Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian

Szumnie zatytułowany wpis, co? Może dlatego, że nie chciałam być obcesowa. A może dlatego, że nie cierpię określenia „Bunt Dwulatka„; choć strasznie często go używam- wbrew sobie; tak jest krócej- rzucam hasło, i wszystko jasne. A przecież na ten dziwny Czas Przemian składa się tak wiele czynników…

Ja wiem, że to normalny etap w życiu dziecka, że trzeba wykazać się cierpliwością, przeprowadzić dziecko za rękę przez te wyboje… ja wiem, że jej też jest trudno, że czuje się zagubiona (to akurat widać gołym okiem!) ale i tak chcę wam ponarzekać.

Krótki Kokosowy rys, gwoli wstępu:

Antosia: Delikatny, kruchy, słodki Elf. Ostrożny. Pojętny. Wiele da sobie wytłumaczyć. Obserwator raczej niż prowodyr. Słucha, obserwuje, rozumie, kataloguje. Raczej z książeczką niż z piłką. Powolny w ruchach. Swoje drugie, diabelskie oblicze pokazuje tylko na Łosiu na biegunach (gdyby Ikea widziała Tosię w akcji, wycofali by tę zabawkę z obiegu ze względów bezpieczeństwa)…a przynajmniej do grudnia tak było…

Zaczęło się od tego, że Tosia zażądała stanowczo praw do decydowania o swoim ciele– czyli głównie: będzie siadać na nocnik TYLKO wtedy, gdy ona zdecyduje, że jest pora. Dawniej tak działało, ale w pewnym momencie zaczęła w amoku dzikiej zabawy o tym zapominać, i często kończyło się to mokrą wpadką. Jakiś czas działało przypominanie: Tosiu, może usiądziesz na nocniku? Tosiu, może chcesz siusiu?- wtedy Kokos odpowiadała: TAK lub NIE i analogicznie – siadała lub nie. Potem zaczęło się NIEEEE! I ciągłe zostawianie tego do momentu, aż było za późno. Gdy próbowaliśmy przemówić do rozsądku, lub po prostu posadzić ją na tronie, wrzeszczała, prężyła się, napinała, stawała na baczność… a wszystko to w imię wolności osobistej.
Wieczorami dochodziło do zupełnie odwrotnego ekstremum: podczas usypiania, Tosia wołała, że chce na nocnik jakieś 5 razy w ciągu 20 minut- tylko po to, żebym musiała rozebrać jej pancerną piżamkę, zapaliła małe światełko, i posadziła ją w pozycji pionowej.

Tutaj przytoczę zabawną anegdotę o tym, jak my, dorośli, powoli się uczymy: Tosia „tresowała mnie” z tym nocnikiem wieczorami z cierpliwością nauczyciela, a ja i tak przy drugim razie zawsze już byłam nieźle wpieniona, i mówiłam jej: Antosiu, jeśli znowu nie będzie siuśków, to już Cię nie wypuszczam z łóżeczka, bo ty kombinujesz! Oczywiście siuśków nie było, potem był i trzeci raz- no bo jak tu pedagogicznie dziecku wytłumaczyć, że może lać w pieluchę założoną asekuracyjnie, i nie zaprzepaścić umiejętności nocnikowych… koniec końców był cichy acz gwałtowny nerw, który Tosia czuła w powietrzu, przez co zasypianie rozciągało się w nieskończoność.
Zajęło mi chyba z tydzień, żeby odpuścić te durne nerwy, i po prostu na luzaka rozbierać ją do tego nocnika. I wiecie co? Tego wieczora, kiedy „zaskoczyłam” po raz pierwszy, i bez marudzenia po prostu posadziłam Tosinkę na nocnik po raz trzeci, spotkała mnie miła niespodzianka: Tosia po prostu wstała z (pustego!!) nocnika, objęła mnie, mocno przytuliła i pocałowała. To chyba była nagroda za to, że wreszcie się nauczyłam! Uśmiałam się potem niemiłosiernie sama z siebie, że taka stara baba, a tak powoli się uczy :D!

Decydować o swoim ciele?- jak najbardziej, moja droga, daję Ci miejsce i swobodę, ALE w granicach rozsądku i bezpieczeństwa. 

NP: Nie chcesz założyć rękawiczek? Zmarzną Ci rączki, zobaczysz. Są już lodowate, a ty dalej nie chcesz? O nie, moja miła, zakładamy je, i kropka. – Coś w ten deseń.

Potem zaczęło się NIE na każdy temat. KAŻDY. 

Owo „NIE” łączyło się z błyskawicznym rozpłakaniem na maxa, i wtedy zaczynało się tłumaczenie, uspokajanie, przekonywanie. Takie walenie głową w mur, jakieś 20 razy dziennie. Głowa boli, no bo jak to tak: rozpędzasz się, żeby wyjść z domu, chcesz założyć buty- DUP- ściana; chcesz założyć kurtkę- DUP- ściana; krem na twarz?- Łubudu!- ściana. I tak ciągle.

To właśnie przez te bóle głowy tak kiepsko się ostatnio czułam, że nie miałam siły pisać…

Potem zaczęły się jeszcze akcje paranoidalno-zaprzeczeniowe.
Przykład:
Jedziemy autem.
Tosia mówi: Tosia jest chora.
Mama mówi: Tosiu, to musimy do Pani Doktor iść, tak?
T: Tak
M: Dobrze, to pójdziemy.
T: Nie! Tosia nie jest chora!
M: Świetnie, to nie musimy iść do Pani Doktor!
T: Tak! Do Pani Doktor!
M: Dobrze, pojedziemy do Pani Doktor.
T: Niee!!!
…..
RYK I FOCH.

