Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Status zębowy.

Znowu funkcjonujemy w trybie „Zombie”… dzisiaj w nocy wstawałam do Kokosa mniej więcej co godzinę… wynik tego był taki, że przez cały dzień obie byłyśmy baaardzo marudne, Tateł chyba miał ochotę zamknąć nas w piwnicy. O ile nie zakopać.

Dzieciowi idą kły. Niefajna sprawa. Wyskoczyły z dziąsła na początku takie „igiełki”, małe, ostre, bielusieńkie, i śliczne :) ucieszyły nas co nie miara, bo wytłumaczyły nieprzespane noce poprzedniego tygodnia. Zazwyczaj męka trwała u nas do momentu przebicia się zęba przez dziąsło, więc gdy ujrzałam owe cuda, pomyślałam: co za ulga, przebiły się, „wrzód przecięty”, znowu wrócimy do świata żywych.

a tu- tradycyjnie- DUPA.

Taki mały kiełkujący kiełkowy punkcik to szczyt góry lodowej. W sumie to kształtem przypomina to górę: pojawił się szczyt, teraz przeciska się przez to umęczone dziąsełko reszta stożkowatej górskiej formacji. I idzie, i rozpycha, i męczy, i swędzi. A biedny berbeć pakuje te ręce do buzi aż po łokcie.

W ogóle Tosiałka zaczęła się klasycznie, ząbkująco ślinić! Całe ząbkowanie jakoś minęło nam bez tych potoków płynących ze ślinianek, zalewających brodę i policzki, a tu teraz, u tak doświadczonego już ząbkowacza- niespodzianka! I leje się z pysia! Wreszcie mogę ubierać Tosi z czystym sumieniem te szałowe „apaszki” śliniaczkowe 😉 miesiącami na to czekałam 😉 (żartuję, wcale mi się do tego nie spieszyło!).

Kły w tej chwili pojawiają się trzy, czyli jeden jeszcze się czai, ale i tak szczęśliwie nie wyskakują pojedynczo, bo chyba byśmy się tu pochlastali! No, to można powiedzieć- jeszcze 5 zębów, i SZYCHTA 😉

STATUS ZĘBOWY NA DZIŚ:

12 całych,

3 dręczące,

5 w planach.

Plastry silikonowe na bliznę po CC- ciąg dalszy

Hej hej,

Jak wiecie, zainwestowałam w opakowanie plastrów silikonowych Sutricon, żeby pozbyć się mojej nieco przerośniętej blizny po cesarce (pisałam o tym wstępnie TU). Być może któraś mama zastanawia się nad zakupem (a inwestycja przekracza stówę, więc ciężko tak całkiem w ciemno „wyrzucić” kasę), więc opiszę tu moje dotychczasowe spostrzeżenia, a nuż pomogę podjąć decyzję.

Podkreślam, że są to tylko MOJE doświadczenia z tymi plastrami; jeśli będę pisała coś, o czym usłyszałam od kogoś innego, będzie to wspomniane jako CZYJEŚ doświadczenie.

Po pierwsze:

Grubo przeliczyłam się co do tego, na ile starczą mi plastry. Tzn matematyka była znośna, ale nie wzięłam pod uwagę pewnych zmiennych… jak np: „Cholera, znowu zapomniałam odkleić plaster przed prysznicem!” czy tym podobne. Na początku po każdej takiej akcji „zalania” zmieniałam plaster na nowy. Oprócz tego, z początku zdawało mi się, że lepiej będzie, jeśli będę zmieniać plastry częściej niż maksymalne 5 dni, więc kilka kawałków „uciekło mi” w taki sposób. Ale nic to, już się nauczyłam, jak z nimi postępować, o czym poniżej.

Po drugie:

Jedna paczka na pewno sprawy nie załatwi. Przekroczyłam już połowę, i wiem, że będę potrzebować ich więcej.

Po trzecie:

Plastry ROBIĄ SWOJĄ ROBOTĘ (czytaj: działają). Blizna przy końcach zaczęła blednąć, całość jest mniej wystająca. Sęk w tym, że idzie im to tak straaaaasznie powoli… Do tego raz na jakiś czas blizna zaczyna swędzieć jak szalona, tak, jakby się znowu goiła (żeby nie było- plastry codziennie odklejam, i myję bliznę 😀 to nie żadne dodatkowe efekty związane z brakiem higieny, czy coś 😉 ).

