Miesięczne archiwum: Luty 2015

Minął tak po cichutku…

DSC_0035DSC_0031DSC_0036

 

Miały być fajerwerki. Tort miał być, wino wirtualne i śpiewy…

DUPA SRAKA.

Zamiast tortu było dietetyczne żarcie, bo przecież na gastroskopii wykazali mi-jakże by inaczej- zapalenie żołądka. Zamiast wina były syropy na kaszel, a śpiew zastąpiło zawodzenie smętnej, chorutkiej Tosi.

 

E-mama miała urodziny.

Miałam strzelić jakiś inteligentny, dowcipny i błyskotliwy (ach, no bo jakże by inaczej!) tekst, zabłysnąć, zabrylować, bo przecież bloger ze mnie pełną gębą… roczek za mną…

Nikt nie pamiętał o urodzinach e-mamy, zwłaszcza e-mama.

Urwanie głowy, poważnie.

W przyszłym roku od jesieni zamykam się z dzieckiem w kokonie z pierzyny, owijam folią bąbelkową, na głowy zakładamy kolorowe czapki z pomponami, wyłączam telefon, a w ręce trzymam sprej przeciwko wirusom. I kieliszek z wódką. Bo coś mi się jednak od życia należy.

Jeśli ja każde jedno spotkanie towarzyskie mam okupić dwoma tygodniami masakry zdrowotnej, to ja się nie piszę na salony…zwyczajnie mi się to nie kalkuluje! Napisałam dwa tygodnie? Ach, no, dodam, że to podstawowe minimum, jak statystyka domowa pokazuje. W sumie chorujemy przecież od listopada, z króciutkimi przerwami na JEDNO wyjście towarzyskie, gdzie przytulamy kolejne bakcyle.

Z okazji urodzin e-mamy przypałętał nam się na dodatek rodzinny wirus, który złapał wszystkich po kolei, ale mamę przycisnął najmocniej (taki sobie, wiecie, prezent specjalny)- ciało wreszcie powiedziało:

„hoooooola, koniec tego zajeżdżania mnie! Kładź się, i męcz, jak jesteś taka mądra i nie dbasz (nie śpisz jak masz szanse tylko pranie robisz, itp). Poza gardłem i wypluwaniem płuc, dodam Ci jeszcze osłabienie tak gigantyczne, że pierwszego wieczora wykopyrstniesz się gdzieś nieświadoma w kiblu, a jak dasz radę dożyć dnia czwartego, to będziesz klęczeć pół godziny przy kanapie, żeby się pozbierać na tyle, by dać radę przesunąć się do stojącego pół metra dalej talerza zupy. Do tego zawroty głowy jak na mega libacji, nogi z waty, mięśnie z wody. A na dodatek gorączka Ci nie spadnie od leków wcale, bo i po co.”

Jak ciało powiedziało- tak uczyniło, co do słowa… Dodam, że zwykłe leki przeciwgorączkowe przy zapaleniu żołądka zrobiły mi niezłe bubu… i tak oto, wypluwając co chwila wnętrzności w spazmach kaszlu, dnia czwartego wlazłam na e-mamę, i sobie uświadomiłam: MAM JUŻ CIĘ PONAD ROK, TY BLOGU MÓJ! MÓJ MÓJ MÓJ!

BLOGU MÓJ,

życzę Ci z okazji urodzin, żebyś był pisany.

Życzę Ci, blogu drogi, żebyś był pisany z zapałem, z radością, z entuzjazmem. Z głową 😉 (eee tam, ta głowa czasem zostawała gdzieś z tyłu, a i tak dawało radę, nie? ). Z sercem. Jak do tej pory.

Życzę Ci, blogu drogi, żebyś był CZYTANY. Bo pisany jesteś nie tylko sobie a muzom, jeno i odbiorcom. I żeby Cię owi odbiorcy lubili, żeby Cię miziali komentarzami po brzuszku, i karmili literkami, żebyś rósł duży, jak Tosia, i żebyś nie miewał problemów ze zdrowiem i nie hibernował przez to.

Życzę Ci, bloguśku, żebyś miał coraz więcej przyjaciół.

I żebym nigdy już nie musiała z tak niefajnego powodu, jak paskudne choroby, odpuszczać naszego wspólnego imprezowania. Za rok dajemy razem banię, okej? No! :)

 

A TERAZ, Z OKAZJI URODZIN E-MAMY: KTO LUBI BLOGA, DAJE LAJKA (lubię to!). A KTO BARDZO- DAJE SZERA (Udostępnia). I wkleja buziaka w komentarzu. Blog „odbuziuje” ładnie w następnym wpisie :)

 

 

 

 

 

Moje dziecko na „speedzie”.

Rany, co za akcja!

