Archiwa kategorii: Rozwój dziecka

Pierwsze konsultacje w przedszkolu

Byłam wczoraj na pierwszych konsultacjach w przedszkolu. Zamieniłam sobie specjalnie dni wolne w grafiku, żeby na spokojnie zdążyć. Wiwat korpo-elastyczność!

No i znowu wyszło nie tak, jak miało wyjść…

Wchodzę sobie spokojnie do przedszkola o 14:20, i na luzaka; mam jeszcze 10 minut, przycupnę sobie gdzieś w szatni, i poczekam; pewnie spokojnie pogadamy z Panią Wychowawczynią, bo będę pierwsza.

Nagle widzę, że jedna z Pań Woźnych schodzi po schodach, a na rękach niesie mojego własnego kokosowego Żuka! Cholera! – szybko wskoczyłam za występ muru, wpasowałam się we framugę pobliskich drzwi, i zgrywam kameleona. Myślę sobie: może ją niesie do kibelka. Tylko czemu na dół? – tak mnie ta zagadka zadziwiła, że zerknęłam jednym okiem zza wyłomu, i widzę moje dziecko patrzące nieufnie, oraz Panią Woźną patrzącą jak na wariatkę. No dobra, koniec ciuciubabki:

-Halo Tosiu, jestem tu! – a do Pani Woźnej- Dzień dobry, ja przyszłam na konsultację do Pani A. z sówek. Czy Tosia wybierała się tu do toalety?

Pani Woźna, zrozumiawszy poniewczasie że wcale nie przybywam po dziecię, powiedziała: „o rany, trzeba było za mną krzyczeć, żebym nie szła! My po prostu jak znamy już rodziców, to na ich widok od razu idziemy po dziecko!”
-A ja najzwyczajniej w świecie nie zauważyłam nawet tamtej Pani, i przeoczyłam moment kiedy wchodziła po schodach po Pyzę.

No trudno, konsultujemy się z Tosią. Było mi to dosyć nie w smak, bo nie wiedziałam co usłyszę, a jestem zdania, że nie powinno się komentować- w trzeciej osobie -negatywnie poczynań człowieka, w jego obecności, obojętne w jakim ów człowiek jest wieku. Brrrr…. miałam nadzieję, że nic negatywnego nie usłyszę, ale kto to wie…

Poszłyśmy do sali Sówek, gdzie spotkałyśmy się z Panią A. Ta przytomnie zaproponowała Tosi kolorowanie, po czym razem usiadłyśmy do stolika. Pani poopowiadała mi co nieco o Tosinych poczynaniach, przy czym bardzo cieszyłam się, że rozmowa była prowadzona w taki sposób, że Antoninka była czasem wciągana w dialog jakimś pytaniem w stylu: „Prawda, Tosiu?” albo: „a gdzie dziś byliśmy na spacerze? Powiesz mamusi?” – było to dosyć taktowne omijanie „obgadywania” Tosi ;).

Dowiedziałam się rzeczy, które mnie ucieszyły, czyli:

-Kokos je samodzielnie- może i to drobiazg, ale ze względu na obsesje estetyczne mojego dziecka, często odmawiała samoobsługi, żeby se rąk nie popaprać. No, i gdy ktoś karmi ma się wolne ręce, i można się bawić rękami, nie?

-Tosia sygnalizuje potrzeby toaletowe- to też było pod znakiem zapytania, bo w domu zdarza jej się zapomnieć, i zawołać np: posikałam się trochę, muszę do ubikacji!- taki sygnał poniewczasie.
Powiedziałam o tym Pani A, że w zabawie zdarza się zapomnieć, a ona, z ulgą w głosie
-Cieszę się, że Pani jest świadoma, że dzieciom się zdarza zapomnieć. Niektórzy rodzice tego nie rozumieją, że nie da się upilnować każdego jednego dziecka, patrząc co chwila pod pupę… (nie wierzę! Normalnie NIE WIERZĘ!)

-Tosia bierze przyzwoity udział w zabawach.

-Tosia ŚPI. (HURRRRAAAAAA!!!!!!!!!!!)

Dowiedziałam się też kilku rzeczy, które mnie poważnie zmartwiły, a przede wszystkim…

-Tosia jest TYM DZIECKIEM, które nie odstępuje Pani na krok.