Po czwarte:

Plastry są łatwe w użyciu, zwłaszcza, jak człowiek przestanie się z nimi cackać 😉 na początku bardzo dbałam, żeby wszystko było tip-top, czyli jeśli np zmoczyłam plaster, zrywałam go, i naklejałam nowy. Teraz, jeśli w połowie kąpieli zorientuję się, że plaster mam nadal na sobie- po prostu wstaję z wanny, wycieram dokładnie brzuch i ręce, odrywam plaster, po czym wracam do kąpieli- ten sam plaster naklejam po wytarciu ciała; zamoczenie go z zewnątrz krzywdy mu nie robi.

Po piąte:

Zaczęłam zaznaczać sobie w kalendarzu dzień zakładania nowego plastra, bo po miesiącu wszystko zaczyna się nieźle kiełbasić 😀 i nie wiem, kiedy pora na zmianę 😉 a wolę dbać o to, żeby nie nosić dłużej, niż zalecone. Z resztą w tym czasie mam już wrażenie braku świeżości… chociaż to chyba bardziej tkwi w mojej głowie, bo plaster jest codziennie ściągany na czas zabiegów higienicznych.

 

Jak na razie to tyle. Odezwę się na ten temat, gdy skończę paczkę, opowiem, jakie kuracja dała rezultaty, i czy lecę dalej z tym koksem.

Uściski, drogie mamy, oby wasze blizny, jeśli jakieś macie, szybko znikały! Papa!

O co chodzi z biedronką?

biedronka_owad2

 

Dziś na szybko- ciekawostka Tosinkowa.

 

Moje dziecko, od czasu, gdy zaczęły fascynować ją książeczki, na widok biedronki mówi stanowczo: AM AM.

Ja za każdym razem odpowiadam: Nie, Tosiu, biedronek się nie je.

Ale Tosia wie swoje- kiwa głową, robi: AM AM, ja powtarzam: nie, nie! Biedronek się nie je, skarbie!- i życie toczy się dalej. Dodam, że Tosia jest mistrzynią w wynajdowaniu biedronek w każdej książeczce! I żadnej nie przepuści!

Próbowałam wyśledzić, kto nauczył moje dziecko tak pojmować biedronkę- nikt się nie poczuwa, ani babcie, ani Tateł nie przyznają się do nauczenia Tosinki czegoś takiego.

Żeby było jasne: nie chodzi tylko o mini-robaczki, które można na pierwszy rzut oka pomylić z truskawką; Tosia uważa, że los AM AM należy się absolutnie każdej biedronce, także takiej z kokardkami na czółkach, z szerokim uśmiechem i w sukience! Ba- dorwała ostatnio taką drewnianą z kwiaciarni, wiecie, taką ozdobę bukietu, i pakowała ją do buzi!

Kiedyś nie wytrzymałam, i spytałam:

Tosiu, czy ty przypadkiem w przeszłym życiu byłaś pająkiem?

Odpowiedziało mi poważne kiwanie głową.

 

Jestem skonfundowana….

 

 

Zdjęcie biedronki ze strony http://www.swiatkwiatow.pl/

My sweet sixteen ;)

Już dawno przekroczyłyśmy szesnastkę, ale no, kurde… nie było kiedy napisać (choroba goni chorobę), a teraz Tosia jest taka super, że aż się prosi.

 

JAKA JEST SZESNASTO-MIESIĘCZNA TOSIA?

