Miesięczne archiwum: Maj 2015

co robimy jak nas nie ma, czyli TABLICA MAGNETYCZNA.

Dzisiaj może nie jest najlepszy dzień, aby o tym wspominać, ale całkiem niedawno (jakiś tydzień temu) BYŁA PIĘKNA POGODA.

W związku z tym zabraliśmy się z Małżonem za wszelakie wiosenne porządki. Odpiłowaliśmy kolejną część nóg naszej rogówki (czyt: dolne deski palet), żeby odkurzacz miał jak wjeżdżać, podwyższyliśmy szafę w dokładnie tym samym celu, wynieśliśmy stojak na drewno do kanciapy w ogródku, naiwnie wierząc, że minął już czas niepogody sprzyjający paleniu w kominku…

No dobra, tak sobie piszę w liczbie mnogiej, a naprawdę to Tateł sam robił większość z tych rzeczy; u nas jest tak, że jedno ma dyżur przy Najjaśniejszej, a drugie może zasuwać.

Zdjęliśmy też z sufitu nasz legendarny hamak, bo choć zimą jest idealny na wiszenie przy kominku- wiosną i latem dosyć zaciemnia pokój.

Po wyszorowaniu ścian i sufitów z pajęczyn, odkurzeniu i wymyciu podłóg, wyniesieniu ostatnich butelek z barku (jakiś czas temu była misja ogarniania barku, bo Tosiunka zaczęła sięgać po butelki :D) i przeogranizowaniu zabawek, oraz po gruntownym wywietrzeniu całej chałupy, okazało się (jak co roku zresztą), że zimowe palenie kominkiem zrobiło nasz pokój „na szaro”, a do tego ściana za stojakiem na drewno prezentuje się raczej żałośnie. O ile cały pokój można by machnąć jakąś tam „śnieżką” czy czymś takim (jakoś tak nie jestem przekonana do kolorowych całych ścian w pokojach, bo mam wrażenie niedoboru światła słonecznego), o tyle miejsce po stojaku na pewno nie da się lekkim rzutem wybielić, co to to nie!

Podrapaliśmy się z Małżonem po głowach, wymieniliśmy znaczące spojrzenia mówiące: OLABOGATELAROBOTY,NIEMAMJUŻSIŁY,TRZAIŚĆPONAJMNIEJSZEJLINIIOPORUBOZGŁUPIEJĘ, po czym nad obiema głowami zapaliły się żarówki:

Przecież planowaliśmy gdzieś Tosi zrobić TABLICĘ!

 

Tosinka poznała już smak radosnego mazania kredą po chodniku (duży plus dla Babci J za wymyślenie tej zabawy!), i złapała bakcyla. Czemu by więc nie umożliwić jej rysowania w domu?

Wybraliśmy się więc do naszej ukochanej sieciówy remontowej, gdzie zakupiliśmy dwa rodzaje farby: MAGNETYCZNĄ i TABLICOWĄ. Magnetyczna to taka, która zawiera kawałki metalu, dzięki czemu można przyklejać do niej magnesy. Tablicowa to taka, która ścianę zmienia w tablicę, można sobie rysować kredą, i zmazywać gąbeczką. Ale co ja wam tu tłumaczę, jak wy to wszystko wiecie 😉 !

Korzystając z ciągnącej się pięknej pogody, wypędziliśmy całe towarzystwo pod chmurkę (poprosiliśmy Teściów o pomoc w kilku przedsięwzięciach porządkowych zaplanowanych na ten dzień). Tosia poszła z Babcią na spacer, Tateł z Tatełem Seniorem zasuwali w ogrodzie zabawiając się piłami elektrycznymi różnej maści, by odgruzować miejsce pod altanę (daaaleeekosiężne plany…), a E-matula wzięła pędzel w dłoń, i machała, i machała…

 

Ten dzień był wysoce satysfakcjonujący, bowiem dopięliśmy kilka projektów, w tym i projekt TABLICA, zakończony przez Tateła, który późnym wieczorem nałożył ostateczne warstwy na zbiorowe dzieło.

A jako, że następnego dnia była niedziela, Małżonek zrobił mi przyjemność i pozwolił powylegiwać się, zabierając latorośl na dół.

A gdy wreszcie zeszłam na śniadanie, przywitał mnie taki widok:

20150517_102237[1]Koszt farby magnetycznej: jakieś 80 zł;

koszt farby tablicowej: też jakoś tak, choć głowy nie dam.

Radość mamy: BEZCENNA.