No cholewcia. Zawsze się takie zdarza, ale nie sądziłam, że Tosiun tak będzie robić. Z drugiej strony… ona się niezbyt dogaduje z rówieśnikami. Mea culpa że tyle z „dorosłą” mamą siedziała w domu. Bo widzicie: ona potrafi filozoficzne rozmowy o życiu prowadzić, ale żeby się miała z dziećmi bawić bez mamy- nie za bardzo.

Pani mnie pocieszyła, że to tylko kwestia czasu. I ja o tym wiem, zwłaszcza, że Tosia przechodzi drugą aklimatyzację; w końcu wróciła do przedszkola w ten poniedziałek po półtora tygodnia nieobecności.

-Wynikające z poprzedniego jest też: Tosia do ubikacji chodzi TYLKO z Panią; ubikacja sąsiaduje z salą, nie trzeba wychodzić na korytarz.

-Oraz: Jak Pani wychodzi gdzieś na chwilę- Tosia obowiązkowo idzie z nią.

No taka sobie dziewczynka przy spódnicy. Kurde. Jednak pierwsze wakacje bez rodziców to chyba będzie jakaś szkoła przetrwania.

Takie tam sobie mam przemyślenia, proszę je zignorować, gdyż pisane są w afekcie.
Każde dziecko ma prawo do przeżywania tego czasu na swój sposób, a Tosia już udowodniła wielokrotnie, że poza oczami- wszystko dziedziczy po Tatusiu, więc wszystkie te obce mi zachowania mogę sobie tłumaczyć pulą genetyczną 😉

A na koniec, z innych informacji przedszkolnych, na przyjemną nutę:
W przedszkolu rusza temat: „Cała Polska czyta dzieciom”, i rodzice są zachęcani do zapisywania się na określone godziny na czytanie dzieciom w przedszkolu. I wiecie co? To jest dla mnie jak spełnienie marzeń! Jeśli jest jedna rzecz, którą robię jako mama naprawdę ekstra, to właśnie czytanie książeczek. Gdzieś tam miałam w mojej „zawodówce” zajęcia z tego, i wtedy byłam z tego naprawdę lewa, ale po porodzie coś „zaskoczyło”, i chyba całkiem jestem niezła w te klocki. Planuję więc zapisać się na jeden raz w przyszłym tygodniu, a potem- zobaczymy.
Na pewno dam wam znać jak było! :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się z wami.

Uściski!

Na temat rozwoju mowy- po miesiącach.

Pamiętacie, jak pisałam o tym, że martwię się, że Tosia nie mówi (o TU)?

Od tamtej pory WIELE się zmieniło.

Tosia nawija :)

Fakt faktem- jeszcze po dzidziusiowemu, czasem nie wyraźnie, ale zawsze da się z nią dogadać. Przy tym teksty, jakie sypie, nie raz doprowadzają nas do łez ze śmiechu: ostatnio na przykład znienacka wykrzyknęła: KOCIE! LADACO! czym nas zupełnie rozwaliła- a przecież to nic innego, jak hasło z jednego z wielu wierszyków czytanych wieczorem („pies warknął: Kocie- Ladaco! Ty zająć masz się tą pracą!”). Często też snuje opowieści: „Tosia małym dzidziusiem była, pieluszki nosiła! Teraz- majty!”.

Jej zabawy- jeśli już skusi się na zabawę samej, co przez ostatnie tygodnie zdarzało się nieczęsto- polegają na odgrywaniu scenek zabawkami, często wymieniamy z Małżonem uchachane spojrzenia, słuchając : „Pani Jajoś mamusiom jest! Memuś dzidziusiem! Skaczą! Hahaaa! Bawić, bawić się! Basen. Choć! PLUM PLUM! Rysować! Choć! Bam. Buuuuu! (Memuś płacze).” Czytaj dalej

Dziecko jest kosmitą.

Hej hej!

Nie odzywanie się na blogu nie zwolniło mnie od myślenia w tym czasie, więc miałam kilka refleksji odnośnie czasu, w którym dziecko uczy się asertywności.

Oczywiście będę powielać to, co już zostało wielokrotnie na ten temat powiedziane/napisane, czyli że trzeba być z dzieckiem blisko w czasie „buntu”, okazywać miłość i cierpliwość, tłumaczyć raczej niż karać, itepe itede. Podaruję sobie więc tego typu oczywiste oczywistości, i raczej napiszę o moim wielkim olśnieniu.

