Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

O rety, już Osiemnacha…

Kolorowy świat Tosinki

Kolorowy świat Tosinki

 

Tosia dziś skończyła osiemnachę… rany, jak ten czas galopuje! Osiemnacha- to tyle, ile ma najstarsza córka mojej siostry, choć może i nie powinnam tego porównywać, bo Siostrzenica cyka fajne zdjęcia, szyje, maluje itp, a Tosia dopiero niedawno ogarnęła rysowanie zygzaków kredkami świecowymi… a tak naprawdę nie ma co porównywać, bo moja Tosia jest NAJ NAJ, i na pewno kiedyś będzie robić NAJlepsze zdjęcia, NAJlepiej malować, i NAJlepiej robić wszystko na świecie- w MOIM świecie. (Założę się, że każda mama może powyższe zdanie przeczytać, wstawiając imię swojego dziecka w miejsce „Tosia” 😉 I baaardzo dobrze! )

Taki mały- duży człowiek… ileż ty dziecko się nauczyłaś, od czasu jak leżałaś zawinięta w becik, łypiąc oczkami w stronę rozmazanych jeszcze plam naszych twarzy!

Już dawno przestałam się bawić w wypisywanie „co nauczyła się Tosia w tym a w tym miesiącu życia”, bo ostatnio to tak galopuje, że nie ogarniam. W zasadzie proces nauczania jest już teraz jak oddychanie- Tosia wdycha to, co zaobserwuje, i wydycha swoją reakcję na to. A uwierzcie mi, jest mistrzem obserwacji; czasami to aż niewygodne, jak np gdy ostatnio swędziało mnie w nosie i odważyłam się chyłkiem podrapać… dodam, że było ciemno, bo usypiałam Tosiałkę… możecie mi wierzyć, że postaram się nigdy więcej przy niej nie gmerać przy nosie 😀 !

Jedyne co, to mogę wam napisać, co jest bardzo charakterystyczne dla tego konkretnego miesiąca: Antosia jest zafiksowana na temat swojego „JA”. Objawia się to tym, że cokolwiek się dzieje, Tosia odnosi sytuację do siebie, wskazując na siebie palcem; np: Lalka ma czapeczkę?- tu Tosia pokazuje palcem na siebie- Taaak, Tosia też ma czapeczkę! Tylko teraz nie ma jej na głowie. Pani idzie TUPU TUPU? Taaak, Tosia też chodzi tupu tupu! I tak dalej. Myślę, że to bardzo ważny moment rozwoju, takie odniesienie rzeczywistości do siebie, uświadomienie sobie swojej odrębności, ale także i znajdowanie podobieństwa do innych- taki rozwój i wpasowanie się pod kątem społecznym.

Odrębność Tosi to także pierwsze próby stawiania na swoim. Nie mówię tu o wrzasku pt.:weź mnie na ręce, bo to przerabiamy od urodzenia, to przecież pierwszy komunikat dziecka; raczej o szerszym spektrum decyzyjności. Jej osobowość się kształtuje, i chcę, by wiedziała, że traktuję ją jak partnera, a nie moją własność, więc- w rozsądnych granicach- pozwalam jej decydować o sobie; gdy na spacerze postanowi skręcić w lewo, jeśli ja planowałam iść w prawo- jeśli nie ma żadnego zagrożenia z lewej- proszę bardzo, idziemy tam! Nie narzucam jej zabaw, jeśli ma pomysł na własne. Daję jej podejmować jej pierwsze własne decyzje, bo wiem, że to ważne- w ten sposób na moich oczach rośnie mi silna i pewna siebie pannica. Mimo to wiedzcie, że w niektórych sytuacjach stawiam wyraźne granice- to też jest bardzo ważne.

Mój Żuczek jest bardzo towarzyski- uwielbiam z nią chodzić na imprezy (czytaj: urodzinki u rodzinki) , bo wiem, że po pierwszych chwilach oszołomienia- Tosia pójdzie w tany z którąś z ciotek, lub wujków (złoty medal dla Ojca Chrzesntego!)

Wojtuś

Ojciec Chrzestny wyciągający ręce do Tosi

Fizycznie- coraz mniej w niej pucołowatego bobaska, teraz to mały, śliczny elfik,

Królewna

Królewna Antosia

 

taki wesoły chochlik.

DSC_0237

Nie patrz na mnie, idę coś zbroić!

Do tego ma świetne poczucie humoru! Zaśmiewamy się razem na maxa. Mam głęboką nadzieję, że tak nam zostanie już na zawsze!

Jeszcze jest leniwa w kwestii powtarzania słów, ale z tym mi się nie spieszy; jeśli wdała się we mnie, to jeszcze nie raz będę w duchu tęsknić za czasem, kiedy komunikacja niewerbalna była na topie… a w komunikacji niewerbalnej Tosia jest mistrzynią, potrafi prowadzić całe dialogi! Już zupełnie nie odczuwam braku partnera do rozmowy siedząc sama w domu z Antoninką 😉 .

No nic, osiemnastka jest, dowód osobisty jest… aż się boję, kiedy Tosia na migi oznajmi mi, że idzie z Tatą na browara…

…póki co- to ja wznoszę bezalkoholowe piwko z głośnym okrzykiem: WIWAT NASZA OSIEMNASTKA!  WIWAAAT!