Dodam, że w powyższej sytuacji próbowałam zmieniać temat (wielokrotnie), ale Tosia się nie dała. Sama się nakręca czasem, byle pobiadolić.

Zaczęło się więc generalne beczenie o bele-co, chociaż sprawiedliwie było by tu dodać, że na to wpływ mogło mieć też nasze zbiorowe złe samopoczucie (pochodzenia wirusowo-przeziębieniowego).

Wszystko to zaczęło się akurat w kiepskim czasie, bo zaczęliśmy wracać do pionu po dwóch latach niespania, Tosia też była trochę niestabilna ze względu na odstawienie od piersi (po dwóch latach i 10 dniach :) ), do tego za oknem nieco depresyjnie…
Tosia czas chorób (czyli całe ostatnie dwa miesiące) przechodzi uwieszona mamusi: zapomniała, jak się śmiać, zapomniała, jak się samej bawić, wszystko tylko Z MAMUSIOM i z MAMUSIOM, NIE i NIE. Kiepsko to znoszę, muszę przyznać… ale jeszcze do karania nie doszło (to taka mała aluzja do TEGO wpisu)  😉
Niestety, w związku z moją słabą odpornością na bullshit do łask wrócił komputer… i Tosia jest zapalonym oglądaczem. Planuję lada dzień go znowu „zepsuć”, bo sprawa wymyka mi się z rąk, a nigdy nie uważałam puszczania bajek za coś dobrego.

Pomimo tych wszystkich niedogodności, obserwuję, jak moje dziecię rośnie w siłę. Uczy się stawiać na swoim, i uczy się komunikacji. Coraz więcej rozumie z życia w społeczeństwie, potrafi coraz lepiej określać i rozumieć swoje potrzeby. Uczy się cierpliwości.

I dobrze, bo gdybyśmy te fochy znosili na nic, musiała bym gdzieś napisać skargę!

I mimo tego, że moje dziecko z Elfa zmienia się w Trolla- i tak jest najkochańszym skrzatem świata.

A na koniec optymistycznie:
Od dwóch dni moje dziecko znowu bawi się ładnie samo (czyt: nie wisi na mamie, i potrafi czerpać przyjemność z samodzielnego odkrywania świata), ŚMIEJE SIĘ i chyba niedługo wstrętny kaszel zniknie. Na dodatek: ja dostałam dzień wolności na odchorowanie: Kokosek jest u babci, a ja leżę w łóżku i piszę bloga 😀
I ŚWIECI SŁOŃCE! NAPRAWDĘ!

Życie nabiera barw :)

 

 

 

8 myśli nt. „Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian

  1. Kinia - mama Marianny

    :-) skąd ja to znam… Łącze się w bólu wiecznego ” nie ce”, ” inną” i innych takich krzykliwych niechcemisiow. U nas Marianna nie mówi NIE, zastępuje je słowami ” nie chce”, które doprowadzają mnie do szaleństwa, a że wiecznie jestem podminowana, taki mam temperament, to corcia moja tez zła wiecznie chodzi. Oczywiście zdarzają się promyczki w stylu ” kocham” i przytulasy i to daje siłę na dalszą batalię z diablica wcielona :-) Choć na szczęście u nas chorobska nie goszczą często, mimo neutropenii Marianny, to też zdarzają się gorsze dni ale zawsze słońce w koncu wychodzi :-) Zycze cierpliwości i siły – TOBIE i sobie przy okazji też :-*

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Kiniu- już się nie zagłębiałam w to, czy to jest NIE czy nie chcę; bywa i : MAMUSIU, PROSIĘ (proszę) NIE! albo JA NIE CHCĘ, NIE LUBIĘ, NIEEE! Co do temperamentu- mam wrażenie, że jesteśmy z tej samej półki, chociaż posiadanie dziecka sprawiło, że raczej gotuję się w środku, a nie na zewnątrz 😉 z czego w zasadzie- znając mnie z przeszłości- jestem całkiem dumna 😀 A kocham i przytulasy są na okrągło… Tobie też siły życzę! Ściski!

      Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Na podwórko to ja będę do Ciebie przychodzić, bo u mnie grasują złe krety 😀 Ścisk! Do wkrótce, jak wydobrzeję!

      Odpowiedz
  2. MAMA Antka

    U nas jakoś to mija… A może omija nas :-) jest czasem mamy chochlik, ale kto by się tam tym przejmował :-) My mamy czas, że Antek nas rozprawa. Sytuacja z wczoraj, usypia go tata a Antek po długich rozmowach mówi do niego „fajny jesteś, nie glupi” ?

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Kochana Mamo Antka, ja mam wrażenie, że ja po prostu bardziej zgarniam to na klatę będąc z Kokosem 24 na dobę… chociaż wczoraj i dziś było już widać, jak bardzo na nią wpływała choroba… od dwóch dni to dosłownie inne dziecko! :) Buziaki :* Byle do wiosny, może wtedy uda się spotkać!

      Odpowiedz
      1. OhKaralajna Autor wpisu

        Teraz mi przyszło do głowy, ze to może być opacznie zrozumiane: mam na myśli, że siedząc z dzieciakiem w domu, mam więcej godzin na oglądanie tych fochów, poza tym dziecko przy mamie szaleje bardziej niż przy kimś innym z rodziny. Nie wiem jeszcze jak to będzie wyglądać, gdy będziemy się z Tosią widywać tylko wieczorem, ale myślę, że może choć trochę będzie się cieszyć, że mnie widzi, i.. no, jakoś tak radośniej będzie 😉 Ale pewnie się mylę… Nie chciałam deprecjonować tego, co zgarniają mamy pracujące od swoich dwulatków. Ściski :*

        Odpowiedz
  3. Pingback: Dziecko jest kosmitą. | e-Mama pisze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *