Archiwa kategorii: Rozwój dziecka

Tablica sensoryczna

Obiecałam sobie, że wrzucę wpis o mądrych zabawkach, ale planowałam skonsultować się ze specjalistą 😉 czyli Mamą Ewą. Sęk w tym, że nijak nie mam jak się z nią spotkać, bo z okazji urlopu Małżona nieco zmieniły mi się trasy spacerowe, a i zarządzanie czasem jest trochę inne.

Skoro tak- zrobię osobnego posta na ten temat, a póki co pochwalę wam się moim dziełem typu ZPT* (*Zajęcia Praktyczno-Techniczne).

Temat został mi podrzucony przez Bożkę, mamę Le Gościówy, której to serdecznie dziękuję za podesłanie mi znienacka masy linków z tablicami sensorycznymi. Gdyby nie te linki, w życiu bym nie wpadła na to, żeby zmajstrować taką zabawkę :) chociaż pierwszą DIY grzechotkę mam już dawno za sobą 😉

Zgnieciona butelka po mineralce, pełna szeleszczących guzików, i chlupiącej wody; szał!

Zgnieciona butelka po mineralce, pełna szeleszczących guzików, i chlupiącej wody; szał! A na dodatek super zakrętka do obgryzania!

Prawda jest taka, że żeby zabawka była dobra, wcale nie musi mieć baterii, grać, świecić, wibrować- przekonałam się o tym dając dziecku łyżeczkę do ręki! Nie mówiąc o kasztankach, które są zawsze „trendy” 😉

Ileż jest na rynku zabawek „edukacyjnych”, których zadaniem jest „dbanie o rozwój” dziecka… spójrzmy prawdzie w oczy: te zabawki dbają głównie o rozwój portfela producenta :)

Dziecko na pewnym etapie swojego życia zaczyna bawić się zmysłami: poznaje świat przez dotyk, zapach, smak (oj, taaaak, wszystko MUSI trafić do buzi! Zwłaszcza, jeśli tak naprawdę zupełnie się tam nie nadaje!), dźwięk; zauważa kształty, faktury, powiązania między akcją a skutkiem. Można nieraz niemal obserwować trybiki poruszające się pod tymi mięciuśkimi włoskami na głowie!

Postanowiłam zasłużyć choć raz na miano prawdziwej Żony Człowieka Polibudy, czy też Człowieka Renesansu (jak go nazywa mój Padre), znanego wam jako Małżon. Wybrałam się więc do mojego ukochanego sklepu CASTORAMA, i otwarłam głowę. Kupowałam rzeczy zwykłe, które moim zdaniem mogły by zainteresować Małego Odkrywcę, w tym dwa obleśne sztuczne kwiatki- nie ważne, że brzydkie, ważne, że szeleszczą (jakoś przeżyłam ironiczny komentarz mojego kumpla pracującego na miejscu: „Oooo, jakież piękne kwiaty!”- pewnie myślał, że planuję wsadzić je do doniczki, i udawać perfekcyjną panią domu…).

W pewien piękny dzień, kiedy Małżon rozbierał dach z Teściem w poszukiwaniu martwego mięsa (takie tam nowe hobby), a Antoninka z Babcią wybyła na spacer w poszukiwaniu głębokiego snu i przygody, Mama wzięła w dłoń wkrętarkę,

20141008_132903

 

Nożyczki i taśmę dwustronną,

20141008_132700

 

kupę dziwnych bajerów znalezionych w domu,

20141008_132740

i zabrała się do roboty.

Przyklejała, wkręcała, wycinała, kombinowała, i tak powstało to COŚ.

 

Oto jest, przedstawiam waaam….

TABLICĘ SENSORYCZNĄ ANTONINKI!

20141008_200012

I co, podoba się wam? Bo Antosi tak :) A to dla mnie najważniejsze :)

Jak na razie bawi się pod ścisłą kontrolą, bo jeszcze nie wymyśliliśmy, gdzie tą tablicę przymocować, więc teraz muszę ją przytrzymywać, gdy Tosia szarpie, kręci i maca, ale już wkrótce przyczepimy ją gdzieś na stałe.

Może i taka zabawka nie cieszy zmysłu estetycznego nas, rodziców, którzy powoli zapominamy, że tęczowy pluszak to nie była najfajniejsza zabawka świata, bo patyk przewyższał ją pod każdym względem, ale starałam się kombinować raczej w stronę patrzenia oczyma posiadaczki małych, ciekawych rączek :) Jestem dosyć zadowolona z tablicy, mimo, że zabrakło na niej dwóch bardzo ważnych wymarzonych przeze mnie elementów, czyli tradycyjnego zamka do drzwi, i pstryczka do światła; tego pierwszego nie kupiłam, a tego drugiego nie zamontowałam, bo wyrzynarka Małżona wyjechała na misję.W planie jest także dzwoneczek,rzep i kilka sznurów koralików do koszyczka- jak tylko dorwę takie rzeczy 😉 ) No patrzcie tylko- kawał dobrej roboty w stylu ZPT, zwłaszcza w wykonaniu baby o dwóch lewych rękach! (Rany, nie macie pojęcia, ile czasu spędzałam będąc w ciąży na blogach DIY marząc, że kiedyś będę potrafiła robić RZECZY!)

Okej, to teraz oprowadzę was po tym cudzie 😉

20141008_200024

Od lewej: górny róg, to- jak się domyślacie- owe kwiatki wątpliwej urody; nadają się do macania, szarpania, kiziania. W środku mają najprawdziwsze kwiatowe plastikowe słupki! Poniżej serce z papieru ściernego (oczywiście nie takiego mega ostrego!)- Antosia jest nim zafascynowana, spędza przy nim kupę czasu, głaszcząc je i drapiąc. W dół- dyndający łańcuszek, zawieszony tak, żeby zwisały oba końce- można z nim robić co tylko wpadnie do głowy. W prawo od łańcuszka- rozkosz dla oka i małych opuszków- cztery różne materiały: szorstka myjka do naczyń, kawał wykładziny i dwa rodzaje bawełenki. Powyżej kłódka…

20141008_200042…kłódka- z kluczykiem na dużym, złotym łańcuszku- wisząca na czerwonej wstążce; można bawić się w otwieranie i zamykanie, ale także trzaskać nią jak kołatką. Dalej widać seledynowy woreczek z celofanem (ach, jak szeleści!), poniżej zieloną kokardkę utrzymującą miziutki pomponik (wiecie, jak trudno jest zrobić pompon mając do dyspozycji mega-tępe nożyczki?!?!) do ugniatania i koszyczek z różnościami. Ciut wyżej łańcuch do drzwi (ciekawe, ile czasu zajmie Tosi rozbrojenie go :) ).

20141008_200048Od łańcucha w górę widać papier ścierny, tym razem cięty we frędzelki 😉 obok trzy różne, kolorowe wieszaczki (w tym jeden „na głowie”, a co, wolno mi!), poniżej srebrny (dla odmiany) łańcuszek, woreczek z fasolą, i kolejna próbka materiału. Dziurka na lewo od woreczka wywiercona była pod pstryczek-elektryczek, ale póki co została nie zakryta, i stanowi wartość sama w sobie: Antosia pcha do niej paluszki, żeby zbadać, co jest po drugiej stronie.

20141008_200228

 20141008_200210Do koszyczka przyczepione są gadżety: wstążeczka, piankowy papilot, i naciągany dinks na kartę (z poprzedniej pracy mi się ostał), a do środeczka włożyłam szyszunie :) no bo kto nie lubi sobie dotknąć szyszuni! ale oczywiście mogę uzupełniać kubeczek o to, co tylko przyjdzie mi do głowy.

TADAAAM!

I co, podoba wam się?

Myślę, że to całkiem fajna rzecz, mimo, że ta moja akurat dziełem sztuki nie jest 😉 Dziecko może rozwijać swoje zdolności manualne, cieszyć zmysły i pobudzać wyobraźnię.

