Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Jak umyć dziecku zęby?

Mycie zębów…

Przyznajcie, czasem wam też się nie chce ich umyć, zwłaszcza późnym wieczorem,  albo po imprezie, kiedy człowiek najchętniej wskoczył by- lub zatoczył by się- do łóżka tak, jak stoi… czyli dokładnie wtedy, kiedy najbardziej trzeba te zęby umyć! :)

Sęk w tym, że dzieciom prawie nigdy się nie chce ich umyć.

Ba, nawet bronią się przed tym rękami i nogami!

U nas także minęły cudne dni, kiedy Kokosek sam z piskiem radości wyciągał łapki po szczoteczkę, która to w cudowny sposób drapała dziąsła, przy okazji ściągając z małych perełek resztki jedzonka, w związku z tym trzeba było opracować kilka strategii wspomagających.

Postanowiłam podzielić się z wami naszymi kilkoma patentami na przekonanie Żuczka aby łaskawie dała sobie umyć kły.

Czytaj dalej

Wczoraj wiatr rozwiał chmury

…czyli nic nie wnoszący wpis o miłym popołudniu.

20150820_183445

Kurde, no, muszę przyznać, że trochę mi wstyd, że tak w ostatnim wpisie (śmieciowym) dałam się ponieść emocjom… zdania nie zmienię, ale może bym wykropkowała to i owo. Pod koniec pisania nawet zastanawiałam się, czy nie przeczesać tekstu okiem i przemyśleć, ale stwierdziłam, że co to, to nie- skończyło by się na ugłaskiwaniu smoka, a to nie o to w tym chodzi! Wreszcie wykaszlałam coś na żywca, bez czekania „aż będzie czas napisać”, bez filtrowania przez czas. Szczęśliwie (czy też nieszczęśliwie) zaraz po tej akcji ze śmieciem- Żuczek mi zasnął, a ja, zaraz po postawieniu łobiodu, mogłam wskoczyć na bloga i wywrzeszczeć wszystko.

Ten blog działa terapeutycznie! Ledwo opublikowałam poprzedni wpis- zeszło ze mnie ciśnienie, jak powietrze z naszego popsutego basenu.

Małżon wrócił do domu, czujnie węsząc, czy aby nie dyszę siarką, a tu w powietrzu jedynie zastałe opary po wcześniejszej erupcji.

Pozbieraliśmy się więc i udaliśmy na spacerek, gdzie resztę smrodku rozwiał wiatr- a wiało, jak się patrzy!

A co się robi najlepiej, gdy wieje wiatr?

Czytaj dalej

my, dzieci-śmieci

Już dawno nie musiałam pisać takiego ostrzeżenia, ale: UWAGA, w tekście pojawią się wulgaryzmy, i to już w pierwszym zdaniu. Mamo, nie czytaj, albo przeskocz akapit. Choć nie ręczę, że  dalej nie będę nadal furmanić. Okej, podejrzewam, że to będzie wpis w afekcie, pełen wulgaryzmów. 

albowiem

Jestem dziś wkurwiona.

Nie, nie mogłam napisać po prostu zdenerwowana, bowiem próg zdenerwowania przeskoczyłam gdzieś dawno temu przed południem.

Może to ten wiatr, co od wczoraj łby nam urywa, i który przewrócił mi suszarkę z praniem 13 razy w ciągu dwóch minut, gdy jeszcze byłam na tyle naiwna, żeby myśleć: „o, super, wiaterek szybko wywieje wilgoć z pościeli” (zreflektowałam się, że to nie ten dzień, kiedy Ventis spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem, gdy usiłowałam z niego zdjąć” ucieknięte” prześcieradło; zdziwił się, że chce je zdjąć, ponieważ wiedział, że wygląda w nim wyjątkowo uroczo…).

Może to okres-widmo, który-podejrzewam- mnie naszedł…(okres-widmo to taki, kiedy była owulacja, jest wqrw na maxa, ale okresu brak… mam takie od wielu miesięcy!)

Może to miałcząca od rana, niewyspana Tosinka, albo niewyspana ja (chociaż do tego powinnam już przywyknąć), albo pies, który drze dziś kufę na wszystko, co się rusza, a współpracę ze mną zaczyna od próby oblizania naszego śniadania, które nawet nie leży na podłodze!

No, taka zbiorowa domowa furia.

Jak Małżonowi, który zadzwonił by zameldować wykonanie zadania służbowego i udanie się w drogę powrotną, powiedziałam jak sprawy stoją, zapytał, czy nie może wrócić jutro 😉 Mądry człowiek z niego (oczywiście powiedziałam NIE. A co ma go taka zabawa ominąć!).