Czas akcji: Przedwczoraj

Miejsce akcji: Okolice pokoiku Tosi i naszej sypialni

 

Tosia miała jakąś dziwną jazdę z zasypianiem, tzn: po tradycyjnej książeczce i CICI (dla niewtajemniczonych co to CICI- słownik jest TU), Tosia została odłożona do łóżeczka- jak zawsze. Mama udała się w stronę schodów, gdzie dobiegł ją tradycyjny „sygnał odkładania do stacji dokującej” czyli ryk córeczki. Dzielna mama, niezrażona hałasem, schodziła dalej w dół; tym razem jednak sygnał dokowania jakoś się zaciął, i zamiast ustać gdzieś w połowie (no dobra- na dole) schodów- trwał dalej, i zamiast standardowego trzy-sekundowego miałknięcia, zmienił się w donośną syrenę alarmową. Mama, doświadczona przez wiele przepraw z trudnym zasypiałkiem, spokojnie udała się na wieczorne ogarnianie chałupy, sprawdzając jednakże czas na zegarze, bo warto mieć kontrol, na wypadek, gdyby coś miało – z przyczyn nieznanych- nie wypalić, i dziecię miało by nie umilknąć i nie zasnąć.

Mija 5 minut- ciągły ryk. Mama spłukuje pianę z patelni. Minęło minut 10, Tateł wrócił „narąbany”, czyli z dwoma wiaderkami drewna na opał; Mama szybko streszcza mu sytuację, i tu następuje krótka narada: Tateł mówi, że pójdzie do Tosi, ale może się to skończyć usypianiem jej w sypialni (to taki nasz scenariusz mocno-kryzysowy, używany, gdy wszystko zawodzi: mama śpi na dole, żeby Tosiun nie spędził nocy z cyckiem w buzi, a Tateł śpi z maleństwem u góry). No okej, poleciałam znieść sobie pościel, a Tateł został z dziecięciem w sypialni.

Nasłuchuję, u góry impreza: Tośka pokrzykuje radośnie raz po raz, jakby coś Tatełowi opowiadała. Co jest grane? Co oni tam robią? Ech, nie ważne, nie moja sprawa, mam przecież co robić na dole- pomyślałam, i zajęłam się miliardem rzeczy do zrobienia.

O godzinie 22:50 dostałam smsa: DOPIERO ZASNĘŁA. Ki czort? 2 godziny później??!! Drogą smsową dowiedziałam się również, że dziewczę skakało po Ojciecu jak szalone, i wcale nie miało ochoty na spanie. Hmmm, no cóż, zdarza się nawet mi, że nie chcę iść spać, kiedy wypada (cholera, tak na serio nie pamiętam już, kiedy była taka sytuacja, raczej odwrotnie- chcę spać, ale jeszcze NIE WYPADA!).

 

Czas akcji: Dzień później

Miejsce akcji: Dokładnie w tym samym miejscu, oraz na parterze.

Tateł wyjechał na delegejszyn, więc my z Tosią „sprowadziłyśmy sobie” babcię M do towarzystwa. I dzięki Bogu, bo bym tego nie ogarnęła…

Tosia pod koniec książeczki nr1 zauważyła brzeg sprytnie ukrytej książeczki nr2, i zażądała kolejnej lektury. Ja- nauczona akcją dnia poprzedniego- wolałam spędzić z nią trochę więcej czasu, i położyć ją naprawdę znużoną, żeby uniknąć takiego cyrku, zgodziłam się więc na rozszerzenie repertuaru. Sęk w tym, że Tosinka wcale nie była zainteresowana! Pokazywała za to dookoła wszystko, co się tylko da pokazać (obrazki na ścianach, drewnianego aniołka, zabawki w kącie itp), tańczyła i klaskała, zachęcając mnie do śpiewania, kręciła się i wierciła, a nawet CICI jej nie interesowało! Ja twardo brnęłam przez książeczkę, co jakiś czas udając, że nie zauważam, że przewracam więcej niż jedną stronę na raz, i gdy dotarłam do końca, powiedziałam standardowe: No, Antosiu, skończyłyśmy książeczkę, teraz zgasimy światełko. Zgasiłyśmy razem lampkę, popatrzyłyśmy na światła za oknem, i podeszłyśmy do łóżeczka.

Położona…jest OK. Spadam.

Moja pociecha zgłosiła protest dopiero gdy byłam na trzecim schodku. Ale JAKI PROTEST! Kule bele! Co ja mam z nią zrobić??!! Zlazłam na dół, i oznajmiam Babci M: Powtórka z rozrywki, wygląda na to, że dzisiaj się nie zdążę umyć; skubnę coś w locie, i spadam do niej. Babcia na to: Zjedz spokojnie, idź się umyć, ja do niej pójdę, tylko powiedz mi, co mam robić.