Dajcie znać, co sądzicie o takich zabawkach! Jeśli macie na koncie jakieś DIY, pochwalcie się!

Ja marzę, że nauczę się kiedyś szyć, a wtedy zacznę robić maskotki dla Tosi i ozdoby do pokoiku. No co, trzeba marzyć!

I tym oto optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze pisanie! I pochwalę się, że jestem już gotowa do spania, i jest cień szansy, że się wreszcie wyśpię!

CIAO!

Spaniowe traumy

Cześć i czołem!

 

Tosia- jak wiecie- nigdy nie należała do dzieci, które lajtowo zasypiają. Zasypianie to było albo zawisanie na godziny na piersi (och, grawitacjo, bądź łaskawa dla e-mamy!), albo godzinne darcie, albo skakanie w chuście… tak czy siak nigdy nie należała do tych książkowych maluchów, które to zasypiają natychmiast odłożone do łóżeczka, albo grzecznie się w owym łóżeczku bawią, zanim spokojnie odpłyną w krainę snu.

Teraz sprawy zasypiania wyglądają lepiej, bo ostatnio Mr Tateł odkłada Tosinkę, buzi buzi, i ucieka na dół; Tosia płacze jakieś 2 minutki, po czym jest cisza i spokój- czyt: prawdopodobnie zasypia, a przynajmniej zaczyna się wyciszać.

Rytuał przed zasypianiem natomiast nadal ma znamiona zawisania na cycku, bo po kąpieli jest jeszcze godzinka zabawy z wielokrotnym zahaczaniem o piersi mamy. Dzisiaj, po trzydziestym zabawowym ugryzieniu małego psotnika, zakrzyknęłam: BASTA! Idziemy się pobawić na matę, byle jakoś spokojnie, bo przecież już pora wyciszania, a nie hulanek.

Pomyślałam sobie: oto nadszedł moment na zmianę rytuału, włączając w to moje wcześniej zaplanowane usypianie misiów. Z pudełka na buty i ręczniczków uczyniłam prowizoryczne łóżeczko, i przyniosłam „aktorów” nowej zabawy: specjalnie do tego wybranych Pana Mysz i Panią Żabę (nie lubimy ostatnio myszy, ale ta jest całkiem spoko :) ). Wymyśliłam sobie już jakiś czas temu, że te dwie maskotki od Cioci Ani będą właśnie wspomagaczami zasypiania, i oto dziś nadszedł ich czas…

 

Kamera...AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Kamera…AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Aktorzy scenki rodzajowej poza planem

Aktorzy scenki rodzajowej na planie po zdjęciach 

Usadowiłam Antosię na macie, usiadłam obok niej, i tłumaczę jej: Antosiu, teraz Pan Myszka pójdzie spać- wzięłam Pana Myszkę na rączki, ukołysałam, śpiewając: AAA , Kotki dwa… Patrzę, a tu buźka mojej córuni wykrzywia się w podkówkę! No wiem, że może nie śpiewam jak dawniej, albo może dobór piosenki o kotkach dla Pana Myszy był niezbyt delikatny, ale żeby od razu płakać? Nie rozpłakała się jednak. Dałam jej pocałować Pana Myszę, przytuliłyśmy go obie, położyłyśmy do pudełka… i WTEDY Antosia się rozpłakała na dobre!

Przytuliłam Antosię, i mówię jej: Pan Myszka zaśnie sobie, i będzie miał wesołe sny, a jutro wstanie, i będzie się z Tobą bawił! -Nic to nie dało, szloch trwał dalej.

Postanowiłam odciągnąć jej uwagę Panią Żabką- Zobacz Antosiu, Żabka sobie skacze wesoło!- tu już było lepiej z nastrojem. -Żabka skacze, ale już jest późno, musi więc iść spać! Daj Żabce buzi!- Tu Antosia dała buzi- Zrób Żabce „moja, moja”- Tu Antosia łaskawie dała się objąć łapkami Żabki- sama nie tuli na zawołanie byle kogo 😉 . No, to teraz zrób Żabce PA PA, Żabka idzie spać razem z Myszką.

ANTOSIA W RYK.

 

Zobaczcie, jakież to smutne! Koniec zabawy, trzeba iść spać! Antosia nie lubi iść spać.

To dziecko nie przestaje mnie zadziwiać- była w stanie przełożyć sobie całą sytuację, wczuć się w cierpienia Myszki i Żabki, które muszą iść spać, i które, tak jak ona, zapewne nie lubią tego strasznie!

Wyszło tutaj (ponownie), jaką traumą jest dla Antosi temat spania.

Stwierdziłam, że tym bardziej będę odgrywać wieczorny teatrzyk, żeby tą straszną paskudę zwaną snem jakoś oswoić, żeby Antosia widziała, że ani Pan Myszka, ani Pani Żabka nie mają nic przeciwko spaniu.

 

No, to Dobranoc!

Szykuję się do wpisu o Tosinej tablicy sensorycznej maminej roboty :) Chciałam już to wrzucić, ale stwierdziłam, że przygotuję się lepiej, i napiszę z pomocą Mamy Ewy coś na temat zabawek- tych mądrych, i tych trochę mniej.

Do zaś więc!

 

Co umie Tosia 11 miesięcy po przyjściu na świat

Dziś Tosia kończy 11 miesiąc życia. Pora na podsumowanie z cyklu „co potrafię”- a jest się czym chwalić, taka mała Antoninka bowiem w ostatnich dniach „łapie” masę rzeczy!

Na początek powiem, że wreszcie zaczęła raczkować! Najpierw ostrożnie, kroczek po kroczku, a potem „z kopyta”! Oczywiście, że jeszcze nie osiągnęła swojej najwyższej formy, ale ja aż podskakuję z uciechy patrząc, jak posuwa się naprzód np za toczącym się kasztankiem! Bo moi drodzy, jakbyście nie wiedzieli, kasztanki są super.

Tosia od kilku dni stanowczo odmawia swojej popołudniowej drzemki, czyli śpi tylko podczas porannego spaceru. Może gdy wyjdą te zęby, co nam spać nie dają po nocach (albo- obstawiamy- skończy się ostatni w tym roku skok rozwojowy, który nam snu żałuje), to Tosia WRESZCIE będzie przesypiać całą noc? Znowu musiałam przeprowadzić się na dół, a Tateł opiekuje się Tosią w sypialni, bo przez nasilenie ząbkowania ponownie „zawisła” na piersi i końca nie było (podobnie jak wtedy-> KLIK); teraz jest „na odwyku” 😉 a ja latam do góry na karmienie gdy Tateł puści mi sygnał na komórkę, i wracam spać do „salonu” (SALON dumnie brzmi, nie ma co!).

Gdy ostatnio Tateł próbował Tosię uśpić po południu, nic z tego nie wyszło, natomiast gdy zeszli, okazało się, że córcia „naumiała się” nowej sztuczki: Tateł pokazał jej jak się otrzepuje ręce z brudu, wiecie, takim klaskaniem, i Tosia podłapała 😀 Normalnie nie ma większej uciechy niż oglądanie jej pracowitego otrzepywania łapek!

No, może jedna większa jest: obserwowanie Antosi jak „macha jęzorkiem” 😉 Jednego dnia gdy jechaliśmy samochodem z wyjątkowo niezadowoloną z życia (czyt- śpiącą) Antoninką, zaczęłam wydawać z siebie dziwne dźwięki z użyciem języka, w celu odwrócenia jej uwagi od narzekania. Poskutkowało, i to lepiej, niż mogła bym przypuszczać, bo Tosia po chwili podłapała patent, i zaczęła go powtarzać! Nie za bardzo mogę wam opisać ten motyw, bo nawet nie jestem w stanie złapać dźwięku i wymyślić słowa dźwiękonaśladowczego, żeby to opisać, ale uwierzcie mi- w wykonaniu malutkiego jęzorka jest to coś genialnego :D! Poza tym w repertuarze dźwiękowo- buziowym mamy też granie na wardze jednym palcem, kilkoma, albo całą łapką.