 

Ps. Po raz kolejny złamałam swoją zasadę niedodawania zdjęć Tosi- robię to tylko w wyjątkowe dla mnie daty i sytuacje… bach po łapach, pani mamo! 😉

 

 

Jak rozmawiają rodzice małego dziecka

Boję się powrotu do pracy kiedyś tam.

Boję się, że się ze światem dorosłym nie dogadam.

Boję się, że będę musiała cały czas się cenzurować; bo przecież ile ludzie nie posiadający dzieci, lub posiadający dzieci już w miarę odchowane, mogą słuchać o nieprzespanych nocach, i nocnikach, o naciągniętych sutkach (ach, bo to przecież normalny temat rozmów normalnych ludzi przy porannej kawie w biurze!), o nowych słowach, czy co to tam będzie na tapecie.

Boję się, że nie będę miała w związku z tym o czym rozmawiać: na imprezy wspólne nie chodziłam dłuuugo, teatr, kino, i inne takie… hmmm… trochę mam w tym temacie tyły (CO TO JEST TEATR I KINO?!?! CZY TAM GRAJĄ ZIEMNIAKA Z BEJBI TIWI?).

Książki? Jasne! Znacie „Kicia Kocia jedzie pociągiem”? Poezja? Pewnie! „Biega, krzyczy Pan Hilary…”. Jestem pewna, że z tym repertuarem będę brylować. No okej, przyznam się, słucham czasem przed snem po raz miliondwieściedziewięćdziesiąty Harrego Pottera na audiobooku w cudownym wykonaniu Jima Dale’a. Mogę go recytować, jeśli ktoś chce… to tak zamiast radia :)

 

ale wiecie co?

TO WSZYSTKO NIE JEST NAJGORSZE.

Najgorsze jest to, że teraz, jak ktoś kichnie, ja nie mówię: „na zdrowie”, tylko „apsik”! Jak coś spadnie- wołam gromko: BUM! Żaba już nie jest żabą, tylko BABM (noo, to na pewno będzie bardzo przeszkadzać w moich- codziennych przecież- rozmowach o tym, co słychać w stawie).

Takich przykładów jest miliard.

Nie raz zaśmiewamy się z tego z Małżonem. Grypsera rodzicielska na najwyższym poziomie: Tato, podaj HA!

– Co to znaczy? Nie wiecie? Hmmm, a Małżon wie, że ma mi podać misia. Bo miś to ostatnio HA, bo: jadą jadą misie, śmieją im się pysie. A jak się śmieją? „HA!” właśnie.

Coś trzaska? Nie, coś robi BAM BAM. Odbierając telefon w pracy nie będę już mówić HELOŁ, tylko: O?! Nie będę pytać koleżanki, czy idziemy coś zjeść, tylko będę robić nieme: AM AM?

Na gruncie towarzyskim pewnie zacznę ludziom podnosić ręce i robić „gili gili” pod pachą, albo „idzie rak- nieborak” po udku, bo przecież nic tak nie powoduje ogólnej wesołości…

CHYBA SIĘ ZAGALOPOWAŁAM.

 

Też tak macie? Też grypsujecie? Macie jakieś wyjątkowo fajne kąski, to się podzielcie :) Dajcie mi poczuć, że nie jestem jeszcze całkiem nienormalna :)

Wysyłam wam wiosenne buziaki, jaka kolwiek będzie pogoda, gdy będziecie to czytać 😉 (U mnie chyba bez zachmurzenia w tej chwili, chociaż nie wiem, bo ciemno).

Uściski!

PS.NA KONIEC PRYWATA:

A te dwa one, co wiedzą, że o nich piszę, bo czekają na wpis, teraz, tam w dalekich krajach- niech się wypchają tymi zdjęciami pięknego morza, bo ja sobie też kiedyś wakacje zrobię, i też będzie morze. Może. 😛 😉

Długi tytuł- o dniach niedawnych.

A tytuł właściwy wpisu brzmi: Nie planuj, bo życie i tak pójdzie po swojemu-rzecz o fatałaszkach-EPILOG, czyli nie trać nadziei.

Na pewno już pisałam, że jak Małżon jedzie na delegację, to wszystko, co ma się zrypać- rypie się jak złoto. Przypomnę tu historię o szerszeniu oraz przydługawą opowieść o gryzoniach… ech…

 

Tym razem coś rypnęło w samochodzie.*

 

Miałam tak pięknie zaplanowany czas na nieco dłuższą niż standardowa nieobecność Małżona… Teściowa obiecała przybyć dwa dni z rzędu, co znaczy, że pierwszego dnia ogarnę chatkę, podczas gdy ona będzie walczyć o miłe wspomnienia z dzieciństwa Panny Antoniny, a drugiego… drugiego zaplanowałam coś, co tygryski lubią najbardziej :) czyli WYCHODNE! Dzień dla siebie, coś na wagę złota! Miała być kosmetyczka, miał być fryzjer, i szopingu (czyt sklepowania) część dalsza (toć spódniczek nie nabyłam!).

Dzień pierwszy udał się zaiste: Mama Nabyta aka Teściowa Człowiek ze Złota przybyła, i poszła z Antosią na spacer, a ja w tym czasie zrobiłam milion rzeczy, czyli nic z tego co zaplanowałam :) A planowałam na ten dzień rozprawić się z garderobą nie chcianą, czyli wszystkim co za duże, wszystkim co zużyte, i wszystkim co z jakiegoś innego powodu jest BE. Całe szczęście Teściowa po powrocie ze spaceru została jeszcze jakiś czas z Kokosem, który to łaskawie pozwolił na to, by zajmował się nim ktoś inny, niż stojak na CICI… w tymże czasie ja dałam radę ogarnąć i ubrania! CO ZA PIĘKNY DZIEŃ! Jedno marzenie spełnione!

Problem w tym, że dzieć na spacerze spał…całe 25 minut! No cóż, zapakujemy się w auto ( co i tak było w planie), i pośpimy w trasie do babci nr 2 (którą to babcię miałyśmy w planie odwiedzić w celu pożegnania się z nią przed jej wojażami). Los nad nami chyba czuwał, bo w momencie, kiedy miałam wyjechać z naszej ulicy na ulicę „główniejszą”, zadzwonił do mnie Tateł, więc zagadana- minęłam zjazd. I BAAARDZO DOBRZE! Bowiem miałam gdzie spokojnie zawrócić, i pokulać się do domu, gdy po minucie silnik zaczął stukać, pukać i hałasem ostrzegać: NIE JEDŹ NIGDZIE, BO WYTNĘ CI GRUBY NUMER GDZIEŚ NA TRASIE!

Wróciłam więc, i stwierdziłam: DUPA-SRAKA**, Żuczek nie pośpi, my się nie pożegnamy. No, trudno.

Po chwili dotarła do mnie straszna prawda: SZIT! Jutro nie podwiozę Tosi do babci, oraz nie pojadę na moje cudnie zaplanowane „wychodne”!!! BUUUUU!

Czem prędzej zadzwoniłam do Teściowej, by jakoś przearanżować plany. Teściowa na to, że spoko, ona przybędzie do nas, i zajmie się Antoninką. Ok, ale co z moimi babskimi planami?

I tu pora na gwałtowny zwrot akcji, czyli wszystko się udaje cacy :)

Rano przybył Padre, czyli mój tata, który to moją mamę podwoził na busa (wojaże, wojaże…). Taka sobie niezapowiedziana wizyta, szybka kawka, wygłupotki z wnusią… Po chwili przybyła Teściowa. Puzzle wskoczyły na swoje miejsce: Teściowa zajęła się Tosią, Padre zgodził się podrzucić mnie tu i ówdzie… udało mi się wcisnąć na drobne obcinanko bez zapisów, a potem- huzia na sklepy! I tu, po raz pierwszy w życiu, zakosztowałam uroków polowania, czyli zgarnęłam trochę ciuszków na wyprzedażach! Ej, nie wiedziałam, że to może być tak zabawne! Zakupiłam kilka ciuchów, w tym takie, do których przy Małżonie nawet bym nie podeszła, no bo: OMG, „futrzaste bolerko”? Futrzaste=to nie ja, nigdy, w życiu… Bolerko=alergia… Wisi teraz „to coś” w mojej szafie, jak zwłoki jakiegoś niekształtnego zwierzaka… raz się żyje, nie? 😉 Nawet stojąc w przebieralni, i mierząc ciuchy pasujące na mnie rozmiarowo, oraz maskujące mankamenty poporodowe, stwierdziłam, że chudość może być calkiem atrakcyjna, o ile oczywiście patrzy się na nią przez odpowiednio rozciągnięte oczy (wiecie, tak palcami w kąciki oczu, i robimy „chińczyka”, żeby się świat rozmazał). Tak czy siak- do domu wróciłam we wspaniałym nastroju, niezmiernie podniesiona na duchu, oraz w poczuciu ciut podbudowanego poczucia własnej atrakcyjności (może gdzieś tam, pod obgryzionymi matczynymi piersiami, w maminym na maxa sercu, ukrywa się jeszcze kawałek KOBIETY?!). A na koniec ZROBIŁAM OBIAD NA DZIEŃ NASTĘPNY, i stwierdziłam:

 

JESTEM DO PRZODU, JESTEM ZWYCIĘZCĄ!

Więc, kochani, uśmiechnijcie się, bo nawet, jeśli dziś coś się spieprzy, jutro i tak wzejdzie słońce, a kapitalizm będzie wabił nas urokiem kolorowych szmatek 😉

LAJF IZ BJUTIFUL!

Buziaki, do zaś!

 

*Dziś już odebraliśmy furę, i jestem mądrzejsza o jedną rzecz (którą oczywiście zaraz po napisaniu pod dyktando Małżona zapomnę); poszło nam w samochodzie: KOŁO PASOWE WAŁU KORBOWEGO- elastyczne, tudzież: KOŁO NAPĘDOWE PASKA WIELOROWKOWEGO. Czyż to nie wspaniała, i całkiem zbędna informacja?!

**Ulubione powiedzenie nauczycielki tańca charakterystycznego z czasów „młodości” :)

Jestem „stara i niemodna”, czyli o rzecz o fatałaszkach cz 2.

Hej hej!

Witam w babskim świecie OD STRONY GARDEROBY, czyli tam, gdzie wcześniej nie chciało mi się zaglądać.

Zakupy ciuchowe wg mnie to: Potrzebuję ciepłego swetra, sztuk powiedzmy 4, żeby było na zimę. Wchodzę, kupuję wychodzę. W dużej mierze namierza je ocznym celownikiem Małżon, bo on ma gust, a ja nie mam głowy. Swetry zakupione? Świetnie, teraz skarpety, rajciochy, i kurtka, i jestem obkupiona, spokój na następne pięć lat. No, jeszcze rękawiczki, bo lubię.

