Miesięczne archiwum: Czerwiec 2015

Dwadzieścia miesięcy minęło…

… jak jeden dzień! Tralala!

Ale jaki to był dzień! Ano taki, że z grubsza wiecie, bo czytacie.

A może nie wiecie, jaka jest 20 miesięczna Tosia?

To wam powiem :)

20 miesięczna Tosia jest FAJNA. Jak to Tosia.

I od pewnego czasu chętnie powtarza słowa.

Pierwszym słowem była PUPA. Mama była zachwycona. No, pierwsze słowo spoza katechizmu „mama/tata/baba”, a do tego jakiż zacny wybór! Czytaj dalej

Co w trawie piszczy… I rechocze.

Chciałam się z wami podzielić ostatnią przekomiczną zabawą spacerową.

 

W związku z tym, że dzieć nasz jest troszkę leniuszkiem, i nie chce mu się tuptać na spacerkach, staram się go aktywować na różne sposoby. Na przykład gdy po pierwszych przedreptanych metrach zaczyna wydawać odgłos paszczowy konia* (dla niewtajemniczonych- polecam film REJS), i pokazuje sobie na głowę (czyt: matka, weź mnie na barana i śpiewaj lajkonika, albo udawaj konia), Matka Animatorka łapie ją za rękę i woła: A TERAZ GŁOŚNO TUPIEMY. Po paru krokach mówię: STOP i zadaję zadanie, np: A TERAZ STAJEMY NA JEDNEJ NODZE, albo A TERAZ TRZY KROKI W TYŁ, tudzież A TERAZ ROBIMY HOP. Czy coś podobnego. Zazwyczaj da się wkręcić, i w ten sposób przechodzimy kawałek. Sęk w tym, że to nie działa na długo, więc trzeba się nie raz nakombinować, żeby nie taszczyć ciężarka na plecach/rękach.

No i ostatnio na spacerze z Tatełem i Piesełem wymyśliłam nową akcję. Mówię do Żuczka: „Tosiu, choć schowamy się przed Tatusiem, i zrobimy AKUKU”. Toś podekscytowany  drepcze za mną w wysokie trawy, kuca, i uchichana czeka na mój znak. Czytaj dalej

Bardzo, bardzo miły dzień!

Cześć moi drodzy!

Ufff…..

Po tak nietypowo poważnych jak na mnie wpisach, pora na standardową dawkę niefrasobliwości.

A jest o czym pisać, bo wczoraj był fajny dzień.

Wprawdzie zaczął się od ryku, bo Macierz powiedziała: BASTA i zrzuciła z siebie Żuczka o poranku.

Co też znaczy powyższe zdanie? Ano znaczy tyle, że moja córcia znowu pomyliła dzień z nocą, zasypiała nam ostatnio w okolicach północy, a potem do dziesiątej czy jedenastej nie umiałam jej zdrapać z łóżka (albo z siebie, bo przecież od piątej rano najlepiej śpi się na mamie, gryząc to jedną, to drugą pierś), w związku z czym drzemka w ciągu dnia następuje jakoś pod wieczór. „NIE ZGADZAM SIĘ” powiedziałam, i zciepłam berbecia z tak gościnnej zazwyczaj mej chudości. I zlazłam na dół piec ciasto drożdżowe z truskawami. Bo wolno mi, nie? A dziecię, miast przytulić się do Tateła, zrobiło raban, i za jakiś czas sciągnęło go również na dół.

Ale nie skupiajmy się na negatywach, bo dzień był zaiste fajny. Czytaj dalej

Kocham. Nie biję.

Uwaga, wpis zawiera opisy nieprzyjemnych sytuacji. Ostrzegam.Bo temat ciężki i nieprzyjemny.

Przemoc względem dzieci.

Trzy sceny, niestety z życia wzięte, trzy oblicza przemocy.

Sytuacja 1.

