki: pierwszą noc Tosia spędziła na moich rękach w pozycji półsiedzącej, bo miała całkowicie niedrożny nos, i zupełnie nic nie pomagało (od aspiratora płakała tak strasznie, że robiło się tych glutów trzy razy więcej, i tak w kółko…). Wynik?- drugiej nocy Tosia stanowczo domagała się przeniesienia do sypialni! No, taki błyskawiczny regres :/ w tej chwili właśnie wysłuchuję żałosnego ryku mojej pierworodnej (i jedyno-rodnej :D), która domaga się, żeby ją wyjąć z łóżeczka. Jeśli nie pękniemy, to zaraz zaśnie; jeśli pękniemy- jesteśmy załatwieni na wiele tygodni. Ech, co za pech…

No, to ZDROWIA NAM WSZYSTKIM ŻYCZĘ! BO TO NAJWAŻNIEJSZE NA ŚWIECIE.

PS. Za moich młodych czasów, gdzieś w liceum, podśpiewywałam dużo z jednym kolegą; podczas prób śpiewaliśmy na rozśpiewkę i dla przyjemności różne pierdoły, i tak mi się teraz przypomniała przeróbka, często „używana” przez nas zimą:

Karolina ma katar, cała trzęsie się w posadach
Karolina ma katar, prątkuje i zaraża
Karolina ma katar, i to jest nasza szansa
żeby ona nie przeżyła zimy
-pijmy zdrowie Karoliny!

(wierzę, że Kolega z Gitarą trzy ostatnie wersy śpiewał z głębokim przekonaniem!)

PAPA!

 PS2. Zapomniałam jeszcze o jednej „przyjemności”- Gdy Tosia tuli się do mnie, w 99% przypadków zostawia mi gluta na koszulce. Fajnie, co?

 

O moim zakątku w sieci.

Zaczęłam pisać, bo potrzebowałam jakiegoś kontaktu z rzeczywistością poza wiszeniem na hamaku z dzieckiem przy piersi. Potem przez chwile myślałam, że może uda mi się zarabiać na blogu (chyba każdy zaczynający blogowanie myśli o tym choć przez chwilę).

Nie piszę regularnie. Nigdy nie będę, bo nie potrafię pisać krótko, a czasu na wszystko jest jakoś mniej… każdy wpis zajmuje mi co najmniej godzinę, a żeby pisać muszą być spełnione trzy warunki: muszę mieć czas, nie być bardzo zmęczona, i muszę mieć wenę. Nie będę raczej zarabiać na blogu (a przynajmniej nic na to nie wskazuje), bo nie potrafię się sprzedać- jakaś część mnie nie potrafi się przełamać; nie będę agitować do LAJKOWANIA, SZEROWANIA, i jakoś nie umiem dotrzeć do BOOSTOWANIA POSTÓW NA FB. Nie mam czasu zająć się nawet pozycjonowaniem, chociaż zawsze chciałam nauczyć się HTMLa dla siebie samej.

Na dodatek- mam pewien szacunek dla prywatności mojej córki- myśląc o jej przyszłości, więc nie zamieszczam jej zdjęć- jest to od początku celowe, jest to mój wybór, i moja decyzja. Zdjęcie, które raz wpadnie „w sieć” już na zawsze w niej pozostanie. To kolejny powód, dla którego blog raczej furory nie zrobi, bo przecież każdy woli oglądać słodkie pysie pyzatych aniołków, na dodatek najlepiej zrobione w żyleta-jakości, dobrym aparatem, a ja takowego nie posiadam. Nie zanosi się więc na światową sławę 😀 Do tego nie zaprzątam sobie głowy wynajdowaniem kolorowych obrazeczków ilustrujących, bo czasu serio mało- no taki lajf, co zrobić,

Piszę od serca.