(mniejsza z tym, że głównie chodziło o radość dziecka…zawsze wychodzi na moje 😀 )

 

Miłego dnia! :)

PS. Od tamtej pory zdążyłam namalować chyba z miliard misiów. Życie jest piękne.

 

Dieta matki karmiącej- rewizja poglądów

Hej hej,

Było ostatnio o długim karmieniu piersią, pora napisać więc coś o diecie matki karmiącej, z perspektywy mego umiarkowanie długiego karmienia.

Gdy ostatnio pisałam o tym, co powinna jeść mama karmiąca swym mlekiem maluszka (TU-KLIK!), sama byłam na etapie poszukiwań, a do tego na etapie kosmicznych kolek u mojego tyciego wtedy jeszcze, i oblanego kochańskimi fałdkami żuczka. W najlepszej wierze, i według mojej najlepszej wiedzy i świadomości- napisałam ściągę, która w dodatku była zrobiona „na zamówienie” dla jednej koleżanki „po fachu”.

I wiecie co śmiesznego się wydarzyło?

Tego samego dnia akurat komentowałam coś na jednym z gloryfikowanych blogów parentingowych, i zostawiłam tam naiwnie swój adres stronki (w myśl hasła: mamy całego świata- łączcie się w internetach!). Następnego dnia na fanpejdżu owego gloryfikowanego bloga pojawił się wpis, że w jakim świecie my żyjemy, że ktoś tam bzdury znowu wypisuje, i że jaskiniowcy i w ogóle ciemnota, bo dieta matki karmiącej nie istnieje! No okej, dzisiaj mogę się pod tym też podpisać, że nie istnieje dieta matki karmiącej, ale wracam z kolei do tego zdania, że świat laktacyjny ma swoje brzydkie oblicze (w poprzednim wpisie o tym miałczałam) – to była moja pierwsza z nim styczność… naiwna chęć pomagania innym mamom, a tu taki strzał w pysk… ech, pobudka, mamo droga… swoją drogą ciekawa jestem, czy owa blogerka tak na lajcie pisała by o jedzeniu wszystkiego, gdyby dziecko płakało by i prężyło się tygodniami, a po niektórych posiłkach stan by się nasilał. Łatwo pisać nam, karmiącym duże zuchy!

Ale jako, że mój zuch już brzuszek ma dojrzały, i na karmienie patrzę trzeźwo, bez panicznych emocji nowicjuszki- mogę napisać o diecie tak (co w zasadzie tak wiele nie odbiega od mojego pierwszego wpisu na ten temat):

DROGIE MAMY! Jedzcie zdrowo! Jedzcie smacznie! Jedzcie tak, żebyście nie chodziły głodne, ani przejedzone ;). Jedzcie dla dwojga, a nie za dwoje. A do tego obserwujcie wasze dzieci, i jeśli coś wywoła wasz niepokój po zjedzeniu jakiejś potrawy- odstawcie, przeczekajcie, spróbujcie ponownie! Choć tak właściwie kłopoty u maluszka wcale nie muszą być związane z jedzeniem.

Dawniej nie wiedziałam, że mleko produkowane jest Z KRWI MATKI, a nie np skądś z przewodu pokarmowego (?). Właściwie zupełnie się nie zastanawiałam, jak funkcjonuje ten mechanizm. Z drugiej strony- jeśli smak czosnku ze zjedzonej przez nas potrawy przenika do mleka, to co będzie przenikać, a co nie? Temat jest rozległy, i pewnie jeszcze sto lat badań nie będzie w stanie go zgłębić do samego dna, ale jasne jest to, że zdrowe jedzenie może wam samym tylko wyjść… no cóż- NA ZDROWIE! :)

Co do alergenów- co by nie pisali w internetach… ja bym była ostrożna. A przynajmniej spokojna i niespieszna, i wprowadzała je do swego menu świadomie (czyt: jem orzechy, mniam mniam, ale PAMIĘTAM O TYM, że je spożywam. tak na wszelki wypadek). Zwłaszcza, jeśli któryś rodzic ma tendencje do alergii. Ale tak na prawdę każdy ma swój rozum, swój instynkt, i może się nim kierować wedle swego życzenia. Zresztą komentarze pod poprzednim wpisem o diecie właśnie o tym mówiły, żeby kierować się rozsądkiem :) ale podarowałam sobie edytowanie tego wszystkiego.

To chyba tyle na temat! Ściski!