Co by nie gadać- jest po prostu extra 😉

W tym wieku to już nie jest dzidziuś- to mały człowiek, który rozumie niemal wszystko; no, chyba, że Tateł gada, jakby strzelał z karabinu maszynowego (wtedy niechybnie słychać z kuchni- bo jak każdy szowinista wie, moje miejsce jest w kuchni- krzyk: no i jak niby to dziecko ma się nauczyć mówić? weź, zwolnij, żeby była w stanie słowa wyłapać! ANIETAKŻEGADASZJEDNYMCIĄGIEMAPOTEMSIĘDZIWISZŻECIENIESŁUCHA…), albo NIE CHCE rozumieć, bo mu się nie opłaca 😉

Można prowadzić fascynujące dialogi. Nie to, że zasób słów jest jakiś kosmiczny u naszego dziecka, że encyklopedia i pełne zdania, czy co tam jeszcze, nie; chodzi raczej o zasób pojęć, o świadomość, o chęć komunikacji, i o nasz wspólny język werbalno-niewerbalny; podam przykład: Tosia mówi MEME i kiwa głową w energiczny sposób- oznacza to, że laleczka nazwana MEME (bo w książeczce woła mamę, ale Tosia wolała wołać MEME) robi: A KUKU.

Do tego dochodzi fascynująca moc skojarzeń- np: w jednej książce jest wiersz „Wieczerza z gwoździa”, a na ilustracji jest wyjątkowo paskudna baba z jednym zębem; jako, że często przy oglądaniu tej właśnie strony komentujemy tego jedynego zęba baby, Tosia na widok gwoździa pojawiającego się GDZIE BĄDŹ, pakuje łapkę do buzi, i pokazuje zęby! Osoba postronna kompletnie nie zrozumie, co ma gwóźdź do zęba, ale my się rozumiemy bez słów 😉

Kolejna super sprawa to BUZIAKI!! Tosia namiętnie je rozdaje, rozsyła, obdziela cały świat. W sumie to zaczęło się już jakiś czas temu, ale teraz na dodatek zdarza jej się dać buziaka nie „rozdziawionego” (rany, jak ja uwielbiam jej buziaki w stylu: ja otworzę szeroko buzię, a ty się zastanów, co z tym fantem zrobić), tylko „w dziubek”. W ogóle świetnie już robi buziakową „rybkę”, np gdy jakaś piosenka skojarzy jej się z którąś babcią- krzyczy wtedy BABAAAA, i cmoka rybkowo, oświadczając, że będzie babcię całować przy najbliższej okazji. Co do całusów- jest fajna anegdota: kiedyś tam niedawno był dzień niespodziewanego buziaka (tak mi oznajmił facebook, i moja Ciocia kochana, która zna się na tych sprawach); tego właśnie dnia Tosia wypatrzyła Pana Makłowicza na kminku marki Tesco, i posłała mu buziaka- założę się, że Pan Makłowicz się tego nie spodziewał 😀 ! Oprócz tego całuski regularnie ma wysyłane Pan Jezus na krzyżu nad drzwiami.

(Właśnie, co do skojarzeń- każda babcia ma swoją piosenkę, co oznacza, że gdy Tosia zobaczy pociąg woła: BABAAA, podobnie, gdy zobaczy….. ŻABĘ! Olaboga….! :D)

 

No, a do tego skończył się opisywany TU lęk separacyjny. Chwała mu za to. Dziecię moje potrafi więc raz na jakiś czas zająć się samo sobą.

Do tego potrafi już samo inicjować i wymyślać zabawy! Chociaż to raczej nie kwestia tego konkretnego miesiąca 😉 Aczkolwiek świeżo objawione zdolności aktorskie to chyba sprawa ostatnich tygodni. Tosia podczas posiłku zazwyczaj ma przy sobie MEME (taki sobie pluszowy ludzik z genialnej bajeczki do nauki nocnika), którego od jakiegoś czasu zaczyna przed nami chować pod tackę z krzesełka, i czeka, aż zaczniemy wypytywać, gdzie jest Meme (aka DZIDZIUŚ)? Wtedy to chwilę udaje, że nie wie (to talent aktorski po Matce, niechybnie!), ba- nawet zakopuję Meme pod nogą, i wyciąga obie- wolne już- ręce, w geście „nie ma”, po czym, gdy my udajemy, że się bardzo martwimy, triumfalnie wyciąga Meme spod tacki 😀 TADAAAM! Do tego zabawa jest urozmaicona na maxa, bo Tosiałka zakopuje go raz z jednej, raz z drugiej strony, tak, żebyśmy się przypadkiem nie spodziewali, skąd wyskoczy! Cwaniara moja kochana! :) MAMA JEST TAAAKA DUMNA! Do tego zabawa w chowanego… ech, ile razy sprawdzałam, czy Tosia jest w lodówce…