Czasem boję się internetu, są dni, kiedy chcę np usunąć FB,bo nie czuję się bezpieczna w sieci (mimo, że raczej nie przykładam wagi do tworzenia super skomplikowanych haseł, czy szukania firewalli jak z gry DIABLO ;)). To raczej kwestia emocjonalna. Całkiem przypadkiem wpadam na jakiś ostry syf, który potem za mną chodzi tygodniami (mam taką osobę w znajomych, która lubuje się wrzucaniem informacji o złych rzeczach spotykających dzieci- nie wiem po co, chyba po to, żeby grzmieć, jacy ludzie są źli)…

Stworzyłam więc sobie w sieci przytulny kącik, gdzie nie chcę kłótni, nie chcę hejtów, gdzie nie ma miejsca dla trolli, gdzie spotykam sympatycznych ludzi, gdzie żartuję, gdzie dzielę się radościami, staram się nie narzekać, gdzie nie obrażam. Często mam ochotę coś wrednego napisać gdy przytrafi mi się coś nieprzyjemnego, ale potem myślę sobie, że to by nie było fajne, bo ja sama mam dosyć złych rzeczy w necie; myślę o przyjemności „czytacza”, można więc powiedzieć, że jakaś część mnie pisze pod publikę 😉 ale tylko dla tego, że mam przerost empatii, i w MOIM WŁASNYM kawałku internetu, tam, gdzie mam wpływ na rzeczywistość, nie chcę siać zła; i nie chcę mieć szansy na powrót do złych sytuacji podczas przeglądania strony dotyczącej tak wspaniałego elementu mojego życia, jakim jest macierzyństwo.

A zło, złość, sensacja i zgorszenie się sprzedają…

Mój blog nie jest przyszłościowym blogiem.

Zaczęłam myśleć o tym wszystkim jakiś czas temu, gdy dostałam maila z jakąś reklamą od hosta mojej domeny, i kiedy wróciły do mnie moje wielkie plany „kariery blogerskiej” Buahahaha! Ależ się uśmiałam!

Często zastanawiam się, czy jest sens kontynuować tą moją stronkę, bo piszę tak sporadycznie, że kupowanie domeny na kolejny rok chyba się nie opłaca. Poza tym jest nas tutaj niewielu. A przynajmniej na moim końcu tak to czasami wygląda (chociaż roboty-spamiarze nie próżnują: Gdybyście wiedzieli, ile spamowych komentarzy muszę usuwać! W sumie jest już tego ponad tysiąc, czyli prawie 4 razy tyle, ile prawdziwych komentarzy).

Ale i tak mi tu dobrze 😉

Miło mi, jeśli ktoś komentuje- dzięki komentarzom tworzy się więź, a przynajmniej ja to tak odczuwam. Miałam kiedyś nadzieję, że blog będzie tętnił życiem, że wszyscy czytający będą wymieniać się myślami i doświadczeniami, ale po jakimś czasie uznałam, że warto spojrzeć prawdzie w oczy, i usunąć z opisu strony na facebooku hasło „DYSKUSJE” 😉 Sama przecież nie raz czytuję różne rzeczy jako „tajniak”, czyli nie zostawiam po sobie śladu w postaci wpisu. Skoro  sama nie umiem się sprzedać- godzę się z takim stanem rzeczy. A mimo to dzięki komentarzom poznałam na odległość kilka mam, które- mimo tego, że nie znamy się na żywo- w jakiś sposób wpisały się w moje życie, i czasem myślę, co tam u nich słychać, pamiętam imiona ich dzieci, i cieszę się jak dziecko, gdy pojawiają się u mnie znowu (jest i Tatuś 😀 żeby nie było!). Czasem też zdarza się przeczytać naprawdę miłe słowa na temat mojego pisania- od razu robi się ciepło na sercu.

Dlatego właśnie ciężko było by mi odpuścić bloga, nawet, jeśli kompletnie nie mam czasu na pisanie 😀

Dzięki, że gdzieś tam jesteście.

Jeszcze nie wiem, co będzie dalej, ale w tej chwili chciała bym, żeby to miejsce nadal żyło sobie, nawet, jeśli powolutku i po cichutku.

Ściskam was serdecznie! Buziaki!