Okej, powyższe to powody dobrego podłoża dla mega wkurwu, który właśnie mnie nęka; sam „ów” został wytworzony przez ludzką GŁUPOTĘ, krótkowzroczność i samolubność. A także mój brak refleksu, dyplomacji i dowcipu- wpienia mnie to, że jestem mistrzem ciętej (oraz dowcipnej i dyplomatycznej) riposty…JAKIEŚ PÓŁ GODZINY PO FAKCIE.

 

A było to tak:

Czytaj dalej

Tosia piecze ciastka

W ramach odwyku, ale i wspomnień facebookowych- wrzucam wreszcie jeden z bardzo, ale to bardzo zaległych wpisów.

 

W czasach, gdy jeszcze „karmiliśmy” Tosię metodą BLW, wkręciłam się w grupę na facebooku, na której mamy wrzucały zdrowe przepisy pasujące do tej właśnie metody (chyba nawet jedna z „tutejszych” mam mnie wkręciła, Kinia- dzięki Kiniu!). Kobiety tam są po prostu niesamowite, niektóre przodowniczki gotują takie czary na obiad, że ja mogę tylko siedzieć, ślinić się i płakać- czemu ja tak nie potrafię. Mimo, że temat BLW nieco klęknął zimą, gdy Tosia zaczęła chorować i przeszliśmy na żywienie tradycyjne (czyt: mama-łyżeczka-dziobek), nadal należałam do grupy, bo w końcu zdrowe przepisy są zawsze warte przeczytania- a nuż z któregoś skorzystam, nie? 😉 Jak wiecie (KLIK po wczorajszy wpis)- nie mam już konta na facebooku, i właściwie brak dostępu do tej grupy boli mnie najbardziej, ale całe szczęście zapisałam sobie przepis na ciasteczka, o których dziś będzie mowa, więc będę się mogła z Wami nim podzielić.

Czytaj dalej

Mama na odwyku

Zawiesiłam fejsa.

Próbuję odzyskać swoje życie. Swoje PRAWDZIWE życie.

Już wiele lat temu zorientowałam się, jak bardzo uzależniona jestem od komputera, internetu, a wreszcie- od komórki.

Zakup smartfona był jedną z moich gorszych decyzji ostatniego dziesięciolecia, ale pewnie przytrafiło by mi się to prędzej czy później. Potrafiłam trzepać pasjanse (czy co innego tam akurat było na tapecie) godzinami, do tego słuchawki na uszach i audiobook. No, a skoro smartfon, to można do tego surfować po internecie, nie?

Gdy Tosia zasypiała na mojej piersi, uziemiając mnie na godziny na fotelu, telefon stanowił fajną rozrywkę, która zawsze była pod ręką. Jednak Tosia już urosła, zasypianie na piersi na wiele godzin nie wchodzi w rachubę, a ja… nadal scrolluję te głupie strony, męcząc wzrok i zagiżdżając mózg śmieciami.

Najpierw powiedziałam NIE grom telefonicznym: odinstalowałam wszystko, co się dało, i Bóg tylko jeden wie, ile mnie to kosztowało… łapa sama sięgała co chwila do kieszeni, żeby w coś „popykać”.

Całe szczęście było- minęło.

MINĘŁO? Co ja piszę! ZMUTOWAŁO!

Ręka nadal sięgała do kieszeni, telefon był zawsze przy mnie, tyle tylko, że zamiast ikonki z gry przyciskałam ikonkę przeglądarki, a mój palec sam z automatu wybierał FA… zanim zdążyłam się w ogóle zastanowić po co wyjęłam telefon. Potem godzinę zaocznie (czyt: pomiędzy ogarnianiem Tosi i reszty świata) kulałam się ciągle po tych samych postach w „news feedzie”, bo przecież po jakimś czasie wszystko zaczynało się powtarzać.

Czytaj dalej

W kupie siła.

Nie dla wrażliwych- dziś ukochany temat każdej mamy, czyli POWRÓT KUPY! Brzydzisz się mrocznymi stronami życia (w okolicach rzyci*)- e-mama radzi: przestań czytać, idź na spacer, lub obejrzyj Pana Kleksa.

Jak już wiecie- Kokosek sika w nocnik aż miło.

Pieluch nadal używamy, ale w szczególnych sytuacjach: na noc jednorazówkę (by nic nie przerwało błogosławionego snu!) oraz w ciągu drzemki lub na podróż gdziekolwiek- wielorazówki (wielki powrót wielorazówek! Hurrraaa!)

Sikanie sikaniem, kupy jednak nadal pozostają traumą: gdy skończyły się biegunsy wspomniane we wcześniejszym WPISIE, jedną standard-kupę zaliczyłyśmy, ku wielkiej rozpaczy mojej córci, na podłodze w łazience, drugą w „salonie”; na szczęście dla mnie, już nie były to kupy „wylewne”, poszczepienne: szast-prast i temat pochytany, chociaż Tosia i tak kiepsko to zniosła…

Rany, zrobiło mi się sentymentalnie: pamiętacie ten czas, kiedy kupy stanowiły 90% tematów rozmów? -A jaka była? -A była zielona?- A prężyła się, bolał brzuszek? -A ile dziś kup było? itp itd…Co za wspomnienia!