Tu szybkie wyjaśnienie: nie to, żeby moja Mama nie miała doświadczenia z dziećmi, ma, i to jakie!! Wielokrotna babcia i mama :) Ale moja Mama wie, że z Tosią przechodziliśmy różne „akcje spaniowe„, braliśmy się za różne sposoby nauki, i wie, że czasem trzeba np chwilę poczekać, albo nie wyciągać z łóżeczka, albo jeszcze co innego… wolała się więc upewnić. Szacun dla Babci M.

Ja jej na to: rób co uważasz, np możecie sobie usiąść u niej na fotelu z książeczką, albo coś w tym stylu, jedynie nie schodź z nią na dół.

Babcia poszła do góry ukoić zrozpaczoną wnusię, a ja zabrałam się za kolację moją i szykowanie kolacji dla Pana Psa,  po czym czmychnęłam do łazienki. Po wyjściu z łazienki usłyszałam entuzjastyczne pokrzykiwanie mojej małej panienki- co za niezmordowana cheerleaderka! Na komórce czekał na mnie sms od Babci M: „zrób sobie co tam masz do zrobienia, na spokojnie”. No okej- chyba się dobrze bawią! Ogarnęłam więc kuchnię, skończyłam piec chleb na rano, zapakowałam kominek „po rancik”, żeby na całą noc starczyło, i ruszyłam na paluszkach w stronę schodów.

Przy schodach usłyszałam śmichy-chichy mojej latorośli… nie bawiąc się więc w skradanie na paluszkach- zapaliłam bezczelnie światło, i potupałam do góry. A u góry…babcia półgłosem coś tam mówi cicho, usiłując wprowadzić senną atmosferę, a Tosiałka jej krzykiem entuzjastycznym odpowiada, zagaduje, i zaczepia!

Aż mi słabo, jak mam o tym pisać… ja sobie myślałam, że zaraz „dniówka” się skończy, że się położę, żeby ją uśpić, a tu- święta naiwności- taki strzał w pysk od losu! Żeby tego było mało, że nie chciała zasnąć: moje dziecko furgało po pokoju jak zając z reklamy duracelów! I nie dało się go zatrzymać! Śmiała się, popisywała, skakała, latała w kółko, kręciła się, śpiewała, podskakiwała, tuliła, całowała, uciekała…. mogła bym tak bez końca, albo co najmniej trzy godziny, czyli tyle, ile zajęło mojemu dziecku uśnięcie. W pewnym momencie moja mama powiedziała, że idzie się myć na dół. Myślicie, że moje dziecię chciało zostać ze mną w sypialni? Otóż nie! Moje dziecię chciało być WSZĘDZIE, w tym z babcią na dole,w łazience. Ba- ona chciała robić z babcią myju myju! Mimo tego, że oczy niemal cofnęły jej się w głąb czaszki ze zmęczenia!

Zaczęłam kminić, co też może być powodem takiej hiper-aktywności, i przyszło mi do głowy kilka opcji. Oto one, w kolejności przychodzenia do głowy:

1. Może Tosia ma skok rozwojowy? (tu moja mama powiedziała, że owszem, Tosia od ostatniego czasu, gdy się widziały, bardzo mocno się rozwinęła, masę rzeczy nauczyła, generalnie- skok naprzód, więc- możliwe).

2. Może Tosia właśnie rośnie? To mi wpadło do głowy przez jedną z „moich mam”, Asię, która opowiedziała mi ostatnio o cyklicznych kłopotach ze spaniem swojej córci: zawsze po tym, jak mała koleżanka J. (<3) ma kłopoty se spaniem, trzeba zmienić ubranka na większy rozmiar :) – To też miało by sens, bo właśnie wieczorem stwierdziłyśmy, że śpioszki trochę zaczynają podejrzanie wyglądać na za małe, a w zeszłym tygodniu zapinały się na luzaka…

Patrzę na to moje dziecko, i zaczyna ogarniać mnie panika: ona wygląda jak na amfie! Tosia właśnie biegała w kółko po kuchni, wyrzucając z siebie różne dźwięki w szybkim tempie- przypominało mi to babcię z filmu „Requiem dla snu”…makabra! Powiem wam, że amfy nigdy nie brałam, ba- nawet nie widziałam (świadomie, może ktoś tam się czaił) nikogo, kto by brał… miałam za to jednego managera w UK, który walił kokainę w nos, aż się kurzyło- przybiegał do nas do baru, i dopingował nas do boju jak kibol na meczu rugby…dużo wczoraj myślałam o tym kolesiu, (pierwszy raz od jakichś 9 lat, czyli od czasu, jak znikł mi z oczu, burak jeden). Przecież na takich speedach można hulać na wesoło aż się człowiek przekręci z wycieńczenia, nadal radośnie podrygując nogami!

I wtedy….