 

PS. Mam chyba jakiś problem z etykietkami 😉 Nie wiem, czy pamiętacie, jak psioczyłam na „rodzicielstwo bliskości”- coś, co uskuteczniam od ponad roku, ale wg mojego serca, a nie wytycznych… Mniejsza z tym. Wiecie, co mnie bawi, odnośnie etykietek? Gdybyście nie wiedzieli, JESTĘ BLOGERĘ, szarą myszą i frajerem W BLOGOSFERZE, i na dodatek mój blog przez jakiś czas był PARENTINGOWY 😀 Ach, te cudne nazwy! No, jakoś mnie to śmieszy, nic na to nie poradzę. Nie chcę uchybiać blogerom parentingowym czy założeniom rodzicielstwa bliskości, ale TE ETYKIETKI!!! HAHAHAHA!! Ech, chyba muszę iść na jakąś terapię :)

Jak to jest z tym byciem mamą

Mam ostatnio takie myślówy różne…

 

Na imprezie sylwestrowej (która aż się prosi o opisanie, ale chyba kiedy indziej) gospodyni parę razy zadała mi pytanie: jak się czuję jako mama. Dodam, że Ciocia A sama jest mamą, i to od niedawna podwójną: ma trzyletnią córcie, i dwumiesięcznego synka, więc sama wie, jak to z tym wszystkim jest, a na dodatek wie o jakieś 300% więcej. Kilka razy padło to pytanie, i w sumie jakoś nie umiałam przymierzyć się do odpowiedzi, i za każdym razem z moich ust wychodziło coś na temat spychologii- czyli: jak tylko Tateł ma wolne, ja zrzucam opiekę nad Tosią na niego. Dalej nie umiałam rozwinąć tej myśli. I zaczęło mnie to trochę dręczyć. Swoją drogą Ciocia A, jak dla mnie mega super ogarnięta kobieta i matka (prze-hiper-ciepła mama,i taka cierpliwa, że normalnie pomniki stawiać!), dała mi generalnie dużo do myślenia na kilka tematów, w tym w kwestii „rozwoju rodziny rozwojowej”, czyli czy na serio nadajemy się na więcej, niż jedynaczkę…

Tak oto myślałam, i doszłam do kilku wniosków:

1. Do 11 miesiąca roku życia Tosi- jechałam na oksytocynie i innych odurzaczach post-porodowych; było dużo, dużo łatwiej. Haj się skończył, przyszła szara rzeczywistość (szara, ale pełna niezliczonych iskierek światła, ale już bez tego spida…ech…), i energii jakoś mniej.

2.Mój organizm jest wyczerpany ciągłym chudnięciem, karmieniem, i gdzieś w głębi mojej głowy czai się strach: CO JEST GRANE, że jest mnie aż tak mało, coś musi być chyba nie tak- to powoduje wycofanie się w tryb oszczędzania energii, jak tylko mam szansę. Stąd spychologia na Tateła (Tateł z resztą z radością przejmuje pałeczkę, mimo tego, że sam jest wyczerpany, grając w ostatnich latach na wielu frontach: pracowym, remontowym, tatełowym, drewno-rąbiącym itp.).

3. Zaczynam dziczeć. Generalnie w ostatnich latach raczej nie udzielaliśmy się towarzysko, jakoś tak wychodziło, a to remont, a to cośtam, a to ciąża, a to dziecko z kolką, a to brak samochodu, a to życie na zadupiu… i takie tam. Ale do tej pory przynajmniej czasem przebywałam z dorosłymi ludźmi, chociażby w pracy. A teraz?- siedzę sobie sama z Tosią, i całymi dniami śpiewam o żabkach, i udaję zegar (BIM-BOM!), albo dyskutuję o psie (czy to HAŁ HAŁ? nie, to BU BU BU!). To nie jest zdrowe, a przynajmniej nie na tak długą metę.

4. Nie mam czasu dla siebie. Wiadomo- często przybywa jedna czy druga babcia, biorą Tosię na spacer, ale ja w tym czasie, zamiast usiąść z dobrą herbatą i jeszcze lepszą książką- włączam audiobooka, i dylam w kuchni, łazience, pokojach, i ogarniam, co tylko mogę. Czasem, tak dla fiz kultury, porąbie drewno, i to jest miła odmiana- ale nie często mam na to czas. Z tego też powodu nie bloguję- przecież blogowanie to właśnie czas dla mnie! Sęk w tym, że w bałaganie żyje się trudniej… a przy osóbce tak wymagającej jak Antoninka ciężko znaleźć czas na różne rzeczy, nawet te podstawowe czynności, więc nadrabiam kiedy mogę.