Ach, no i Panna Antonina jest elegantką; codziennie żąda, by posadzić ją przy mojej toaletce, gdzie z namaszczeniem rozgrzebuje wszystkie moje nieliczne naszyjniki, wybiera, przebiera, dobiera dla mnie i dla siebie, a potem nie da sobie tego absolutnie z szyi zdjąć; ja oczywiście chodzę jak na szpilkach za nią krok w krok, żeby sobie tego jakoś nie oplątała wokół szyi niefortunnie, i żeby nie stała się jakaś straszna rzecz… ale cóż, bycie kobietą zobowiązuje! Może wreszcie ktoś nauczy mnie dbać o siebie, malować się, ubierać ładnie, i czesać? Kto wie? Trzymajcie kciuki!

 

Podsumowując: Szesnasty miesiąc życia mojej córci STANOWCZO MI SIĘ PODOBA! :) Oby tak dalej!

Buziaki i pozdrowionka!

PS. Już wykopaliśmy się ze zbiorowych chorób, pojechałyśmy więc odwiedzić babcię (tą od żaby), i… dzień później byłam już chora. Całe szczęście tylko ja! Dostał mi się antybiotyk, może tym razem wyleczę się do końca, i zamiast przesypiać całe dnie i wieczory, będę pisać bloga 😉

 

 

 

Być kobietą, być kobietą!

Kochane Kobiety! 

Z okazji naszego święta życzę wam,

żebyście celebrowały swoją kobiecość.

Żeby mężczyźni w waszym życiu sprawiali, że wasza kobiecość zakwitnie jak najpiękniejszy kwiat.

Żeby na was zasługiwali 😉

Żeby miłość przejawiała się w waszych życiach każdego dnia, na sto różnych sposobów;

żeby świat miał masę kolorów, dźwięków, zapachów, i smaków.

Żeby Boska część was błyszczała, opromieniając pięknem wszystko i wszystkich wokół was, tak, by odbita od nich jak od luster mogła cieszyć wasze oczy.

 

I żebyście miały z kim obchodzić Dzień Kobiet, tak jak ja 😀

Korale- są.

Korale- są.

Lakier do paznokci, opaska- są...

Lakier do paznokci, opaska- są…

Jeszcze tylko kropelka perfum, i lecimy na imprezę! :D

Jeszcze tylko kropelka perfum, i lecimy na imprezę! :D

 

A DO TEGO CZEKOLADY, BO CZEKOLADA JEST ZAWSZE ZAJEBISTA!!

Buziaki i uściski!

Pomysł na pogodny dzień, czyli Tosia i przyjaciele

Hej misie!

Mówiłam, że blog odwdzięczy się za całuski? W ramach wdzięczności postanowił wrzucić wyjątkowo kolorowy wpis :) z kilkoma zdjęciami, co przecież jest raczej niecodzienne…

 

Chciałam podzielić się z wami zdjęciami ze spacerku w Pszczynie, który odbył się w piękne niedzielne popołudnie (wczesne :) ), zanim to jeszcze choroba położyła nas zupełnie na łopatki. Jako, że spacery nie są tak niemoralne wg lekarza jak spotkania z żywymi i oddychającymi ludźmi, wyruszyliśmy z lekko już zakatarzoną Tosią (tja, wtedy jeszcze zdawało nam się, że już wychodzimy z choroby) do parku oddalonego o jakieś 40 min drogi od domu.

Tosinka przespała się w aucie, więc była dosyć entuzjastycznie nastawiona na zwiedzanie; ja zresztą też, bo nigdy nie byłam w Pszczyńskim parku, mimo, że jest do niego tak bliziutko.

Trochę kiepsko było ze znalezieniem miejsca parkingowego, ale pokrążyliśmy trochę,i w końcu znaleźliśmy parking, na którym było nawet sporo miejsca- był on oddalony od głównego parku, tego, w którym jest pałacyk, ale my nie mieliśmy ciśnienia na oglądanie konkretnych rzeczy- po prostu chcieliśmy się przejść, obojętne więc było skąd i dokąd. Koniec końców do pałacyku nawet nie doszliśmy…

Znaleźliśmy bowiem zagrodę żubrów!