3. „Mamuś, a może jej się coś takiego od antybiotyku dziać?!” (znowu jest zapalenie gardła :( Od kataru się zaczęło, znowu…). Babcia zapytała, czy czytałam ulotkę… no to ja skok po ulotkę, i czytam; lista skutków ubocznych IMPONUJĄCA, mimo tego, że większość zaznaczona, jako występujące niezwykle rzadko… No i proszę, jest: nadpobudliwość ruchowa, wypisana w jednej linijce z drgawkami…

O RANY!

Oczywiście natychmiast podjęłam decyzję o odstawieniu lekarstwa.

Co za rzeź.

Moje dziecko na tym „wspomagaczu” farmakologicznym zapieprzało wczoraj do 23:30. Dopiero o tej porze jakoś tam zaczęło odpływać, mimo, że już dłuższą chwilę byłyśmy w łóżku, i miała CICI do dyspozycji (jako uspokajacze ostateczne), jednakże wcześniej wolała po nich po prostu SKAKAĆ, z uwzględnieniem praktyk sadystycznych typu: wbijanie paznokci, nawijanie sutka na palec, trzaskanie itp (żadne magiczne hasło nie działa :( ). W końcu pacholęcie jakoś tam się wyluzowało, i o 23:35 stwierdziłam jej odpłynięcie.

GRUBO, CO?

Dzisiaj znowu Tosia śpi sama z Tatą, ale dzisiejszy ryk chyba był po prostu związany z tym, że się źle czuje, albo z lękiem separacyjnym, który daje nam ostro popalić… ale przynajmniej nie zasuwała jak chomik w kółku, tylko odpływała Tacie na rękach, po czym darła się masakrycznie, gdy tylko próbował ją odłożyć. Po kilku próbach w stylu: 3-5-7 (to tak w skrócie, bo już nie patrzymy na zegarek, tylko dajemy jej szansę spróbować wyciszyć się samej, a jeśli rezultatów brak-wkraczamy), Tateł wydał mi dyspozycje w stylu: trzeba przynieść trochę drewna, nakarmić psa itp, po czym udał się na ratunek księżniczce. I tak oto ja siedzę sobie przed kompem sama. A teraz już kończę, i idę się narąbać 😉 Oczywiście DREWNA DO KOMINKA! :)

Buziaki wam, moi drodzy, słodkich, niezakłóconych niczym snów.

PS. Chciałam wrzucić dla was foto-relację z niedzielnego spaceru w Pszczynie, ale to innym razem.

A ja wolę moją mamę!

Uwaga, wszystkich na diecie informuję, że z okazji tłustego czwartku na dole są zdjęcia naszych zajebistych pączków, więc jeśli nie chcecie mnie znielubić- nie czytajcie do końca 😉 ale wpis jest o czymś innym;

Mianowicie:

Jestem nieco zmieszana- moje super-towarzyskie dziecię od jakiegoś czasu ma jedną śpiewkę: MAMA, MAMA, MAMA!

Przyczepione do mojej nogi, najchętniej ciągle u mnie na rękach, do taty-nie; do babci-nie; może ewentualnie pobawić się z jednym czy z drugim równocześnie klejąc się w tym czasie do mamy.

Babcia J. zdziwiona tym faktem, odrobiła za mnie zadanie domowe, i zerknęła do internetu. Powiedziała mi, że rzeczywiście dzieci w tym wieku „tak mają”. Ja, niemal speszona tym, że ktoś za mnie zrobił research w necie (znacie mnie, sieciowego sznupacza), chyc chyc do kompa, wpisuję: „piętnastomiesięczne dziecko”, wybieram pierwszy wynik z googla, i czytam pierwsze zdanie, w którym jest o tym, że dziecko ponownie przechodzi lęk separacyjny, i kurczowo czepia się mamy. No cóż, mądre te internety…

Ręce bolą, obiad ugotować ciężko, do kibelka nie można samemu, posprzątać?- zapomnij! Wisi to to na nogawce, i gorzkie żale odstawia, bo mama ma być na wyłączność, do tulenia, cycusiowania i zabawy. A jeśli Tateł się pojawi na horyzoncie… radość trwa tak długo, jak długo znajduje się ON za oknem, gdzie można mu machać (razem z mamą) i wysyłać całusy (też razem z mamą), a potem to już generalnie może sobie spadać.

Co do Tateła: wziął kiedyś Tosinkę na spacerek, tak, żeby się zdrzemnęła. Wracają po ponad godzinie (ja w tym czasie zdołałam oczywiście pół chaty ogarnąć i łobiod naszykować i do połowy ciasteczka maślane przygotować do pieczenia), podchodzę do przedpokoju na paluszkach, bo dziecię może przecież jeszcze śpi, nie?- o, święta naiwności! Dziecię nie zmrużyło oka, i Małżon nagrał dla mnie na komórce fragment spaceru: Tosia podparta wysoko w wózku, siedzi wyprostowana, i nawija: MA MA MA MA MA MA…. Podobno tak wyglądał cały spacer. No, nieźle.