Tosia jest ostatnio na NIE. Tzn nie tak, że jej nic nie pasuje, ale potrafi przecząco kręcić głową, więc komunikacja asertywna na wysokim poziomie :) często prowadzimy sobie dialogi, i córcia nam odpowiada, śmiechy z tego wychodzą :)

Ech, zapomniała bym o najważniejszym! Antoninka TAŃCZY! I to maniakalnie! Puszcza sobie muzyczkę na swojej dźwiękowej zabawce, i podryguje radośnie do rytmu, czasem zatrzyma się, żeby poklaskać, czasem podśpiewuje. Kupa z tym radości! Ostatnio miałam nie lada problem zachować powagę, jak w dobie kryzysu nocnego próbowałam córcię uśpić śpiewając jej kołysankę, a ona zaczęła wywijać do rytmu! Potrafi znaleźć rytm do tańca nawet w moim stukaniu butem o podłogę- nieodrodna córeczka mamusi 😀 !

Nie wspominałam o tym wcześniej, a zaczęło się jakoś po 9 miesiącu, gdy maluch zaczął siadać samodzielnie- skończyły się dobre czasy lajtowego przewijania. Antonina uważa, że leżenie wyszło już z mody, i każda chwila spędzona na plecach jest chwilą straconą- sekundę po położeniu jej do zmiany pieluchy muszę się z nią siłować, by utrzymać ją w tej pozycji, bo mi cwaniak ucieka z przewijaka! Do tego dochodzi wspinanie i wstawanie przy każdej możliwej okazji- pełen wypas!

Z psem komunikuje się też coraz intensywniej: gdy tylko słyszy, że Ventis szczeka na zewnątrz, Tosiaczek zatrzymuje się, rozgląda za źródłem dźwięku, po czym odpowiada mu swoim niby-basem: HOOO HOOO HOOO!!!

A komunikacja z ludźmi?!?! Toż Tośka to bajerant numer jeden! Zaczepia panie na ulicy, panów w autobusie, staruszki w sklepie, młodzieńców w drodze do domu… cały świat nagle pełen jest przyjaciół! Tosia daje „cześć”, przybija „pionę”, i każdego wybrańca obdarowuje zębatym uśmiechem 😀 Taka ta nasza Tosinka!

W ogóle od pewnego czasu jej rozwój jest galopujący, wszystko zmienia się błyskawicznie, Antonina łapie masę rzeczy poprzez wszystkie zmysły; obserwuje, słucha, powtarza coraz więcej- nigdy nie wiemy, kiedy pokaże coś nowego, tudzież w czym nas będzie próbowała naśladować. Nie jestem w stanie opisać nawet cząstki tego, co ostatnio pokazuje, opisałam więc te najbardziej łatwe do uchwycenia umiejętności. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak bardzo ten wpis zubaża prawdziwy zasób jej osiągnięć- toż to czas lawinowego rozwoju!

Antonina ma już 11 miechów. Kosmos.

 

Jak rozwinął się temat pieluch i BLW

Cześć kochani,

na początku pokażę wam jak mniej więcej wygląda nasza córcia w tej chwili, jeśli chodzi o zęby 😉

O TAK:

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Żeby tego było mało, w miejscu czułków Tosia ma dwa ślady po ataku komarów! więc poza kolorem skóry prawie wszystko się zgadza 😀

To tak, gwoli rozgrzewki 😉

Na szybciuchno (jasne, jaaasne, znacie mnie, zaś się rozpiszę!) – obiecałam sobie, że napiszę, jak potoczyło się parę spraw, o których pisałam wcześniej, czyli: BLW i PIELUSZKI, do tego „dodam w gratisie” kilka patentów powiązanych.

Opisywanie tematu pieluszek porzuciłam po ostatnim wpisie, czyli jak nam się pieluchowało na początku, a to błąd, bo po przeczytaniu tamtego wpisu mogliście stwierdzić, że jednak pieluszki wielorazowe to takie utrudnienie życia, bo przecieka, bo pranie, bo „ból w dupie” generalnie- eko wymysł i tyle. Dlatego właśnie wracam, bo przecież już od paru miesięcy pieluszkujemy w ten sposób 😉 I wiecie co? Nie zamieniła bym tego na nic w świecie! Nie mam pojęcia, czemu na początku pieluszki nam przeciekały, mogę tylko podejrzewać, że potrzebowały kilku prań więcej, niż zalecił sprzedawca, albo problemem mógł być proszek, którego używaliśmy, a który zawierał w sobie zmiękczacz- płyn zmiękczający może zmniejszać chłonność, o czym informację mieliśmy, ale nam umknęła. Skóra na pupce Tosi jest nadal bez problemów, mimo, że jest smarowana tylko na noc (nadal używamy na noc pieluch jednorazowych czyli pamperozy, mimo, że śmierdzi ohydnie 😉 ). Do tego nasze rachunki za wodę i prąd nie zwiększyły się katastrofalnie, a kasa wydana na proszek Nappy Fresh który dodaje się do prania pieluch w celu „odkażenia” jest naprawdę niezauważalna w porównaniu z kasą wydawaną na pieluchy jednorazowe w przeszłości. Pranie i suszenie pieluszek nie zabiera mi masy czasu, a pozbywanie się kuponów z pieluch nie powoduje palpitacji serca, tudzież najdrobniejszego skrętu żołądka- przecież każda mama z kuponami jest za pan brat, a do tego z czasem ich konsystencja poważnie ułatwia sprawę- just shake it out baby! 😉 Wystarczy wytrzepać nad kibelkiem „i sprawa jest czysta” jak to śpiewał na zalanej deszczem Brackiej pan G. Turnał. Następna sprawa- w moim domu NIE CZUĆ KUPY W POWIETRZU, zapewniam was, chyba, że ktoś celowo wsadzi nos do kosza z pieluchami- tam owszem, aromat jest silny (raczej siuśkowy niż kupkowy)- ale to już wybór śmiałka.

Na dodatek nabawiliśmy się (w odpowiedzi na moje prośby) pomocy naukowej zwanej BIDETKĄ, która pomogła mi wybrnąć z kilku „sticky spots” 😉 Czyli pozbyć się nieco bardziej przyciężkawych tematów z pieluszki. To taki przepiękny wężyk zakończony pistoletem strzelającym wodą. Zazwyczaj służy do tego, co klasyczny bidet, jednak dla takich pomysłowych dobromirów jak ja i Człowiek Polibuda zwany Małżonem, służy do wielu innych rzeczy, zwłaszcza do spłukiwania mini gówienek z pieluszek :) Tak na serio patent znalazłam gdzieś na youtube u jakiejś pani z US, która wprowadziła mnie swymi filmikami w arkana sztuki pieluchowej, ale wybaczcie, za nic nie przypomnę sobie kim była ta dobra kobieta, i nie wkleję linka do filmiku- po prostu oglądałam to zbyt dawno temu, by pamiętać.

Bidetka wygląda o tak:

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka robi "siiiiii"

Bidetka robi „siiiiii” (oczywiście z większym ciśnieniem niż na zdjęciu)

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

zawieszka przymocowana do ściany

zawieszka przymocowana do ściany

i jest naprawdę przydatna, a jej montaż nie był wybitnie trudny (zresztą dla Człowieka Polibudy nie ma trudnych rzeczy!), więc polecam każdemu. Jeśli ktoś planuje używać tego głównie w celu klasycznym, proponowała bym podpięcie do ujęcia ciepłej wody, bo my poszliśmy na łatwiznę i podpięliśmy do dojścia wody do spłuczki, i o ile latem zimny prysznic w tyłek może działać podwójnie odświeżająco, o tyle zimą na bank nie będzie to do użycia w ten sposób 😉

 

Kolejny patent to ściereczki do podcierania zamiast jednorazowych nawilżanych któż wie jaką chemią chusteczek. Zakupiony przeze mnie system wygląda tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko małe na czyste ściereczki nasączone wodą z lawendowym olejkiem eterycznym. W pudełku dużym- zużyte ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pudełko na zużyte ma „wbudowany” woreczek do prania- gdy jest pełen- wystarczy wyciągnąć, zaciągnąć sznureczek, i wio do pralki!

I o ile mocno go sobie chwalę, o tyle na serio można zrobić to sobie metodą domową, np z flanelowych pieluszek, i nie zabulić za to miliardów, tak jak zrobiła to łasa na gadżety wasza kochana e-mamuśka… (Zresztą poniżej znajdziecie kolejny patent, który jest dokładnie tańszą wersją tego tu). Zawsze jak piorę pieluchy zgarniam przy okazji brudne ściereczki, których nawet nie trzeba potem suszyć, zalewam je tylko wodą z olejkiem lawendowym, żeby pachniały, i były wilgotne- tadaaam, ot i cała filozofia, kasa zostaje w portfelu, a do tego ręczniczki nigdy się nie kończą 😉 Life is good! 😉

A, od razu pokażę wam moją organizację przewijaka, jak szaleć, to szaleć! My lubimy old school, a poza tym używamy rzeczy, które są pod ręką, więc Człowiek Polibuda przykręcił stary kawał blatu do stelaża cudnej maszyny Singer (zaznaczam, że to użycie jest tymczasowe, absolutnie nie dewastujemy takich precjozów, zwłaszcza, jeśli działają!) na blacie jest zwykły przewijak „nałóżeczkowy”, a pod blatem przechowujemy pieluszki; wygląda to wszystko o tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kosz na zużyte pieluszki, z workiem do prania. Ma szczelną pokrywę, ale i tak warto wkropić trochę olejku herbacianego, dla walki z ewentualnym powiewem przy otwieraniu 😉 Oryginalnie kosz jest do pieluch jednorazowych, ale i tak się sprawdza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękna maszyna! Na dole pudełko na wkłady do pieluch. Z boku „wiszą” pieluchy jednorazowe, których używamy już tylko na noc (taka paczka starcza nam na ponad miesiąc!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A tu stojak już załadowany pieluchami. U góry przewieszone kieszonki, na dole w pudełku wkłady.


Jak widzicie, nie trzeba wydawać dodatkowej kasy na przewijak na stojaku, żeby wszystko działało jak należy 😉

 

To chyba tyle na temat pieluszek, jeśli macie pytania to walcie śmiało. Ja się podpisuję pod pieluchowaniem wielorazowym rękami, nogami i wilczymi łapami, u nas sprawdza się super.

 

Drugi temat to BLW. (po wstępne informacje o BLW klikaj TU)

Wiecie co? Tosinka, która nic nie chciała jeść, jest teraz zapaleńcem spożywczym! :) Dzisiaj np po raz pierwszy przypomniałam sobie, że planowałam zmienić jej kaszkę z tej dla alergików na zwykłą mannę. I co? Tosinka straaaasznie się krzywiła, bo konsystencja nieco inna, no i smak nie ten, ale jak oddałam sprawę w jej łapki- zajadała się jak szalona! Fakt faktem, robiła takie miny, jakby miała zaraz wszystko wy..rzucić z siebie, no i dużo nie zjada, ale to, że jest chętna by jeść, zachwyca się nowymi smakami i fakturami, a łapka od razu śmiało wędruje z jedzeniem do dzióbka, jest moim dużym powodem do radości. Poza tym- jest taka samodzielna!

Teraz powiem wam tak: bałaganu z tym mniej, niż sądziłam 😉 . Pod krzesełkiem jest dyżurna cerata, po każdym posiłku trzeba umyć krzesełko i stoliczek, a bardzo często i całe dziecko 😉 ale myślę, że jakbym karmiła ją łyżeczką, wyszło by nie raz na to samo- co za różnica, czy myję tylko łapki i buźkę, czy od razu stópki (suuuper masuje się je na poślizgu z kaszki, tak przynajmniej wygląda to gdy patrzę na jej zadowoloną minkę gdy pakuje kaszkę między paluszki!), rączki i główkę? 😉 Po prostu rytuałem stała się „szybka kąpiel na brzegu zlewu”. Do tego wielkim plusem jest fakt, że nasza BLW przygoda zaczęła się latem, kiedy Tosia smaruje kaszką nie ubranka, a swój „tors gladiatora”. Zamiast małego śliniaczka już od dawna stosuję „togę” z pieluszki, bo Tosia leci po całości, ale co za różnica, i tak się wypierze. Ściany nie ucierpiały, podłoga obrywa rzadko i tylko w niewielkim promieniu- zawsze na ceracie! No i do tego wszyscy jemy posiłki razem- to dosyć fajna sprawa. Gotowanie dla Tosi nie jest wielkim problemem, póki co to zupełne podstawy, czyli: wsadzam do rondelka kawałek mięska/rybki, ziemniaczki pokrojone we frytki, marchewka w słupkach, czasem makaron, co drugi dzień gotuję jajko na twardo i daję Tosi kawałek, czasem cukinia czy dynia. Gotuję do miękkości, bez przypraw, potem wyławiam wszystko,mięsko/rybkę rozdrabniam, pakuję na talerzyk, stawiam przed Tosią, i siadam do swojego obiadu. Planuję zacząć gotować dla nas wszystkich, ale póki co tak mi jest łatwiej. Zresztą dziś zamówiłam książkę kucharską BLW, zobaczymy, co w niej ciekawego znajdę. Jak dostanę i poczytam- pewnie dam znać.

Co do BLW patentów, to już wspomniałam o myciu, pieluszce zamiast śliniaka, ale do tego na mniejsze potyczki mamy domowej roboty ręczniczki, właśnie z pieluszek flanelowych, super miziutkie, i pachnące lawendą. Zakupiłam na allegro pudełko na nasączane chusteczki, i wsadziłam do niego uszyte przez moją mamę ściereczki. Zawsze trzymam je pod ręką na szybkie wycieranko, i piorę z obojętnie czym, czyli z każdym praniem, które akurat wsadzam do pralki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko po pierwszych chusteczkach, przemianowane na pojemniczek na ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otwórz wieczko, włóż ściereczki, dolej trochę wody z pachnącym olejkiem, i voila!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a potem przez dziurkę wyciągaj flanelcię gdy potrzeba :)

Takie właśnie są nasze patenty ułatwiające życie.

Oczywiście jak szykowałam się do macierzyństwa, chciałam mieć wszystko z metką, pachnące, oryginalne i tak dalej, ale w sumie po pierwszej wizycie położnej środowiskowej i dyskusji o skórze na pupce dziecka i tym, co mogą zrobić jej nasączane chusteczki (jeśli ma się pecha), to zaczęłam patrzeć na różne sprawy nieco inaczej. Na dodatek po urodzeniu wiele rzeczy uprzednio istotnych straciło zupełnie znaczenie, bo teraz wiem, że dziecko najbardziej potrzebuje miłości, przytulenia, jedzenia i poczucia bezpieczeństwa, a to spokojnie dostaje i bez tych wszystkich cudów, które nakręconym młodym rodzicom próbuje wcisnąć kapitalistyczny świat ;).

To tyle na dziś. Ściski!

Ach, była bym zapomniała… planowałam przedstawić wam postać Małżona!

Oto więc mój Wspaniały Małżonek, Człowiek Polibuda i Tateł w jednej wesołej osobie

Pan Tateł

CAŁKIEM WESOŁY TATEŁ :) czyli człowiek talerzo-melon

PAPA!

 

 

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

Osiem miesięcy wspólnej drogi

Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? tak? to ja sobie tutaj usiądę.

 

Tak to usiadłaś sobie obok mnie, i jedziemy razem przez życie, już od ośmiu miesięcy razem.

Usiadłaś? Hmm, no nie do końca. Już coraz z tym lepiej, ale z okazji dziedzicznego lenistwa (po ojcu, na pewno po ojcu! Mama przecież w ogóle nie jest leniwa… 😉 )- średnio chce Ci się ćwiczyć fizycznie. No wprawdzie turlasz się na boczki, łapiesz łapkami co tylko chcesz, podajesz sobie zabawki nóżkami do rączek, jeśli są za daleko, z brzuszka na plecki, z plecków na brzuszek, brakuje tylko fikołków i stania na głowie 😉 ale do siadania czy pełzania trochę Ci brak chęci… No okej- jesteś wyjątkowo ergonomicznym dzieckiem, po co spalać kalorie, jak fałdeczki są takie ekstra słit :) Mama i Tata przecież mogą mnie trochę podeprzeć, bo przecież już takie mam silne te plecki, wcale nie muszę się uczyć jak siada się samemu- bo i po co 😉

Ten miesiąc to mimo wszystko czas szalonego rozwoju- nawet, jeśli nie ruchowego (ja wiem, że to jeszcze tylko parę tygodni, ale ja już się nie mogę doczekać, aż siądziesz sama, dlatego marudzę! Wybacz!). Po tym ostatnim skoku rozwojowym (kryzys oczywiście przypadł w dzień, kiedy byłyśmy same, tateł w delegacji!) przestałaś bawić się zabawkami- ty je ROZKMINIASZ. Rozkładasz na czynniki pierwsze swoimi oczyma, potem łapkami, obliczasz masę wzorów- widać to wszystko w Twoich minach pełnych zastanowienia! Specjaliści w internetach mówili, że prawdopodobnie po tym skoku rozwojowym tworzy się u dziecka inteligencja- jestem skłonna się z nimi zgodzić! Wykminiasz co jak działa,np że jak uderzysz łyżeczką o stół- będzie dźwięk, że jak zegniesz szyję żyrafy- będzie pisk, że jak coś rzucisz- mama poda :) No pewnie, bo rzucanie to najlepsza zabawa!

Rzucę łyżeczkę na podłogę, nie dość, że łyżeczka się przemieści, zrobi ładne „brzdęk”, to na dodatek mama poda mi ją znowu! O, rzucę sobie raz. I znowu. I znowu. Fajne to! Rzucę więc ponownie! Mama nie podaje? o co chodzi? Krzyknę, może się ocknie, i znowu poda. Podała :) Ta mama to jednak mądra jest kobieta.

Poza tym –mama ma nos. 

Tosia potrafi pokazać gdzie jest mój nos, gdy zapytam: Tosiu, gdzie mama ma nos? Cap- łapie za nos, ze szczególnym uwzględnieniem wsadzania paluszków w dziurki.

Tosiu, a gdzie mama ma buzię? – Tu dwie tłuściutkie łapki chwytają mnie za usta. Brawo, dziewczynko! Jesteś taka mądra! Po mamusi! 😉

Bo tylko Mamusia ma nos i buzię, bo sobie na to zapracowała- za każdym razem, gdy mnie Tosia łapała mówiłam głośno: NOOOOS, albo BUUUUZIA. Tata tak nie robił, więc Tosia nie wie, że Tata też ma nos- nigdy jej nie uświadomił 😉 U taty to „takie coś”, a u mamy „nos”, ot i wszystko! Bez pracy nie ma kołaczy, Panie Tato! Ależ jestem dumna z tej mojej dziewczynki!

Ach, no tak, mama ma też cycuszki… które Tosia potrafi już namierzyć siedząc mi na kolanach, i próbuje upolować je w każdej możliwej sytuacji, ba, nawet czasem próbuje rękami ZACIĄGNĄĆ JE SIŁĄ do swojej leżącej daleko buźki! Ech, życie jest piękne….

No, i nie można pominąć faktu, że ten miesiąc był miesiącem ZĘBÓW!!! To dlatego nie było czasu na blogowanie- dni były dłuuugie i pełne żalu i marudzenia- no przecież to boli Mamo, to jak mam nie marudzić! Nawet mi ostatnio krew leciała, sama widziałaś przecież!

Tosinka wygląda teraz jak mały łobuz, brak jej tylko procy w rękach i kamienia! Bo Tosi rośnie „Jedynka” u góry! A pod osłoną tej Jedynki, prawie nie zauważona (bo przecież taka Jedynka to nie byle co!), pojawiła się i Dwójka! I co śmieszniejsze- Jedynka jest z lewej strony, a Dwójka z prawej, przez co Antoninka jest teraz SZCZERBATA 😀 Bo ma tak: ząbek-przerwa-ząbek :) Dlatego właśnie wygląda jak mały rozbójnik, taki, co to bił się na placu zabaw, i wrócił do domu z wybitym zębem :) Są już ząbki u góry, i na dole- najwyższa pora nimi ZGRZYTAĆ! Co rano Tosia ćwiczy na zębach piosenki wesołe, że U-HA HA! A mi stają włosy dęba :) Anyway- status na dzień dzisiejszy to CZTERY ZĘBASY. A druga Jedynka już się też szykuje do ataku. I właściwie masę innych też się rysuje pod dziąsłami! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…

Żeby to tylko była taka radocha, te ząbki… niestety jest to też marudzenie, i straszne żale w porze wieczornej i nocnej; ile razy nie umiałaś zasnąć, moja kochana dziewczynko, ile razy budzisz się w nocy, pchając obie rączki do buzi i wołając do nas żałośliwie: BABABABABABA! Usiłując nam wytłumaczyć, co się złego stało, że się obudziłaś… większość nocy kończy się tym, że znowu śpimy wszyscy razem w łóżku, ale mimo prób odkładania Cię- czasem po prostu się nie da, ewidentnie za bardzo cierpisz- a czasami zwyczajnie jesteśmy zbyt nieprzytomni, żeby za długo walczyć. Nie ważne, i tak dzielnie zasypiasz sama wieczorami w łóżeczku. Mamusia jest z Ciebie dumna (i z Tatusia, który- mimo częstych Twoich buntów- dzielnie Cię usypia).

 

Miesiąc ósmy za nami, a my dalej głównie (jeśli chodzi o dietę) „na piersi”… ale uwaga- wzięliśmy się już za BLW, czyli: dziecko je samo 😉 Ku mojemu zdziwieniu- nasza Pani Doktor poleciła nam tą metodę rozszerzania diety- miałam ją raczej za osobę starej daty, która zganiła by moje „nowoczesne fanaberie”, ale chylę czoła, i biję się gromko w pierś wołając „mea culpa, wybacz zwątpienie”- Pani Doktor idzie z duchem czasu, a BLW miała sprawdzone na swojej wnuczce, i poleca bardzo bardzo. Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości czy dobrze robię pakując się w tą uroczą i jakże bałaganiarską metodę karmienia- minęły bezpowrotnie (więcej o BLW jak mi czas pozwoli, w innym wpisie, który zaczęłam szkicować jakieś sto lat temu)! Mam zaufanie do moje Pani Dr- jest bardzo chwalona przez rodziców. BLW- kupa radości, a ile przy tym brudzenia!