Jadę autobusem z mniej więcej dziewięciomiesięcznym Kokoskiem przywiązanym do mnie za pomocą chusty. Ludzie uśmiechają się na nasz widok promiennie. ja napawam się uczuciem dumy, widząc, jak obcym rozjaśniają się twarze gdy spoglądają na pucołowate policzki wystające zza krawędzi materiału. Tosia zaczepia wszystkich w zasięgu, ludzie chętnie odpowiadają na jej zaczepki. Raz po raz obcałowuję i podgryzam machające, tłuste łapeczki mojej panienki.

Przejeżdżam chyba jakąś kiepską dzielnicę, tak przynajmniej wygląda, nie wiem zresztą, nie jeździłam wcześniej tą linią. Ludzie na zewnątrz są bardziej szarzy, jakoś naznaczeni biedą i alkoholem. Wsiada dziewczyna, chłopak, i dziecko. Laska na oko młoda, wczesna dwudziestka, koleś też jakoś tak; ona: rude włosy z odrostem, kolczyk w pępku, mini, but koturn, on: włosy krótko wystrzyżone, dres, kiepski tribal wyziera spod dresu aż na szyję, no- generalnie- młodzi gniewni. Dziecko to chuda dziewczynka o mysich włoskach, wiek na oko 3-4 lata.

Młoda Gniewna prowadzi dialog z Młodym Gniewnym, oczywiście na cały regulator. O tym, jak ją „Stary wyj*bał z chaty, i w sumie nie ma się co mu dziwić, ale mam na to wy*bane, niech gnije tępy ch*j bo śpię u Kryśki” i w ten deseń. Dziecko stoi obok, ONA MG robi słodkie oczęta, i na swoim poziomie intelektualnym usiłuje zbajerować JEGO MG. No generalnie BLE. Dziecko udaje, że go nie ma, zresztą udawać nie musi, bo nikt go nie zauważa. Żal mi dziecka straszliwie. Bo wzorce, bo środowisko, bo mogło by mieć lepiej.

A przecież jeszcze nic się nie dzieje.

Po chwili Młoda Gniewna żegna się z towarzyszem, zgarnia dziewczynkę i wysiada. Dziecko, już na chodniku, odzywa się po raz pierwszy:

-Mamooo, chce mi się spać…

Ona, znaczy się Matka, znaczy się Młoda Gniewna odpowiada, a raczej wrzeszczy, szarpiąc przy tym dziewczynkę dosyć mocno za ramię:

-A CO TO KUR** MOJA WINA??!! ZAWRZYJ….. Czytaj dalej

Spadłam z nieba, czyli więcej o stłuczonym kolanku

Tosia wykręciła numer i znienacka zasnęła mi na rękach. Mam komputer w zasięgu ręki, a to stwarza miłe możliwości 😉 oto więc jestem.

Chciałam się z wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat wielkiej rany mojej córki. Tak tak, chodzi o sprawę wcześniej wspomnianego kolanka ze zdartą skórą.

Tylko, że nie do końca traktuję temat na płaszczyźnie fizycznej, a to dlatego, że Kokosanka też inaczej to traktuje.

Ale zacznijmy od początku. Czytaj dalej

Kokos duszą towarzystwa.

Po pierwsze:

Jest godzina 20:58 gdy zaczynam pisać (pewnie będę pisać jakąś godzinę, bo jestem blogo-plotkara i nie umiem skończyć), a zdążyłam sobie już zrobić herbatę, skończyć ogarniać kuchnię, pożegnać Małżona wyjeżdżającego na delegejszyn, wyszperać ptasie mleczka, które jem z łakomstwa a nie przekonania, bo są kiepskie, oraz znaleźć i kupić żarcie dla kur na allegro.

Czy coś was nie zastanawia? Ależ owszem, moje dziecko ŚPI!! Czy to nie jest niesamowite? Dla tych, którzy się z nami dopiero poznają podpowiem, że OWSZEM, to jest BARDZO NIESAMOWITE, tak niesamowite jak np to, że nie dostałam listu z Hogwartu. Cholewcia, nie zapeszając- mam wolny wieczór, wreszcie napiszę na luzie, a potem zabiorę się za próby ratowania skurczonego swetra :)

Po drugie:

pisze mi się kiepsko, bo może i mam niewyparzony pysk na blogu, ale mam dziś sparzone parą palce. Sparzone parą= rozlegle, nie miejscowo, czytaj: bardzo perfidnie szczypie. No, ale nie będę sobie przecież pierdołami psuć wieczoru, prawda?