 

Ooooj, nie tym razem, moja miła! Teraz jedziemy po rzeczy ŁADNE, do podobania się, taka bardziej „sztuka użytkowa”, niż zwykły papier toaletowy.

Ech, no to jedziemy!

Ófkors, nie była bym sobą, gdybym nie chciała na skróty, czyli z ogólnym przygotowaniem przez internet 😀 obkukałam wszystkie te takie popularne sklepy, i okazało się, że w dzisiejszych czasach moda nawet do mnie przemawia! Bo moda jest dwojaka, jeśli o mnie chodzi: albo ohydna (czyt: buty ze szpicem jak w ciżemce zgubionej za ołtarzem Wita Stwosza- czyli BLEEEE), albo przyjemna i miziu (Jak buty Jimmiego Choo… ech…). A przynajmniej tak właśnie sobie kategoryzowałam to, co kątem oka rejestrowałam na wystawach sklepowych omijając ten temat gdzieś tam boczkiem. Ale teraz- moda mi pasuje. I nawet sporo ładnych spódniczek jest, takich właśnie na moje „bezdupie”*.

Ostatniej niedzieli ruszyliśmy więc furą w kierunku pobliskiego centrum handlowego. Kokos mruczał pod nosem jak kot, który za chwilę zaśnie, postanowiliśmy więc zapodać jakąś dalszą wyprawę, by przy okazji ogarnąć drzemkę Tosiałki.

-Jedźmy może do miasta „B”, do centrum handlowego „X”, tam jest Big Star, a w internety gadały, że oni mają paski do spodni rozmiar XS, które spełnią moje marzenie o nie spadających z dupy spodniach.- rzekłam.

Małżon przytaknął, i ruszyliśmy. Nasz Żuczek zasnął przykładnie, więc gdy dotarliśmy na miejsce, ja poleciałam „na sklepy”, a Tateł został z Tosinką w samochodzie. Obeszłam  całe centrum handlowe (ma kształt pierścienia, można się w nim gonić w kółko) nie znajdując big stara… spojrzałam na mapę: no chyba jestem ślepa, jest, przecież powinnam go była minąć! Zrobiłam kolejne kółeczko, tym razem rejestrując także potencjalnie mnie interesujące sklepy z odzieżą… big stara jak nie było, tak nie ma! No cóż, taki los… idę więc „na kiecki”.

Wlazłam do sklepu, poszperałam, i… JEST! Zakochałam się od pierwszego wejrzenia 😀 W tym czasie Tosinka już się obudziła, i gdy zachwycałam się przy wieszakach, zaczaiła się za mną i zrobiła  mi: BUUU! i autentycznie mnie przestraszyła 😀 Cwaniara jedna :D! Wybrałam kilka fatałaszków, i po przymierzeniu stwierdziłam: MOJA CI ONA! Kiecuszka cudna, szyta na mnie! I płaskości maskuje jak znalazł! ** Myślę sobie: biorę! a potem myślę sobie: NIE BIORĘ! A raczej: NIE TU; jako lokalna patriotka, postanawiam kupić sukienkę w sklepie tej samej sieci, ale w naszym lokalnym centrum handlowym, które i tak musimy odwiedzić tego dnia, bo muszę skoczyć do pralni (halleluyah! Oddałam suknię ślubną do czyszczenia! Po ponad 2 latach! KTOŚ CHCE KUPIĆ?!).

Po jakimś czasie powróciliśmy do miasta „R”, udaliśmy się do centrum handlowego „Y”. Jako, że spędziliśmy sporo czasu w samochodzie, marzyliśmy już o powrocie do domu. Myślę sobie: stara taktyka- WCHODZĘ, KUPUJĘ, WYCHODZĘ. W sklepie na wieszaku- rozmiaru brak. Zagadnięta przeze mnie uśmiechnięta Pani mówi: „Tylko te rozmiary, co wiszą, ale mogę dla Pani zamówić. Hmmm, na magazynie nie ma, znaczy, że nie będzie ich już. Mogę Pani sprawdzić, gdzie jeszcze można ją znaleźć w okolicznych sklepach, ale podany status jest z piątku. Tu jedna sztuka, tam jedna… o, tu dwie… Jak są takie pojedyncze sztuki, to nie można zagwarantować, że jak Pani dotrze do sklepu to jeszcze będą…”. Struchlałam. Ja na prawdę rzadko napalam się na przyodziewek, ale w tej sukience się zakochałam! No, to dół…

Poczłapałam przybita do innego sklepu, gdzie pocieszyłam się, wybierając trzy bluzeczki na elegancką okazję (z czego jedną skromnie ochrzciłam „million dolars”… że niby wyglądam w niej jak milion baksów- taki sobie osobisty żarcik-). Tosia w tym momencie oznajmiła, że takie zakupy to ona ma w nosku (też jej się nie spodobał chyba brak „mojej” sukienki!), zawołała gromko (chyba z 30 razy) CICIIIIII! (nie rozumiejących grypsu odsyłam do słownika), i dodała narastające miałczenie, żeby podkreślić wagę swych słów. Małżon stanął w kolejce do kasy, a ja pognałam z berbeciem do auta. Po chwili dołączył do nas Tateł, który- widząc chyba mój głęboki i bolesny zawód- oznajmił mi, że bluzeczki są w prezencie od niego. MÓJ CI ON!