Czytaj dalej

Tosia i jej przyjaciel N.

Miałam o tym pisać bardzo mądry artykuł, ale

PO CO MAM ODKRYWAĆ ODKRYTE OCZYWISTE OCZYWISTOŚCI?

Chodzi naturalnie o temat odpieluchowania. Jak chcecie czegoś mądrego na ten temat, to wejdźcie sobie np do dziewczyn z MATAI- np tutaj.

 

 

Ja za to opowiem wam, jak to się dzieje u nas.

DSC_0717 (3)

Ilustracja z Tosinej książeczki

Daaawno, dawno temu, na szkole rodzenia, do której uczęszczaliśmy z Małżonem w czasie oczekiwania na Żuczka, było spotkanie z psychologiem. Pani Psycholog/żka powiedziała nam wiele rzeczy, ale dotarły do mnie tylko dwie informacje (Pani Psycholog nieźle motała wątki): pierwsza to to, że do 6 m-ca Tateł dla dziecka może w zasadzie nie istnieć, a druga to to, że mamy fuksa rodząc dzieci jesienią, bo czas najlepszy na odpieluchowanie wypadnie nam latem, gdy dziecię może latać z gołą pupą. A co to oznacza wg PP „najlepszy czas na odpieluchowanie”? Ano powiedziała, że dziecko tak naprawdę świadome swoich funkcji fizjologicznych zaczyna być z grubsza w wieku półtora roku; jasne, że można nauczyć dziecko wcześniej, ale to raczej na zasadzie „tresury”, czyli: sadzają mnie na nocnik- robię siusiu, a nie na zasadzie: oho, chce mi się siku, pójdę więc na tron.

Czytaj dalej

Wakacje cz.3- drogi ciąg dalszy, czyli opis „szybkiego” przejazdu.

DSC_0484No hej,

dzisiaj błyskawicznie opiszę wam, jaki „myk” wymyśliliśmy, żeby jakoś łatwiej przeżyć kolejną część naszej drogi (Z Reutlingen do celu naszych wakacyjnych wojaży).

U A zostaliśmy jednak na noc, mimo, że pierwotny plan przewidywał jedynie wypoczynek w ciągu dnia do następnego wieczora, kiedy to mieliśmy wyruszyć dalej. No ale kaman, Małżon nie jest człowiekiem z żelaza! No, może nie z czystego, jakiś szlachetny stop różności, ale jednak trochę mu brakuje do statusu robota, który może zasuwać foreverendever. Odpoczynek był wskazany. Poza tym: co tam, wakacje mamy, wolno nam się nie spieszyć. Spędziliśmy więc kolejny dzień w uroczej mieścinie, pławiąc się w słońcu i chowając w cieniu, a wieczorem zapakowaliśmy manatki, pożegnaliśmy się z naszym miłym gospodarzem, i wyruszyliśmy dalej.

Czytaj dalej

Wakacje cz.2 czyli jesteśmy zagubieni :)

Wybaczcie ustawienia zdjęć- uczę się, jak się posługiwać różnymi diabelskimi narzędziami na blogu, i póki co efekt marny. Ale już dziś nie mam sił, a szkoda, żeby to miało blokować gotowy wpis 😉

 

Jak pamiętacie, dotarliśmy do naszego półmetka, odwiedzając A, oraz zarzucając chwilowo kotwice w Niemczech.
tytul

 

 

Okazało się, że nie będziemy tego dnia jedynymi, którzy odwiedzają w ciągu podróży A. Miał do nas dołączyć na jeden wieczór także mój kuzyn! Bardzo się ucieszyłam, bo kuzyn przyjeżdżał właśnie z Australii do Europy na krótki czas, i gdyby nie to przypadkowe spotkanie na trasie- nie miała bym okazji się z nim zobaczyć- ale tylko tyle na ten temat, bo nie o tym miałam pisać…

Czytaj dalej

Hurra!! Wakacje! cz.1- podróż.

 

Nadejszla wiekopomna chwila…

Siadam do pisania o urlopie. Choć już prawie nie pamiętam, jak to jest mieć urlop…

Ale nie narzekamy, Pani Mamo, piszemy, PISZEMY!

Dalej więc, o urlopie- część pierwsza ( i z tego co wiem- zapewne najbardziej intrygująca, czyli JAK PRZEJECHAĆ SAMOCHODEM 2000km z PRAWIEDWULATKIEM i nie zwariować)

 

Ostatnio prawdziwy urlop (czyt wyjazdowy, a nie remontowo/domowy) mieliśmy w 2012, a była nim nasza podróż poślubna. Poza tym- niezmiennie prace w domu i w ogrodzie.

Ale wreszcie J E D Z I E M Y!

Czytaj dalej