Po trzecie:

To będzie opowieść o duszy towarzystwa, czyli mojej córce Antosi. Czytaj dalej

Burzowa dziewczynka

Hej hej!

Tak na szybko się melduję, żeby kontakt z wami podtrzymać 😉

 

Uwielbiam burze, a wy?

Wprawdzie dzięki kilku zdarzeniom (włączając wichury miotające 50 kilogramowymi psami oraz spacery przez mosty na Tamizie wśród błyskawic trzaskających o wodę średnio co 2 sekundy) nauczyłam się respektu do sił tej strony natury, ale i tak zawsze z przyjemnością oglądam błyskawice i słucham grzmotów- oczywiście gdy jestem po odpowiedniej stronie szyby okiennej ;).

Wczoraj wieczorem przypałętała się taka wypasiona burza akurat jak usiłowałam uśpić naszą Kokosankę. Nie była to pierwsza taka burza w jej życiu, ale na pewno pierwsza w tej bardziej kumatej części jej życia. Trochę się spięłam, myśląc, że pewnie się przestraszy, i nie będzie się dało jej uśpić, ale ku mojej radości- Żukowa Panienka odziedziczyła po matuli zamiłowanie do dobrej rozrywki pogodowej!

Najpierw zaczął padać deszcz. Dźwięk kropli padających na szyby okien dachowych przypomina ten, który wydaje deszcz na tropiku namiotu. UWIELBIAM ten dźwięk, jest taki relaksujący, wakacyjny… Oczywiście Kokos zerwał się i z ekscytacją zaczął po swojemu komentować fakt że pada. Słysząc, że deszcz się nasila, zaczęłam szykować się na najgorsze, czyli na kilku godzinne usypianie przez gimnastykę artystyczną z elementami stepu klasycznego.

Gdy zobaczyła pierwszą błyskawicę, ze zdziwieniem odwróciła buzię w moją stronę, i oczekiwała wyjaśnienia. Czytaj dalej

historia pewnego szczepienia- cz.2

Jak pamiętacie z końca opowieści opisanej TU, miałam zadzwonić, by umówić się na szczepienie, i zapytać o dostępność obiecanej szczepionki.

 

Dzwonię.

Cisza. echo. zajęte.nikt nie odbiera.

I tak z pięć razy.

Za szóstym razem:

UUuuu, udało mi się dodzwonić!

– odbiera PAN. Zapytuję: HALOOO, PSZE PANA, JES TA SZCZEPIÓNKA ZE SANEPIDA?

No dobra, nie było tak. Wyłuszczyłam Panu składnie co i jak, i zapytałam, czy jest ta szczepionka; a Pan na to: PROSZĘ PANI, JA TU DZIŚ TYLKO TELEFON ODBIERAM. JA NIC NIE WIEM. WSZYSCY SĄ NA POGRZEBIE, PANI DOKTOR TEŻ.

O kurde, to Ci historia, ktoś w Służbie Zdrowia śmiertelnie zaniemógł, i go nie wyleczyli :( Zdarza się, los bywa przewrotny. No nic, zadzwonię jutro.

„Jutro” się nie dodzwoniłam,

„pojutrze” usłyszałam przez telefon ponownie śpiewkę z czeskiego filmu: „Proszę Pani, ja nic nie wiem, niech Pani zadzwoni o 12:00, koleżanki się zapytamy”.

Stwierdziłam, że zaszalejemy sobie z Tośką, i w tradycyjnej porze spaceru zrobimy sobie spacer do przychodni. Koło 12:00 dotarłyśmy na miejsce. W dyżurce była nieznana mi do tej pory Pani Pielęgniarka (to ta, która „nie wiedziała” przez telefon), druga Pani Pielęgniarka (to ta, co miała coś wiedzieć), oraz przyczajona za winklem Pani Dr.
Okazało się, że szczepionek nadal nie ma, i już miałam być odprawiona z kwitkiem, gdy nagle przypomniało mi się…

– Pani Doktor, a my mamy zaległą MMRkę… robimy coś z tym tematem?

