Archiwa kategorii: Karmienie piersią

Jak nam jest bez piersiowania

My już odstawione.

Nie, że jakoś tam ładnie ubrane, czy coś, ale odstawione od piersi.

Miałam w planie pisać wam dzień po dniu, jak sobie radzimy, i nawet opisałam większość pierwszego dnia, ale było to tak ciężkie przejście, i tak nieprzyjemne, że mi się zwyczajnie odechciało.

Odstawianie było konsekwentne, czyli od pierwszego dnia klamka zapadła: rano 11 listopada zakomunikowaliśmy Tosi, że już koniec, i twardo się tego trzymaliśmy. Było ciężko- i Tosi, i mnie. Małżon chyba też nie miał lekko obserwując nas, ale nie sądzę, by sobie do końca zdawał sprawę jaki to hardkor. Czytaj dalej

Pożegnanie

No i stało się.

A raczej stanie, w ciągu najbliższych dni.

Tosia ostatnio jest bardzo „cyckowa”, wisi mniej więcej tyle, co noworodek, jeśli nie więcej (noworodek jednak śpi cośtam po drodze, a Żuk tylko by wisiał…w tym i przez sen). Nie wiem, czy to przez infekcje, czy zmiany życiowe, czy niewyspanie (wynikające z dwóch wcześniej wspomnianych faktów) czy po prostu wszystko do kupy. Odmowę CICI znosi gorzej niż kiedykolwiek, a raczej nie znosi w ogóle.

Dzisiaj dawałam jej poszaleć na maxa, nie odmawiałam jej ani razu (chociaż zaliczyłyśmy jedną mega-histerię, jak uparłam się, że dostanie Cici dopiero jak ja skończę jeść), tuliłam ją do tych wymęczonych piersi ile się dało. Niech ma dziewczynka kochana.

Wieczorem, jeszcze przed kąpielą, Tosia zawisła sobie standardowo, więc stwierdziłam, że to będzie dobry pomysł, żeby ją uświadomić. Zajęło mi milion lat wymyślenie, jak się za to zabrać, ale i tak poszłam na żywioł.

-Tosiu, skarbie, jutro pożegnasz się z cycusiami. Czytaj dalej

O rzezi zwanej odstawianiem.

No muszę, muszę! Inaczej się uduszę!

Łażę po domu, odbijam się od ścian, i łapię się na tym, że jak schizofrenik rozmawiam ze swoim wyimaginowanym przyjacielem… czyli rozmyślam, co bym do was napisała, gdybym siadła do pisania.

A napisała bym dużo. Co dzień coś nowego myślę do was. Bo dzieje się miliard rzeczy.

Zacznę od tego co jest mocno na czasie, a jak kiedyś będzie okazja, to… to się zobaczy.

Najpierw się pochwalę, że właśnie odbębniłam swój pierwszy (PIERWSZY!) okres od… od dwóch lat i ośmiu miesięcy! TYYYYLE WYGRAĆ! Czad, nie?…………… (tu jest miejsce na gratulacje od was, że tak długo mój wychudzony organizm walczył o moją wygodę!). Trochę biłam się z myślami, czy pisać takie coś na forum, ale stwierdziłam, że cały blog jest o cyckach i o małym czymś, co się poczęło w tamtych okolicach co okres, więc piszę. Poza tym- zapewne 99% czytaczy to babeczki, i nic co okresowe nie jest im obce. Chłopy mogą przekrztusić się przez ten fragment, i przeskoczyć do czegoś, co może ich zakrztusić jeszcze bardziej, bowiem będzie znowu o…cyckach.

Czyli:

ODSTAWIANIE OD PIERSI- w toku.

Co to znaczy: odstawianie w toku? Well… zabrałam się za to od zupełnie innej strony, niż było w planach.

Czytaj dalej

Dieta matki karmiącej piersią

 

20140609_122736

Talerzyk pełen zdrowia, ale czy odpowiedni dla mamy karmiącej?

