Archiwa autora: OhKaralajna

wolny dzień i dzieciowa paranoja

Hej mamy, tatusiowie, i inni!

Wiecie, jaki miałam dzisiaj super dzień laby?!

Rano (koło siódmej) zawieźliśmy z Małżonem dzieciątko do Babci na trening bycia bez mamy 😉 a na wieczór- czyli na teraz- Tateł zabierał Tosię na randkę taneczną. ŻYĆ, NIE UMIERAĆ!

Po odwiezieniu Żuczka Małżon, w drodze do pracy, zawiózł mnie do pobliskiego CITY, gdzie miałam pewną sprawę do załatwienia, a potem… WOLNOŚĆ! Robiłam fajne rzeczy: na początek, by podkreślić fakt, że nigdzie mi się nie spieszy, wzięłam wycieczkowy autobus do domu (jadący baaardzo długą trasą, za to zatrzymujący się zaraz obok domu). Potem cały dzień się byczyłam! Grzebałam w internecie, czytałam książki, spacerowałam z psem, dzwoniłam do kosmetyczki, planując w wyobraźni cudowne metamorfozy (czemu nie ma pogotowia kosmetycznego „robienie na bóstwo last -minute?), i inne takie przyjemności.

Potem zaliczyłam kilka obowiązków: skoczyłam na duże zakupy spożywcze, umówiłam parę zaległych spotkań (kurna, brzmię jak jaka byznesłómen!), przeniosłam pińcet kilo drewna kominkowego, obrałam ziemniaki, wymyśliłam obiad na jutro (najtrudniejsze i najbardziej niewdzięczne zajęcie świata :/)i rekreacyjnie- niemal z nudy- umyłam podłogi.

Teraz siedzę w necie, i piszę wam o mojej dziecio-paranoi. Fajny dzień.

W przyszły czwartek wracam do pracy. BARDZO SIĘ CIESZĘ, że wreszcie wracam do pracy (i równie bardzo dziwi mnie ta radość :D). Bardzo bym nie chciała, żeby coś pokrzyżowało mi plany.

ale… Czytaj dalej

Na temat rozwoju mowy- po miesiącach.

Pamiętacie, jak pisałam o tym, że martwię się, że Tosia nie mówi (o TU)?

Od tamtej pory WIELE się zmieniło.

Tosia nawija :)

Fakt faktem- jeszcze po dzidziusiowemu, czasem nie wyraźnie, ale zawsze da się z nią dogadać. Przy tym teksty, jakie sypie, nie raz doprowadzają nas do łez ze śmiechu: ostatnio na przykład znienacka wykrzyknęła: KOCIE! LADACO! czym nas zupełnie rozwaliła- a przecież to nic innego, jak hasło z jednego z wielu wierszyków czytanych wieczorem („pies warknął: Kocie- Ladaco! Ty zająć masz się tą pracą!”). Często też snuje opowieści: „Tosia małym dzidziusiem była, pieluszki nosiła! Teraz- majty!”.

Jej zabawy- jeśli już skusi się na zabawę samej, co przez ostatnie tygodnie zdarzało się nieczęsto- polegają na odgrywaniu scenek zabawkami, często wymieniamy z Małżonem uchachane spojrzenia, słuchając : „Pani Jajoś mamusiom jest! Memuś dzidziusiem! Skaczą! Hahaaa! Bawić, bawić się! Basen. Choć! PLUM PLUM! Rysować! Choć! Bam. Buuuuu! (Memuś płacze).” Czytaj dalej

Dziecko jest kosmitą.

Hej hej!

Nie odzywanie się na blogu nie zwolniło mnie od myślenia w tym czasie, więc miałam kilka refleksji odnośnie czasu, w którym dziecko uczy się asertywności.

Oczywiście będę powielać to, co już zostało wielokrotnie na ten temat powiedziane/napisane, czyli że trzeba być z dzieckiem blisko w czasie „buntu”, okazywać miłość i cierpliwość, tłumaczyć raczej niż karać, itepe itede. Podaruję sobie więc tego typu oczywiste oczywistości, i raczej napiszę o moim wielkim olśnieniu.

