Archiwa kategorii: kuchenne-przygody

Kokosowa klęska

Witam ponownie w programie rozrywkowo-satyrycznym pt: kuchenne porażki e-mamy…

 

Chyba wam jeszcze nie mówiłam, że Tosia od dawien dawna ma pseudonim artystyczny KOKOSANKA (tudzież wszelakie kokosowe odmiany, jak :Kokos, Kokosek itp). Jeśli wam nie mówiłam, to właśnie wam mówię.

W związku z tym, że używamy tego zamiennie z imieniem, bardzo dużo u nas o tym kokosie się mówi. I od tego wszystkiego MAM SMAKI…

Na dodatek w okresie świątecznym czyniłam sporo potraw wymagających użycia żółtka jajka kurzego, co zostawiło mnie z całą masą „niepotrzebnych” białek (również jajka kurzego), które to z braku czasu wrzuciłam do zamrażarki „na potem”. Fakt faktem- zrobiłam z części z nich w okolicach końca roku jakieś kokosanki, ale takie proste, bezowe, czyli bez masła, co stanowiło dla mnie ubogi substytut wypasionych, „TUSTYCH” maślanych pyszności, które kiedyś tam udało mi się uczynić.

No więc łaziły za mną te kokosanki, straszyły te białka w zamrażalniku, aż w końcu nie wytrzymałam, rozmroziłam, i zabrałam się do roboty.

Przepis wzięłam od Pauliny z Kotlet Tv (blog), bo często u niej szukam przepisów, i mam do niej zaufanie (fajna laska z niej musi być :) ). Dodam, że już go kiedyś wypróbowałam, ale zupełnie nie pamiętam procesu twórczego, jedynie proces pożerająco-trawienny (ach, ten smak!!!).

Początek jest taki, że topi się masło, i miesza z cukrem, do rozpuszczenia na jednolitą masę. No i tu już poszło pod górkę…

Paulina napisała, że nie podgrzewa za mocno masła, żeby nie „buzowało”- wzięłam sobie to do serca, i na małym ogniu, na lajcie, mieszałam sobie to masło z cukrem. Mieszam, patrzę, a tam- zamiast płynnej masy- bryła. Zapodałam temat Małżonowi, a on mówi, żeby jednak spróbować zwiększyć ogień, żeby się znowu masło stopiło. Jak rzekł, tak uczyniłam, bo bez sensu takie coś kulać łychą po rondlu. Wtedy właśnie z masła oddzieliła mi się woda. Hmmm? Że co?? – mieszam dalej, może jeszcze co z tego będzie.

Wtedy właśnie cukier zaczął się karmelizować.

Oł szit.

Mam więc karmel z masłem, na dodatek nie do końca rozmieszany, pływający w maślanej wodzie. Gdzie moje legendarne kuchenne szczęście, ja się pytam? Acha, no tak, ja nie mam czegoś takiego, jak kuchenne szczęście, ja mam pecha i talent do porażek. Lećmy więc dalej.

Dalej przedyskutowaliśmy, że nie ma co się szarpać, można zrobić KARMELKI. A co, szalejemy. Jako radosny twórca kuchenny mam kupę gadżetów, więc wyjęłam moje silikonowe foremki do robienia pralinek, i zalałam je tym czymś. Karmelo-masło-woda poszłą aię studzić, a ja zaczęłam kminić, i wykminiłam, że:

JA SIĘ NA TO NIE GODZĘ, JA CHCĘ KOKOSANKI!! Nie poddam się bez walki.

Los tak chciał, że latorośl zażądała stanowczo mojej obecności, więc musiałam sobie pójść czytać bajkę, czy też żonglować piersiami, czy co innego to tam było (pewnie jedno i drugie), a Małżon przejął pałeczkę. Wcześniej przeczytał przepis i obejrzał filmik, więc wiedział doskonale co robi. Ta wiedza nie ustrzegła go jednak… stało mu się bowiem dokładnie to samo, co mi, mimo tego, że od początku pilnował, żeby masło się ładnie rozpuściło na porządnym ogniu. Cukier znowu nie zawspółpracował, ale stwierdziliśmy, że kolor nie jest ważny, że trzeba dosypać kokos i zobaczy się, co będzie dalej.

Krok następny: dosypanie kokosu, i wystudzenie tej mieszaniny, w celu dodania ubitej piany z białek (krok kolejny).

I tutaj nie obyło się bez bólu: Szef Tateł wymieszał, po czym po jakimś czasie stwierdziliśmy, że masa się zbryliła na cacy.

-nie bój nic, Panie Małżon, pokruszymy, będzie dobrze.

Białka się ubiły, masa wystygła, pora to wszystko wrzucić na jedną kupę.

Ale czy aby na pewno masa wystygła? Gdy białka rozpuściły się na cacy zaczęliśmy mieć wątpliwości. Generalnie zaczęłam mieć wątpliwości co do całego przedsięwzięcia, ale skoro powiedzieliśmy już A, a nawet B, pora zrobić C, czyli upiec nasze dziwne cosie.

Przepis mówi, żeby dać to na 200 stopni do pieca na 20 minut. Ustawiłam sobie więc alarm na 15 minut, żeby wtedy zrobić wstępny rekonesans, i usiadłam do e-mamy.

Od komputera oderwał mnie swąd spalenizny.

Niemożliwe.

Poważnie, niemożliwe.

Zerknęłam na czasomierz, do końca 15 minut zostało jeszcze 3 minuty (czytaj: twór kokosanko-podobny wypiekał się dopiero 12 minut), za chwilę miał być wstępny kontrol, a po tym dopiero miało to to leżeć w piecu kolejne 5 minut! CHYBA OSZALEJĘ!!!

Jak ma się zmaścić, to po całości!

Wyjęłam to z pieca. Dałam temu wystygnąć, po czym ZEŻARŁAM JEDNĄ, pochrupując, zacieszając- bo dobre było, i opowiadając Tatełowi, że mimo zapachu tosta, który przespał wysiadkę z tostera, tudzież potencjalnych właściwości węgla drzewnego- KOKOSANY DAJĄ RADĘ!

Przyniosłam Małżonowi przed kompa próbkę naszej radosnej twórczości słodyczowej, a on spojrzał, wytrzeszczył ślepka (metaforycznie rzecz biorąc), po czym patrząc na mnie, z popiołem między zębami, popukał się w głowę (również metaforycznie), i kazał mi to wywalić do śmietnika, bo się najem paskudztwa i krzywdę sobie zrobię.

(Chyba wam się nie chwaliłam moim zapaleniem żołądka? No, to się chwalę, choć nie ma czym. Ścisła dieta/łamane przez/dieta oszukiwana, tak, jakbym i bez tego nie wyglądała jak nasza szkapa…)

Z żalem pożegnałam się z murzyńskimi kokosankami- patrząc na nie naprawdę ciężko mi było pamiętać, że wiórki kokosowe są zazwyczaj białe- i wywaliłam je do kosza.

Ech, cóż za los…

Na pocieszenie dzisiaj upiekłam maślane ciasteczka, które wyszły cacy. Takie sobie szybkie słodkości, w sam raz na przybycie przemiłych gości 😉 Wpadli Brat z Bratową, oblężyliśmy talerzyk, zażerając jak maniacy, i marudząc, jakie to uzależniające, i jak bardzo każdy z nas chciałby przestać już jeść, ale nie może, i bla bla bla.