Halo Drogie Mamy! I Drodzy Tatusiowie też, a co!

 

2013-11-03 16.15.53

Pure love

Po raz pierwszy piszę post „na zamówienie”; jedna z moich koleżanek jest tuż, tuż przed rozwiązaniem, i powiedziała, że chętnie dokształciła by się w temacie tego, co powinna jeść karmiąc piersią. Post ten skierowany jest głownie do tych mam, które zaczynają swoją „drogę mleczną”, a także do tatusiów, bo ich często afektuje fakt zmiany diety w domu (tego wam życzę, drodzy tatusiowie, bo trochę zdrowego jedzenia wam nie zaszkodzi 😉 ), a także dla tego, że często to właśnie tatusiowie na początku gotują dla zmęczonych porodem i obolałych mam.

Na początku, jeśli to czytasz mamo karmiąca- gratuluję Ci wspaniałego wyboru,
wyboru karmienia piersią! Moim zdaniem jest to coś niesamowicie pięknego, budującego silną więź między Tobą a maluszkiem, a oprócz tego- dajesz dziecku najlepsze, co może dostać na tym etapie życia: zdrowe jedzonko, poczucie bezpieczeństwa i bliskość mamy- przytulenie i posiłek w akompaniamencie bicia Twojego serca. Trzymam za was kciuki, i życzę wielu pięknych chwil podczas wspólnego tulenia.

 

 

UWAGA, Poniższy wpis nie zastąpi porady lekarskiej, może jedynie stanowić sugestie w kwestii żywienia. W przypadku wystąpienia problemów u dziecka (lub matki), sugeruję spotkać się z lekarzem w celu zbadania przyczyny.

A teraz – do konkretów :)

Jeśli chodzi o dietę matki karmiącej, to- generalizując- jest to po prostu dieta lekka, i zdrowa. Prawda jest taka, że każde dziecko ma inny organizm, i na różne rzeczy każde dziecko może różnie reagować, więc w większości rozwijanie naszej diety musi być połączone z wnikliwą obserwacją, jest jednak kilka szczegółów, których możemy się trzymać na początku. Poniżej kilka generalnych uwag, które później nieco rozwinę.

 

Po pierwsze: Jedzmy zdrowo, świeżo, pełnoziarniście, urozmaicenie 😉 Jedzmy kasze, ryże, warzywa, nabiał, mięsa, ryby, czyli prawie wszystko, co na standardowej piramidzie żywienia (wyjątkiem są alergeny i potrawy wzdymające, czytaj dalej).

piramida_zywienia_str_18

piramida ze strony samodzielni.pl

 

Po drugie: Jemy potrawy lekkie; unikamy potraw smażonych, mocno przyprawionych, ciężkostrawnych, używajmy zawsze świeżych półproduktów; brzuszek dziecka jest jeszcze nie do końca wykształcony, a część tego, co jemy my, trafia do niego z mlekiem. Jednak- nie popadajmy w paranoje- jeśli, droga mamo, w ciąży zajadałaś się ostrymi papryczkami, myślę, że czasem możesz użyć pieprzu ;).

Po trzecie: Sposób przyrządzania się liczy; stawiajcie na potrawy z parowara, gotowane, duszone, ewentualnie pieczone raczej niż smażone. Z własnego doświadczenia wiem, że grill też nie za dobrze służy- było nie było: na tradycyjnym grillu cały ten opar z brykietu wchodzi w jedzenie. Natomiast myślę, że patelnia grillowa bez tłuszczu jest OK.

Po czwarte: unikamy potraw wzdymających; małe dziecko nie ogarnia na początku „techniki puszczania bączków”- coś, co nam przychodzi zupełnie bezmyślnie ( 😀 ), dla dziecka jest filozofią nie do ogarnięcia, bo przecież z jednej strony trzeba się naprężać, i pchać (jelitka), z drugiej coś rozluźniać (odbycik), i jak niby można naciskać i rozluźniać na raz?!?!