A na koniec wrzucam link do fajnej nuty na YT, promującej karmienie. Wpada w ucho! :)

MÓJ MANIFEST- rzecz o długim karmieniu piersią

CZEŚĆ WSZYSCY. MAM NA IMIĘ KAROLINA. KARMIĘ PIERSIĄ OD PONAD 18 MIESIĘCY.

(Tutaj- jak na każdej grupie wsparcia- następuje zachęcające machanie i chóralna odpowiedź wszystkich: CZEŚĆ KAROLINA…)

Pewnie wielu z was nie wiedziało, że dalej karmię. Może część pomyślała: cooo?? DALEJ KARMI? Inni postukali się w głowę, a jeszcze inni przybili mi mentalną piątkę (mam nadzieję, że tych ostatnich było najwięcej!).

Jakoś wcześniej o tym nie pisałam, bo inne tematy były na tapecie. Teraz jednakże postanowiłam wyskoczyć z moim małym manifestem, bo dużo się dzieje w tym temacie.

Od samego początku założyłam, że będę karmić do drugiego roku życia. Czemu?- powód banalny: bo moja siostra tyle karmiła. W sumie to gdy byłam w ciąży niewiele o tym myślałam, no bo jakoś to będzie… nie zastanawiałam się, czy to dużo, czy mało. Generalnie myślę, że otoczenie kobiety bardzo wpływa na to, ile- i czy w ogóle- karmi piersią. Sęk w tym, że teraz otoczenie większości kobiet jest… nastawione na to, że karmienie mlekiem modyfikowanym jest NATURALNIEJSZE- może nie w sensie pochodzenia pokarmu, ale jeśli chodzi o wybór- normalniejsze jest dziś karmienie butelką. A TO MOIM ZDANIEM SMUTNE…ale- jak podkreślam- to MOJE zdanie. Bo to MÓJ manifest.

1 czerwca rusza akcja flashmobowa „KARMIĄCE CYCE NA ULICE” (nazwa kogoś może burzyć, innych nie, kto co lubi): kobiety karmiące zrzeszają się w różnych miastach Polski, i o określonych porach będą… karmić dzieci (chętne aktywistki odsyłam do wydarzenia na fb) :). Akcja ma na celu uświadomienie społeczeństwu, że karmienie w miejscach publicznych jest rzeczą jak najbardziej normalną.

Wiecie co?

Smucą mnie takie akcje.

albo powiem inaczej:

Smuci mnie potrzeba organizowania takich akcji.

Dla mnie karmienie piersią jest tak samo naturalne jak oddychanie (taaak, kaszel też nam się czasem zdarza w tym temacie…), chodzenie, mruganie.

Okej, dla mnie tak jest, dla kogoś może nie być… ale… żyjcie, i pozwólcie żyć innym! Na zasadzie: jak długo nie robię wam krzywdy- pozwólcie mi robić swoje!

Szokuje mnie to, że czasem kobieta karmiąca spotyka się z atakami dotyczącymi karmienia w miejscu publicznym;mnie to całe szczęście nigdy nie spotkało, ale słyszałam już nie jedno. A powiedzmy sobie szczerze: karmienie odsłania mniej piersi, niż noszenie większości modnych teraz bluzek! Byle gazetka reklamowa pokazuje więcej golizny niż karmiąca mama, a przecież reklamy nie wzburzają publiki do takiego stopnia jak temat publicznego karmienia.

Kogoś brzydzi dziecko pijące mleko mamy? Proszę bardzo- mnie mogą na przykład brzydzić obleśnie tłuści- z ewidentnego zaniedbania- ludzie wpieprzający kebaby na mieście, a przecież centrum miasta to miejsce publiczne! Brzydzą mnie niedomyci menele pijący publicznie na ławeczce, a ludzie przecież mijają ich bez komentarza. Brzydzą mnie ludzie wyrzucający filtr papierocha GDZIEBĄDŹ (poza koszem, oczywiście!) i chuchający w moją stronę śmierdzącym dymem… można tak bez końca…

Nigdy nie wytknęłam palcem otyłej osoby zajadającej „Maka”; nigdy nie opieprzyłam menela, ani palacza (może powinnam zacząć tak robić?! hmmm) …

Skąd więc ten jad w stronę publicznego karmienia?