Pewnego dnia Tosia jak zawsze stawiała się jeśli chodzi o nocnik (drażliwy temat, Tosia bardzo walczy na tym polu o niezależność, jak już PISAŁAM). „Nie- bo nie”. Sęk w tym, że tym razem sytuacja miała miejsce poza domem, nie byłam uczestnikiem rozmowy, nie byłam u siebie i ryzyko nie dotyczyło mojej podłogi; a i pytanie o nocnik padło wielokrotnie, raz za razem.

-Tosiu, chcesz siusiu?
-Nie.
-A może jednak? Dawno już nie robiłaś…
-Nie!!
-Choć, może jednak zrobisz, nie chciała byś chyba zrobić w majtki…
-NIEEEEE!!! (ryk)

Reakcją osób prowadzących z nią dialog była gadka o tym, jak to niegrzecznie, że płacze. Stanęłam natychmiast w obronie mojego dziecka, bo moim zdaniem PŁACZ SAM W SOBIE NIE JEST NIEGRZECZNY. Czytaj dalej

Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian

Szumnie zatytułowany wpis, co? Może dlatego, że nie chciałam być obcesowa. A może dlatego, że nie cierpię określenia „Bunt Dwulatka„; choć strasznie często go używam- wbrew sobie; tak jest krócej- rzucam hasło, i wszystko jasne. A przecież na ten dziwny Czas Przemian składa się tak wiele czynników…

Ja wiem, że to normalny etap w życiu dziecka, że trzeba wykazać się cierpliwością, przeprowadzić dziecko za rękę przez te wyboje… ja wiem, że jej też jest trudno, że czuje się zagubiona (to akurat widać gołym okiem!) ale i tak chcę wam ponarzekać.

Krótki Kokosowy rys, gwoli wstępu:

Antosia: Delikatny, kruchy, słodki Elf. Ostrożny. Pojętny. Wiele da sobie wytłumaczyć. Obserwator raczej niż prowodyr. Słucha, obserwuje, rozumie, kataloguje. Raczej z książeczką niż z piłką. Powolny w ruchach. Swoje drugie, diabelskie oblicze pokazuje tylko na Łosiu na biegunach (gdyby Ikea widziała Tosię w akcji, wycofali by tę zabawkę z obiegu ze względów bezpieczeństwa)…a przynajmniej do grudnia tak było… Czytaj dalej

Dwadzieścia miesięcy minęło…

… jak jeden dzień! Tralala!

Ale jaki to był dzień! Ano taki, że z grubsza wiecie, bo czytacie.

A może nie wiecie, jaka jest 20 miesięczna Tosia?

To wam powiem :)

20 miesięczna Tosia jest FAJNA. Jak to Tosia.

I od pewnego czasu chętnie powtarza słowa.

Pierwszym słowem była PUPA. Mama była zachwycona. No, pierwsze słowo spoza katechizmu „mama/tata/baba”, a do tego jakiż zacny wybór! Czytaj dalej

Spadłam z nieba, czyli więcej o stłuczonym kolanku

Tosia wykręciła numer i znienacka zasnęła mi na rękach. Mam komputer w zasięgu ręki, a to stwarza miłe możliwości 😉 oto więc jestem.

Chciałam się z wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat wielkiej rany mojej córki. Tak tak, chodzi o sprawę wcześniej wspomnianego kolanka ze zdartą skórą.

Tylko, że nie do końca traktuję temat na płaszczyźnie fizycznej, a to dlatego, że Kokosanka też inaczej to traktuje.

Ale zacznijmy od początku. Czytaj dalej

My sweet sixteen ;)

Już dawno przekroczyłyśmy szesnastkę, ale no, kurde… nie było kiedy napisać (choroba goni chorobę), a teraz Tosia jest taka super, że aż się prosi.

 

JAKA JEST SZESNASTO-MIESIĘCZNA TOSIA?

Co by nie gadać- jest po prostu extra 😉

W tym wieku to już nie jest dzidziuś- to mały człowiek, który rozumie niemal wszystko; no, chyba, że Tateł gada, jakby strzelał z karabinu maszynowego (wtedy niechybnie słychać z kuchni- bo jak każdy szowinista wie, moje miejsce jest w kuchni- krzyk: no i jak niby to dziecko ma się nauczyć mówić? weź, zwolnij, żeby była w stanie słowa wyłapać! ANIETAKŻEGADASZJEDNYMCIĄGIEMAPOTEMSIĘDZIWISZŻECIENIESŁUCHA…), albo NIE CHCE rozumieć, bo mu się nie opłaca 😉

Można prowadzić fascynujące dialogi. Nie to, że zasób słów jest jakiś kosmiczny u naszego dziecka, że encyklopedia i pełne zdania, czy co tam jeszcze, nie; chodzi raczej o zasób pojęć, o świadomość, o chęć komunikacji, i o nasz wspólny język werbalno-niewerbalny; podam przykład: Tosia mówi MEME i kiwa głową w energiczny sposób- oznacza to, że laleczka nazwana MEME (bo w książeczce woła mamę, ale Tosia wolała wołać MEME) robi: A KUKU.

Do tego dochodzi fascynująca moc skojarzeń- np: w jednej książce jest wiersz „Wieczerza z gwoździa”, a na ilustracji jest wyjątkowo paskudna baba z jednym zębem; jako, że często przy oglądaniu tej właśnie strony komentujemy tego jedynego zęba baby, Tosia na widok gwoździa pojawiającego się GDZIE BĄDŹ, pakuje łapkę do buzi, i pokazuje zęby! Osoba postronna kompletnie nie zrozumie, co ma gwóźdź do zęba, ale my się rozumiemy bez słów 😉

Kolejna super sprawa to BUZIAKI!! Tosia namiętnie je rozdaje, rozsyła, obdziela cały świat. W sumie to zaczęło się już jakiś czas temu, ale teraz na dodatek zdarza jej się dać buziaka nie „rozdziawionego” (rany, jak ja uwielbiam jej buziaki w stylu: ja otworzę szeroko buzię, a ty się zastanów, co z tym fantem zrobić), tylko „w dziubek”. W ogóle świetnie już robi buziakową „rybkę”, np gdy jakaś piosenka skojarzy jej się z którąś babcią- krzyczy wtedy BABAAAA, i cmoka rybkowo, oświadczając, że będzie babcię całować przy najbliższej okazji. Co do całusów- jest fajna anegdota: kiedyś tam niedawno był dzień niespodziewanego buziaka (tak mi oznajmił facebook, i moja Ciocia kochana, która zna się na tych sprawach); tego właśnie dnia Tosia wypatrzyła Pana Makłowicza na kminku marki Tesco, i posłała mu buziaka- założę się, że Pan Makłowicz się tego nie spodziewał 😀 ! Oprócz tego całuski regularnie ma wysyłane Pan Jezus na krzyżu nad drzwiami.

(Właśnie, co do skojarzeń- każda babcia ma swoją piosenkę, co oznacza, że gdy Tosia zobaczy pociąg woła: BABAAA, podobnie, gdy zobaczy….. ŻABĘ! Olaboga….! :D)

 

No, a do tego skończył się opisywany TU lęk separacyjny. Chwała mu za to. Dziecię moje potrafi więc raz na jakiś czas zająć się samo sobą.

Do tego potrafi już samo inicjować i wymyślać zabawy! Chociaż to raczej nie kwestia tego konkretnego miesiąca 😉 Aczkolwiek świeżo objawione zdolności aktorskie to chyba sprawa ostatnich tygodni. Tosia podczas posiłku zazwyczaj ma przy sobie MEME (taki sobie pluszowy ludzik z genialnej bajeczki do nauki nocnika), którego od jakiegoś czasu zaczyna przed nami chować pod tackę z krzesełka, i czeka, aż zaczniemy wypytywać, gdzie jest Meme (aka DZIDZIUŚ)? Wtedy to chwilę udaje, że nie wie (to talent aktorski po Matce, niechybnie!), ba- nawet zakopuję Meme pod nogą, i wyciąga obie- wolne już- ręce, w geście „nie ma”, po czym, gdy my udajemy, że się bardzo martwimy, triumfalnie wyciąga Meme spod tacki 😀 TADAAAM! Do tego zabawa jest urozmaicona na maxa, bo Tosiałka zakopuje go raz z jednej, raz z drugiej strony, tak, żebyśmy się przypadkiem nie spodziewali, skąd wyskoczy! Cwaniara moja kochana! :) MAMA JEST TAAAKA DUMNA! Do tego zabawa w chowanego… ech, ile razy sprawdzałam, czy Tosia jest w lodówce…