Tosiun zdradzał oznaki stanu :”ZASNĘ, JEŚLI DOBRZE POKIERUJECIE SPRAWĄ; JAK POKIERUJECIE ŹLE, BĘDZIE RABAN”. Gdzieś tam w głowie kołatał się pewien pomysł… zebrałam się na odwagę (i bezczelność) i rzeczę tak: „Małżon…eeej, Małżoooon….a może byśmy tak jeszcze raz pojechali do miasta „B”… no wieeesz, po tamtą sukienkę… Tosiałka by się zdrzemnęła… wieeesz, nieee?” I nieśmiało spojrzałam w kierunku mego ślubnego. Ślubny na to, z pół-uchachaną, pół-niedowierzającą miną powiedział: „noooo, jak trzeba, to pojedziemy…” (MÓJ CI ON, ZAISTE, MÓJ MÓJ MÓJ!!! <3). Głupio mi się zrobiło, że niedziela cała w aucie, i to przez moje fanaberie, rzekłam więc: „wiesz co, mam już rozmiar sprawdzony i pewny… może znajdziemy tą kieckę w sklepie on-line? Bez sensu tak się bujać tam i z powrotem”.

I tu jest miejsce na happy end:

BYŁA w sklepie on-line, w moim rozmiarze, i już jedzie do mnie pocztą 😉 A do tego dodam, że w naszym lokalnym centrum handlowym w ostatnim tygodniu otwarli big stara (może i wcześniej, ale jakieś dwa tygodnie temu raczej go tam nie było :D), a w nim zakupiłam też pasek, i spodnie mi się już trzymają tyłka! RZYĆ nie umierać!! Zakupy zakończone absolutnym sukcesem! Ciąg dalszy może i nastąpi, się zobaczy 😉

CIAO! :* DO ZAŚ!

 

*Bezdupie wzięło się stąd, że w mojej głowie brzmi takie oto pocieszenie: Na bezdupiu i chuda dupa=dupa, czyli parafraza „na bezrybiu i rak ryba”

** Rany, właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że pewnie wszyscy znajomi, którzy mnie czytają, zaczną obczajać po tym kraniec mych pleców! No cóż, przynajmniej są ostrzeżeni przed tym, co ujrzą, lub raczej czego NIE UJRZĄ. A może skutecznie ukryję fakty pod frywolnymi falbaneczkami!

Jestem „stara i niemodna”, czyli o rzecz o fatałaszkach cz 1.

Pamiętacie jedną z ciętych ripost dzieciństwa: STARE I NIEMODNE, I DO CIEBIE PODOBNE?

 

Tak właśnie się ostatnimi czasy czułam.

Zaczęło się w Wielkanoc, kiedy stanęłam przed szafą, i pomimo tony tekstyliowych dziwnych przedmiotów piętrzących się na półkach powiedziałam: TAM DO KATA, NIE MAM SIĘ W CO UBRAĆ!

Nie zrozumcie mnie źle: wiem, że 99% kobiet posiadających ubrania wszelakie mówi tak CZĘSTO, ale u mnie sytuacja była zgoła (czy też Z GOŁA) inna:

Wybieraliśmy się na obiad do Teściów, którzy to na takie spotkania ubierają się elegancko, by celebrować w ten sposób okazję. Ja, nie chcąc okazać lekceważenia, czy jak to nazwać, staram się ubrać w miarę, choć nigdy nie należałam do ludzi ubierających się elegancko. Jestem typem „KAŻUALA”, w butach sportowych i dżinsach. No ale wpadasz na obiad między wrony…

Moja szafa pełna jest ubrań z poprzedniej epoki- epoki sprzed dziecka, epoki sprzed małżeństwa, epoki sprzed bycia większą, i mniejszą… ubrań NIE NA MNIE, ubrań zużytych, rozciągniętych, zmechaconych. Zawsze sobie mówiłam: pójdę kiedyś na zakupy, jednakże z zakupów najbardziej lubiłam oglądanie lamp i mebli ogrodowych w castoramie, i jakoś tak te ciuchy zawsze odchodziły na ostatni plan… W między czasie schudłam do rozmiaru sprzed dziesięciu lat, potem schudłam do rozmiaru sprzed 20 lat… I w ten sposób doszłam do momentu, w którym stoję w TĘ Wielkanoc, przed TĄ szafą, i TYMI cholernymi tekstyliami. I lipa.

Wpadłam w dół (strasznie dobrze to ostatnimi czasy robię…), zrobiłam scenę rozpaczy, na co mój Wspaniały Małżon powiedział: pojedziemy na jakieś zakupki w wolnym czasie, i znajdziemy Ci coś ładnego („Coś”?!Cholera, całą szafę muszę wymienić!!). Przyoblekłam się tymczasem w jakieś „beleco”, i pojechaliśmy.

Druga sprawa: Jak to Mama Ewa słusznie zauważyła stojąc pod moim oknem w pewien piękny wiosenny dzień: NIE MAM TYŁKA. Był, i znikł! Takie rzeczy dzieją się całkiem niespodziewanie. Myślę, że to sprawka TYŁKOWYCH ZŁODZIEI.