Po piąte: uważamy na alergeny!! Jest kilka rzeczy, z którymi trzeba uważać, bo mogą mocno uczulić, rozszerzanie swojej diety o te rzeczy musi być powolne, ostrożne, stopniowe, i połączone z wnikliwą obserwacją. Do alergenów może też niestety należeć nabiał, bo wiele dzieci cierpi z powodu nietolerancji laktozy. Unikajmy też owoców pestkowych, pestki niektórych z nich zawierają substancję zwaną kwasem pruskim, która do najzdrowszych nie należy.

Po szóste: Używajmy mało soli. A najlepiej w ogóle. No dobra, niech będzie, że mało 😉

Po siódme: Chemicznemu żarełku mówimy NIE! Darujmy sobie wszelakie fast foody, dodatki chemiczne, wzmacniacze smaku i zapachu, coca cole itp.To karmienie na prawdę nie trwa wiecznie, a waszemu ciału też to zrobi dobrze.

Po ósme: Lepiej często i mało, niż rzadko a dużo! Warto zjeść więcej razy dziennie, niż trzy tradycyjne, duże i zapychające posiłki. Miej pod ręką jabłko, marchewkę, lub np kanapkę, przy częstym karmieniu możesz porządnie zgłodnieć!

Po dziewiąte i ostatnie (wiem, wiem, zupełnie zbędnie to piszę): ALKOHOL???PAPIEROSY??NARKOTYKI??? Sami wiecie… STANOWCZE NIE! 

 

Jeśli chodzi o produkty „mlekopędne”, naczytałam się masy dziwnych rzeczy, jak np: picie bawarki (herbaty z mlekiem), czy piwa Karmi wpływa pozytywnie na produkcję pokarmu. Nie wiem, nie wnikam- najlepszym sposobem na produkcję mleka jest PRZYSTAWIANIE DZIECKA DO PIERSI. Jeśli dziecko przystawione jest prawidłowo- mleko będzie się produkować (chyba, że w grę wchodzi jakiś wyjątek natury hormonalnej, czy fizjologicznej- ale ja piszę o laktacji generalnie). Laktator laktatorem- dziecka w tej sprawie nie zastąpi, bo produkcja mleka to nie tylko ssanie brodawki- mlekopędnie działa na nas zapach naszego dziecka, jego ciepło, widok jego ciałka przytulonego do naszej piersi, dotyk jego łapek. Do tego polecam mieć w domu herbatkę laktacyjną, też pomaga, tudzież herbatkę z kopru włoskiego (u mnie powodowała natychmiastowy nawał, strzelanie mlekiem na pół metra, które nie umiało się uspokoić przez kolejne pięć dni). Najgorsze, co można wtedy zrobić to podać butelkę z MM w zastępstwie. Żeby nie było, że się bezpodstawnie mądrzę- zaliczyłam dwa kryzysy laktacyjne, gdzie mleko zniknęło na jakiś czas- przy pierwszym nie miałam w domu kopru, więc po poczytaniu zabobonów- rzuciłam się na Karmi pozostawione w lodówce przez odwiedzającą nas w poprzednim tygodniu koleżankę (sama nie trzymam takich rzeczy w lodówce, bo nie przepadam), po czym poleciałam z córcią do sypialni, gdzie leżałyśmy godzinami w pościeli, tuliłyśmy się, a Tosia pracowała nad dostawą mleka. Za drugim razem miałam w domu herbatkę z kopru włoskiego, wypiłam więc jeden kubek, popędziłam do sypialni z Tosią, a potem przez kilka dni męczyłam się z kamiennymi piersiami :). Jakby co- zawsze można poradzić się położnej w poradni laktacyjnej, lub położnej środowiskowej- powinny pomóc.

Warto też zawsze mieć pod ręką szklankę/butelkę wody- podczas karmienia bardzo wzmaga się pragnienie!