Zostało jedno ciastko.

Kto chce?

Kto pierwszy, ten lepszy.

Małżon? chcesz?

O, już nie ma…

 

Słodkie buziaki wam ślę! 😀

Feralny tort urodzinowy

Goście już wyszli, Tateł usypia Tosinkę,zmywarka ogarnia naczynia, a ja korzystam z chwili wytchnienia, by pożalić się (pożalić się- żalowy odpowiednik „pochwalić się”) wam moją kolejną porażką kuchenną.

Znacie prawo Murphy’ego?

Pozwolę sobie zacytować Wikipedię:

Prawa Murphy’ego – zbiór popularnych, często humorystycznych powiedzeń, sprowadzających się do założenia, że rzeczy pójdą tak źle, jak to tylko możliwe.”

Dodam tu, że IM BARDZIEJ CI ZALEŻY, TYM BARDZIEJ WSZYSTKO SIĘ POSYPIE. Tjaaaaa….

 

Od zeszłego roku kilka tortów już zrobiłam. Spotkały się one z mniejszą lub większą owacją, czasem były ozdobne, czasem mniej, czasem przepyszne, a czasem przeciętne, ale żaden nie zrobił mi tak pod górkę jak ten, który chciałam przygotować dla najważniejszej w moim życiu Małej Panieneczki na jej urodzinki.

Wymyśliłam sobie, że zrobię tort straciatella, albo raczej- inspirowany straciatellą, bo chciałam po prostu złamać gładką masę śmietankową chrupiącymi drobinkami czekolady. Nic skomplikowanego: upiec biszkopt,podzielić na trzy blaty, zrobić prosty krem śmietankowy, dorzucić gorzką czekoladę, posmarować każdy blat, ozdobić górę. Tadaaam, ot i cała filozofia.

OCZYWIŚCIE W TYM SZCZEGÓLNYM PRZYPADKU NIEMAL KAŻDY ETAP MUSIAŁ SIĘ SPIEPRZYĆ, INACZEJ NIE BYŁO BY ZABAWY, NIE?

Wczoraj koło 17stej zajęłam się biszkoptem, kiedy Tateł był z Tosią na spacerze; wchodząc do domu Małżon zerknął do pieca i powiedział:

-oho, tak wyrasta, że chyba Ci z formy wyskoczy!- Zadowolona stwierdziłam, że wyskoczyć nie wyskoczy, ale wyrasta porzecudnie.

Pech chciał, że akurat, jak wyłączałam piekarnik, byliśmy zajęci obiadem, i jakoś tak głupio nie zajęłam się biszkoptem od razu- wg jakiejś mądrości internetowej należy rzucić ciastem o ziemię z wysokości 1m żeby nie opadło- wiem, wiem, brzmi jak bzdura i zabobon, ale serio działa! Tym razem jednak nie rzuciłam od razu, i gdy się zorientowałam, co jest grane, biszkopt już trochę opadł. E tam, i tak da radę wyciąć z tego trzy piętra! Luz, Mama ogarnie, przecież zrobienie tortu to dla mnie jak puszczenie bąka! (sorry, musiałam to napisać, inne porównanie akurat mi nie przyszło do głowy- a może powinnam powiedzieć „nie przyszło do d*py”?? :D)

Po obiadku postanowiliśmy wyruszyć na szybki skok po parę drobiazgów do Castoramy- wiecie, babskie zakupy, fatałaszki, torebeczki, śrubeczki, młoteczki… zostawiłam więc- tępa szczapa- biszkopt samemu sobie w piekarniku, i pojechaliśmy.

 

Wracamy do domu, patrzę do pieca, a tam jakieś takie płaskie nie wiadomo co!! CO TU SIĘ DZIEJE? myślę; myślę też: GDZIE JA MAM ROZUM??!! Trudno, zamiast zabierać się już dzisiaj za krem- zabieram się za pieczenie kolejnego blatu, z połowy ilości składników. Tort się piecze, ja hulam po e-mamie, tort został -mówiąc po śląsku- „ciulnięty o zol” jak należy, z jednego metra poleciał jak złoto, z wdziękiem i brzękiem, i został wpisany na listę: „drugie podejście-udane”. Okej, jeszcze parę słów na e-mamie, i idę spać.

Rano po śniadanku Tateł wziął Tosię na spacer (wziął urlop na szybko, żeby jedną ważną sprawę załatwić, i przy okazji mi dopomógł zajmując się Tosinką), a ja zajęłam się kremem. Śmietanka ubita, gładka jak ta lala! Nawet przy dodawaniu żelatynki nic nie zazgrzytało! Cud-miód! No, to pora dodać czekoladę, i smarować! Podzieliłam sobie krem na trzy części, do dwóch dosypałam pokruszoną wcześniej czekoladę. Podczas roboty co chwila próbowałam, czy śmietana w ogóle zgadza się z gorzką czekoladą, i na początku wszystko mi pasowało, ale im dalej w las, tym bardziej słodycz bitej śmietany zdawała mi się być zdominowaną przez gorzki smak czekolady… ale nic to, ostatnia część jest bez gorzkiej nuty, może się zrównoważy. Wzięłam się więc do smarowania. Już przy pierwszym piętrze stwierdziłam, że coś licho tego kremu- maluśko, smarowałam jak chleb masełkiem w dobie kryzysu- cieniusieńko… przy drugim blacie już wiedziałam, że będę musiała iść do sklepu po więcej śmietany i dorobić ciąg dalszy.  No, przynajmniej dowalę kremu BEZ CZEKOLADY, żeby choć trochę słodki był ten tort.

 

Tateł wrócił z pierwszej części spaceru- tzn przekazał mi wózek ze śpiącą Antoninką, i poszedł załatwiać swoje sprawy, a ja pokulałam się w stronę sklepów. Dokupiłam sobie dwie śmietanki 36 volt, w sam raz do ubijania, i wróciłam do domu. Czas już coraz bardziej naglił, bo było grubo po trzynastej, a przecież krem musi jeszcze stężeć w lodówce przed podaniem! Czym prędzej zabrałam się więc do ubijania- starczy jedna śmietanka, bo to już tylko do ozdobienia góry i dołożenia na środkowy blat.

OCZYWIŚCIE PIERWSZY RAZ W ŻYCIU ŚMIETANKA MUSIAŁA MI SIĘ ZWARZYĆ! (to nie błąd ort- bo to słowo od WARZENIA -gotowania, a nie WAŻENIA- sprawdzania wagi). W te pędy do internetu, bo jedna genialna dziewczyna od przepisów ma na blogu informacje, jak ratować śmietanę po wypadku; oczywiście lipa- nie miałam składników do akcji ratunkowej… no kij, ubiję tą drugą. Ubiłam. I wiecie co? ONA TEŻ MI SIĘ ZWARZYŁA! Całe szczęście szybko zareagowałam, wyłączyłam mikser, i nie było tragedii, tylko mini-tragedia, grudki tak niewielkie, że dało się chociaż takie różyczki na wierzchu tortu z tego porobić, wiecie, takie wyciskane przez tylkę. Oczywiście w moich planach torcik miał być calusieńki obsmarowany ślicznym, gładkim i puszystym kremem, łącznie z bokami, ale przecież nie mogę liczyć na to, że wtedy, gdy mi NAPRAWDĘ zależy, żeby wszystko było idealnie, sprawy pójdą zgodnie z planem… WZDECH…

Przy robieniu ostatnich różyczek, krem zaczął się rozjeżdżać- PLIIIIIIZZZZ! NIEEEE! Zostały tylko trzy do zrobienia! Trzymaj się, brachu, kupy! – ufff, starłam to rozpłynięte, napchałam nową porcję kremu do worka, i jakoś się udało.