Swego czasu nie musiałam skupiać się na ubraniach, bo generalnie jakoś tam wyglądałam; miałam kupę prostych dzianinowych sukienek, które opierały się jakoś na cyckach i tyłku, i wyglądały znośnie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mój wygląd zależy od odstawania niektórych części, tzn jak bardzo one zmieniają wygląd ubrań- aż do teraz, kiedy to wychudłam straszliwie, i odstaje mi jedynie nos! A na niego nic nie zakładam!!!!

W obliczu powyższych porażek życiowych (tfu: RZYCIOWYCH, bo rzyć po śląsku to…)- jak zwykle, na skróty, zainteresowana tematem, polazłam do internetu, a tam mnie uświadomili, że radą na „bezdupie” są wyjątkowo modne w tym sezonie rozkloszowane spódniczki, falbanki, farfocelki, czyli wszystko, co „przystoi” (wyczujcie tu moją ironię)  pippi langstrumpf po trzydziestce na patykowatych nogach.

No, to sru na zakupy! Ale o tym już innym razem 😉 Może nawet jutro.

Dzień, który poszedł NIE TAK

Pozwolę sobie nie  pominąć standardowego jojczenia, jak to bardzo chciałam pisać, i jak to bardzo nie dało rady (to sama prawda). Co wieczór w swojej głowie wrzucałam jakiś post, bo ostatnie sprawy jak najbardziej sprzyjają przemyśleniom: polecieliśmy znowu w usypianie bezstresowe, czyli Tosiałek usypia sobie przy cycku. Jak jest dobry dzień- usypia po 15 minutach, jak gorszy… powiedzmy tak: półtora godziny w ciemnościach na wygodnym fotelu pozwala pisać głową bloga 😀 Szkoda, że nie ma kiedy tego przerzucić w net.

 

Dziś cofnę się w przeszłość, i opowiem wam o jednym dniu, który poszedł mocno nie tak, w każdym niemal aspekcie.

 

Pierwsze NIE TAK:

Tośka była tego dnia nieokiełznana. Była WSZĘDZIE, była MARUDNA, była ZA SZYBKA, była NIEJADKIEM. A to był dopiero początek.

Poszłyśmy sobie na spacer, w celu- a jakże- uśpienia mego dziecia. Mój dzieć miał na ten temat inne zdanie, i już 100 metrów od domu zdecydowanie dał mi znać, że „JEŹDZIŁAM JAK BYŁAM MAŁA, i weź mnie mama wyciągnij z wózka, żebym sobie potuptała. Nie, nie oddam Ci kubeczka, mam prawo biegać z dziubkiem niekapka w zębach. Tak, uważam, że to bezpieczne”. Puściłam dziecia na przebieżkę, myśląc: przecież będę ją miała w zasięgu ręki, nie? – TU WIDAĆ PIERWSZE BŁĘDNE ROZUMOWANIE.

Tupta dziecię, mama pcha ciężki wóz terenowy, dziecię bieży zdecydowanym krokiem z górki, mama z trudem je goni, bo wózek szeroki, chodnik wąski, nie chcę najechać przecież na dziecię… Dziecię robi zwód, i już go nie ma, auta słychać w oddali, w wózku nie ma hamulców (kiedyś tam siadły, ale jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało, bo wózek był do jeżdżenia bez przerw, bo się w nim spało), wózek i dziecko uciekają, mama goni wg priorytetów…

-ech, to będzie dłuuugi spacer- myśli mama.

I trzy sekundy po tym pojawił się dowód na to, że mamy nie wiedzą wszystkiego, i nawet czarne myśli, takie jak ta powyżej, mogą być dalekie od rzeczywistości, która okazuje się jeszcze czarniejsza. BŁĘDNE ROZUMOWANIE NR DWA, czyli BIEGNIJ LOLA, BIEGNIJ (z dzieckiem do domu, koniec spaceru!)

Tosia zrobiła delikatne osunięcie się przez kolana, boczkiem na ramię (ten kawałek był bardzo delikatny, nic jej się nie stało, podparła się rączką, kubeczek poleciał hen, hen…),obserwowałam to spokojnie, podchodząc, żeby podnieść pociechę z ziemi, tudzież na duchu; po czym…

DUP!

Twarz mojego żuczka stoczyła się na bliskie spotkanie z betonem.

BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!!!

-Ryk jak sygnał karetki, krew z nosa, i rana wyglądająca jak oberwane skrzydełko nosa. OLABOGA! 

Próbowałam spakować ryczącą królewnę do wózka, żeby pogalopować jak najszybciej do domu, ale oczywiście jaśnie panienka w bólu swym walczyła wszystkimi kończynami, zawodząc coraz głośniej. Taszczę więc zapłakane moje spore już „maleństwo”, pcham niemiłosiernie ciężki wóz pod górę, spędzam „pół godziny” (a może to było sto lat??!!) przy drewnianych wiatraczkach w jednym z ogródków, bo wiatraczki te mają cudowny wpływ na zawodzące i nieszczęśliwe biedactwo… a potem znowu cisnę pod górę. No, spełnienie marzeń.

W domu myję polany krwią dzióbek mojej wojowniczki- okej, nie jest źle. Pakuję do nosidła, bo przecież trzeba jakąś drzemkę wywalczyć, nie? No, zasnęła… Zasuwam z moim słodkim ciężarem przez betonowe góry i doliny (a jest tego u nas dużo, wiecie, tereny górnicze 😉 ), sapię, stękam… kupiłam chleb, wszystko idzie jak po maśle. Czyżby? po ok 20 minutach Tosia budzi się, i już nie zasypia. CHOLERA. ZNOWU JEDEN Z TYCH DNI, kiedy Tosiun wywraca się ze zmęczenia na prostej, ale żadnym sposobem nie daje się uśpić…

Okej. Do domu, robimy szybką zupę pomidorową, z koncentratu.