 

Okej, teraz do rzeczy:

Macie swojego maluszka w domu, pierwsze dni, pierwsze noce razem, jesteście zdane w kuchni na siebie (ewentualnie na „pomoc rodzinną”), a nie na wspaniałą (…) szpitalną kuchnię, i co teraz?

Ano- teraz jecie, karmicie, cieszycie się sobą 😉

Jecie- co? Ano- jecie normalnie! I co ważne- jecie regularnie! Nie dopuście do sytuacji, że mama leży głodna, bo dziecko wymaga uwagi. Mamo, pamiętaj, mleczko robi się z tego, co ty wrzucisz w siebie, a jeśli nie wrzucisz- z tego, co już w sobie masz. Chyba nie chcesz stracić włosów, dopuścić do odwapnienia, popsucia zębów czy anemii? Poza tym szczęśliwa mama=szczęśliwe dziecko. Jedz na zdrowie (i dużo pij, najlepiej wody- spożywanie dużej ilości płynów działa pozytywnie na laktację)! Na początku jednak definitywnie unikaj silnych alergenów, czyli: cytrusów, orzechów, czekolady, truskawek (miód jest w niektórych źródłach podawany jako alergen)- wszystkie te rzeczy wprowadzaj do swojej diety bardzo ostrożnie, w małych ilościach, np dwa kawałki pomarańczy, czy kostka czekolady, jeśli masz na nie wielką ochotę, i obserwuj, czy w ciągu najbliższych kilku dni u dziecka nie pojawi się reakcja alergiczna, np wysypka, zielona lub rzadka kupka, ból brzuszka, czy temu podobna reakcja. Jeśli COKOLWIEK jest nie tak- wiesz, że to jedzenie raczej odpada z Twojej diety. Dla pewności nigdy nie wprowadzaj dwóch nowych rzeczy do diety na raz, tak, by być pewną, która rzecz uczula/nie uczula. Jeśli po jednym dniu nic się nie dzieje- śmiało, możesz spróbować kolejnego dnia ciut więcej- ale bez szału, bez zajadania się, być może w organizmie jeszcze coś nie zaskoczyło, a nie chcemy gwałtownej reakcji 😉 W sytuacji, gdy któreś z rodziców jest na coś uczulone, warto dany produkt też wprowadzać „z głową”. Jeśli chodzi o napoje- słaba herbatka jest OK, z kawą trochę gorzej, jeśli możesz się bez niej obyć- wspaniale; spróbuj zastąpić ją kawą Inką lub bezkofeinową. Pamiętaj, herbata zielona pobudza, nie przesadzaj z jej ilością, bo warto, żeby dziecko czasem spało 😀 .

Jeśli nic się nie dzieje,możemy spokojnie daną rzecz włączyć do jadłospisu.

UWAGA: Odporność dziecięcego brzuszka zmienia się wraz z wiekiem, im dziecko starsze, na tym więcej rzeczy mama może sobie pozwolić, natomiast przy noworodku wszystko próbujemy powolutku i stopniowo, a dla bezpieczeństwa-najsilniejszych alergenów najlepiej na początku unikajmy w ogóle.

Jeśli jednego dnia okaże się, że wasze dziecko ma problem brzuszkowy, zastanówcie się, co jadłyście poprzedniego dnia, i co mogło wywołać reakcję; przeanalizujcie dokładnie swoje ostatnie posiłki, może się dogrzebiecie czegoś, co wyglądało całkiem normalnie, a jednak było niestandardowe. Przykład z mojego doświadczenia: Ja całkiem wcześnie po porodzie zaczęłam zajadać się słodyczami (starając się unikać sklepowych wynalazków, i stawiając na domowe wypieki- w końcu pół ciąży byłam na diecie!), i wszystko było dobrze, chyba, że ciasto było zrobione na proszku do pieczenia- ból brzuszka i wzdęcie u Tosi murowane (za to kokosanki wchodziły jak masło 😀 )! Trzeba wyszukać w swojej diecie potencjalnych sprawców kłopotów, i usunąć „to coś” ze swojego talerza na długi czas.