Ach, no i Panna Antonina jest elegantką; codziennie żąda, by posadzić ją przy mojej toaletce, gdzie z namaszczeniem rozgrzebuje wszystkie moje nieliczne naszyjniki, wybiera, przebiera, dobiera dla mnie i dla siebie, a potem nie da sobie tego absolutnie z szyi zdjąć; ja oczywiście chodzę jak na szpilkach za nią krok w krok, żeby sobie tego jakoś nie oplątała wokół szyi niefortunnie, i żeby nie stała się jakaś straszna rzecz… ale cóż, bycie kobietą zobowiązuje! Może wreszcie ktoś nauczy mnie dbać o siebie, malować się, ubierać ładnie, i czesać? Kto wie? Trzymajcie kciuki!

 

Podsumowując: Szesnasty miesiąc życia mojej córci STANOWCZO MI SIĘ PODOBA! :) Oby tak dalej!

Buziaki i pozdrowionka!

PS. Już wykopaliśmy się ze zbiorowych chorób, pojechałyśmy więc odwiedzić babcię (tą od żaby), i… dzień później byłam już chora. Całe szczęście tylko ja! Dostał mi się antybiotyk, może tym razem wyleczę się do końca, i zamiast przesypiać całe dnie i wieczory, będę pisać bloga 😉

 

 

 

Słownik Tosiowo-dorosłowy

Mała fotografia rodzinna

Mała fotografia rodzinna- photo by Adam Janoszek

Z okazji wczorajszego ukończenia piętnastego miesiąca życia (!!!! SERIO! To już tyle miesięcy!!), umówiłyśmy się z Tosią, że opublikuję krótki słownik, rozmówki Tosino-mamine, na wypadek gdyby ktoś chciał wpaść pokonwersować. Oraz żeby ocalić od zapomnienia…

słownik dzieli się na dwie części:

WYRAŻENIA WERBALNE:

Na początek NAJWAŻNIEJSZE słowo Tosi- dodaję je tu po „interwencji” w komentarzu Mamy Ewy 😉 A słowo to: CICI=cycuś.

MAMA=mama

MAMAMAMAMAMA=weź mnie na ręce niewolniku.

TATA=tata;  dopuszczalna jest również forma DADA. Zależy, jak wyjdzie.

BABM=żaba. W chwilach wyjątkowego rozgadania żaba dorasta do słowa dwusylabowego, i staje się BABAbm.

BABA=babcia

DADE/DADK=dziadek

=miś

DIDI=dzidzi, czyli łysa lalka. Słowo wymawiane niezwykle rzadko, częściej zastępowane poniższym:

MMMM!!!!! lub YYY YYYYYYY!!!!! (wypowiedziane z wielkim entuzjazmem i wskazaniem ręką)= tam jest coś, co mnie interesuje.

PAPAPA (bezdźwięczne)=am am am, po prostu Tosia „kłapie szczęką” na jedzenie. A także na picie. Trzeba się domyślić.

DA/DAĆ (ć= zmiękczone T’): daj, lub JA CI DAJĘ, WEŹ, I TO JUŻ. zależy, czy wyciągnięta ręka jest pusta, czy pełna.

U-U= Uhu, czyli sowa

O-O=echo (na korytarzu u babci i dziadka)

SSSSSSS= wąż (pochodzenie słowa czysto dźwiękonaśladownicze)

BEBABE=bepanten.

BUUUUUUUU/MUUUUUUUU= krowa.

TUUUU (niewyraźne, bo ręka obowiązkowo zasłania buźkę)= słoń.Bo trąbi.

BUŁUŁU (przytłumione), czy coś w ten deseń= pies. I o dziwo- jest to doskonałe dźwiękonaśladownictwo, nasz pies brzmi właśnie tak!

BAABAM!= bim bam, zegar. Do tego dochodzi koniecznie machanie bioderkami do rytmu.

BRRRRRR= auto

PRRRRR= Droga publiczności, właśnie puściłam bąka.

KO KO– kura. Wyciągane siłą, i pojawiające się niezwykle rzadko.

MIAŁ– kotek, jeszcze rzadziej niż koko.

 

WYRAŻENIA NIEWERBALNE:

Kotek= wyciąganie i chowanie języczka, bo tak kotek pije mleczko. Jedyna poprawna forma pokazywania kotka. Bo po co miałczeć! Wyciągnięcie języka dalej to: kameleon.