No więc wisi na mnie to moje szczęście, a żeby tego było mało, z tym moim szczęściem wisi… jej szczęście: lalka bez imienia, zwana DZIDZI; córcia mojej córci. Chodzi z nami wszędzie, je z nami śniadanka, obiadki, pije herbatki i CI CI… Taki szczęśliwy rodzinny trójkąt. A Tateł próbuje mnie wyręczyć jak może, ale właściwie to siedzi, patrzy, czeka na swoją kolej, żeby się do tego rodzinnego kółeczka na powrót wśliznąć.

Taki mój mamowy los.

Też tak macie, drogie mamy? Pewnie te, które siedzą w domach, mają większą szansę zaobserwować takie dziwne akcje, bo mamy, które wychodzą do pracy są zawsze jednakowo oblegane gdy się pojawią na horyzoncie… albo też dzieci przywykły do rutyny wyjść, i nie przeżywają tak rozstań? A może wcale nie? Ciekawam.

Przyznaję, że im dalej w las- czyt: im dalej w piętnasty miesiąc, tym ta cała sytuacja traci na rozpędzie, i wczoraj dało się bezboleśnie zostawić dziecko z dziadkami, ale gdy np dzisiaj ząbki dokuczały, to znowu była MAMA MAMA MAMA- niby dawało się Tosię zająć czymś innym w tym samym pomieszczeniu, ale krążyła wokół mnie jak mały, słodki satelita, by w końcu zerwać się z orbity i wdrapać na kolana (średnio co 5 minut się tak zrywała). Nic to, trzeba przeczekać. Mam nadzieję, że lada dzień to się skończy, i częściej będę mogła oglądać takie oto obrazeczki (które kojarzą mi się z ilustracjami z Kubusia Puchatka, choć i bez tego są przekochane :) ):

DSC_0053

Tato, pójdę z Tobą…

DSC_0054

…aż na koniec świata.

 

 

A z innej beczki:

Uczyniliśmy wczoraj wieczorem nasze pierwsze domowe pączki! Fakt faktem, że ciacho wyrabiała nam maszyna 😉 ale i tak podejmując się domowego robienia pączachów czułam się jakbym właśnie postanowiła lecieć na księżyc 😉 I wiecie co? były cacy! Wrzucam zdjęcia, bo jestem dumna z naszego cukierniczego duetu :)

DSC_0002DSC_0001 DSC_0003Pan gastrolog pewnie groziłby mi palcem, gdyby czytał mojego bloga…ech…

Wszystkim wam życzę smacznego, jeśli jeszcze tłusto-czwartkujecie, a tym, którzy są już po, życzę lekkiego trawienia 😉

A na koniec wszystkim mamom karmiącym mówię: W CYCKI WAM PÓJDZIE 😀 Czego życzę także tym nie karmiącym 😉

Buziaki!

 

Spanie stoi na głowie.

To spanie w ciągu dnia to jakaś porażka.

Zanosiło się na fajną rutynę:

-Pobudka Tosi koło 8mej, gdzieś do 9 max kulamy się wesoło po łóżku, w którym to czasie ja usiłuję otworzyć do końca powieki- mają z rana jakiś taki dziwny zwyczaj zamykać się przy mruganiu na dłużej niż im wypada…

-śniadanko- oczywiście w doskonałym nastroju, bo jakże by inaczej;

-hulanki i swawole w domu, z uwzględnieniem tuptania gdzie popadnie, czytania książeczek, robienia AKUKU, i miliarda innych rzeczy;

-Koło 11:30, po krótkiej walce- SPANIE W ŁÓŻECZKU. No bo przecież już po pierwszym dniu wszystko wskazywało na to, że zaskoczył trybik, i Tosia będzie ładnie zasypiać…

Po jakimś czasie drzemka zaczęła się coraz bardziej przesuwać w czasie (bunt, bunt, bunt na pokładzie!), więc wymyśliłam, że odrobina powietrza powinna dobrze zrobić, i trzeba przed spaniem uskutecznić choć chwilę spaceru. Jednak jak to uczynić, żeby nie zasnęła w wózku, jak to dawniej bywało (to właśnie powód wycofania porannych spacerów z rutyny)? No jak to co? Wyjść na spacer przed dom, i potuptać w siną dal! :) Nie ważne, że koleiny śniegowe wyższe niż Tosia, nie (no dobra, przesadziłam… ale lodu jest co nie miara!)?

Wychodzenie w ten sposób na spacery ewidentnie się Tosi spodobało, zwłaszcza to, jak odwiedzamy nasze KO KO, lub chowamy się przed psem za furtką, a potem dajemy mu oblizywać rączki (piesek robi AM AM!). Dzisiaj to nawet był szał, bo dziewczynki z sąsiedniego domu nam machały przez okno! Ale było fajnie!

