Miesięczne archiwum: Kwiecień 2016

Sobotnie porządki

brush-15931_1280

pixabay.com

Hej moi drodzy!

Większość z was zapewne zna powiedzenie:

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu.

Poniższa opowiastka jest jego genialną ilustracją w wydaniu soft, kwalifikująca mnie w poczet legendarnych CH**wych pań domu.

Jak zapewne wiecie (nie wiecie?- dowiecie się tu: KLIK) w week endy pracuję z domu.
Praca pracą, ale chwile przerwy też się należą.

W pewnej chwili postanowiłam skoczyć sobie „na dół”- do kuchni, zrobić herbatkę. Korzystam z faktu, że Małżon z Kokoskiem są na spacerze, i nikt nie będzie mnie próbował wciągnąć w zabawę, ani złamać mi serca tekstami: „Mamusiu, nie pracujesz już? Mamusiu, nie pracuuuj, chodź się pobaw ze mną!”.  Podstawiam dzbanek pod dozownik wody w lodówce -wiecie, taki mini kranik, działający na „popchnięcie”: dosunięty dzbanek dociska zapadkę, więc woda leci sobie powolutku. Zostawiam tam dzbanek i korzystam z chwili, żeby coś poogarniać.

(tak, tak, myślenie godne prawdziwej kury domowej: mam przerwę- popracuję troszkę w domu).

Myślę sobie: tragedii wielkiej tu dziś nie ma, tylko powierzchowne sprzątanko- podłoga się nie klei, niedawno była myta, Małżon pochował po śniadaniu talerzyki do zmywarki, jest OK, szybki szpil podczas gotowania wody:

Otwieram okna, żeby porządnie przewietrzyć, wynoszę krzesła z kuchni, żeby włączyć odkurzacz (takiego robota, co pełza i ogarnia sam, tzw. roomba), włączam odkurzacz, ścieram okruchy z blatów…

I NAGLE SŁYSZĘ SZUM WODOSPADU.

Zazwyczaj ten dźwięk kojarzy się miło, relaksuje, tym razem jednak, z jakiegoś nieznanego mi powodu, nie jest kojący.
Odwracam się na pięcie, i patrzę jak woda przelewa się przez brzegi dzbanka podstawionego pod lodówkowy kranik, płynie po drzwiach zamrażarki, i rozlewa się coraz większą kałużą po kuchni, wpełzając pod meble.

Z gibkością gazeli rzucam się po dzbanek, rozchlapując wokół jeszcze więcej wody, a potem lecę po mopa (w międzyczasie wreszcie włączam czajnik…). Wracam z mopem do kuchni, a tu…

ROBOT JUŻ ZDĄŻYŁ ZAUWAŻYĆ KAŁUŻĘ, i korzystając z niecodziennej gratki, przybiegł się popluskać!

W popłochu wyłączyłam dziada- jeszcze tego brakuje, żeby nam się najważniejszy sprzęt w domu spalił (najważniejszy- bo gdzie znajdziesz frajera, który za Ciebie pozamiata?)! Potem z mozołem mopuję zalane powierzchnie.

Uff, wszystko suche. Włączam robota i zmykam do góry.

Nagle zauważam jakieś dziwne paski na podłodze- co to jest, u licha?

Acha.

To ślady kółek robota; zupełnie, jakby miniaturowy jeep przejechał kuchnię w kilku kierunkach… zakurzone kółeczka wjechały w kałużę, tam kurz zmieszany z wodą zrobił się przepiękną brudną ciapletą oblepiającą koła, a roomba szybciuchno rozniosła wszystko po kuchni.

TERAZ PODŁOGA NADAJE SIĘ DO MYCIA.

I po co się było starać?