Na koniec usypanie imienia TOSIA z kolorowych, cukrowych koralików- bo pisanie czekoladą jest zbyt mainstreemowe, nie? Wycięłam sobie szablon, i jechałam te kuleczki jak głupia, prawie że po jednej układając. Najgorsze było to, że gdzieś tam miałam świadomość, że cukier i śmietana dobrze razem nie hulają, i to wszystko może spłynąć, ale szczerze- miałam to już gdzieś. I tak tort jest do bani, krem ohydny, gorzka czekolada tak gorzka, że aż kwaśno w paszczy, i w ogóle wszystko bez sensu. Ble, fuj i czarna rozpacz.

Wpakowałam to do lodówki, posprzątałam pogrom post-twórczy (korzystając z tego, że pojawił się w idealnym momencie Mr Chrzestny, i wciągnął Antoninę w grubą dyskusję o kosmosie, sensie życia i okruszkach), zgarnęłam Tosię do wózka i poszłyśmy na popołudniowy spacer. W chwili największej trwogi podjęłam decyzję: idę do piekarni po ciasto, żeby było COKOLWIEK słodkiego…

Wróciłam z trzema rodzajami ciasta (owocowymi, żeby przełamać śmietanowo-czekoladowy koszmar), akurat jak zjeżdżali się Tosiowi goście. Ma się to wyczucie czasu (przynajmniej tyle się ma…)!

Goście zostali powitani, kawy zaparzone, herbaty zalane…

Nadeszła TA chwila- Tosia po raz pierwszy zdmuchnie buzią mamy/taty swoją pierwszą świeczkę!

Wyjęliśmy tort z lodówki- napis popłynął, podobnie ozdobne serduszko z koralików, ale nie tak tragicznie, jak myślałam. Różyczki się nie rozpłynęły, żelatyna nie wybiegła spomiędzy blatów z tupotem i chlupotem- wygląda znośnie, ale, moi drodzy, pamiętajcie- wygląd to nie wszystko, liczy się też wnętrze….

Świeczka zdmuchnięta, pierwsze kawałki lądują na talerzykach… miałam chwilę wahania, kogo pierwszego obarczyć brzemieniem testera zjadliwości… ale jednak wypada zacząć od starszyzny rodu- babcie poszły na pierwszy ogień. Kątem oka patrzę: jedzą, nawet się nie krzywią…czyżby znowu mi się „upiekło”?!

 

HELL YESSSS!!!!

Udało się! Tort okazał się całkiem smaczny, mimo wszystkich niefortunnych wpadek w trakcie produkcji. Nie, żeby D*PĘ urywał, daleko mu do najlepszego tortu, jaki zrobiłam, ale fakt, że dał się zjeść bez kaszlu i chrząkania coś znaczy :D.

Mam wrażenie, że mój Anioł Stróż ma poczucie humoru, ale przy tym-całe szczęście- jest łasuchem!

PODSUMOWANIE:

Mimo zadowalającego efektu końcowego, który i tak odbiegał o trzista mil od moich marzeń i planów o Tosinym torcie urodzinowym- ZALICZAM TEN WYPIEK DO KUCHENNYCH PORAŻEK.

Ale wiecie co? I TAK NIE BĘDĘ ZAMAWIAŁA TORTÓW W CUKIERNIACH! PFFFFF! TAKĄ SE MAMĘ WYBRALI, TO BĘDĄ JEDLI, CO UPIECZE! 😉 (czy jak to tam o tym warzeniu i wypijaniu piwa było…)

Buziaki!

 

PS. Może to właśnie było to, co mnie przekona ostatecznie do zabrania się za „rzeźbienie” w cukrowej masie plastycznej?! Jak na dzień dzisiejszy mam bitej śmietany po dziurki w nosie…

Truskawkowy bałagan

Na wszystko co dobre niestety kiedyś przychodzi kres… nawet na sezon na truskawki. Ale nie martwcie się, szczęście nie przestaje się do nas uśmiechać, dojrzewają czereśnie, porzeczki i inne cuda :)

Obiecałam wam niedawno, że wrzucę moje zakończenie truskawkowego sezonu. Zakończenie, bo po całej akcji przetworowej kupiłam jeszcze kilka koszyczków na spożycie „na świeżo”, czyli w koktailach, w cieście (zrobiłam dwie rolady truskawkowe, pierwszy raz w życiu, całkiem nieźle poszło 😉 ) czy na surowo. A tak naprawdę za każdym razem jak szłam z Tosinką po truskawki mówiłam sobie: TO NA ETON MESS. Ale jakoś nie miałam nigdy czasu zrobić sobie tego deseru- a to czasu nie było, a to zjadło się truskawki z czymś innym… i tak wreszcie niemal skończył się sezon, a ja tupnęłam nogą: no żesz muszę wreszcie zrobić ten deser!

A czym jest Eton mess? To nic innego jak pokrojone truskawki z ubitą śmietaną i pokruszonymi bezami. Stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić, skoro moja córka, kiedy noszę ją na rękach, przytrzymuje się mojego obojczyka jak rurki w tramwaju… najwyższa pora przybrać trochę na wadze, więc rozpieszczam się deserami  😉

 

Skąd wzięła się nazwa Eton Mess? Jest kilka teorii, najprawdopodobniejsza jest taka, że chłopcy w szkole w Eton robili „bałagan” (z ang. mess) w swoim podwieczorku, krusząc bezy do truskawek ze śmietaną, a słyszałam i taką, że ktoś wziął swego psa na piknik, a ten usiadł na koszu piknikowym, gniotąc siedzeniem zawartość koszyka, i tak powstał ten deser. A tak w ogóle- kogo obchodzi nazwa, kiedy deser taki pyszny?

 

Czekałam i czekałam, aż się doczekałam :) I zrobiłam sobie i mężowi deserek jak ta lala :) słyszałam opinię (chyba u Nigelli Lawson), że dobrze jest truskawki zalać troszkę kwaśnym sokiem z granatu, lub octem balsamicznym. Ja użyłam octu, bo nie miałam soku z granatu w domu, chociaż tak szczerze mówiąc ledwo nakapałam tego balsamika, bojąc się, że może zepsuć smak. Na przyszłość będę wiedzieć, że mogę pozwolić sobie na większą dawkę, myślę, że odrobina takiego kwasku dobrze wydobędzie smak truskawek.