Jeśli chodzi o zielone kupy (tak, drogie przyszłe mamy, kupy dzieci mają całą masę kolorów 😉 ), kupa w takim kolorze może być odpowiednikiem biegunki, ale nie koniecznie: my pierwszą zieloną kupę zaliczyliśmy po tym, jak rzuciłam się po powrocie ze szpitala na sałatę- po prostu chlorofilowy barwnik przeniknął wraz z mlekiem 😉 i wywołał taki ciekawy efekt.

Jeśli wasze dziecko ma duże wzdęcia już od początku, spróbujcie wyeliminować na dłuższy czas wszelaki nabiał z diety, tak, by wykluczyć skazę białkową; szkoda by było od razu założyć, że wasze mleko szkodzi maleństwu, przerzucić się na mleko modyfikowane, i zaprzepaścić coś tak pięknego i naturalnego jak karmienie piersią.

Na początku mojej kariery laktacyjnej ja wychudłam jak szczapa, bo bardzo musiałam uważać na to, co jem. U mnie (u Tosi) wzdęcia wywoływały nawet ziemniaki i ciemne pieczywo, musiałam więc wrócić na biały chleb (wbrew standardowym poleceniom dietetycznym!), jadłam głównie ryż (biały, mimo, że podobno ciemny zdrowszy-ale nas wzdymał!)  i gotowane mięso z indyka czy kurczaka,do tego marchewka w każdej postaci: surowa, gotowana, tarta, w całości, z jabłkiem (właśnie- z owoców najbezpieczniejszą opcją na początku jest jabłko), bez jabłka…unikałam nawet warzyw z parowara, bo każde warzywo to potencjalne źródło bąków; nie twierdzę, że była to dobra dieta, mocno mnie wycieńczyła, ale bardzo chcieliśmy oszczędzić Tosi cierpienia; nawet muesli nie mogłam z rana zjeść, bo taka ilość błonnika wywołała trzydniowe „oczyszczanie jelit” od brzegu do brzegu pampersa. W okolicy trzeciego miesiąca, gdy Tosia nauczyła się już zawodowo puszczać bąki, zaczęłam rozszerzać swoją dietę, wprowadzając coraz więcej rzeczy (głównie warzyw) do swojego jadłospisu. Teraz (po 7miu miesiącach) jem już niemal wszystko, łącznie z tym, że dwa dni temu najadłam się pierwszy raz od ponad roku KAPUUUUSTYYYY!!! (Uwaga, grzech ciężki u początkującej mamy!) Nie było u Tosi nasilenia bąków, za to kupę zrobiła kwaśną, i pierwszy raz od miesięcy obszczypało jej pupcię- mea culpa, to był taki test i wybryk, aczkolwiek dobrze mi ze świadomością, że to raczej kwaśność dania dała nam do wiwatu, a nie jego „bąkotwórczość”.

 

Poniżej drogie mamy wklejam listę, którą podała mi Mama-Ilonka, którą ta z kolei dostała od dietetyka w szpitalu; uważam, że lista jest całkiem w porządku, jednak wiele osób będzie musiało i tak wprowadzić swoje modyfikacje, poparte swoimi obserwacjami reakcji organizmu dziecka.

 

ZALECANE:

1. produkty zbożowe : bułki grahamki, pieczywo pełnoziarniste, pieczywo z mąki mieszanej, chleb z otrębami, pieczywo orkiszowe, kasza gryczana, kasza jęczmienna, kasza jaglana, płatki owsiane, zarodki pszenne, ryż, makaron

2. warzywa : buraki, dynia, cukinia, marchewka, bakłażan, pietruszka, brokuły ( w ograniczonych ilościach), kalafior ( w ograniczonych ilościach), sałata, pomidor (jeśli nie ma objawów alergii), ogórki ( w ograniczonych ilościach)

3. owoce : banan, maliny, porzeczki, arbuz, brzoskwinie, jabłko (starte na tarce, pieczone, gotowane)