Pewnego dnia Tosia jak zawsze stawiała się jeśli chodzi o nocnik (drażliwy temat, Tosia bardzo walczy na tym polu o niezależność, jak już PISAŁAM). „Nie- bo nie”. Sęk w tym, że tym razem sytuacja miała miejsce poza domem, nie byłam uczestnikiem rozmowy, nie byłam u siebie i ryzyko nie dotyczyło mojej podłogi; a i pytanie o nocnik padło wielokrotnie, raz za razem.

-Tosiu, chcesz siusiu?
-Nie.
-A może jednak? Dawno już nie robiłaś…
-Nie!!
-Choć, może jednak zrobisz, nie chciała byś chyba zrobić w majtki…
-NIEEEEE!!! (ryk)

Reakcją osób prowadzących z nią dialog była gadka o tym, jak to niegrzecznie, że płacze. Stanęłam natychmiast w obronie mojego dziecka, bo moim zdaniem PŁACZ SAM W SOBIE NIE JEST NIEGRZECZNY. Czytaj dalej

Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian

Szumnie zatytułowany wpis, co? Może dlatego, że nie chciałam być obcesowa. A może dlatego, że nie cierpię określenia „Bunt Dwulatka„; choć strasznie często go używam- wbrew sobie; tak jest krócej- rzucam hasło, i wszystko jasne. A przecież na ten dziwny Czas Przemian składa się tak wiele czynników…

Ja wiem, że to normalny etap w życiu dziecka, że trzeba wykazać się cierpliwością, przeprowadzić dziecko za rękę przez te wyboje… ja wiem, że jej też jest trudno, że czuje się zagubiona (to akurat widać gołym okiem!) ale i tak chcę wam ponarzekać.

Krótki Kokosowy rys, gwoli wstępu:

Antosia: Delikatny, kruchy, słodki Elf. Ostrożny. Pojętny. Wiele da sobie wytłumaczyć. Obserwator raczej niż prowodyr. Słucha, obserwuje, rozumie, kataloguje. Raczej z książeczką niż z piłką. Powolny w ruchach. Swoje drugie, diabelskie oblicze pokazuje tylko na Łosiu na biegunach (gdyby Ikea widziała Tosię w akcji, wycofali by tę zabawkę z obiegu ze względów bezpieczeństwa)…a przynajmniej do grudnia tak było… Czytaj dalej

Ciemna, długa zima

Cześć i czołem.

Całkiem odwykłam od pisania, i mimo tego, że przez ostatnie miesiące doznawałam rozdwojenia jaźni pisząc w głowie bloga, nie za bardzo wiem, jak się za to teraz zabrać. Mam nadzieję, że jakoś samo pójdzie.

Źle to wszystko zaplanowałam: odstawienie od piersi, czyli zrezygnowanie z (prawie) zawsze działającego uspokajacza, a do tego odcięcie się od niezawodnego źródła oksytocyny :) akurat w czasie Wielkich Przemian, i do tego w sezonie chorobowym…

Czytaj dalej

Pierwszy kalendarz adwentowy Tosi (i kolejny Tateła)

Witam moi drodzy!

Dzisiaj, na szybciutko, wpis spóźniony o jeden dzień.

Tak naprawdę cała sprawa była spóźniona o jeden dzień… a sprawa, o której mowa to

KALENDARZ ADWENTOWY.

Każdy z nas pamięta z dzieciństwa kolorowe kalendarze z okienkiem na każdy dzień adwentu; w okienku- czekoladka, a na 24 grudnia- wiadomo- największa! Rany, jak ja marzyłam za dziecięcia żeby mieć taki kalendarz na własność… ale nie dość, że wychowywaliśmy się w innych czasach, gdzie takie kalendarze mieli głównie tylko szczęściarze z wtykami za granicą, to jeszcze ja, jako najmłodszy berbeć w sporej gromadzie, mogłam sobie pomarzyć o czymkolwiek „tylko dla siebie”*…

Parę lat temu postanowiłam po raz pierwszy uszczęśliwić Małżona kalendarzem własnej roboty. Przeczesałam net w poszukiwaniu gotowców, do których wkłada się tylko drobiazg na każdy dzień, ale niestety nie znalazłam nic ciekawego. Zamiast tego naoglądałam się przeróżnych cudeniek w stylu ZRÓB TO SAM, i po długim kombinowaniu- wybrałam jeden wzór, który mogła by wykonać taka łamaga w temacie DIY jak ja. Poprosiłam o pomoc dwie koleżanki z pracy, i w wolnej chwili wyprodukowałyśmy 24 kolorowe pudełeczka. Czytaj dalej

Tata Pomyślunkiem Wymiata, czyli lekcja tańca

Hej hej!