Jak zwykle- robiłam na oko, bo doprawdy- uważam, że to kwestia gustu, ile kto woli bezy, jak słodką lubi się śmietanę itp- grunt, żeby było sporo truskawek, żeby deser nie był mdły.

Wyszło przepysznie!

Jeśli macie szansę dostać jeszcze gdzieś truskawki- śmigajcie na zakupy! Polecam ten deser całym sercem!

Na koniec kilka zdjęć, może komuś zrobię smaka 😉

Buziaki i ściski!

 

 

20140628_135540

a za słodkim deserem czai się mały słodziak :)

20140628_135356

Całkiem ładnie to wyszło w kieliszkach do martini- może być traktowane jako deser na specjalną okazję

20140628_135334

a z tyłu już czereśnie z ogródka teściów :) Mniam!

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

W pokoiku na stoliku…

… stało mleczko i jajeczko.

 

Wstałam dziś rano, i pomyślałam sobie, że z okazji bezmięsnego piątku 😉 strzelę sobie jajcówę na śniadanie. Jajko, podobnie jak ziemniaki, cieszy mnie w każdej formie. Zlazłam na dół, oporządziłam pupkę Antosi przemiłą czyściutką pieluszką, po czym przetransportowałam nas obie do kuchni.

A tu, na stole, suszy się mięta, którą przedwczoraj dostaliśmy od teściowej.

 

Ta mięta przypomniała mi pewną gastro historię z dzieciństwa:

Jak byłam mała często jeździłam na wakacje do Babci i Dziadka. Babcia była zawsze szefem kuchni, dziadek był raczej od wspólnego chodzenia do sąsiadki z bańką po mleko, i od gry w karty (w tysiąca) i w szachy. Pewnego razu Babcia wyjechała gdzieś na jeden dzień, nie pamiętam szczegółów, tak czy siak- zostałam sama z dziadkiem. Dziadek, który w temacie gotowania nie był chyba takim specem jak Babcia, głowił się chyba sporo, co by mi tu do jedzenia zrobić, aż w końcu zapytał, co bym zjadła- JAJKO DZIADKU! ZRÓB MI JAJKO! Ja tak lubię jajka!

Dziadek, myślę, w duchu westchnął z ulgą, że mu tak sprawę ułatwiłam, ale żeby nie było do końca zwyczajnie, powiedział, że zrobi mi swoją specjalność, mianowicie JAJECZNICĘ Z MIĘTĄ. Byłam zdziwiona, ale trochę bałam się zaoponować, bo przecież trzeba być grzecznym dla dziadka, zwłaszcza, jak jesteśmy sami, i musimy ze sobą jakoś w zgodzie ten dzień przetrwać 😉 Tak więc dziadek zerwał z grządki świeżą miętę, po czym zrobił mi jajecznicę z dwóch jajek, przyprawioną w tak nietypowy sposób. I wiecie co? To było naprawdę dobre! Gdy następnego dnia Babcia wróciła, martwiąc się, czy aby Dziadek dał radę się mną dobrze zająć, ja zachwycona opowiadałam jej, że Dziadek zrobił mi do jedzenia swoją specjalność. -A co to takiego ta jego specjalność?- spytała Babcia- Noo, jak to co, jajecznica z miętą!- odpowiedziałam ucieszona. Babcia nadziwić się nie mogła, co też ten Dziadek wymyślił, powiedziała mi, że na pewno wymyślił to w desperacji, bo w życiu nie widziała, żeby robił sobie coś takiego do jedzenia. No, ale skoro było zjadliwe, to dobrze. I na tym sprawa stanęła.

 

Lata później przypomniała mi się ta historia, nawet opowiedziałam o tym mojemu Chłopakowi, znanemu wam jako Małżon, i tak się zastanawiałam, czy to naprawdę było dobre, czy po prostu tak mi się zapamiętało przez ówczesny entuzjazm, że dostałam jajeczko, zamiast męczyć się z jakimś mięsem (byłam w tamtych czasach troszkę niejadkowata). Postanowiłam więc zrobić nam pewnego dnia taki wynalazek na śniadanie, i – ku naszemu zaskoczeniu- rzeczywiście był smaczny!

 

Dzisiaj rano po raz trzeci w życiu jadłam jajecznicę z miętą, i nadziwić się nie mogę, czemu mi to na stałe w letni repertuar śniadaniowy nie weszło- na serio jest pycha!

 

To wspomnienie sprawiło, że zdałam sobie sprawę, że jedzenie jajka jest czymś mega fajnym w moim życiu, bo poza jajecznicą z miętą, mam jeszcze jedno bardzo przyjemne wspomnienie jajecznicowe z dzieciństwa;

Gdy byłam małym dzieciakiem, czasem w sobotę lub w niedzielę Tata (gdy jeszcze był zwany tatą, a nie tak jak dziś, dostojnie: Padre) robił na starej patelni jajecznicę z NIEWIEMILUALEWIELU jajek, brał tą patelnię, brał chleb, deskę do krojenia i nóż, siadał z nami (ze mną i z braćmi) przed telewizorem, kroił kromki, nakładał na nie jajecznicę, i podawał nam. Kto skończył, wołał o więcej, tata wtedy robił kolejną taką pajdkę i podawał do wyciągniętej łapki, i tak sobie siedzieliśmy i oglądaliśmy jakieś familijne programy, zajadając chlebuś z jajeczniczką :) Fajne to było! Jak się tak teraz zastanowię, to z faktem, że siedziało nas tam co najmniej cztery dzieciaki, i z faktem, że na taki chlebek z jajecznicą podany przed telewizorem wszyscy byliśmy łasi, to Tata chyba non stop musiał łopatować te jajko na chleb, bez odpoczynku, aż się skończyło wszystko, co było na patelni :) Pracuś taki :) Planuję robić coś takiego Antosi, tudzież może jej rodzeństwu, jak się jakieś pojawi później w życiu, niech ma tak fajnie jak ja :) Próbowałam sprzedać to Małżonowi, żeby to on był takim łopatującym tatą, ale on powiedział, że jajecznica na chlebku go nie kręci. Nie to nie, łaski bez, to ja będę ta fajna i łopatująca!

Ach, jest jeszcze wspomnienie Bieszczadzkiej Jajcówy z Oregano, z bacówki na Jaworzcu, jak już człowiek postanowił zaszaleć i zainwestować w jakieś prawdziwe żarcie, po tygodniu zupek chińskich, chleba z keczupem i makaronu z sosem z tytki zapijanego browarami… ech, ten smak, te wołanie z kuchni: TUTUUUUT (sygnał na wuwuzeli)- JAJCÓWA!! Niezapomniane… Do tego koniecznie Tymbark Jabłko-Mięta, bo trzeba czasem sprawdzić, co nam szykuje los, lub co nasz luby/luba sądzi o nas w danej chwili.

 

W sekrecie opowiem wam jeszcze jedną jajeczną akcję, przejętą z domu rodzinnego Pana Małżona; tradycyjnie, co niedziela, na śniadanko jest jajeczko na miękko. Do tego tradycja u nas ewoluowała tak:

Po pierwsze: zostałam obwołana mistrzem w robieniu jajek na miękko (jakoś tak umiem utrafić z konsystencją), i jest niepisany zwyczaj, że niedzielne śniadanko muszę robić ja (tylko w wyjątkowych okolicznościach robi Małżon, jak np: RODZIŁAM NIEDAWNO I NIE UMIEM CHODZIĆ, WEŹ ZRÓB, NO WEEEEŹ, NOOOO!)