Machanie paluszkiem= Ty ty ty (niegrzeczny), Ojojoj (z piosenki o krasnoludkach), nie wolno.

Rozdziawienie buzi na maxa= lew. Bo ryczy. Ale po co robić hałas.

Machu machu ręką= tak piesek macha ogonkiem.

Pada deszczyk= no chyba wszyscy wiedzą, jak pada. No tak.

Bach bach w głowę= uderzyłam się, cóż za los!

Bach bach po brzuszku= taaakie dobre to jedzenie.

Kiwanie głową na tak i na nie= jak to wygląda każdy wie. Dzięki tej umiejętności można z Antoniną prowadzić poważne dyskusje o sensie życia i istocie ducha. Oraz dowiedzieć się, czy chce jeść jeszcze.

I WIELE, WIELE INNYCH!!!

Rany, w zasadzie porwałam się z motyką na słońce… piętnaście miesięcy to już wiek poważnych umiejętności komunikacyjnych, i tak naprawdę nie starczyło by mi czasu ani miejsca na serwerze, żeby opisać co ten nasz żuczek kochany potrafi. Ciągły dialog. Coś niesamowitego! I codziennie coś nowego… nie mówiąc o tym, że Tosia zna miliony innych słów, których wypowiedzieć nie potrafi, ale w książeczce pokaże; np kukurydza, papryka, flaming, guzik… generalnie WSZYSTKO, co nas otacza, dostaje już etykietkę w głowie naszej panienki. Mówię wam, fajowo jest. Puchnę :) Z dumy oczywiście.

PS. Jak widać na załączonym obrazku- Tosia dba też, byśmy się jakoś prezentowali 😉

 

 

 

TUPU TUPU HOP HOP!

Mam dla was ważne ogłoszenie!

prrrrrrrrrrrrrr    

(słychać werble)

TOSIA CHOOOODZIIIII!! 😀 (tadaaam!)

Wiem wiem, że długo jej to zajęło, że większość rówieśników już biega dawno wśród swoich zabawek, ale u nas akurat w tym czasie napatoczyły się te wszystkie bakterie i wirusy, i Tosia siedziała na kolankach smętna jak sowa w biały dzień na gałęzi… zamiast wstawać i zasuwać. Nawet nie wiecie, jak bardzo już na to czekałam!

Ale i na nas przyszła pora!

Zaczęło się u Babci M (aka Madre) i Dziadka A (aka Padre), czyli moich rodziców; oni mają spore doświadczenie jeśli chodzi o dzieci, bo i swoich mieli gromadkę, i wnuków już się sporo doczekali- wiedzieli więc, jak zmotywować… Tam to właśnie Tosia zrobiła swoje pierwsze tup tup, bodajże z półtora tygodnia temu. Potem wzięliśmy ją w obroty w domu, i śmigała od Tateła do mnie i z powrotem.

Najpierw były trzy, potem cztery kroczki, potem pół kuchni, ale zawsze od kogoś do kogoś; a dzisiaj oznajmiłam żuczkowi mojemu że idę do toalety, wybyłam, i nasłuchuję (często jest ryk, więc wolę wiedzieć co mnie czeka); słyszę  stukot kolanek (raczkowanie), potem szuru-buru przy progu między pokojem i kuchnią, a potem… A POTEM ZERWAŁAM SIĘ Z KIBLA I LECĘ PATRZEĆ, BO NIE WIERZĘ WŁASNYM USZOM! TUPU TUPU TUP! I moje dziewczę z uśmiechem od ucha do ucha tupta przez całą kuchnię! Sama, samiusieńka! 😀 Cudaczek mój!

Nie posiadałam się z radości! Poderwałam Tosinkę z ziemi w ramiona, wycałowałam, dumna jak paw z mojego małego dorosłego człowieka, który właśnie opanował kolejną trudną czynność!

I od tamtej pory Tosia sama dzielnie puszcza meble, ściany czy co tam służy jej za podporę, i ZASUWA DO PRZODU! Póki co z różnym rezultatem, czasem zoologicznym- złapie zająca lub zląduje na żabę, ale zupełnie się tym nie przejmuje, nie płacze po potknięciach jak kiedyś, tylko PRZE DO PRZODU!  Moje dziewczę dzielne! MÓJ PRZODOWNIK KOCHANY! 😀

Wiecie co, normalnie puchnę z dumy. I z radości!