Apropos brudzenia- kąpiele też się ostatnio zmieniły. Nie jest to już- jak uprzednio- zrelaksowane leżenie na wodzie, podczas gdy mama ogarnia mycie wszystkich części ciała. Teraz to jest chlapanie nóżkami, łapanie mamy za co popadnie, a na koniec, jak już wszystko jest czyściutkie, jest ten najlepszy moment: Mama podnosi Tosię do pozycji siedzącej (jeszcze ją musi troszkę podpierać), Tosia cieszy się, klepie brzegi wanny łapką, wychyla się po różne butelki z szamponami czy innymi kolorowymi płynami, wierzga nóżkami, a potem przychodzi Tatuś, i robi: chlapu-chlap! po brzuszku, pleckach, i rączkach! I wtedy jest kupa śmiechu i radości! Za niedługo to ja będę już siedzieć całkiem sama, i wtedy, Tatusiu kochany, to ja Ci zrobię chlapu-chlap! Ciekawe, czy będziesz się wtedy śmiał, tak jak ja :)

Śmieje się nasza Tosia także podczas nowej zabawy- zabawy ósmego miesiąca, czyli skakania na piłce do pilatesu- w każdej pozycji! Czy to na plecach, na brzuchu, na siedząco- piłka zawsze jest ekstra, zwłaszcza, że od czasu ciąży zupełnie nie używana przez mamę… nawet bawimy się nią w FIFA 2014- Tosia uwielbia, gdy trzymam ją pod paszkami i razem gonimy piłkę, wybijając ją coraz dalej dyndającymi nóżkami Tosi. Taka z niej wygimnastykowana dziewczynka, a co!

 

Tosiu! Jesteś naszym aniołkiem, coraz większym, coraz mądrzejszym, coraz bardziej świadomym otaczającego Cię świata, i różnych zależności występujących na nim. Jesteś małym leniuszkiem, i małym geniuszem. Byłaś i jesteś moim największym CUDEM. :*

Znowu o spaniu

 

Halo halo!

Nie odzywam się, siedzę cicho, chodzę trochę na paluszkach. Boję się głośniej odetchnąć, żeby nie zapeszyć. Ćśśśśś, Tosia śpi…

 

20140525_182806

 

Temat się pojawia, myślę, ostatni raz. Pisałam już przecież o spaniu, pierwsze podejścia do samodzielnego usypiania Tosi (o, tutaj!), i w sumie chyba powinnam teraz ugryźć się mocno w język (czy raczej trzepnąć po łapkach, skoro piszę, a nie mówię 😀 ), albo co gorszego sobie zrobić za to poprzednie psioczenie na książkowe mądrości ;).

Doszliśmy znowu do momentu, kiedy „tonący brzytwy się chwyta” jeśli chodzi o usypianie maluszka. Wszystko przez początki ząbkowania… A było to tak:

Tosinka, jak być może wiecie (Ci, co czytali wcześniejsze wpisy pewnie wiedzą 😉 ), jest dzieckiem zupełnie bezsmoczkowym. Odrzuca wszelakie smoczki, również takie z butelki, bo po co sobie silikonem po buzi machać, skoro jest cycuś mamy na zawołanie. Od początku byliśmy przekonani, że nie chcemy smoka wprowadzać, łapaliśmy za niego tylko w przypadkach czarnej rozpaczy (np wielogodzinny płacz po szczepieniu), ale wtedy już i tak było za późno, bo Antoninka nie chciała go tknąć. Myślimy se: fajnie, nie trzeba będzie odzwyczajać! I postanowiliśmy zarzucić próby oswojenia córeczki z tym sprzętem.Nadszedł jednak czas ząbkowania, i na naszym wieczornym cudnym niebie pojawiły się chmury rozpaczy. Tosia była smętna, rozdrażniona, więc jak to ja- tuliłam, tuliłam tuliłam. Wieczory bywały trudne, smarowaliśmy dziąsełka żelem, ale czasem po prostu żałość była taka, że żel sam czarów nie zrobił- całe szczęście pierś mamy jest dobra na wszystko. W tym czasie Tosia zaczęła się często budzić w nocy, a jak już wcześniej pisałam- usypiała mi tylko przy piersi, więc żeby ją uśpić z powrotem- podawałam pierś. I tak wiele razy w ciągu nocy. Po jakimś czasie doszło do takiego hardkoru, że Tosia UZALEŻNIŁA SIĘ od piersi! Zupełnie jak te dzieci, które zasypiają ze smoczkiem, i płaczą, kiedy przez sen wypadnie im z buzi! Bywały noce, kiedy spała zupełnie normalnie, ale bywały i takie, kiedy np od 1:30 co chwila szukała piersi; żeby dziecko przespało noc, ja musiałam być na baczność, i pilnować, żeby cycek był w zasięgu! Oczywiście w tej chorej sytuacji nie wysypiałam się ani ja, ani Tosia. Powiedziałam więc sobie, że pora na drastyczne akcje, byle tylko przywrócić naszemu życiu jakąś normalność.

 

Mój Małżonek jest akurat w trakcie pewnych zmian zawodowych, i od zeszłego piątku jest na urlopie. Mieliśmy zaplanowanych kilka spraw na ten czas, kiedy oboje będziemy w domu, najważniejszą z nich było NAUCZENIE ANTONINKI SPAĆ. Wiecie, że tzw metoda 3-5-7 to masakra, tylko dla ludzi o mocnych nerwach- jest bardzo bliska wypłakiwania dziecka, na co ja się całkowicie nie piszę. Akcję więc musiał przeprowadzić Małżon, człowiek o ciepłym sercu, acz stalowych nerwach.

Dla tych, którzy się nie orientują, szybko i ogólnie nakreślę o co chodzi w metodzie 3-5-7. Jest to metoda uczenia dziecka spać samodzielnie- może dla niektórych jest to zwyczajnie normalne, i naturalne, że dziecko zasypia sobie samo w swoim łóżeczku- dla tych wszystkich GRATULACJE, trafiliście na dobry model, bo niewiele dzieci tak ma :) Anyway, metoda idzie tak: kiedy widać po dziecku pierwsze oznaki zmęczenia, np tarcie oczu, ziewanie, kładziemy dzieciątko w łóżeczku, mówimy dobranoc, papa, buzi w czółko, czy co tam jeszcze chcecie, po czym zostawiamy malucha w łóżeczku. i wycofujemy się z pokoju. Dziecko, które do tej pory przywykło zasypiać przy rodzicach/przy piersi/we wspólnym łóżku, na początku czuje się zdradzone, nie wie, co jest grane, więc zazwyczaj okazuje to strasznym, żałośliwym płaczem. NIE WCHODZIMY OD RAZU by je pocieszyć, odczekujemy 3 minuty, i dopiero wtedy wracamy do niego. Zasada jest taka, że nie wyciągamy dziecka z łóżeczka, żeby je pocieszyć i uspokoić; możemy więc do niego mówić, głaskać je, śpiewać mu, tłumaczyć, że je kochamy, i to dla jego dobra, ale NIE WYCIĄGAMY Z ŁÓŻECZKA. Po około 2 minutach wychodzimy znowu (nawet, jeśli dziecko płacze nadal). Następne wejścia są po 5 i po 7 minutach. Potem wchodzimy co 7 minut, zawsze na ok 2 minutki. Po jakimś czasie dziecko zasypia. Zazwyczaj. Nasza pierwsza próba dowiodła, że nie działa to zawsze, my wymiękliśmy po ok godzinie- pewnie, mogliśmy wtedy zacisnąć zęby, i dać dziecku płakać drugą godzinę ( i tak ostro, że wytrzymaliśmy aż tyle, czułam się jak wyrodna matka!), i zobaczyć co się stanie, ale serio- kto wytrzyma coś takiego??!! Prawda jest taka, że niekiedy trzeba odłożyć tą metodę na półkę, i wrócić do niej kiedy dziecko jest starsze. Owszem, w książce, którą przeczytałam na ten temat była taka wzmianka, ale wiecie, jak to jest, jak baba napakowana po ciąży hormonami słucha, jak jej dziecko płacze, i wyklina na wszystkich, którzy coś takiego wymyślają, jakimi to są nieludzkimi draniami, którzy pewnie w życiu dziecka nie mieli!!!!!!

Pewnie nigdy nie wróciła bym do tej metody, gdyby nie zrodziła się wraz z ząbkowaniem ta patologiczna zależność od piersi… było to hiper przerysowanym dowodem na to, że Tosia nie potrafi się sama wyciszyć, i że naprawdę trzeba coś z tym zrobić.