Problem w tym, że urozmaicenie nic nie pomogło…

Na początku usypianie wyglądało tak, że po jakimś tam czasie buntu (w najlepszym dniu rekordowo: TYLKO 3 minuty płaczu) Tosia usypiała, na swoją standardową czterdziestkę (UWAGA- naliczanie sekundowe). Od czwartku płacz (z przerwami na uspokajanie) trwa… godzinę, albo i gorzej… po czym Tosia zwyczajnie zaczyna bawić się w łóżeczku!! Gdy zabawa trwa w najlepsze, i już wiem, że ze spania nici, wypuszczam żuczka z łóżeczka, po czym okazuje się, że mój szkrabik POTYKA SIĘ O WŁASNE KOŃCZYNY ZE ZMĘCZENIA! Oczywiście po jakimś czasie woła: CI CI!! Mama przystawia, a dziecko w ciągu dwóch minut potrafi odpłynąć. Za pierwszym razem gdy zaczęła odpadać spróbowałam położyć ją w łóżeczku, co poskutkowało gwałtownym rykiem, i zupełnym rozbudzeniem. I tak w koło Macieju… O LA BOGA, co tu robić?! Dzisiaj Małżon przejął stery, i przez godzinę był ryk, z czego większą część tego czasu Tateł stał koło łóżeczka i przemawiał czule; co z tego, skoro Tosi nie wyjął „na stałe”? Żadne czułe słówka nie powstrzymają gorzkiego żalu biednej uwięzionej w łóżkowej wieży Księżniczki Antoniny… Po stu latach (czy może po pół godziny, nie wiem, już się gubię) Tosia zaczęła się bawić (i co chwila zawadiacko pokrzykiwać: MAMAAA, TATAAA!), po czym zorientowała się, że zamek „drzwi” do łóżeczka jest zepsuty, i dosyć łatwo można się wymknąć. Już po chwili przyszła do nas do kuchni, z miną cwaniaka. Co za życie…

No okej, to jemy zupkę, i lecimy na kawę do Mamy Ewy z Ulicy Spacerowej.

Ulica zwana na potrzeby bloga Ulicą Spacerową jest bardzo niedaleko od naszej Ulicy (nazwijmy ją na potrzeby tego zdania Ulicą Zadupiową), daliśmy więc sobie spokój z wózkami czy autami, ubraliśmy buty, kurtki, i WIO. Trochę nawet Tosia tuptała sobie z nami za rączkę, mimo oblodzenia na Ulicy Zadupiowej :) Po jakimś czasie Tateł wziął ją jednak na ręce, żebyśmy zdążyli dojść przed zmierzchem na tą kawę (bo była już godzina 16 niemal), i wtedy… Tosia zaśpiewała sobie błyskawiczną kołysankę i odpadła. W pięć sekund.

!

!!!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie mam słów.

No okej, idziemy, najwyżej pośpi u Mamy Ewy.

Obudziła się, jak tylko weszliśmy za drzwi.

Oczywiście zyskała nowe siły, i zasuwała niestrudzenie jak chomik w kółku przez imponująco długi czas! Zaczęła wymiękać coś przed szóstą. Wyszliśmy więc w stronę domu, i wtedy Tosia ZNÓW ZASNĘŁA! I tym razem nie obudziło jej nawet piszczenie stęsknionego psa, witającego nas tak, jakbyśmy wrócili po pół roku!

Ja się pytam:

CO TEN KOKOS WYRABIA Z TYM SPANIEM? CO JA MAM Z NIĄ ZROBIĆ?

Ręce opadają.

Dobranoc.

 

PS. Gwoli wyjaśnienia: usypianie u nas NIE POLEGA na wypłakiwaniu. Wypłakiwanie jest efektem ubocznym faktu, że Tosia jest w łóżeczku (w celu innym niż zabawa). To na nią tak działa, i nic na to nie poradzę, taka uroda (jakbym wiedziała, co poradzić, to już dawno Tosia spała by w ciągu dnia, a ja miała bym szansę na bezstresowe sprzątanie/gotowanie czy cokolwiek tam te szczęśliwe kury domowe czynią gdy słońce świeci).

PS2. Łudzę się nadzieją, że może to przez zęby. Bo idą następne.

Opowieść o sylwestrze, czyli moje postanowienie noworoczne.