Wszyscy mówili: No, niedługo jak zacznie chodzić, to będziecie mieli przes***ne, tylko biegać za nią i pilnować, co przeskrobie. A ja mam to w nosie :) Jak chciała to i tak potrafiła się przemieścić i przeskrobać. Już mamy blokady na wszystkich „niebezpiecznych” szafkach w kuchni itp, a w reszcie może grzebać- niech się rozwija maluszek, nie? Nawet nie wiecie, jak pięknie gra na garnkach 😉

Na dodatek nie trzeba będzie właśnie wszędzie z nią iść jak sobie zażyczy iść w pionie, no i koniec z ciągłym schylaniem się przy prowadzeniu za rączki- plecy odpoczną!

WIWAT TOSIA! WIWAT! Z PRZYTUPEM!

Ogarniacz powierzchni płaskich, i mniej płaskich

Jakbyście widzieli, jak Tosinka zasuwa na czworakach! Normalnie jak torpeda!

Bardzo fajna sprawa to raczkowanie! Antosia stała się przez to taka niezależna :) nie jojczy ciągle, żeby przy niej być non stop, tylko ogarnia sobie świat sama; zasuwa, przemierza, odkrywa.

Teraz sama muszę biec do niej, żeby upewnić się, że za bardzo nie broi!

Podchodzi sobie do różnych rzeczy, czy osób, wspina się po nich, opiera i stoi; drepcze wzdłuż mebli, wspina się po krzesłach, na stojąco schyla się nad pojemnikami na zabawki, i po jednej rzeczy wszystko z nich wywala. Albo wyrzuca orzechy z wiaderka w kuchni. Albo cokolwiek.

Do tego jest małym odkurzaczem: wyszukuje paproszki, i natychmiast wsadza je do buzi.

Zuch dziewczynka!

Codziennie robi coś nowego, w tym i takie rzeczy, których lepiej, żeby nie robiła, np:

parę dni temu wsadziłam ją do tego prostego krzesełka i dałam jej chlebek do łapki, żeby zajęła się na chwilę sobą, po czym sama oddaliłam się na jakieś 2,5m żeby coś przy garach pokombinować (że obiad jakiś, czy co). Odwracam się po chwili, patrzę, a Tosiałek siedzi pupką na „podłokietniku”, nóżkami na siedzisku, i macha do mnie obiema łapkami. NORMALNIE GROZA, ZAWAŁ I POPŁOCH! Z prędkością światła znalazłam się obok córci, która zadowolona pomachała mi chlebkiem przed nosem.

Ty głupia mamo, ty! To krzesełko nie ma pasów!-upomniałam się po ochłonięciu- Z resztą i tak ich nigdy nie zapinałaś! Od dzisiaj życie przestało być łatwe…

Albo: znalazła na ziemi piętkę z chlebka, która wypadła mi z woreczka po chlebie krojonym, i której nie umiałam sama namierzyć, i zaczęła sobie nią wygarniać paproszki ze szpary między kafelkami a starym progiem do pokoju, i wszystko razem zjadać… całe szczęście złapałam ją na tym procederze niemal natychmiast 😉

Różne takie niespodzianki nam szykuje, ale to, co zrobiła wczoraj, rozłożyło nas na łopatki!

Wieczór, tuż przed standardową porą kładzenia Tosi do łóżeczka.

Małżon, muszę dziś pieluchy wyprać, idę więc do góry opróżnić suszarkę, żeby tego po ciemku nie robić, jak Tosia będzie spać. Rzzuć tam okiem na Tosinkę, siedzi na macie.-Okej, tylko jeszcze maila wysyłam, ale spoko, idź, będę patrzył.

Wchodzę więc po naszych stromych schodach na pięterko, i słyszę za sobą raczkujące tupu-tupki. Ocho, ktoś mnie śledzi! pomyślałam; lepiej zrobię „akuku”, żeby jej się nie zrobiło zbyt smutno jak zniknę, bo wiadomo, że dziecko zmęczone łatwiej doprowadzić do płaczu i trudniej uspokoić. Pewnie siedzi na dole schodów i zaczyna się smucić, że sobie poszłam. Wyskakuję więc zza rogu w celu zawołania ” A KUKU!”, i zamiast tego wołam…

MAAAŁŻOOOON!! CHODŹ TU SZYBKO! ONA JUŻ JEST NA DRUGIM SCHODKU!!!!