Szybką? HA HA! Super szybką, bo szybko skapłam się, że nie mam ani kawałka koncentratu, i w zasadzie mogę sobie o zupie szybko pomyśleć co najwyżej. Znowu ubieram dzieć, znowu nosidło, i bieg do sklepu.

W domu mój kokos marudzi na całego, ja w nerwach robię zupę, w nerwach zabawiam miałczącą, w nerwach tłumaczę wyjcowi, że MUSZĘ np iść siku, czy co tam… a potem ona wylewa całą wodę z niekapka, którego dopiero co uzupełniłam, „po rancik” (a jakże…).

 

BUUUUM.

Wybucham.

Wsadzam ją do fotelika, i mopuję zapamiętale, jakby świat miał się skończyć (każda szanująca się znerwicowana kura domowa wie, że ostatnie, co by chciała, to ujrzeć koniec świata z brudną podłogą w kuchni, nie?!). Dałam ptaszkowi tosta, niech zapcha dziób, bo zaraz oszaleję…

 

I wiecie co?

ZACZYNAM SIĘ ŚMIAĆ. I NIE UMIEM PRZESTAĆ :D!

Czy to pierwsza oznaka szaleństwa? (jaka tam pierwsza :D)

No bo wszystko układa się tak źle, że to jest aż komiczne! Na dodatek dziecko marudziło pół dnia, doprowadzając mnie do szału, a kiedy już do tego szału dotarłam, dziecko… grzecznie zajęło się w foteliku kawałkiem chleba, i radośnie podśpiewuje!

Śmiać się przestałam, jak spróbowałam zupy… podczas gdy Tosia skutecznie mnie rozpraszała, ja w nerwach dowalałam koncentratu do gara. Skutek był taki, że zupa była tak pomidorowa, że nawet pomidory nie są tak pomidorowe! Gdy zrozumiałam swój błąd, wrzuciłam sporo śmietany, bo przecież śmietana coś pomoże, nie? Zupa była nadal kwaśna. Ale co tam, zjemy, my nie jesteśmy wybredne…

Jakoś tak później rozmawiałam z moją babcią przez telefon, i zapytałam ją, jak uratować taką zupę przepomidorowaną (babcie to spece od gotowania, nie?); zasugerowała dodanie słodkiej śmietany; palnęłam się w łeb, bo sama dowalałam kwaśną 18stkę, ale co ja tam wiem…

Dorzuciłam więc słodkiej śmietany, raz po raz próbując- jakoś tak te pomidory nie chciały dać za wygraną. Gdy następnego dnia podgrzałam sobie zupę (zrobiłam jej duży gar, bo czemu nie, zapewne gdyby była smaczna akurat wyszło by jej na trzy talerze i nie więcej…), okazało się, że w nocy chochliki lodówkowe podmieniły zupę prze-pomidorową na śmietanę śmietanowo-prze-pomidorową.

Gdy po południu Małżon wrócił z wojaży, oświadczyłam mu: Obiad jest, ale jest tak ohydny, że nie będziesz go jadł. Trzeba coś wymyślić. Na co Małżon: to co, jedziemy na sushi? Czy ja już wspominałam, jak bardzo kocham tego chłopa? I jak dobrze pracuje jego Polibudzka głowa? Mój Ci on!

Podsumuję:

Jedno krwawe spotkanie z chodnikiem,

Jedna marudna dziewczynka, która w trakcie magicznie odmarudnia się za sprawą kromki chleba,

Jeden bardzo duży gar bardzo pomidorowej zupy,

Jeden bardzo duży gar tejże samej zupy co powyżej, doprowadzony do skraju ohydy,

Jeden super Małżon,

Jedna ulubiona restauracja z mistrzem Jogurtem za barem,

Trzy szczęśliwe najedzone brzuchy.

czyli

NIE MA TEGO ZŁEGO, CO BY NA DOBRE NIE WYSZŁO.

Amen.

Szybka historyjka o dziecku i technologii :)

Opowieść zainspirowana przez komentarz Kini- Mamy Marianny :)

 

Jakiś czas temu na mój Małżon przestał pisać do mnie smsy. Znienacka całkiem. Dziwne to, bo dziennie kontaktujemy się dużo razy smsami (poza moim ciągłym wydzwanianiem i bombardowaniem go super-genialnymi mmsami ze zdjęciami naszej pociechy 😉 ).

Najpierw się boczyłam: to ja Ci takie miłe smsy/mmsy wysyłam, a ty nawet nie zareagujesz? Bleee, już Ci nie będę wysyłać, jak taki jesteś (drobny foch- ach, te baby). Małżon twardo upierał się, że „na ostatniego mmsa Ci odpisałem przecież”. Jaaasne jasne….

Po jakimś czasie zaczęło nam to brzydko pachnieć: coś jest nie tak, Małżon twierdzi, że pisze, dostaje raporty, a u mnie w skrzynce echo!