No, dotarłam do momentu, kiedy mogę napisać o naszej balandze sylwestrowej; jakoś się wcześniej nie składało, tyle miałam do napisania, a czasu jak zawsze mało…

Przyznam się bez bicia: ZUPEŁNIE NIE CHCIAŁAM JECHAĆ. Nie to, że towarzystwo nie takie- wręcz przeciwnie :) nie to, że zmęczona, czy coś… ale wyobrażałam sobie to tak, że spędzę wieczór z marudzącym dzieckiem na rękach (MA MA MA MA MA!!!), podczas kiedy Tateł będzie brylował w towarzystwie, podlewał się trunkami, będzie coraz głośniej, coraz później, aż dojdzie do momentu, kiedy trzeba będzie położyć Tosię spać, czyli w rezultacie po długiej chwili „szarpaniny” z usypianiem, wyruszymy koło 22 do domu „na sygnale”, czyli z wyjącą latoroślą w samochodzie. Potem latorośl zaśnie gdzieś 5 minut przed dotarciem do domu, obudzi się przy przenoszeniu do łóżeczka, i znowu sygnał, znowu szarpanina… stwierdziłam, że mi się to nie kalkuluje, zwłaszcza, że nawet browara nie mogę sobie strzelić, o szampanie nie wspominając (o 22 jeszcze się szampana zwyczajowo nie otwiera).

Pertraktowaliśmy dosyć długo, tzn ja marudziłam między wierszami ile rzeczy może pójść nie tak, Tateł z niezłomnym optymizmem powtarzał, że nie będzie tak źle; ja gdzieś tam w głębi ducha tłumaczyłam sobie, że zazwyczaj najfajniejsze są te imprezy, na które tak bardzo nie chce nam się ruszyć tyłka… tak więc w sylwestra spakowaliśmy milion toreb, łóżeczko turystyczne, i wyruszyliśmy w drogę.

Impreza miała być kinderbalowa: trzy pary z dziećmi, w tym gospodarze z dwójką (z czego młodszy, syneczek, miał dwa miesiące! Rispekt dla mamy, że chciała się tak szybko po porodzie pakować w organizację imprezy!).przybyliśmy nieco spóźnieni, bo Tosinka oczywiście nie umiała zasnąć w samochodzie, i jak już zakimała, musieliśmy zaczaić się na parkingu.

Dotarliśmy, i to nie jako ostatni! Powitali nas gospodarze, i od wejścia usłyszałam, że Gospodarz drży z lęku, co takiego napiszę o nim na blogu. A dobrze, niech się boi! A co! Przypuszczam zresztą, że pewnie nawet jeść by nam nie dali, ani pić, gdyby nie lęk przed moim blogiem… widzicie, jaka straszna to sprawa, taki blog? A tak- od razu mam człowieka w garści!

No dobra, żarty żartami… polali mężowi, mnie zaproponowano piwo bezalkoholowe, bo przecież takich trunków nie może zabraknąć na imprezie z Mamuśkami, nie? Zadbano o nas jak się patrzy. No okej, pijemy, zakąszamy, a Tosiałka jak mały miś koala, uczepiona, i nie chce mamy puścić, tylko łypie dookoła… myślę sobie: ale będzie lipa, znowu będę za eukaliptusa robić, i nic nie pobaluję- spełniają się moje najczarniejsze przepowiednie… Pozostałe dwa dzieciaczki brykały aż miło (Pan Domu zwał ich „szarańczą”, niezły raban we dwoje potrafili zrobić 😉 )- oczywiście poza Małym Księciem, który spał sobie w najlepsze, nie robiąc sobie nic z sylwestrowego zamętu. Patrzę na to, łezka mi się w oku kręci, bo myślę: te dzieciaczki tak szybko biegają, i hałasują, moja hiper lękliwa dziewczynka (skąd mi się to wzięło?!?!?! Ha!) w takich warunkach nigdy ze mnie nie zlezie :(

Jakież było moje zdziwienie, gdy Tosia, nic sobie nie robiąc z panującego chaosu, zlazła na ziemię, i poraczkowała w stronę zabawek! Starsze dzieci biegały razem, niemal się o nią czasem potykając, a ona twardo siedziała sobie z wagonikami plastikowego pociągu w łapkach. ZUCH DZIEWCZYNKA! Byłam w szoku! Raz po raz Antoninka podchodziła na jakąś zaczepkę, a to robiąc A KU-KU zza rogu, a to zaciągając mnie do zabawy w gonić, czasem dała się nawet Tatełowi sprzedać, a na dodatek zakochała się w jednej z „cioci”, i co raz usiłowała ściągnąć na siebie jej spojrzenie; ale generalnie wykazywała się dużą, nie oczekiwaną przeze mnie samodzielnością i otwartością towarzyską! NIEZŁY BAL! Mogłam czasem nawet włączyć się w jedną czy drugą rozmowę toczącą się przy stole! Naprawdę, tego się nie spodziewałam!