Po drugie: obieramy sobie jajeczko nawzajem, wymieniając się nimi, jak już jest gotowe, Taki mały, sympatyczny symbol miłości. (trochę mnie martwi, kto będzie obierał Antosi, jak już będzie taka duża, bo pewnie każdy będzie chciał, i będziemy się przepychać 😉 )

Po trzecie: prawie zawsze musi paść hasło: NIE SÓL TYLE (to taki objaw troski, dodatkowo zaczerpnięty z cotygodniowych rozmów prowadzonych przy teściowym stole rodzinnym na temat „sól jako biała śmierć” wywołanych ilością soli sypanej na jajucho przez Małżona)

A do tego Małżon, jako Człowiek Polibuda, ma opracowaną całą technikę jedzenia jajka na miękko, wg której to techniki zawsze, ale to ZAWSZE żółtka musi mu starczyć do ostatniego nabrania łyżeczką. Kule no, co gorsza rzuciło się też na mnie, możemy więc w tandemie startować w zawodach na techniczne jedzenie jajka na miękko.

 

W ogóle jajko to taki wdzięczny typ spożywki; powiedzcie sami, czy zwykłe jajko na twardo nie zmienia statusu zwykłej kanapki z wędliną na niemal szlachecki? albo: pamiętacie z dzieciństwa, na basenie lub na plaży, mamusie lub jakieś panie obierające dzieciom jajucho na twardo do kanapki? To samo zresztą panowało w przedziałach PKP, tworząc niezapomnianą atmosferę… albo: Która posiadówka obejdzie się bez ćwiartek jajek z majonezem lub bez?albo: gdy pomysłu brak, a w lodówce przeciąg, zawsze na obiad można trzasnąć sadzone z ziemniakami, nie?

 

Powiedzcie, macie jakiś sentyment do jajek (PYTANIE JEST CZYSTO SPOŻYWCZE, PROSZĘ MI TU NIE WYJEŻDŻAĆ Z JAKIMIŚ… NO!)? Jakieś jajeczne tradycje, czy wspomnienia?

Jest lato, pora na plaże, nie zapominajcie o jajku na twardo dla waszego malucha 😉

(zwłaszcza, że w 7mym miesiącu można już 1/2 żółtka podać do jedzenia, co drugi dzień 😉 )

 

No, to buziaki, weekend jest, sio na tą plażę z jajuszkiem :) :*

 

Kwiatowe zajawki e-mamy

Halo moi drodzy!

Długo mnie nie było, to przez te ząbki malutkie, białe i ostre, na które napatrzeć się nie umiem! Co chwila łaskoczę moją panienkę, albo rozśmieszam w jakikolwiek inny dostępny sposób, tylko po to, żeby zobaczyć te ząbeczki w roześmianym pyśku…

Póki co- jest chwila, lecę więc z kolejnym wpisem, który czekał w mojej głowie na ten moment ciszy i wolności rąk.

 

Ostatnio stwierdziłam, że ja i mój Małżon szacowny mamy zadatek na Amiszów (oczywiście poza wewnątrz-sektowymi małżeństwami, chociaż nasi ojcowie znają się z dzieciństwa!). Może i używamy prądu, internetu, telefonów, ale mamy niezłą banię na samowystarczalność. Jak będziemy mieli już te wygrane w totka miliony, to zbudujemy sobie swoją studnię, elektrownie wiatrową, kupimy krowę,kury i kilka hektarów pod uprawę, a także las, a w nim będziemy urządzać moje ukochane GRZYBOBRAAANIA!!

Póki jeszcze czekamy na nasz szczęśliwy los na loterii, nasza bania objawia się w naszej miłości do wszelakiego home made. Wiadomo, że najlepsze są własne dżemy, ciasta domowej roboty, warzywa z ogródka, ogórki kiszone, hodowane w kuchni co roku pieczarki i inne takie wynalazki! W tym roku daliśmy sobie spokój z połową tych przyjemności, nasza grządka warzywna świeci pustkami, oprócz posadzonych przez moją mamę sześciu krzaczków pomidorów (z sadzonek podarowanych nam przez sąsiadkę w ramach odwdzięczenia się za nasze zeszłoroczne sadzonki), koperku i tradycyjnie- groszku cukrowego (dla Zięciunia- bo przecież tak lubi! Ach, to rodzinne rozpieszczanie!). Skoro nie ma czasu dbać o warzywnik- wkręcił mi się podczas spacerów temat ZBIERACZY.

Wszystko zaczęło się od tego czarnego bzu na syrop (przepis TUTAJ), kiedy to podczas spacerów z Tosią i moją mamą polowałam na kwiaty bzu na krzakach rosnących w okolicy; wtedy właśnie moja mama namierzyła krzew jaśminu, i zwróciła na niego uwagę przez zapach, i przez to, że w jej okolicach raczej się takich przyjemności tak łatwo pośród betonu nie znajduje. Cyknęłam mamie parę zdjęć z krzakiem, i poszłyśmy dalej. Ten krzak jednak nie dawał mi spokoju, kręcił i wiercił dziurę w brzuchu i świadomości… WRACAM PO NIEGO! Przecież uwielbiam herbatę jaśminową! Czemu niby nie mam sobie zrobić takiej sama?

Chciałam jednak zabrać się za to z głową, przeszperałam więc internet w poszukiwaniu informacji CO I JAK, i dowiedziałam się, że taki jaśmin powinno się zbierać rano, zanim słońce osuszy rosę, i przesuszy kwiaty, oraz że najlepiej zbierać pączki, a nie rozwinięte już kwiatki. Pech chciał, że zbiegło się to akurat z trudnym czasem u Antoninki, i mogłam zapomnieć o wczesnych wycieczkach „zbieraczych”. Tak oto jaśmin przekwitł, i nie zdążyłam nic z tym fantem zrobić. Jednak ta historia otworzyła przede mną świat kwiatów jako… jedzenia!

W jednym z moich poprzednich postów  zapoznałam was z naszym krzakiem róży; jako, że obrodziła nam różyczka  kwiaty tak niesamowicie, że aż pochyliła się biedulka do ziemi, nie miałam żadnych wyrzutów sumienia gdy plądrowałam jej gałęzie :) (oczywiście w celu ulżenia jej obciążonym „plecom”!)