Klamka zapadła. Od piątku bierzemy się za usypianie! (Piątek- ten przedwczoraj :D)

Standardowo w okolicy 15stej Tosia zaczęła trzeć oczka, i stawać się małym zmierzłym ludzikiem, czyli mówić niewerbalnie: jestem zmęczona, mamo, idziemy się potulić. Standardowo wzięła bym ją na ręce, poczłapała schodami do sypialni, wpakowała bym nas obie do łóżka, wyciągnęła cycka, zapakowała go Tosi do dziobka, walczyła przez jakieś 20-40 min z zadowoloną, wiercącą się pociechą, po czym nadszedł by sen. Oczywiście ten sen nie powodował by uwolnienia cycka, to by się stało (przy dobrych wiatrach) po jakiejś godzinie, gdy sen byłby mega głęboki.O ile w ogóle…

Ale tym razem nie było STANDARDOWO. Tym razem mamusia po nakarmieniu Tosi pocałowała ją, oddała Tatusiowi w ręce, po czym Tatuś skierował się na pięterko, a mamusia poleciała w te pędy po swoje gigantyczne słuchawki, i włączyła audiobooka na cały regulator, żeby nie słyszeć tego płaczu. Szczerze, to wyemigrowałam do ogródka, pomodlić się za powodzenie całej akcji, i zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć, jaka krzywda dzieje się mojemu dziecku. W ten sposób odchwaściłam okolice krzewu różanego, ogarnęłam podkaszarką trawę przy płotku warzywnika, i pokonałam jaskółcze ziele atakujące nasz rabarbar. Po tym czasie stwierdziłam, że mam zjarane ramiona, połamane plecy, i że mam dosyć roboty. Podniosłam się z pozycji pokrzywiono-zgiętej, i mym oczom ukazał się tata, niosący w ramionach lekko zapłakaną Tosiałkę.

NO I JAK PANIE TATO? Było mocno strasznie? Była tragedia? Była lipa?

Pan Tata zdał sprawozdanie, że Tosia po ok 15 min płaczu zasnęła, po czym obudziła się po jakichś 40 minutach, i rozdarła, zrozumiawszy, że to wstrętne traktowanie to nie był sen. Całe szczęście pojawił się tata-rycerz na niebieskim koniu, i uratował Tosię ze szczęk złego łóżeczka.

Uff, 15 min to nie tak źle, pomyślałam (znowu- wyrodna matka!), zwłaszcza w kontekście naszej pierwszej próby, oraz tego, że samej Tosi udało się zasnąć dużo szybciej, niż zazwyczaj usypiała ze mną. Okej, gramy dalej, jeśli tylko Pan Tata się zgadza.

Pan Tata się zgodził.

Nadszedł wieczór. Po kąpieli i wieczornym mleczku z mamusinej piersi, Antoninka ponownie udała się z tatusiem do sypialni. Nie zdążyłam jeszcze dobrze założyć słuchawek, a już słyszałam łamiące serce krzyki. Czy my aby dobrze robimy? Czy dziecko nie będzie miało traumy? Czy gra jest warta świeczki? – zgłośniłam odtwarzacz dźwięków na maxa, i poszłam, w głębokim stresie, sprzątać kuchnię, i- wbrew moim zwyczajom, nakazującym mi garnki omijać szerokim łukiem- zaczęłam szykować jutrzejszy obiad.

Po jakimś czasie nasłuchuję- kurde, cisza! Piszę smsa do Małżona: JAK JEST? On: Jest OK, właśnie zasnęła, trochę w poprzek łóżeczka, ale śpi za płytko, żeby ją ułożyć. Ja: Chcesz tosty z serem? On: Kusisz. Późno jest, ale zjem.

Zapiekłam kanapsy, i popędziłam na paluszkach schodami. Zastałam tatę również ze słuchawkami w uszach, siedzącego w mroku na fotelu w pokoju obok sypialni. Poinformował mnie, że skoro Tosia śpi, to mogę wziąć tosty na dół, bo zaraz zejdzie i zje na spokojnie. Zeszłam na dół, i po jakiejś minucie usłyszałam płacz, który wbił tysiąc sztyletów w moje serce. Olaboga, no przecież spała! Czy będzie się co chwila tak budzić z płaczem, jak sto nieszczęść?

Ku mojemu zdziwieniu, oraz uldze, po jakichś pięciu minutkach nadciągnął Pan Tata, i powiedział, że to był tylko „płacz kontrolny”: czyli Tosia uchyliła oka,jak zawsze szukając cycka, po czym stwierdziła, że ktoś go ukradł! Rozpłakała się, Tatuś pocieszył, a ona przemyślała sprawę, i doszła do tego, że cycka nikt nie ukradł, bo przecież nie było go od początku, czyli- wszystko w najlepszym porządku, można spać- i ZASNĘŁA SPOKOJNIE!

Małżon poszedł z Piesełem na wieczorny spacer, zapodał szybki prysznic, i poszliśmy do góry, koło 23ciej. Dyskutowaliśmy chwilę, jak mamy poznać, że dziecko płacze, bo jest głodne, a nie dlatego, że się obudziło zupełnie samo, ja stwierdziłam, że przy okazji następnego płaczu biorę ją do łóżka na karmienie, bo Mama Tośka mi mówiła, że Tosiek (kolega i rówieśnik Tosi) budzi się na amciu koło 24:00- uznałam to za dobry wyznacznik. Tosia jednakże nie obudziła się do pierwszej :)! O pierwszej nakarmiłam ją, po czym obudziłam Małżona pytaniem, czy mam ją odłożyć, czy zostawić w łóżku. Małżon, zaspany, powiedział, że mogę zostawić ją w łóżku (ewidentnie nie miał siły się dobudzić na dalsze zmagania), jeśli tylko chcę. Na to ja spróbowałam wyjąć Tosi pierś, co skończyło się standardowym polowaniem, dokładnie takim samym jak w ostatnich tygodniach, skutkującym zazwyczaj naszym niewyspaniem- Tosia CHCE SPAĆ Z PIERSIĄ W BUZI. Dokonałam szybkich obliczeń w swojej głowie, i stwierdziłam: NIE MA BATA, nie po to płakała już tyle w ciągu tego dnia, żebyśmy teraz zaprzepaścili to wszystko. ODKŁADAM JĄ! powiedziałam tylko teatralnym szeptem, położyłam Tosię w łóżeczku, i wcisnęłam głowę w poduszkę broniąc się przed straszliwym płaczem. Mąż poczekał 3 minuty, wstał, pogłaskał po rączce, poszeptał coś do Tosinego uszka, i mimo niecichnącego płaczu wrócił do łóżka. Po kilku trwających sto lat minutach mówię do niego: No weź, idź, pociesz ją, ja nie mogę się ruszyć, bo ją wezmę w ramiona, i tyle tego było! M na to:zostało jeszcze 20 sekund! (TWARDZIEL!). Wstał, poszeptał, pogłaskał, położył się… 30 sekund później Tosia już spała!!!!!! Wzięłam ją do łóżka dopiero koło 5tej, nakarmiłam na pół śpiąco (słyszałam, że się zaczęła wybudzać, i zareagowałam przed rykiem), wyjęłam pierś, i czekałam co się stanie. Chwile poszukała, po czym olała temat, i zasnęła głęboko!

I TAK SPAŁA DO SAMEGO RANA!!!! Normalnie SZOK! Rano, pierwszy raz od tygodni, po przebudzeniu zobaczyłam uśmiechnięte dziecko, zamiast małego, niewyspanego, niezadowolonego, umęczonego elfiątka. Jeśli wcześniej zastanawiałam się, czy to wszystko jest coś warte- ten widok upewnił mnie, że na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru, podejmując kolejną, jakże trudną próbę.