Dzisiaj trafiło mi się wolne popołudnie, ponad dwie godzinki; akurat tyle czasu by: ugotować zupkę na jutro, zapełnić stojak drewnem (moje plecyyy!), zataszczyć do kur 25-cio kilowy worek paszy (OJJJ!!! MOJE PLEEECYYYY!) i oporządzić pierzaste dziewuchy, sprzątnąć chałupę z grubsza i odkurzyć. Normalnie „hajlajf”.

A skąd tyle „wolnego” czasu na te wszystkie przyjemności, pytacie?

Ano TATEŁ ZABRAŁ TOSIĘ NA DANSING.

Kolega z pracy Małżona, ojciec chłopca starszego o pół roku od Kokosa, zapodał temat zajęć tanecznych dla małych Bąków. Tateł coś tam o tym opowiadał od jakiegoś czasu, ale to dziś wreszcie się zebrał w sobie, i wyciągnął Tosię na tańce. Byłam ciekawa, co z tego wyjdzie, Czytaj dalej

Dziecko-lustro, czyli scenka z Klubu Malucha

Nie odkryję chyba przed nikim Ameryki gdy napiszę, że dzieci są zwierciadłami rodziców (tudzież innych opiekunów, z którymi spędzają najwięcej czasu). Jestem ciekawa, co można powiedzieć o nas patrząc na Tosię! Ale nie o Tosi chciałam dziś pisać.

Taka sytuacja:

Chłopczyk, nazwijmy go przysłowiowym Jasiem, zazwyczaj z grubsza grzeczny i przytulaśny, najwyraźniej miał gorszy dzień, bo dziś postanowił zabierać wszystkim dzieciom zabawki i broić ile wlezie. Wielokrotnie upominany przez cierpliwą „Ciocię”- każdorazowo prezentował charakterystyczną minę typu FOCH: Burmuszył się, ściągał brwi, pochylał całą twarz ku podłodze, by groźnie patrzeć „spod byka”, i obejmował się przy tym ramionami. Czytaj dalej

Jak nam jest bez piersiowania

My już odstawione.

Nie, że jakoś tam ładnie ubrane, czy coś, ale odstawione od piersi.

Miałam w planie pisać wam dzień po dniu, jak sobie radzimy, i nawet opisałam większość pierwszego dnia, ale było to tak ciężkie przejście, i tak nieprzyjemne, że mi się zwyczajnie odechciało.

Odstawianie było konsekwentne, czyli od pierwszego dnia klamka zapadła: rano 11 listopada zakomunikowaliśmy Tosi, że już koniec, i twardo się tego trzymaliśmy. Było ciężko- i Tosi, i mnie. Małżon chyba też nie miał lekko obserwując nas, ale nie sądzę, by sobie do końca zdawał sprawę jaki to hardkor. Czytaj dalej

Pożegnanie

No i stało się.

A raczej stanie, w ciągu najbliższych dni.

Tosia ostatnio jest bardzo „cyckowa”, wisi mniej więcej tyle, co noworodek, jeśli nie więcej (noworodek jednak śpi cośtam po drodze, a Żuk tylko by wisiał…w tym i przez sen). Nie wiem, czy to przez infekcje, czy zmiany życiowe, czy niewyspanie (wynikające z dwóch wcześniej wspomnianych faktów) czy po prostu wszystko do kupy. Odmowę CICI znosi gorzej niż kiedykolwiek, a raczej nie znosi w ogóle.

Dzisiaj dawałam jej poszaleć na maxa, nie odmawiałam jej ani razu (chociaż zaliczyłyśmy jedną mega-histerię, jak uparłam się, że dostanie Cici dopiero jak ja skończę jeść), tuliłam ją do tych wymęczonych piersi ile się dało. Niech ma dziewczynka kochana.

Wieczorem, jeszcze przed kąpielą, Tosia zawisła sobie standardowo, więc stwierdziłam, że to będzie dobry pomysł, żeby ją uświadomić. Zajęło mi milion lat wymyślenie, jak się za to zabrać, ale i tak poszłam na żywioł.

-Tosiu, skarbie, jutro pożegnasz się z cycusiami. Czytaj dalej