Nie mogłam zbiec z góry, bo gdyby się wyprostowała, żeby na mnie patrzeć, mogła by zlecieć; dlatego zawołałam, żeby Tateł asekurował; on pozwolił jej raczkować za mną, bo nie sądził, że zacznie wchodzić na schody! I znowu mamy nauczkę!

Małżon mówi: ech, wlazła tylko tu, bo tu jest niższy stopień, ale zobaczmy, co zrobi dalej.

Patrzymy, a Tosinka dzielnie wdrapuje się dalej! SZOK! To jest wędrowniczek jeden!

Tateł pyta: masz aparat? -Kurde, nie mam! Poza tym i tak w telefonie bateria mi siada… :( No trudno, innym razem…

Krok po kroczku, w asyście Tateła, który asekurował i czasem podpierał, z przerwami na pokazanie mi swojego roześmianego i dumnego oblicza, panna Antonina wspięła się na sam szczyt! A my pękaliśmy z dumy, i skakaliśmy z radości! Coś wspaniałego!

 

Jak tylko Tosia dotarła do mnie na górę, Małżon poleciał po swój telefon, po czym wziął Tosię znowu na dół; a ona, z wprawą osoby, która robi coś bynajmniej nie po raz pierwszy, zaczęła znowu zasuwać, tym razem bez zbędnych przerw na pokazanie mi swojej cudnej, roześmianej buzi; ten sam dystans pokonała w dwa razy szybszym tempie! No okej, z paroma przerwami na polowanie na paproszki.

Byliśmy na serio w szoku, bo nie spodziewaliśmy się, że tak łatwo jej to pójdzie! Poza tym nasze schody są BAAARDZO strome.

BRAWO TOSIA!

Po tej historii Tosię tak rozpierała energia i entuzjazm, że do 22giej nie było mowy o położeniu jej spać; o dziesiątej mówię do Małżona: ej, już trzeba ją położyć, bo to lekka przesada…weź ją może do góry, a nuż zaśnie…

Tateł wziął ją na łapki, Mameła dała buzi, a Tosieła, wiedząc, co to oznacza, uderzyła w ryk.

No nieeee, niezła lipa! Nie będzie chciała zasnąć!- pomyślałam, i nasłuchiwałam odgłosów kroków na górze. Dotarli do łóżeczka, skrzypnęła podłoga, i…. JAK NOŻEM UCIĄŁ! Padła natychmiast! Uffff….

Umówiłam się z Małżonem, że rano obudzi mnie o 7mej, żebym poszła z Tosią do lekarza (jest podziębiona), po czym sama poszłam spać.

Śpię sobie spokojnie, i w pewnej chwili z jednej strony szturcha mnie Małżon, a z drugiej dochodzi mnie rozbudzeniowe kwilenie Tosi;

-Co jest?- Pytam Małżona.

-Chciałaś, żeby Cię o 7mej obudzić.

-No okej, podaj mi Tosię i mnie obudź o siódmej- odpowiadam mało przytomnie.

-ale już jest siódma!

-Jak to siódma? O co chodzi?- i wtedy do mnie dotarło- ŁOOOOOOOT????????? TOSIA PRZESPAŁA CAŁĄ NOC????!?!?!?!

Za sześć dni Tosia skończy rok. I z wczoraj na dziś pierwszy raz przespała całą noc. Musiała się nieźle utyrać na tych schodach.

No, to chyba mamy nową część wieczornej rutyny! Kilka przebieżek po schodach na dobry sen! 😉

A tak na prawdę- byłam rano taka szczęśliwa, że aż nie mogłam z powrotem zasnąć, kiedy Tosia, po nakarmieniu… ponownie zasnęła! Na godzinę!

Ach! Oby to nie był odosobniony przypadek, tylko początek nowego, szczęśliwego roku 😉

Życzę sobie, Małżonowi i Tosi, a także wszystkim innym niewyspanym rodzicom samych takich nocy!

Buziaki, do wkrótce! :)

 

PS. Tak „umebluję” dom marzeń, w którym wszyscy będziemy dobrze spać 😉

tapety.joe.pl-schody-prowadzace-do-nikad