4. mięso i ryby : chude mięsa (królik, kurczak, indyk, cielęcina, wołowina), chude ryby (dorsz, pstrąg, sola), tłuste ryby (łosoś, makrela)

5. mleko i jego przetwory : mleko, jogurt naturalny, kefir, ser twarogowy chudy, ser żółty ( w ograniczonych ilościach)

6. tłuszcze: olej rzepakowy z pierwszego tłoczenia, olej lniany, oliwa z oliwek do sałatek, masło
7. desery: musy owocowe, galaretki, budyń na odtłuszczonym mleku, sorbet owocowy np. arbuzowy, lody śmietankowe, biszkopty, dżemy, marmolady, ciasto drożdżowe

8. napoje : słaba herbata, bawarka, kawa zbożowa bez cukru, woda, soki domowe, koktajle mleczne np bananowe

9. przyprawy : wanilia, cynamon, bazylia, majeranek, tymianek, papryka słodka, gałka muszkatołowa

 NIE ZALECANE:

1. produkty zbożowe : słodzono mocno płatki śniadaniowe

2. warzywa : kapustne, rośliny strączkowe (ja dodam tu cebulę, u nas powodowała niesamowite sensacje)

3. owoce : wiśnie, czereśnie cytrusy

4. mięso i ryby : tłuste mięso (wieprzowina), ryby (wędzone), mięso surowe

5. mleko i jego przetwory : sery pleśniowe, topione

6. tłuszcze : smalec, margaryny

7. desery : czekolada, batoniki, słodycze zawierające tłuszcze, alkohol, pralinki, cukierki, ciasta z ciężkimi masami, ciasto francuskie, przetwory wysoko słodzone, SŁODZIKI lub produkty z ich dodatkiem (np. jogurty 0%)

8.. napoje: gazowane, kolorowe, mocna kawa, mocna herbata, alkohol

9. przyprawy : chili, pieprz, sól, mieszanki typu kucharek, kostki rosołowe (zawierają glutaminian sodu), musztarda, chrzan


ZAKAZ:

produkty typu fast food, pokarmy smażone i bardzo tłuste.


Mam nadzieję, że artykuł jest czytelny, i że pomoże wam w razie rozterek. Jakby co- chętnie służę radą! Jeśli macie jakieś pytania odnośnie naszych bojów dietetycznych- pytajcie.

A wy, drogie mamy zaprawione już w mlecznych bojach i przeprawach- zapraszam was do dzielenia się w komentarzach waszymi przepisami na dietetyczne smakołyki! :)

Miłego karmienia drogie mamusie! Przytulaski!

Z cyklu: mamowe poradniki- O zapaleniu piersi

Witam ponownie!

Dziś dzień kobiet- wszystkim kobietom życzę więc Wszystkiego Najlepszego! Obyście mogły celebrować swoją kobiecość każdego dnia!

Mamy są takimi szczególnymi kobietami, bo pojęcie kobiecości u nich dotyczy dodatkowej sfery życia: jako matki- świętują coś, czego żaden mężczyzna nigdy nie będzie w stanie świętować 😉 Nie tylko dały życie, ale i urodziły dziecko, oraz niejednokrotnie wykarmiły je własną piersią.

Głównie dla tych właśnie kobiet piszę ten wpis- dla tych karmiących piersią, lub dla tych, które karmić planują. Temat jest związany bezpośrednio z laktacją, więc nie sądzę, żeby mężczyźni byli zainteresowani 😉 lojalnie więc ostrzegam już a początku 😀

 

Jakieś 2 miesiące temu miałam nieprzyjemność przejść zapalenie piersi. Fatalna sprawa: Pierś boli tak, że najmniejszy pyłek kurzu opadający na nią powoduje katusze, każdy ruch tułowiem rozbija człowieka na kawałki. Do tego dochodzi cała reszta objawów, przypominających grypę: gorączka, ból głowy, bóle stawów i mięśni, ogólne zmęczenie. Najchętniej by się w ogóle łóżka nie opuszczało.