 

Karmię ponad 18 miesięcy; czasem marzę, żeby wreszcie odstawić Tosię, bo mam serdecznie dość jej ciągłego „wiszenia” na piersi. Są też dni, kiedy gdzieś w głębi mojej głowy czai się pomysł do doczekania do samoodstawienia… ale szczerze- tutaj presja społeczna też robi swoje. Mi raczej nikt nigdy wprost nic nie powiedział, ale komentarze są kierowane do… uwaga… TOSI! Spotkałam się już z hasłem, które podniosło mi ciśnienie, rzuconym przez lubianą przeze mnie panią: „KONIEC JUŻ TEGO DOBREGO! NIE MA JUŻ CYCUSIA! ZOSTAW MAMUSIĘ! DAJ JEJ SPOKÓJ!”- Szczerze- Tosinka się trochę przestraszyła, co też ta Pani mówi, i od razu panicznie zaczęła macać pod moją bluzką… bo jak to „nie ma”?

aaa, cofam: owszem, powiedziano mi coś wprost: wizyta lekarska, ok 16 miesiąca życia Tosi, złapałam jakieś tam zapalenie gardła, czy inne coś.

Lekarz: proszę, oto antybiotyk.

Ja: czy mogę podczas karmienia?

L: Tak. Wprawdzie przenika do mleka, ale nic się nie powinno dziać. Jeśli wystąpi wysypka, to należy odstawić dziecko na kilka dni (!). Albo najlepiej w ogóle odstawić (!!). Dosyć już tego dobrego (!!!).

No i sam to lekarz powiedział: dosyć tego DOBREGO. Czy ja mogła bym odmówić mojemu dziecku czegoś naprawdę DOBREGO?

Wrzuciłam ten komentarz do worka z: FAAAAJNIE DUPCYSZ GÓPOTY, zawiązałam sznurkiem zrobionym z: JAAA, MMMHMMM… i robię dalej swoje.

Sęk właśnie w tym, że według mojej wiedzy* mleko matki jest NAJLEPSZYM co mogę dać do jedzenia swojemu dziecku. A że tak się składa, że na temat naszego dziecka to JA i TATEŁ podejmujemy decyzje (a Tateł w dużej mierze mnie popiera), to karmię, i karmić będę, do odwołania. A wszystkie „ciocie dobre rady” mogą sobie te właśnie dobre rady schować… w kieszeń. O!

Pierś jest dla dziecka nie tylko źródłem pokarmu; jest także źródłem komfortu emocjonalnego, synonimem bliskości. Od urodzenia życie dziecka, które jeszcze świata nie rozumiało, kręciło się wokół piersi- to taki mały środek galaktyki dziecka. Nie będę tu wymieniać wszystkich plusów karmienia, bo nie o to chodzi. Tosia szuka piersi nie tylko gdy jest głodna, ale np: gdy dzieje się za dużo, gdy przychodzi ktoś obcy, gdy jesteśmy w obcym miejscu, gdy nasila się ząbkowanie, gdy jest chora. Nie mam zamiaru jej tego odbierać (póki mam jeszcze na to wszystko siłę)!

Z drugiej strony: smutne jest też to, że druga strona medalu (czyt: brygada krzewicielek karmienia) też ma swoją brzydką twarz… należę do pewnej grupy wsparcia na fb, do tego czytam sporo blogów, i po ponad półtora roku mam pewne obserwacje:  w „świecie laktacyjnym” spotyka się nie tylko „siostrzane” wsparcie karmiących, ale także zupełny brak tolerancji dla słabości, niewiedzy, a jeśli ktoś gdzieś wspomni, że nie ma już siły, że myśli o odstawieniu (np po „tylko” roku karmienia), to lepiej nie gadać jakie są czasem reakcje… a szkoda, bo przecież kobieta, która chciała dać poprzez karmienie piersią najlepsze co tylko może swemu dziecku- może zwyczajnie już być zmęczona bezsennymi nocami, obgryzaniem sutków, czy czymkolwiek innym, i podczas odstawiania dziecka może tym bardziej potrzebować wsparcia. Bo odstawienie może być ciężką próbą emocjonalną nie tylko dla dziecka, ale i matki (czasem chyba nawet bardziej dla matki!). A przecież taka mama może mieć następne dzieci, które potrzebowały by piersi, więc traumatyczny na koniec poprzedniego karmienia nie jest dobrze wróżąca na przyszłość… ale co ja tam wiem.

Kolejny punkt: smuci mnie, że kobiety muszą polegać właśnie na takich rzeczach jak facebookowe grupy wsparcia; wsparcie ze strony służby zdrowia jest raczej znikome, kobiety po porodzie częstokroć są zostawiane same sobie, lub dzieci od razu zapychane są mlekiem modyfikowanym, co potem utrudnia rozpoczęcie przystawiania do piersi. Do tego przez to, że nasze matki w większości karmiły nas butelką- zanikła tradycja rodzinnego wspomagania, uczenia karmienia przez starsze Matki rodu. A szkoda, bo to pewnie bardzo by zbliżało pokolenia kobiet, i było wielce pożyteczne dla naszych pociech.