Godzina kładzenia spać dawno już minęła, ale jako, że nie widać było żadnych oznak zmęczenia, podarowaliśmy sobie cyrki z usypianiem na siłę; Tosia bawiła się w najlepsze, zwłaszcza, że czasem córcia gospodarzy podchodziła ją pozaczepiać. Sama przyjemność oglądać takie relacje między maluchami! Zwłaszcza, że starsza koleżanka była bardzo przejęta, że taką ma małą Tosię do towarzystwa, i zachowywała się bardzo delikatnie, pomimo raczej energetycznych zabaw toczonych w między czasie ze swym brykającym kuzynem, i bardzo chciała się zaprzyjaźnić… cóż, co zrobię, że Tosia raczej bardziej póki co interesuje się dorosłymi lub zabawkami… jestem pewna, że kiedyś będą razem szaleć.

Dokulaliśmy się przyjemnym i swobodnym tempem do godziny 23. Wtedy to stwierdziliśmy, że pora już na kąpiel i spanie. Miałam już miękko w kolanach, bo nie uśmiechało mi się opuszczanie przemiłej imprezy przed samą północą (jak przypominam- na sygnale). Tateł, gdy przekonywał mnie, żeby jechać na tego sylwestra, obiecał, że bierze usypianie na klatę; Tosia po kąpieli i obcałowaniu na dobranoc Cioci i nowej koleżanki, dostała tradycyjne CI-CI, po czym została sama z Tatełkiem i książeczką na dobranoc. Zeszłam na dół, i z drżeniem serca nasłuchiwałam, co się tam będzie działo. Zwłaszcza, że dwóch wujków postanowiło wypuścić kilka fajerwerków wcześniej, żeby zrobić uciechę reszcie dzieciaczków, które mogły by do północy nie wytrzymać- oczywiście strzelali pod oknami Tosi, bo taktycznie nie było innej opcji…

Po kilku minutach zszedł Tateł, zadowolony, uśmiechnięty, jak to zwykle Tateł. Jak tam?-pytam, a on mi na to, że zasnęła bez problemu, nawet bez standardowego ryku zwanego „sygnałem odkładania do stacji dokującej”, czyli codziennego zapłakania w stylu: „jak śmiecie kłaść mnie do łóżka? Ech, niech wam będzie”.

Nie wierzę.

Jestem CZARNOWIDZEM!

Cała ta impreza mnie o tym przekonała!

Potem była północ, otwieranie szampana, życzenia, uściski, fajerwerki… kurcze, mogłam poczuć się jak zwyczajny dorosły człowiek, który rozmawia o zwyczajnych rzeczach, a nie tylko o kasztankach, żyrafkach, pieskach i kotkach! W wyniku tego dostałam straszliwego słowotoku… W tym miejscu pragnę przeprosić oficjalnie wszystkich, którzy w wyniku tego ucierpieli, czyli głównie Ciocię A i Ciocię A :) – sorry, że mi się gęba nie zamykała 😀 Było tak przyjemnie, że balowaliśmy do trzeciej nad ranem, kiedy to nagle rozsądek przypomniał mi, że nie ma raczej opcji odespania tej imprezy, i najwyższa pora do łóżka.

Powiem wam tak:

Spędziłam, wbrew swym obawom, przyjemny wieczór, bez obciążenia jojczącym maluchem, bez darcia na dobranoc, bez ciągłego przerywania rozmowy; z ludźmi, którzy są na podobnym etapie życia, którzy myślą podobnie, jak ja i Małżon, którzy mają podobne priorytety, i którzy przypomnieli mi, że jestem nie tylko mamą 😀 Było naprawdę super! Najwyraźniej nie trzeba iść na mega bal, czy wypić morza wódki i szampana, żeby się dobrze bawić w wieczór sylwestrowy.

W wyniku powyższych zdarzeń uczyniłam postanowienie na ten rok (wbrew swoim przekonaniom, bo tyle postanowień już złamałam, że podarowałam już sobie te gry ze sobą samą), że ZACZNĘ Z TOSIĄ WYCHODZIĆ DO LUDZI; nie będę zakładać, że wychodzenie poza rutynę jest trudne. Nie będę afirmować, że dziecko trzyma mnie na smyczy. Otworzę się na kontakty międzyludzkie, i zacznę z Tosią podbijać świat 😉

Tak sobie założyłam. Wprawdzie od razu rozbiłam się o mur zrobiony z zarazków, które zaczęły te wszystkie choróbska, ale i tak zaczęłyśmy się z Tośką bujać, a to do jednej, a to do drugiej babci jeździmy…I wiecie co na dodatek? Udało mi się odwiedzić dwie spośród moich ulubionych mam! A z jedną zbierałam się z pół roku! :) Może nawet z powrotem przekonam się do jeżdżenia furą na dalsze dystanse. Kto wie! Trzymajcie za mnie kciuki, to może was z Tosią odwiedzę :)

 

Buziaki!

PS. GOSPODARZE IMPREZY! ZDRÓWKO!