Dzień drugi był podobny, uczymy się czytać z płaczu Tosi, zasypia dużo szybciej niż ze mną…. zasnęła koło 20:40, koło 22 był „próbny płacz” trwający koło minuty, a kiedy na wpół senna brałam Tosię do karmienia pierwszy raz od wieczora, stwierdziłam ze zdumieniem, że jest już szósta rano!!! Tosia grzecznie zjadła hektolitry mleka (piła naprawdę długo), po czym mlasnęła, przeciągnęła się, i… zasnęła z powrotem, i spała do 7:30! OMG!!!!! NAGRODA NOBLA DLA TATY!!! Byłam tak ucieszona, że strzeliłam smsa do mamy, po czym popędziłam na dół włączyć pranie, naszykować stół do śniadania, wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło, posprzątać co mi wpadło w ręce, i dopiero po chwili, po wyładowaniu radosnej energii mogłam wrócić do łóżka.

Dzisiaj przy popołudniowej drzemce Tosia pomarudziła jakąś minutę, góra dwie (ja w ogóle nic na dole nie słyszałam), po czym przespała bite dwie godziny!
DROGIE MĄDRE KSIĄŻKI! ZWRACAM HONOR! KŁANIAM SIĘ W PAS, DZIĘKUJĘ STOKROTNIE!

Mam wrażenie, że od teraz zawsze będzie obiad na stole (będzie kiedy go ugotować), pranie zrobione, chałupa ogarnięta, a ja będę dyszeć z nudów przy takiej ilości wolnego czasu :D!

Dzisiaj zrobiłam np kurczaka pieczonego w jabłkach, i aż chciałam to udokumentować i wrzucić dla was z przepisem, ale byłam tak podjarana, że zrobiłam tylko jedno, mało atrakcyjne zdjęcie surowych ćwiartek „kurzęcych”, a potem siadłam do pisania. Takie zdjęcie to na pewno furory nie zrobi, więc wam podaruję tę wątpliwą przyjemność  😉

Mam nadzieję, że pod koniec urlopu Pana Taty, czyli do końca miesiąca, będę mogła wam się pochwalić tym, że już osobiście kładę szczęśliwe, niepłaczące dziecko do snu 😉

 

20140525_184406

 

Kolka dziecięca

Kolka dziecięca- czyli zmora wszystkich rodziców. Kto przechodził, ten wie.

Kto przechodził, może się udzielić, dając swoje rady dla przyszłych rodziców w komentarzach, bo to właśnie do przyszłych rodziców jest ten wpis.

Zainspirowana pojawieniem się maleńkiej dziewczynki w otoczeniu postanowiłam zebrać do kupy wyniki swoich poszukiwań, żeby ułatwić życie tym ludziom, którzy właśnie zarywają kolejną noc, bo dziecko płacze; a nuż rady, które tu zamieszczę pomogą jakimś rodzicom ulżyć ich maluszkowi.

Czytaj dalej

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.

 

Cudny „półroczkowy” dzień

Wczoraj był piękny dzień.  Zapewne większość z was to zauważyła, zwłaszcza Ci szczęściarze, którzy nie musieli siedzieć w pracy 😉 oby więcej takich dni w tym roku!

Ja jakoś tak świąteczne go przeżyłam 😉

Nie sądziłam, że takie pół roczku będę odczuwać jak urodziny :D! Przeżywałam to bardzo, bo przecież to legendarna data „zero”, od której oficjalnie rozszerzamy dietę maluszka. Do tego tyle pałętających się po głowie refleksji…

Po przebudzeniu zeszłyśmy z Tosią z „pięterka”, a tu pierwsza niespodzianka dnia: Tatuś wziął dzień wolny! Wprawdzie miał kupę roboty wszelakiej, ale jednak miło nam było że był  z nami w domu 😀

Potem okazało się, że wyszło słonko, żeby zaświętować z nami, i ozłociło dzionek; ptaszki śpiewały, było przecudnie, więc wyskoczyłyśmy z Tosinką do ogrodu skosić trawę. Nie dość, że spędzałyśmy czas na słonku i świeżym powietrzu, to jeszcze miałam satysfakcję z tego, że robię coś produktywnego, kiedy Tosia śpi :D. A spać w chuście przy pomruku kosiarki to Antoninka lubi, oj taaak :). Generalnie- 100% przyjemności.

Po jakimś czasie pojawili się Tosini ulubieńcy (z tych żywych, nie zabawkowych!): Wujek i Ciocia, którzy odśpiewali gromkie „sto lat” z okazji pół roczku. Wujas skończył kosić trawnik, bo są takie zakamarki ogródka, gdzie z Tosią na brzuchu ciężko mi wepchać kosiarkę, po czym poszliśmy do domciu na pierwszą legalną KASZKĘ MANNĄ :D!

Pierwsza (nie licząc ostatniego nieudanego falstartu) próba kaszkowa wypadła super :)

Tosia zasiadła do posiłku przed naszą czteroosobową komisją, i w odróżnieniu od ryżowego paprajstwa na mleku modyfikowanym- zajadała manną aż jej się uszka trzęsły! Na początku ze zdziwieniem, a potem z zapałem, wcinała, rozdając dookoła uśmiechy swoim zakaszkowanym pysiurkiem.

Po wchłonięciu kilku- wyplutych tylko częściowo- łyżeczek kaszki (zjadła dużo więcej niż się spodziewałam!) wpadła do mamy na szybki deserek z cycusia, a następnie poszła pobawić się z wujkiem i z ciocią, uszczęśliwiając ich masą uśmiechów typowych dla wyspanej i najedzonej panienki w dobrym towarzystwie. Mama w tym czasie usiłowała ogarnąć post-kaszkowy chaos w kuchni 😉 Przyznaję, że to ja byłam źródłem chaosu- byłam tak podekscytowana nadchodzącą atrakcją, że porozrzucałam kupę rzeczy przygotowując ten jakże prosty posiłek.

(Jako, że od całej sprawy minęło już bardzo wiele godzin, mogę dodać, że bąki od razu nabrały mocy urzędowej- uderzają w nos jak cegła, bez pardonu, bo przecież kaszka cięższa jest od mleka 😉 Zmiana od razu „wyczuwalna”…)

Żeby dzień był jeszcze doskonalszy- Wujas zajął się przekopywaniem trawnika przed domem- obiecał nam już jakiś czas temu, że się tym zajmie, i w ostatnim tygodniu co rusz wpadał na jakieś roboty ogrodowe. Chwała mu za to, trawnik od strony ulicy był raczej „chwastownikiem”, na dodatek pełno było na nim gruzu po wymianie okna, a u nas czasu na sprawy kosmetyczne jak na lekarstwo… a ja już nakupiłam sadzonek niezapominajek, żeby było cudniej 😉

Tak więc wujo walczył z przeoraniem trawnika, a Ja, Tosia i Ciocia pławiłyśmy się w promieniach słońca w ogródku (po jakimś czasie córcia ucięła sobie swoją popołudniową drzemkę, znowu w chuście, na świeżym powietrzu, bo co będzie ze „starymi babami” siedzieć, ni? 😉 ).

Pan Tatuś zakończył część pierwszą z planowanej na ten dzień pracy (Biedny pan Tatuś, zapracowany, tuli, tuli!), i przybył do nas, by rozpalić pierwszego grilla w tym sezonie :D!

Wszyscy zajadali grillowe frykasy, Mamusia dostała rybkę z folii (plus parę nielegalnych kąsków), najedliśmy się arbuza, zakupionego w markecie, wyhodowanego w dalekim, ciepłym kraju, popijaliśmy piwko (jest takie jedno, które ma 0% -słownie: zero procent!- alkoholu, i Tosia nawet nie ma po nim bąków!), i świętowaliśmy sobie ten piękny wiosenny dzień.

Yeah!  Tosia i mama z porzeczkami.

Yeah! Tosia i mama z porzeczkami.

Ile szczęścia :D!

Sto lat Tosia! Wiwat! Niech żyje! Życzę Ci wiele, wiele pysznych kaszek mój mały Skarbie! :*