Tutaj koniecznie muszę polecić szpital, w którym rodziłam Tosię, dla każdej mamy chcącej karmić piersią: SIMIN- Śląski Instytut Matki I Noworodka w Chorzowie to Szpital Przyjazny Noworodkowi, czyli spełniający wszystkie warunki w stylu: skóra do skóry zaraz po porodzie/kangurowanie Taty w wypadku cesarki (Tateł był przeszczęśliwy!), pomoc przy nauce karmienia czy kąpieli, i co tam jeszcze tego naszego Noworodka uszczęśliwi ;). Byłam zachwycona, i muszę powiedzieć, że z moim podejściem: jakoś to będzie- pewnie bym nie karmiła, gdyby nie pomocne Panie Położne z noworodkowego w SIMINIe. Jestem im bardzo wdzięczna za pomoc.

Do tego każdej matce zaczynającej karmienie polecam blogi:

HAFIJA – duża wiedza merytoryczna (na tym zakończę komentarz tego bloga)

MLECZNEWSPARCIE – również szacun za dużą wiedzę i wyjaśnienia natury medycznej,

oraz mój ukochany, numer jeden wśród blogów parentingowych:

MATAJA – trzy bardzo mądre mamy piszą z jajem i z potężnym zapleczem jeśli chodzi o źródła 😉 Moja jazda jeśli chodzi o sposób pisania! Polecam!

Drogi czytelniku! Jeśli dotrwałeś do końca tego wpisu, mówię Ci: RISPEKT! Należy Ci się za to uścisk dłoni prezesa, albo bukiet goździków, ale że lubię nagłe zwroty akcji tudzież ataki nonsensu, dostaniesz zdjęcie pt PIĘKNA I BESTIA. Bo tak.

piękna i bestia

Próbowałam usunąć przyczajoną nogę tateła. Nie poszło, nie chciałam psa łap pozbawiać ;)

I mam nadzieję, że DO WKRÓTCE. Bo mam milion tematów zaległych, kwitnących w szkicach 😉

Dziś pożegnam was gromkim okrzykiem tematycznym:
CIIII CIIIIII!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ciao 😉

*Według WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) dziecko powinno być karmione WYŁĄCZNIE piersią (na żądanie) do 6 m-ca życia (wszelakie zupki, papki, marcheweczki i gluteny PO 6 m-cu), a karmienie piersią po rozszerzeniu diety powinno być kontynuowane CONAJMNIEJ do 2 r.ż (czyli można spokojnie karmić dalej).

PUK PUK, żyjemy!

Hej! Zostałam ostatnio opieprzona przez jedną mamę, że nic nie piszę.

Ano kurde nie piszę, bo nie ma kiedy. A głowa kipi od tematów do poruszenia.

A my- żyjemy, oddychamy, kulamy się, wyrzynamy kolejne zęby (czemu tak dłuuugo?!), w wyniku tego – śpimy mało… ech.

W sumie to jak zawsze wszystko rozbija się o spanie, bo gdyby Toś spał pięknie, to ja wieczorami pisała bym, zamiast robić TYSIĄCPIŃCETDWADZIEWIŃCET rzeczy „za dziś” i „na jutro”. No i nie chodziła bym jak trup, z workami pod oczami opadającymi aż za brodę…

Otóż Tosinka moja kochana ostatnio opracowała schemat spania polegający na imprezowaniu do końca, czytaj: kładziemy ją spać koło 23, inaczej musieli byśmy kiblować w jej pokoiku przez 3 godziny… co oznacza jeszcze mniej czasu na robienie różności. Bo po tym jak zaśnie w sumie mam już siłę tylko na szybkie myju i doczołganie się do łóżka.

No i tak to jest z tym niepisaniem moim.

Swoją drogą droga mamo opierniczająca (i wszystkie mamy, co jej dały „lajka” :D) – weź ty też czasem coś do mnie napisz, nie na facebooku, tylko na blogu, żebym pamiętała, że blog też żyje 😉 wtedy poczuję presję i zarwę kilka nocek na pisanie 😉

A dzieje się, oj dzieje…

 

A na dzisiaj tyle! Buziaki, do za kolejne sto lat, albo ciut wcześniej!