W tej sytuacji oczywiście zanim pozbierałam się z domu na jakąś wizytę lekarską, odwiedziłam wszystkie możliwe fora internetowe, żeby sprawdzić, jak mogę się poratować sposobami domowymi, żeby uniknąć antybiotyku, oraz skonsultowałam się z położną.

Postanowiłam dla was zebrać do kupy wiedzę, którą w tym czasie zdobyłam, na wypadek, gdyby któraś z was, drogie mamy, też miała nieprzyjemność przejść tę dolegliwość.

Podkreślę w tym miejscu, że opisuję tu swój przypadek, i zebrane przeze mnie informacje nie zastąpią porady lekarskiej.

Na początek:

co może spowodować zapalenie piersi:

Uraz mechaniczny: nasze pociechy wesoło wierzgają nóżkami na przewijakach, albo machają łąpeczkami przy piersi; wydaje nam się, że takie maleństwo wielkiej krzywdy nam nie może zrobić takimi malutkimi kończynkami. Nic bardziej mylnego! Nawet najmniejsze uderzenie może przerwać kanalik w piersi, i spowodować zator! Uważajmy więc podczas zabaw z maluszkami, starajmy się unikać narażania na przypadkowe kopnięcia czy uderzenia. Uraz spowodować może także niewygodny,  źle dobrany, uwierający stanik.

-Zranienie sutka: Zdarza się, że przez nieumiejętne przystawienie do piersi, czy też zupełnie przez przypadek dziecko „nadgryzie” nam brodawkę sutkową. Taka ranka jest potencjalnym środowiskiem rozwoju bakterii, które również mogą przyczynić się do powstania stanu zapalnego w piersi.

Przewianieunikajmy przewiania piersi. Nawet mała ekspozycja na przeciąg może spowodować zapalenie.

Nadmiar pokarmu w piersi: Pilnujmy, aby dziecko przystawiać naprzemiennie do obu piersi; jeśli dziecko np śpi zbyt długo, a my czujemy, że któraś pierś jest przepełniona- odciągnijmy chociaż odrobinę mleka, nie za dużo, żeby nie pobudzać laktacji, ale wystarczająco, aby odczuć ulgę. Zwłaszcza to jest najczęstszym powodem zapaleń na początku karmienia, kiedy laktacja jest jeszcze nie ustabilizowana, i zdarzają się nawały pokarmu.

Zmęczenie lub infekcja organizmu (np przeziębienie): gdy organizm jest osłabiony, piersi są dużo podatniejsze na zapalenia.

 

U mnie wystąpił chyba mix tych wszystkich powodów: pozwoliłam sobie wietrzyć pokój w samym szlafroku 😉 , byłam mooocno nie wyspana od kilku nocy, Tosia po raz pierwszy przespała wiele godzin z rzędu, przez co nie wypiła standardowej ilości mleka, a o przypadkowych kopnięciach podczas zabawy nawet nie ma co wspominać 😉

Zapalenie piersi może pojawić się znienacka (jak u mnie, obudziłam się ze straszliwym bólem w całej piersi!), albo rozwinąć się z zatoru. Zator można wyczuć jako zgrubienie, taką kulkę, w dowolnym miejscu piersi, spowodowane brakiem odprowadzenia pokarmu, np przez przerwanie kanalika (w tym miejscu jeszcze raz podkreślam: ten opis jest sumą wszystkich przeczytanych przeze mnie na ten temat artykułów, a nie opisem z encyklopedii medycyny!).