W pewien weekendowy poranek obudziłam się podekscytowana o 6:00, szepnęłam Małżonowi: „wychodzę, dzidzia jest pod Twoją opieką, łypnij okiem jakby co!”, po czym wymknęłam się do ogródka na łowy. A ich wynik był taki:

20140620_083523

róża nawet nie zauważyła ubytku, a ja miałam z pół kilo płatków :)

20140620_083625

Jeśli kochasz kwiaty- one też potrafią okazać Ci serce :)

Z radością zabrałam się do przebierania płatków, żeby odsiać te mocniej uszkodzone. Oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka to „mróweczkowa” i „kopciuszkowa” robota… tak czy siak, udało się zdobyć 20 dag płatków potrzebnych do przepisu nr 1 (robiłam według dwóch przepisów znalezionych w internecie)

20 dag płatków róży
50 dag cukru
Sok z  jednej cytryny
2 szklanki wody

Płatki należy oczyścić, polać sokiem z cytryny, ucierać w makutrze do momentu aż róża puści sok. Taką utartą różę zostawiamy w chłodnym miejscu na 24h. Po tym czasie zagotowujemy wodę, rozpuszczamy w niej cukier, i do tak powstałego gotującego się syropu dodajemy nasze płatki. Gotujemy aż do zredukowania (zgęstnienia), następnie wkładamy do wyparzonych gorących słoiczków, i voila! Gotowe :)! Przepis pochodzi z blogu Rarossa.blogspot.com (nie zwiedzałam całego bloga, ale pewnie przy okazji jakichś szaleństw kuchennych zerknę ponownie 😉 )

Drugi przepis pochodzi z kuchniaalicji.blogspot , który to blog jest dobrym miejscem dla świrów-pół amiszów jak ja 😉

A przepis wygląda tak, że uciera się razem cukier, różę i sok z cytryny, w takich proporcjach:

szklanka płatków róży
szklanka cukru
łyżeczka soku cytryny (lub szczypta kwasku cytrynowego)

Tym drugim sposobem zajął się wieczorem małżon, kiedy ja usiłowałam ogarnąć nieład domowy po całym dniu.

Koniec końców- mamy gotowe 4 mini słoiczki różanej konfitury (2 z każdego rodzaju), i aż się nie mogę doczekać pyszności, jakie z nich będę robić jesienią :)

Do tego czekam na odpowiedni moment (tzn na wolną chwilę) żeby zebrać jakiś świeży pąk, żeby móc kandyzować płatki na pewną zbliżającą się specjalną okazję 😉

 

Oprócz róży planowałam jeszcze ususzyć bławatka (chabra) do herbatek, i nawet zebrałam całkiem spory bukiet przy pomocy Pana Taty na wspólnym niedzielnym spacerku

20140620_125454

ale niestety przebieranie kwiatuszków jest dosyć czasochłonne, i nie doczekałam się  wolnego momentu na tą przyjemność zanim bukiecik zdążył stracić kolor :(

Ale obiecuje odbić to sobie w przyszłym roku, podobnie jak z jaśminem, i mam nadzieję, że Tosia będzie mi przy tym pomagać  (przynajmniej przez pierwsze 5 minut… )

 

A teraz, póki co, cieszę się sezonowymi owocami na świeżo, w ciastach i deserach :) w którymś z następnych wpisów podzielę się z wami moim szybkim zwieńczeniem sezonu truskawkowego!

Papa, tymczasem!

PS. Rety, ze mnie zaczyna wychodzić jakiś eko-świr! Ja, taka „miastowa”, robię jedzenie z kwiatków, myślę o własnej krowie, i serach domowej roboty! Chyba powinnam zacząć szukać fachowej pomocy.

PS 2. A kurki i tak będziemy mieli, nawet przed totkiem, będą chowały się w krzakach przed psem,  i będą znosiły nam jajeczka!

Sceny z życia smoków, sprawy ostatnich dni

Cześć i czołem!

Mam chwilę, żeby podzielić się z wami kilkoma luźnymi myślami z zeszłego tygodnia 😉

Zacznę od tego, jak to się stało, że mam wolną chwilę. Nie, nie, Tosia nie śpi, ZAJMUJE SIĘ SAMA SOBĄ! Moja córka? Poważnie? Sama sobą?? Nie może być….

A jednak! Dzięki genialnej Mamie Tośka, która wysyła mi zdjęcia i filmiki z Tośkiem w roli głównej, zaczęłam się zastanawiać, o co kaman, że Tosia tak niechętnie się turla na boczki. Tzn nie do końca niechętnie, bo wieczorami, jak sobie fika na rogówce, jest całkiem „obrotna”; natomiast jak ją położę na macie, na tych takich piankowych puzzlach, to leży na baczność na plecach, czasem tylko leniwie wyciągnie rękę żeby złapać i przyciągnąć do siebie jakąś zabawkę. Patrzę na te filmiki od MT, patrzę i kminię, i znowu patrzę i kminię… no i jest! PANELE! Podłoga! Tosi ewidentnie nie pasuje mata,a że podłogę na dole mamy ze starych desek, na które wolała bym Tosi nie kłaść bezpośrednio, bo kto wie, co się stanie, poza tym podłoga wietrzona (wichor z piwnicy gwiżdże od dołu), to i zimna bardzo-więc jest lipa… Zaraz, przecież w pokoiku Tosi na piętrze są panele! Panele mają elegancki poślizg, i w ogóle! No to cap- dziecko w ramiona, lecim na górę przeskakując po kilka schodów na raz, dziecko -pyk- na podłogę, i czekam co będzie. I co było? A było tak, że jak ją położyłam, to miałam pół godziny radochy, gdy obserwowałam jak Tosia przeczołguje/prześlizguje/przekulowuje się przez cały pokój! No to porozrzucałam jej kilka ulubionych zabawek, dałam szczoteczkę do zębów w łapkę, i teraz kukam raz na jakiś czas kontrolnie, chicham z jej radosnych zabaw, i raduję się chwilą wytchnienia.

 

Oto więc jestem!

 

Średnio ostatnio z czasem na pisanie, bo… wpadłam w cug.

Cześć Wszyscy. Nazywam się Karolina, mój nałóg zaczął się rok temu. Nie mogę z nim walczyć, to jest silniejsze ode mnie. Zaczął się sezon. POJAWIŁY SIĘ TRUSKAWKI, I JA NIE MOGĘ SIĘ OPRZEĆ, MUSZĘ robić przetwory!!! 😉

(tutaj wy powinniście pomachać mi, i powiedzieć: Cześć Karolina!– jak w filmach, kiedy na grupie wsparcia ktoś opowiada o swoim nałogu)

Bez żartów- chyba mam hopla! Już trzeci raz pogalopowałam do centrum wioski, i przyniosłam 4 kg truskawek. Dzisiaj będę kończyć dżem ze wczorajszej porcji przebranych owoców (te najładniejsze poszły już do słoiczków, czysty, niesłodzony mus truskawkowy, na zimę, do tortów, czy coś, jeszcze nie wiem, bo nigdy czegoś takiego nie miałam, ale na bank coś wymyślę 😀 ), a z tych, co kupiłam godzinkę temu, będę chyba robić wódkę truskawkową (za sugestią kolegi- a co, kiedyś przestanę karmić, taki słodki szocik jak znalazł 😉 ), oraz więcej soku na zimę.

Czuję się trochę jak nienormalna z tym moim zapałem… ale z drugiej strony:

 

każdy ma jakiegoś bzika,

każdy jakieś hobby ma,
a ja w domu mam słoika,
łyżkę, i garnuszki dwa!

 

Wygląda to tak:

20140611_113118 20140611_113207 20140611_113319

W gratisie przepis na sok (banaaalny!)