5. Z jakiegoś powodu, gdy spotykam się z jakąś mamą, z którą nie jestem w bliższej relacji mamowej, ZAWSZE czuję się gorszą mamą. Nie wiem, czemu. Myślę sobie, że na pewno tamta mama radzi sobie lepiej, tamto dziecko jest bardziej zadbane i nie musi borykać się z błędami macierzyńskimi rodzicielki. Tak mam. Zaczynam myśleć, że za bardzo się wyginam, że za bardzo robię sobie pod górę, że krzywdzę dziecko nadal podając pierś (Tosia jest trochę zafiksowana na punkcie cycusia, może przez to ją ograniczam, opóźniam jej rozwój?!), że może jednak smoczek, że może jednak jogurty z owocami (czyt.: z cukrem) i monte, że może jednak biszkopciki zamiast jabłuszka, ciasteczka, cukiereczki, że może fiksuję z tym unikaniem cukru (wyjście z post-cukrzycowego uzależnienia od słodyczy było straszną walką, i chyba po świętach mam nawrót!), uważaniem na ilość soli, unikaniem smażonego itp…

W sumie powyższymi rzeczami Ameryki nie odkryłam, każda mama ma pewnie to samo na talerzu, chyba, że ma dziecko, które choć trochę potrafi zająć się sobą, albo chociaż śpi samo w ciągu dnia…

ach, no tak, muszę jeszcze dopisać:

6. Tosia przez 13 miesięcy swojego 14 miesięcznego życia nie sypiała za dobrze. Wiele w tym naszej winy, ale jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł…chociaż, gdy niejednokrotnie analizowaliśmy swoje postępowanie w pierwszych miesiącach życia Antoninki, zawsze dochodziliśmy do wniosku, że na drugi raz w takich samych okolicznościach postąpili byśmy dokładnie tak samo. Jeśli chodzi o dzienne drzemki- Tosiałka nadal sypia na spacerze (tak tak, nie ważne, że jest minus dziesięć na dworze- ubieraj się matka, trza dylać po wiosce!), i nie ma na razie opcji uśpienia jej w domu (stąd brak możliwości robienia czegokolwiek z domowych obowiązków na luzie), bo woli przepłakać z godzinę, zamiast iść spać, mimo, że pada na nosek ze zmęczenia.

 

Dobra, pora to wszystko przemielić- no to lecim:

Jest ciężko, nie ma czasu na leniuchowanie, nie chodzimy na imprezy, mam wyrzuty sumienia, że czasem uciekam przed swoim dzieckiem i chowam się za plecami Wszechogarniającego Małżona, wyglądam jak patyczak i gacie lecą mi z dupy, o atrakcyjności i zadbaniu nie może być mowy w takim przypadku,

ALE…

-Potrafię pół dnia wyskakiwać zza rogu i wołać: A KUKU! I zawsze sprawia mi to radochę.

-Nadal karmię piersią, i nie uważam tego za jakieś składanie się w ofierze dla wyższego dobra. Nie przestanę karmić tylko z takiego powodu, że wyglądam już jak- żeby sobie dowalić na maxa- modelka z wybiegu, tylko że z krótkimi nogami i słabszym pyskiem (no i z brakiem całego hajsu na koncie, i podróży do Mediolanu i innych takich)- czyli JAK WIESZAK. Uważam, że karmienie to coś niepowtarzalnego, że karmiąc piersią zapewniam dziecku ochronę i dbam o jego zdrowy rozwój. No i co ostatnio się okazało bardzo istotne: mimo, że po roku moje mleko nie jest już „tuste jak śmitana” i kaloryczne, to w przypadku choroby i braku apetytu przynajmniej wiem, że dziecko COKOLWIEK zje. Pewnie, że czasem aż mnie trafia, jak po raz dwudziesty słyszę: CI CI!!, albo jak Tosinka po mistrzowsku wykręca mi łapką tego sutka, który akurat nie jest używany (nowe hobby), ale ileż to razy jest mi miło po prostu zająć się dzieckiem siedząc na tyłku i nic nie robiąc 😉