– Aaa, rzeczywiście! No, a wy planowaliście na jakiś urlop jechać… w kraju, czy za granicą? Za granicą? No, to szczepimy przed wyjazdem! Dawaj Pani Antosię na warsztat!*

ŻE ŁOOOOOTTT?????!?!?!?! SZCZEPIĆ? TERAZ?? NAAAŁ????!?!?!

Ależ Pani Doktor, ja tu tak na chwilkę, tylko się dowiedzieć przyszłam… ja jestem nieprzygotowana, bez książeczki zdrowia, bez obstawy, bez soli trzeźwiących!

-Nie pieprz Pani, dawaj Pani dziecko* (koniecznie patrz przypisy z gwiazdką!!)

Poszłam Ci ja jak na ścięcie do gabinetu z moim małym Wesołym Żukiem. Czytaj dalej

przychodzi baba do lekarza…

…a z babą dziecko.

W związku z dwuczęściową opowieścią szczepieniową, muszę- jako dodatek- wpuścić pomiędzy wódę a zagrychę (czyt: między część pierwszą a drugą) wpis o naszych pracach przygotowawczych do wizyt lekarskich.

Jako że mój dzieć strasznie negatywnie przeżywa każdą wizytę w poradni, nawet taką „na zdrowo”, stwierdziłam, że trzeba przedsięwziąć jakieś kroki, w celu uzdrowienia relacji na linii uzdrowiciele-uzdrawiana ;).

Nasza Kokosanka darła się już jak rozbieraliśmy ją do ważenia, a o stetoskopie, czy- nie daj Boże- patyczku do przytrzymywania jęzora przy badaniu gardła szkoda gadać… zanim docierała „na kozetkę” w zabiegowym na jakieś PIK- już była tak roztelepana, jakby ją przypalali na wolnym ogniu.

Postanowiłam, że trzeba dziecię oswoić z tematem. Czytaj dalej

do biedronki przyszedł Żuk…

Do biedronki przyszedł Żuk,
w pudełeczko PUK PUK PUK….

 

Dziś rano mało mnie dziecko nie zabiło śmiechem 😀 aż się muszę z wami podzielić!

Dziś poranek był mocno nietypowy: mój Żuczek obudził się coś przed szóstą, i zamiast kontynuować spanie po przeniesieniu do naszego łóżka postanowiła się rozkręcić imprezę. Na nic się zdały moje prośby i próby pacyfikacji; dziecię, mimo iż w kącikach oczu czaił mu się sen, kontynuowało hulanki.

Zwlekłam się więc z łóżka, i po kawałku próbowałam się ogarnąć.

Poszłam do toaletki, żeby w pozycji zamulacąco- siedzącej rozczesać tradycyjny poranny kołtun. Kokosek oczywiście chętnie przydreptał za mną, bo przecież nie ma nic fajniejszego niż poranne grzebanie w skrzynce z koralami! Jednakże tego dnia korale jakoś straciły swoją magiczną moc, i moja panieneczka, po przejrzeniu moich nielicznych perfum (sorry, wód toaletowych), zaczęła rozglądać się za czymś nowym. Ja, chcąc zarobić jakąś dodatkową minutkę czy dwie luźnego siedzenia na tyłku też się rozglądałam, szukając czegoś, czym mogła bym ją zająć.

I znalazłam.

Biedronkę. W pudełku.

Kojarzycie takie gadżety sprzedawane jako pamiątki np w sukiennicach w Krakowie, czy w Zakopanem na Krupówkach? Takie robaczki, biedronki, stonki czy inne cosie, przytwierdzone do wnętrza drewnianego pudełka na małym cokoliku, z luźnymi nóżkami, które wesoło podskakują jak się poruszy pudełeczkiem? Nooo, taaak, to to! O tym właśnie mówię.

Mówię do mojej dziewczynki: -Tosiu, chcesz zobaczyć Biedroneczkę? Czytaj dalej