-dowolna ilość truskawek (ja robię na raz z 2 koszyczków, czyli ok 4 kg)

-cukier do przesypania (na oko? wiem wiem, beznadziejny przepis, ale tak to działa, a zawsze można spróbować, i dosłodzić pod koniec)

Owoce myjemy, pozbawiamy szypułek, przebieramy (pozbywamy się niezdrowych i mocno uszkodzonych), wsypujemy do wielkiego garnka, każdą warstwę przesypując cukrem tak, by owoce były przykryte. Odstawiamy na dzień/noc (jeśli nie mamy możliwości, to chociaż na kilka godzin!) by truskawki puściły sok. Następnie na niewielkim ogniu doprowadzamy do wrzenia. Łyżką cedzakową wyciągamy owoce, z których później można zrobić np kompot, a gorący sok rozlewamy do wyparzonych słoiczków (lub butelek). Słoiczki na wszelki wypadek można zapasteryzować, ale jeśli wlejemy naprawdę wrzący sok, to zakrętki powinny się same zassać i bez pasteryzacji.

20140610_120648

Musimy uprzątnąć piwnicę z rzeczy remontowych i wstawić półki na słoiki. MUSIMY.

To tyle w kwestii hobby.

Kolejną sprawą, którą chciałam się pochwalić, jest to, że zdałam na piątkę z plusem test na optymistę. Znacie to: szklanka jest do połowy pełna albo pusta (albo: w szklance jest tylko woda- gdzie są procenty??!!).

Kilka dni temu byłyśmy na spacerze z Tosiaczkiem. Jako, że był upał, woziłyśmy się po dzielni wózkiem, a nie śmigałyśmy w chuście. Podczas gdy ja radośnie zagadywałam do mojego maluszka, KTOŚ (a dokładnie jakiś ptak) wykonał kupsko na zadaszenie wózka.

Zorientowałam się pakując truskawki do koszyka pod wózkiem, a jakże, bo przecież na spacerze też kupowałam od przydrożnego sprzedawcy truskawki(kto by się spodziewał, nie?)!

W tym momencie dotarło do mnie, czemu panowie na mijanym przystanku dziwnie patrzyli się na wózek, a Pani przy bankomacie uśmiechała się powściągliwie, patrząc na nie tą stronę wózka, która zazwyczaj wywołuje promienne uśmiechy przechodniów. No bo co- rasowe G***NO! Wielkości zaciśniętej pięści,!Ma rację, też bym się śmiała (no, może niekoniecznie), jakby spadło na kogoś innego (skojarzcie typowego Polaczka z modlitwy z „Dnia Świra” ).

I wiecie, co ja na to?

Zamiast standardowego: KU*#&$@(*&^#!!!!!!!!!!! NASRAŁ SZKODNIK!!! MUSIAŁO NA MNIE TRAFIĆ! Ja, błogo się uśmiechając, skonstatowałam: Całe szczęście, że na daszek, kawałek dalej i uwalił by kupę na Antosię :)! I podreptałam drogą okrężną o 2 kilometry (no co, spacer jest spacer!) do domu, gdzie szita zgarnęłam z daszku.

CHYBA JESTĘ OPTYMISTĘ!

Trzeci temat, który chciała bym poruszyć, to ROBAKI. GAD DEMYT! Ludzie, czy ktoś z was mieszka w domku/na parterze, i też ma miliardy insektów w domu? Nie zamierzam tego tępić, bo chemia na robaki nie koniecznie zrobi dobrze niemowlakowi (zwłaszcza, gdy ten oto niemowlak turla się po ziemi, i wsadza do buzi co popadnie), a robaki nic złego nam nie robią. Zresztą- nie zrozumcie mnie źle, nie są to jakieś paskudne prusaki, czy inne paskudy co się widzi na filmach w zarośniętych brudem syfiatych norach, nie; raczej są to pająki, pajączki (takie małe fajne czerwone pimpki), żuczki, mróweczki, komary (rodzaj męski- nieżrące giganty o chudych i długich nogach modelek z wybiegów), i inne wiosenne żyjątka. Fajne są, tylko czemu wszystkie postanowiły się do nas w tym roku wprowadzić? Pająków zawsze było sporo, uroki życia „na wsi”, ale cała ta reszta ukochała nas w tym sezonie. Leżę sobie z córcią na podłodze, a tu mija nas, kulturalnie uchylając melonika, mały, czerwony pajączek, a za nim leci rodzina. Odkłaniamy mu się grzecznie, czasem prztyczkiem pomogę mu przyspieszyć i wpaść na odpowiednie tory, jeśli zbliży się za bardzo do mojej pociechy, i życie toczy się dalej. Jeśli macie jakiś sposób nie chemiczny na pożegnanie z insektami- proszę was, podzielcie się. Coś jak magiczny flet szczurołapa…

Jak już poruszyłam jeden wstydliwy temat („mam robaki” 😀 ), poruszę i drugi, bo co mi szkodzi, jak się spowiadać, to na całego:

MAM PROBLEM. Z PICIEM.

Nawet mój brat powiedział mi ostatnio: nie umiesz, to nie pij!! (cwaniaczek się znalazł, pamiętam, jak lata temu musiałam starszemu bratu tłumaczyć do jakiej knajpy w mieście wziąć dziewczynę). Z tym piciem to jest tak: jakiś czas temu na spacerze szłam z kubkiem tradycyjnych ziółek (trawienie mi szwankuje, trochę się wspomagam „dopalaczami”), i na 5 łyków 4 razy się oblałam. Oblałam se brzuch (jak flejtuch), spodnie (jak obsikołek) i pół twarzy. Ostatnio znowu usiłowałam pić z dziubka (to taki kubek termiczny, zakręcany, z dziurką do picia), i oczywiście zapomniałam, że odkręciłam poniżej gwint, więc…znowu się oblałam! Wczoraj zaś, rozglądając się na pasach przy przejściu dla pieszych, próbowałam pić, ale NIE TRAFIŁAM DO BUZI!! Pomocyyyy!!! Przy tym wielorazowym oblaniu klnę pod nosem, co oznacza, że hormony znowu fixują, okres mi pewnie wróci za niedługo.

Co do powracającego okresu- mam kolejny dowód na to, że wraca mi cykl do standardu: jestem tysiąc razy bardziej drażliwa, i na dodatek cierpliwość mi szwankuje. Ostatnio, kiedy Małżon wyjechał na 4 dni w delegejszyn, a Tosia miała humory ząbkowe- PĘKŁAM. Ałtentycznie. Po raz pierwszy poważnie, i to bardzo poważnie, straciłam cierpliwość… ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; A było to tak:

Stałam przy garach, robiąc syrop z kwiatu bzu czarnego (KLIK), a Tosia w miarę grzecznie się bawiła. W miarę, bo oczywiście co chwila zawodziła, odciągając mnie od roboty. Oczywiście Tosinka jest priorytetem, więc co chwila odskakiwałam od roboty, ale jak doszło do wlewania w butelki, to nie za bardzo mogłam się oderwać, a Tosia postanowiła włączyć wyjca nr 7- bardzo uciążliwy dla ucha sygnał. Zostawiłam gary, wzięłam Tosię, a ona dalej wyje. Pobawiłyśmy się, ale, Tosia dalej wyje, zabawki jej nie ruszają. Posmarowałam dziąsełka żelem na ząbkowanie- i…zgadnijcie co? Tosia dalej wyje!!! Wzięłam więc chustę, bo na wycie najlepsze tulenie. TOSIA DALEJ WYJEEEE!!! Tosia wyje, Mama się wścieka, aż wreszcie w wielkiej bezsilności zaczęłam tupać, miałczeć: SKOOOOOŃCZ DZIECKO WYYYYĆ, BO MAMUSIA OSZALEJEEEEEE!!!, i podskakiwać. I tu, uwaga- Tosia w chichot! Mój mały chochlik się wreszcie rozśmieszył! 😀 I tak właśnie powstała zabawa nazwana przeze mnie WOREK ZIEMNIAKÓW. A dlatego worek ziemniaków, bo Tosia telepie się w materiałowej chuście jak ziemniaki w worku, a do tego Mamusia Kocha Ziemniaki. Tak więc, jak już mówiłam, nie ma tego złego!

