Dzienne archiwum: Wrzesień 25, 2016

Zebranie w przedszkolu czyli polskie szaleństwo zbiorowe

Póki leżę chora- jak obiecałam w ostatnim wpisie, napiszę wam o zebraniu organizacyjnym w przedszkolu Pyzy. Usłyszałam na nim wiele rzeczy, ale jedna rozwaliła mnie na łopatki, i to o tym właśnie będzie dzisiejsza opowieść.

Przeżywałam to zebranie szalenie; bo przecież WSZYSTKO co miało związek z przedszkolem przeżywałam… jakbym to ja sama miała ruszyć w nieznane!

W pracy na przerwie zrobiłam staranny (jak na moje możliwości) makijaż, bo stwierdziłam, że dobrze, żebym nie pokazywała swojej „baby face” (w wolnym tłumaczeniu: twarzy, przez którą nadal proszą mnie o dowód w knajpie) w oryginale: dosyć mam ludzi traktujących mnie z góry, bo wyglądam jak młodociana… jak do równania dodać trzyletnie dziecko, tolerancyjna Polska patrzy na mnie jakbym wpadła w połowie liceum, i kręci głową z niesmakiem.  Myślę sobie: raz mnie zobaczą pomalowaną, to może zapamiętają, że chyba nie jestem już takim młodym szczypiorem- i będę miała z głowy.

Już kilka dni wcześniej załatwiłam sobie wcześniejsze wyjście z pracy: zamieniłam się z koleżanką na zmiany, żeby skończyć o 16:00, i na dodatek wybrałam jeszcze zaległe 30 minut (kiedyś tam zostałam dłużej, to mi się należało).
Zaparkowałam gdzieś na końcu świata, nie wierząc, że pod przedszkolem znajdzie się miejsce (oczywiście, że było pełno miejsca! Ale ja+parkingi=głęboka nerwica na krawędzi paniki).  Przybyłam jako jedna z pierwszych (druga, tak dokładnie); po chwili rozglądania się po korytarzu, na którym najprawdopodobniej wszystko się odbędzie (patrzcie na te miniaturowe ławki, na te krzesełka <3 ! Jak Ci rodzice zmieszczą tu te swoje dorosłe tyłki??!?!!), nawiązałam nerwowy kontakt wzrokowy, i już po chwili toczyłam z Pierwszą Przybyła rozmowę. Okazało się, że również jest mamą malucha, który pierwszy raz rusza do przedszkola, i że to też jej pierwsze dziecię, łączyła nas więc niewidzialna nić matczynego popłochu.

Po chwili zaczęli gromadzić się inni rodzice, a jakaś miła Pani zaprosiła nas do zajmowania (tycich) miejsc. Potem nastąpiła przemowa przemiłej Pani Dyrektor, która przedstawiła nam personel, opowiedziała kto będzie w jakiej grupie, udzieliła kilku ważnych informacji organizacyjnych, po czym zaprosiła nas na spotkania w salach naszych dzieci z ich poszczególnymi wychowawczyniami.

Wdrapaliśmy się na pierwsze piętro, do sali Sówek, gdzie czekała na nas sympatycznie wyglądająca młoda Pani Przedszkolanka. Powitała nas, wyznaczyła największego frajera do sporządzenia protokołu zebrania (tjaaaa… dostało mi się już pierwszego dnia), i zaczęła opowiadać.

Cyrki zaczęły się już przy temacie spania.

Wiecie, że kto jak kto, ale ja doskonale rozumiem wszelakie kontrowersje wokół drzemek dziecięcych, ale tego się nie spodziewałam…
Nasza grupa to grupa dzieci najmłodszych, czyli 2,5 oraz 3 latki. Takie dzieci zazwyczaj jeszcze śpią w ciągu dnia (nie licząc wybryków takich jak moja Tosia, która się na chama przeciwstawia karze spania), i jest to zupełnie normalne. A tymczasem… W grupie tylko jedna matka zadeklarowała, że jej dziecko zawsze na 100% śpi. Pozostali rodzice ZAŻĄDALI, żeby ich dzieci nie kłaść. Wywiązała się dyskusja, i okazało się, że niektóre mamy życzą sobie, żeby „przemęczyć” ich dzieci, żeby zasypiały spokojnie wczesnym wieczorem!
Hmmm, czy przypadkiem sen dzienny w takim wieku nie jest jeszcze…powiedzmy… higienicznym wymogiem organizmu? Ja rozumiem, że są takie stwory jak Tosia, które u babci śpią jak złoto, a u mamy zasną tylko w sytuacji ekstremalnej, ale jednak! Pani Przedszkolanka usiłowała wytłumaczyć, że dzieci będą miały więcej bodźców, będą zwyczajnie zmęczone… ależ się na to podniósł gwar! Ja nieśmiało bąkałam do mam (i tatusia) siedzących obok, że przecież wyjdzie w praniu, i żeby dać dzieciom czas, że wszystko się okaże*… ale wygodnickie mamy stawiały zaciekły opór. Musieliśmy ściągnąć do sali Panią Dyrektor, która powiedziała, że nie możemy sobie USTALIĆ że NIE MA SPANIA, bo nie mają dodatkowej sali dla dzieci śpiących (przyjęli w tym roku więcej dzieci itp), i żeby może podjąć decyzję po jakimś czasie, wtedy się okaże ile dzieci w jakich grupach obywa się bez spania, i można podjąć jakieś kroki.
Uciszyło to komentarze, ale niektóre twarze pozostały po tym niezadowolone, miny zacięte.