-Co do spychologii ponownie: dzisiaj mnie olśniło! Jak Tateł się pojawia, to ja znikam; ale ŁATWIEJ MI JEST, gdy Tateł wychodzi rano do pracy, ja jestem z Tosią, Tateł wraca z pracy; i żyjemy według schematu. Dla mamy rutyna też jest zdrowa! Jak Małżon nagle ma jakieś urlopy czy długie week endy- zupełnie nie wiem, jak się ogarnąć, i cała się rozłażę! Więc wolę, żeby ktoś inny przejął stery; ja sobie w tym czasie posprzątam, zrobię pranie, czy coś innego uskutecznię. Z drugiej strony- jak Tateł znika na 4 dni w delegacji- ja jestem tak uciorana życiem (głównie bezsennością, o czym stoi TU, oraz zamknięciem w wieży sam na sam z wymagającą Małą Księżniczką), że dla zdrowia psycho-fizycznego uciekam od dziecka, i Małżon musi się wykazać. Ot, i wszystko!

-Staram się być mądrą mamą; nie sadzam dziecka samego przed bajką, bo uważam, że to nie prowadzi w dobrym kierunku. Spędzam z nią masę czasu. Śpiewam jej piosenki i razem tańczymy, klaszczemy, pokazujemy głowę, ramiona, kolana i palce. Robimy razem kupę rzeczy, bo wiem, że teraz dziecko uczy się w błyskawicznym tempie, a ja właśnie teraz mam okazję to wykorzystać. Rozmawiam z Tosią, pokazuję jej świat, objaśniam, co i jak. Ćwiczę cierpliwość, staram się emanować miłością i uczyć tego Tosinkę.

-Jestem na każde zawołanie dziecka (o ile rzeczywiście mnie potrzebuje, a nie jest to po prostu NOŚ MNIE NA RĘKACH, NIEWOLNIKU!), i jestem w stanie przenieść dla Tosi góry, jeśli akurat tego wymaga sytuacja.

-Wreszcie wyszliśmy z impasu spaniowego- po wielu miesiącach starań; tzn Tosia śpi sama, w swoim pokoiku- wyprowadzka z sypialni to był strzał w dziesiątkę! Wprawdzie budzi się jeszcze na karmienie, około godziny 5 rano, ale potem wraca do łóżeczka, i śpi do 7mej, a potem jeszcze koziołkujemy sobie razem w pościeli w naszej sypialni do dziewiątej. Powyższe oznacza zdecydowane polepszenie się jakości naszego życia :) coraz rzadziej snujemy się jak zombie, coraz łatwiej jest nam przeżyć każdy dzień :) i w ogóle robi to niesamowitą różnicę, także Tosia budzi się w lepszym nastroju. Jeszcze nie zabraliśmy się twardo za drzemki dzienne, tzn nadal rano Tosia śpi na spacerze, a po południu- jak wyjdzie: albo na spacerze, albo w samochodzie w drodze dokądś, ale nie chcieliśmy robić jeszcze rewolucji- poczekamy, aż się spanie nocne „uleży”, i może wtedy się za to weźmiemy. Tak czy siak- jakoś pozytywniej się o tym teraz myśli, gdy Tosia zasypia ładnie sama.

-Nie karmię dziecka śmieciami, słodyczami, sklepowymi gotowcami, staram się gotować zdrowo i z głową, a jeśli mam szansę- walczę o to, żeby składniki były eko, no i generalnie nie używam kupnych, wysoko przetworzonych rzeczy w kuchni (ha! Aż się pochwalę! Dzisiaj właśnie zrobiłam swoją własną kostkę rosołową! Taką bez „witaminki E” i bez glutaminianu sodu!). Zamiast czekoladek jemy owoce (ach, te mandarynki!), i to jest fajne!