 

Domowe sposoby radzenia sobie z zapaleniem piersi:

Na początek trzeba spróbować opróżnić pierś; zapalona pierś jest twarda jak kamień, a mimo to często pokarm nie chce płynąć. I tutaj są dwie szkoły, przeczące sobie: jedna mówi, że pierś należy rozgrzać ciepłym kompresem, lub np pod ciepłym prysznicem, i rozmasować, aby ułatwić wypływ pokarmu. Druga szkoła zakazuje podobnych praktyk- przecież podgrzewaniem zwiększamy stan zapalny, a masowaniem możemy uszkodzić kanaliki mleczne. Druga szkoła mówi, żeby po prostu postarać się odciągnąć pokarm. Po odciągnięciu mleka (czy nakarmieniu dziecka) można zrobić sobie zimny okład (tak mówią obie szkoły).

Według mnie- argumentacja szkoły „na zimno” jest sensowna, jednak… w praktyce mi pomogły dopiero ciepłe prysznice. Pod prysznicem udało mi się pozbyć nieco pokarmu, na tyle, żeby ułatwić dziecku ssanie; resztę załatwiłam przystawiając dziecko do piersi, i stosując laktator ręczny.

Okej, tyle jeśli chodzi o rozwodzenie się i wstępy, myślę, że najłatwiej będzie przedstawić konkretną listę:

-Opróżnianie piersi: przez przystawianie dziecka, ręczne wyciskanie pokarmu, lub użycie laktatora. Pamiętajmy przy tym o opróżnianiu obu piersi, aby ta nie zapalona nie ucierpiała w wyniku zaniedbania; jeśli przystawiamy dziecko tylko do chorej- drugą opróżniajmy laktatorem.

-Zimne kompresy/polewanie chłodną wodą po opróżnieniu piersi: To sprzyja zwężaniu kanalików mlecznych, co z kolei ogranicza nieco produkcję mleka na dany moment; jako, że staramy się odciążyć zapaloną pierś, jest to dobra praktyka.

– Zimne okłady z kapusty: białą kapustę należy rozbić nieco tłuczkiem, tak, by puściła sok; następnie schłodzić w lodówce, i nakładać na piersi. Jak tylko liście się ogrzeją, należy zmienić opatrunek kapuściany na świeży.

-Leki przeciwzapalne/ przeciwgorączkowe: oczywiście te dozwolone podczas karmienia piersią! Czyli coś z ibuprofenem, czy paracetamolem (Ibuprom, apap, najlepiej zapytać w aptece!). Jak nazwa wskazuje- przeciw gorączce, i stanom zapalnym.

-Picie dużej ilości płynów, w tym naparu z szałwii: szałwia zmniejsza laktację, więc jest idealnym napojem na czas, kiedy nie potrafimy opanować ilości mleka. Oczywiście nie należy przesadzać, jeśli planujemy nadal karmić piersią!

-Okłady z twarożku: szczerze mówiąc- tej metody nie sprawdziłam, ale została ona polecona koleżance przez położną, i podobno też działa. Taki okład robi się nakładając twarożek na np ręcznik papierowy, i przykłada do piersi. Ja ograniczyłam się do kapusty, a ze zadziałała całkiem dobrze, nie musiałam sięgać też po twarożek.

Ja stosowałam wszystkie te sposoby na raz (poza wspomnianym twarożkiem), i już po pierwszym dniu zauważyłam spadek temperatury, i napięcia w piersi. Skoro działało- kontynuowałam bez wizyty lekarskiej, cały czas jednak kontrolując swój stan, żeby iść do specjalisty gdyby się pogorszyło.

Oczywiście jeśli powyższe sposoby nie zadziałają, należy jak najszybciej udać się do lekarza, który prawdopodobnie przepisze antybiotyk; zapalenie piersi może przerodzić się w ropień, który jest już powodem do przerwania karmienia. Z mojego doświadczenia jednak- KAPUSTA CZYNI CUDA! Każda karmiąca mama powinna trzymać jedną główkę zawsze w lodówce, na wszelki wypadek!

 

Mam nadzieję moje drogie mamy, że moje instrukcje są czytelne, ale że nie będziecie musiały ich używać 😉

Jeśli ktoś ma inne sprawdzone sposoby- zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach!

Ściski!