Pomyślałam sobie: no tak, pewnie nam coś operator namieszał po tym, jak straciłam cierpliwość i nagadałam co nieco jednej Pani z telefonicznego biura wciskania kolejnej niepotrzebnej usługi…* Taka mała techniczna zemsta, komuś omsknął się palec, zastrzeżenie numeru, albo inne czary…

Przez jakiś czas omijaliśmy system: Małżon wysyłał do mnie smsy z bramki internetowej 😉 ale ileż tak można…

Zadzwonił więc wreszcie pewnego dnia na serwis z prośbą o sprawdzenie sprawy.

Na początek zasugerowano mu zmianę karty SIM. Problemu smsów to nie rozwiązało, ale za to zasięg mu się rzadziej gubił ;).

Potem wrzucił M ustawienia fabryczne na telefonie- dalej guzik pomogło!

Po pewnym czasie Pan Serwisant zasugerował: a może został pan dodany do numerów zablokowanych u tamtego odbiorcy? No nieee, bo przecież dzwonić się da!

A może ustawiono Pana wiadomości jako spam?

SPAM? W TELEFONIE? TO TAK SIĘ DA??!!

No da się, tu i tam, proszę sprawdzić!

 

Patrzymy, szukamy, grzebiemy… SĄ! Cała masa smsów w spamie!

Zmieniliśmy ustawienia, podziękowaliśmy Panu Serwisantowi, sprawa załatwiona.

SPAM W TELEFONIE? Nie wiedzieliśmy, że tak się da…

ale…

TOSIA WIEDZIAŁA!

No i tak to jest z tą techniką: młodsze pokolenie zawsze jest do przodu 😉 o ile łatwiej nam jest używać komputerów niż naszym rodzicom, czy dziadkom… a nasze dzieci? Perełki!

A ja myślałam, że jestem taaaka mądra, jak bez większej spiny dawałam dziecku trzaskać moim telefonem, włączywszy uprzednio tryb lotu, żeby nigdzie nie zadzwoniła… no bo przecież co może mi niby takiego zrobić z tym telefonem, nie??
TO TYLE NA DZIŚ :)

Buźka!

PS. Generalnie nie jestem zwolennikiem dawania dzieciom takich rzeczy do zabawy, ale wiecie- czasami się nie upilnuje, a czasami te dodatkowe pół minuty spokoju jest na wagę złota… mam nadzieję, że świat mnie rozgrzeszy 😉

 

*Muszę tu nadmienić, że jestem BARDZO grzeczna w stosunku do ludzi pracujących na telefonie, bo wiem, że to nie ich wina, że muszą wciskać nam różne rzeczy- po prostu wykonują swoją robotę (moja z resztą jest ciut podobna :D) … sęk w tym, że gdy pięćdziesiąt razy dzwonią do mnie w godzinach, w których walczę twardo z dziewczęciem o popołudniową drzemkę, i kiedy czterdzieści dziewięć razy ja mówię: PROSZĘ SOBIE ZAPISAĆ- MAŁŻON JEST POD TELEFONEM PO 17:00, WCZEŚNIEJ PROSZĘ NIE DZWONIĆ!! (numer jest na Małżona, w skutek pewnych śmiesznych chec z moim dowodem osobistym wieki temu, więc na papierze to z nim wyłącznie mają się sprzedawcy komunikować). Pięćdziesiąty raz puściły mi nerwy, i grzecznie, acz stanowczo nagadałam babce, że to jest bezczelne, że sobie nie zapisują tego, co się do nich mówi, i że wg mojej wiedzy mają system, w którym mogą sobie między pracownikami zapisywać info dotyczące danego klienta! Po tym wybuchu chyba wreszcie z tego systemu skorzystali, i sobie zapisali: WREDNY BABSZTYL, NIE DZWONIĆ!!!

 

Święta Wielkiej Nocy

Kochane Mamy, drodzy tatusiowie, najsłodsze pociechy. Oraz wszyscy inni czytacze 😉

Mam nadzieję, że pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy upłynął wam w zdrowiu i radości.

Nie będę skupiać się na religijnym aspekcie świąt w moich życzeniach dla was, bo to każdy kontempluje w swoim wnętrzu.

Zamiast tego życzę wam cudownego czasu razem, zdrowia, miłości, radości w kultywowaniu tradycji, umiarkowanego obżarstwa przy stole pełnym babek, mazurków, kolorowych jajek, szynek, chrzanu i co tam jeszcze macie na blacie 😉 łącznie z tym życzę waszym wątrobom wiele sił 😉 i tradycyjnie- życzę wam PRZESPANEJ NOCY, a jutro długiego wylegiwania się w łóżku o poranku, zanim -w przypadku panów- wstaniecie, by napełnić wiadra wodą, lub- w przypadku Pań- nie rzucicie się z wrzaskiem do ucieczki z łóżka na widok rzeczonych wiader (bo materace długo schną przecież).

 

Z okazji Świąt- łamię swoją generalną zasadę, i wstawiam świąteczne zdjęcie Tosi- Taka mała świąteczna niespodzianka dla was 😉 Zdjęcie pt: Kurczaczek całuje kurkę 😉

DSC_0136

PS. Zwróćcie uwagę na perły wystające spod śliniaka… ech, dzień jak co dzień dla prawdziwej elegantki.

PS.2 ŚCISKI!

PS.3 Trochę prywaty: Sto lat dla Patrycji i Katarziny, co to dziś obie mają urodziny! Pozwoliłam sobie tu napisać, bo to mamy są, i czytają czasem 😉