-Dla chichotu Tosi potrafię robić z siebie idiotkę, i to nie jeden raz, a milion razy! Ile tylko razy Tosia będzie się z tego śmiała! Dla jej szerokiego uśmiechu podnoszę te słodkie kilogramy zwisającymi ze zmęczenia rękami, i podrzucam ją do góry. Dla jej spokojnego snu co wieczór zakradamy się z Małżonem do sypialni dosłownie na paluszkach, skradając się jak ninja, bo nasze schody skrzypią tak, że i niedźwiedzia by obudziły z zimowej drzemki. Dla jej potrzeby dzielenia się przykładam do piersi nie tylko ją, ale i misia, i lalkę, żeby Tosia mogła być spokojna, że jej przyjaciele też jedzą CI CI. Generalnie- jestem w stanie stanąć na rzęsach. Oczywiście w rozsądnych granicach. Bo jestem też w stanie czasem wysłuchiwać ryku, kiedy moja królewna życzy sobie być na rękach właśnie w tej chwili, gdy mama robi zupkę (a przecież zupkę ugotować trzeba!)- tłumaczę wtedy Tosi, że mamusia jest zajęta, i np proponuję jej buszowanie w szafce z garnkami- jeśli propozycja zostanie łaskawie przyjęta- słuchanie ryku zamieniam na hałas trzaskających garnków’ jeśli nie- słucham ryku. Potrafię twardo- mimo ryku- zabronić zabawy gniazdkiem, żucia słuchawek, wkładania kabli do buzi. Potrafię z kamiennym sercem zawodowego kata odłowić uciekającą panienkę jedną ręką, a drugą ręką (mimo protestów) przytrzymać, i- jak prawdziwy łajdak- założyć do końca pieluszkę, rajstopki, „skarpetko-paputki” (nazwa powinna być opatentowana przez Tateła!), i spodenki- bo za zimno na latanie z gołą pupą.

-Cieszę się jak małe dziecko, jak moja córcia udaje zwierzątka, i nawet jeśli chrumkanie świnki słyszałam już milion razy- zawsze jestem dumna i uradowana.

Bycie mamą jest wyczerpujące, nie ma od tego wakacji, nikt za to nie pogłaszcze (ani nie zapłaci, Haha!), dziecko nie raz reaguje wrzaskiem na coś, co robimy dla jego dobra, i nie raz mam ochotę rąbnąć tym wszystkim i uciec. Potem biorę oddech. I z powrotem jestem mamą. Jak to jest być mamą? No, normalnie! Po prostu się jest tą mamą, ma się gdzieś tam bliżej podłogi jedną część swojego serca, o którą się dba, ma się masę obowiązków, z których najchętniej by się zrezygnowało, ale ma się też miliard powodów do radości. I tu chyba się powtarzam.

Czy spełniam się jako MAMA? Kurde, no nie wiem, czy się spełniam. Pewnie chciała bym w jednej ręce żonglować dzieckiem, drugą ręką pichcić delikatesy, a w nocy, przed długim i głębokim snem tańczyć dla Małżona taniec brzucha na rzęsach. Wcale tak nie jest, życie weryfikuje wszystkie plany i wyobrażenia, a jeszcze trudniejsze rzeczy przed nami. Myślę, że jestem zbyt krótko mamą, żeby się spełniać, czy nie spełniać. Wiem jedno: wiedząc, jak jest na tej parabolicznej kolejce górskiej, która- paradoksalnie- jedzie po torach rutyny o braku wyrafinowanych podniet intelektualnych i rozrywek, ZA NIC NIE WRÓCIŁA BYM DO ŻYCIA SPRZED TOSI. Chwalę sobie rutynę. Będę korzystać czasem z tego, że Tateł jest cudowny i opiekuńczy, i mogę uciec do mysiej nory. Będę narzekać, że nie mam kiedy wyskoczyć na jakąś gimnastykę. ale BĘDĘ TEŻ MAMĄ, I BĘDĘ SIĘ STARAĆ SPĘDZAĆ TEN CZAS JAK NAJLEPIEJ.

HOWG.

Ciociu A, czy te wywody odpowiadają na Twoje pytanie? Ja sama nie wiem, czy na moje odpowiadają… Buziaki dla Ciebie, dziękuję, za zadawanie mi pytań, i przepraszam za to, że tyle gadam.

I buziaki dla was wszystkich. Przepraszam, że tyle piszę. I tak rzadko 😀 Ściski!