Ale to był tylko przedsmak tego, co się stało za chwilę, bo zaraz po tym padło pytanie z tyłu sali:

A W JAKIE DNI DZIECI BĘDĄ MIAŁY RELIGIĘ?
– Najmłodsza grupa jeszcze nie ma religii.- odpowiedziała Pani Przedszkolanka.

……

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

OLABOGA, mówię wam, co tam się działo!!! Reakcja była niesamowita!

Z niedowierzaniem spoglądałam na stado rozjuszonych matek, nie do końca pewna, czy to nie jest przypadkiem jakiś sen wywołany karykaturalną sytuacją polityczną w kraju, którą co dzień beka mi się jak zepsutym pomidorem.

Wymieniłam spojrzenia z siedzącymi wokół mnie mamami (i tatą), i zobaczyłam mój szok odbijający się też w ich oczach (najwyraźniej nieświadomie dobrze się dobraliśmy siadając razem).

Pani Przedszkolanka, zakłopotana, zaczęła tłumaczyć, że dzieci w tym wieku jeszcze niewiele pojmują z tych spraw, a poza tym pierwszy rok stanowi nie lada wyzwanie ze względów adaptacyjnych; dzieci nie raz trzymają jej za obie nogi i płaczą, nie puszczając jej na krok, gdy pojawia się ktoś „nowy”, nawet, jeśli ta „nowa” osoba wpada raz w tygodniu.

Brygada mamusiek szła w zaparte…

Po chwili temat jakoś umarł, i w sali ucichło, a wtedy fajowa mama siedząca obok mnie powiedziała donośnym szeptem:

„Ja już wiem, jak wygląda ta ich religia dla maluchów- mam syna w starszakach; jednego dnia przychodzi katechetka, i mówi dzieciom (ku ich rozpaczy), że Św Mikołaj nie istnieje, a dwa dni później Mikołaj przynosi im prezenty… genialne.”

Umarłam :)

Kilka dni później w zeszycie, do którego wpisujemy się przyprowadzając dziecko, widniała nowa kartka: ” w związku z życzeniem rodziców w grupie będą odbywały się zajęcia z religii. Prosimy o przyniesienie zeszytu 32 kartkowego w kratkę oraz 7 zł na obrazki”.

Hmmm…..

Chyba jestem ograniczona, ale kompletnie tego nie kumam: dla mnie ważniejsze jest to, żeby dziecko najpierw zyskało poczucie bezpieczeństwa w miejscu, w którym będzie spędzać większość czasu, a na resztę przyjdzie jeszcze czas. A może po prostu jestem jakaś dziwna: bardziej dbam o to, żeby dziecko wyrosło na szczęśliwego, zrównoważonego człowieka, zamiast na dobrego, sfrustrowanego katolika*, z duszą kodowaną już w czasie, kiedy jeszcze robi w pieluchy… Nie wiem już.

To tyle na temat.

Papa!

*A i owszem, okazało się: w pierwsze dni większość dzieci zasnęła pokotem, nie doczekując pory spania! Tosiun nawet zasnęła z głową na stole, przy obiedzie (ponad rok marzyłam, by zobaczyć coś takiego w domu), a w domu zasnęła o 18:30, bez kąpieli, i nie ocknęła się nawet jak przebieraliśmy ją na śpiocha do snu; przespała całą noc. UWIELBIAM TO!

**Żeby było jasne: jestem osobą wierzącą, ale w Boga, a nie w kościół. Resztki mojej wiary w kościół umierają ostatnio w boleściach.