DSC_0025

żuberki grzeją się w słoneczku

 

Lubię zwierzęta, ale żubry mnie jakoś nigdy nie kręciły; wahałam się więc, czy warto płacić za bilet wstępu za wielką, drewnianą bramę. I wiecie co? Naprawdę WARTO! Teren jest niewielki, ale świetnie zagospodarowany, a poza żubrami znajduje się też kupę innych fajnych zwierząt…

A Z RESZTĄ, CO JA WAM BĘDĘ GADAĆ! Zobaczcie sami :)

Żubry na żywo robią ogromne wrażenie. Są powolne i majestatyczne, ale podobno na krótkim dystansie potrafią się nieźle rozpędzić. Nam pokazały jednak swoją leniwą stronę :)

DSC_0026

Leżę sobie. Bo mogę. Kto mi zabroni?

Jako, że leżały sobie tylko, i niewiele więcej, naszą uwagę szybko przyciągnęły zwierzaki o nieco bardziej DOPRASZAJĄCE SIĘ 😉

O, siema, jestem taki piękny,

O, siema, patrz na mnie, jestem taki piękny,

 

 

 

 

 

Idę sobie po schodach, patrz na mnie!

AKUKU, NO PATRZ, MÓWIĘ!

Bo Ci tam zejdę!

Bo Ci tam zejdę!

Paw był dla mnie chyba największą radochą. Tak na prawdę Pawi było kilka,

DSC_0043

Hej, to my, piękne Pawie. My sobie tu postoimy, a wy podziwiajcie nas z dołu, szarzy ludzikowie.

 

 

ale tylko jeden miał taki wspaniały ogon…

No masz, popatrz sobie, popstrykaj, jestem największym towarem na dzielni!

No masz, popatrz sobie, popstrykaj, jestem największym towarem na dzielni!

Poza Pawiem (którego obfotografowałam jeszcze jakieś 10 razy), były także sarenki,

DSC_0053

Tosia: Mamo, tam zrób zdjęcie.

 

DSC_0052

Sarenka: Nie, nie, zrób zdjęcie mi!! MIII!!!

Jelenie,

Pan Jeleń. Piękny.

Pan Jeleń. Piękny.

Mamo, tego chcę. weźmy go do domu.

Mamo, tego chcę. weźmy go do domu.

Psze Pani, mogę jechać z wami? Ta dziewczynka mówi, że mogę! Będę grzeczny!

Psze Pani, mogę jechać z wami? Ta dziewczynka mówi, że mogę! Będę grzeczny!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

DSC_0054 DSC_0055

 

 

 

 

 

 

Stadko Danieli i innych takich pięknych kopytnych,

 

 

Do tego osiołek,

Tosia: Zwierzaku,  jesteś mechaty jak nogi mamy zimą. lubię Cię.

Tosia: Zwierzaku, jesteś mechaty jak nogi mamy zimą. lubię Cię.

Oraz przepiękne ptaszysko z rodziny Bażantów:

DSC_0080 DSC_0078 DSC_0076 DSC_0075

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale i tak dla Tosi najważniejsze były…

KWA KWA KWA!!!

DSC_0049

Kaczka łabędzionosa

DSC_0082

Brygada wesołych kaczuszek

DSC_0048

Patrz na mnie Tosiu, patrz! Taka jestem duża!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdzie byśmy się nie ruszyli, Tosia pokazywała paluszkiem na kaczki, wołała KWA KWA, i kazała się prowadzić z powrotem nad wodę.

DSC_0086

Tato, chodź jeszcze do kaczek!

DSC_0083

Tata ma już dość kaczek… ciekawe czemu? Kaczki są super!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam nadzieję, że spodoba wam się tak niecodzienny wpis na blogu 😉  Co do spaceru- naprawdę polecam park w Pszczynie, dzieci uwielbiają zwierzaki różnej maści, a i dorosłym może się spodobać! Ja byłam miło zaskoczona!

Uściski!

PS. Coś mi się posypało na blogu, i miałam kłopot z wklejaniem zdjęć; ten post miałam PRAWIE gotowy jakieś trzy dni temu! Ech… chciało by się mieć trochę czasu na grzebanie na stronce  😉