A okres nadciąga przez to, że w nocy rzadziej karmię, bo Tosia śpi sama, i nie tuli się do piersi już tak często. Wraca mi moja -jak mi się wcześniej zdawało- wrodzona zmierzłość. I tutaj właśnie okazało się, że zmierzłość nie jest wrodzona, a nabyta, wraz z cyklem miesiączkowym. W tym miejscu pragnęła bym zaapelować do Panów: Uważasz, że Twoja kobieta jest straszną zołzą?- Zrób jej dziecko! I obserwuj, jak rozkwita, kiedy przez 15 miesięcy nie ma okresu. A potem się zastanów, jakie łatwiejsze macie życie, wy, mężczyźni, bez tych wszystkich jazd hormonalnych. Nie wspominając o tym, że nie musicie przez penisy przeciskać arbuza (poród) ani mieć baby bluesów i „poporodowych psich smuteczków”, też zresztą hormonalnych. Amen.

A na koniec mały update pocieszający nowo upieczone mamy, odnośnie tematu włosów, poruszonego o TU – Włosy znienacka przestały wypadać :) tzn wypadają, ale jak u normalnego, statystycznego człowieka. Nie wyłysiałam, nawet się wielce nie przerzedziłam. Głowy -i grzywy- do góry 😉

Ufff, to chyba wszystko, co chciałam wam kochani moi napisać, ale nie miałam kiedy 😉 Do następnego!

PS. Oczywiście nie napisałam tego posta tylko w czasie, kiedy Tosia się kulała; po drodze zaliczyłyśmy nieudaną próbę spania, drugie kulanie, dwa przewijania, kaszkę, wreszcie popołudniową drzemkę, a teraz zmykamy na spacer!

 

Kuchnia, tym razem bez porażek :)

Halo kochani!

Moja Tosia przechodzi ostatnio ciężki czas- nie wiem, czy to ząbkowanie, skok rozwojowy (czasowo się niemal zgadza z następnym skokiem) czy wszystko do kupy, tak czy siak- maluszek właśnie zdobył czarny pas w marudzeniu. Ona marudzi, ja tracę cierpliwość, Tata w nowej pracy wojażuje. Ma tam jakieś szkolenia, czy inne… nie wiem dokładnie co takiego, ale zapomniał wziąć obrączkę! Skandal! (Prawda jest taka, że dzień przed wyjazdem faszerował papryczki, i nie chciał upaprać pierścienia mocy- a przynajmniej tak się tłumaczy. Hmmmm….)

Anyway- wszystko na głowie Mamy. Mama miała do pomocy swoją Mamę, ale największy impet zmierzłości Tosia osiągnęła tego dnia, kiedy Babcia wyjechała, a Tata jeszcze nie wrócił. A do tego temat spania wcale nie jest już taki kolorowy…ech, co za czas…

Jak już wspomniałam- Mama traci cierpliwość, musi więc gdzieś naładować baterie – sprzedaje więc dziecko Tacie, i wymyka się do kuchni! No bo przecież wiosno-lato w pełni, pojawiły się truskawki, można szaleć!

Jak na razie osiągam Zen przy tortach. W dzień dziecka miałam wspaniałych gości zza granicy, utęsknionych, wyczekanych, ukochanych.Na dodatek jedna Gościówa miała tego dnia urodziny (ona i jej siostra, która jednak nie przybyła do PL)! Był więc pretekst, żeby zrobić jakieś urodzinowe cudeńko. I tym razem, moi drodzy, porażek brak 😀 (no, prawie brak- była mała załamka przy biszkopcie, jak mi żółtko wpadło do białek, ale poratowałam się tym, że miałam w zanadrzu inny przepis, w którym jajko ubija się w całości). Może i nie jestem jeszcze mistrzem, bo pierwszy prawdziwy tort zrobiłam w ciąży*, ale i tak był mega pysznościowy! Biszkopt nasączony blendowanymi świeżymi truskawkami, do tego masa z mascarpone, śmietaną i kawałkami truskawek, a na wierzch to samo, tylko już „na biało”, bez owoców. Efekt moim zdaniem był zadowalający podniebienie (goście też mówili, że im smakuje; no, ale co innego mieli mówić, tacy kulturalni ludzie :) ). Do tego Mr Małżon powiedział łaskawie: „możesz czasem piec takie torty.” Och, dziękuję jaśnie panie mój i władco za to łaskawe pozwoleństwo ;).

A oto foto relacja z moich kuchennych przyjemności, jak zawsze zdjęcia klasy „szału nie ma”, ale nie ważne, bawiłam się wyśmienicie!

Mniam mniam, masa z mascarpone! Jak chmurka!

Mniam mniam, masa z mascarpone! Jak chmurka!

Biszkopcik z masą

Biszkopcik z masą

Kizianie masą zewnętrzną

Kizianie masą zewnętrzną

Ciacho z inicjałami dwóch  szacownych jubilatek :)

Ciacho z inicjałami dwóch szacownych jubilatek :) słodkie całusy dla was!

W tej chwili, tydzień później, kolejny biszkopt odpoczywa w piekarniku, a jutro będę produkować masę. Dzisiaj nie udało mi się dorwać truskawek, ale myślę, że śmietankowy też będzie OK :) Poza tym, że mam w planie poeksperymentować, i nasączyć biszkopt sekretnym składnikiem, który nada kwiatowego aromatu…

I tutaj docieramy do mojej kolejnej radości kuchennej minionego tygodnia: Ów sekretny składnik to mój pierwszy w życiu SYROP Z KWIATÓW CZARNEGO BZU! Jak niektórzy z was wiedzą- od czasu ciąży mam hopla na punkcie robienia przetworów; tak się złożyło, że znalazłam kilka dni temu przepis na taki syrop na blogu wspaniałej kobiety- Pani Agnieszki Maciąg. Czas był najwyższy na zbieranie kwiatów, bo czarny bez lada dzień przekwitnie, a że miałam towarzystwo w postaci mojej mamy na spacerkach z Tosiaczkiem, i miał kto wózka przypilnować przy moich skokach przez miedzę- przyatakowałam po drodze parę obficie ukwieconych krzaków, i sprawiłam, że teraz są nieco mniej ukwiecone :D. Dzień przed powrotem męża wstępnie oporządziłam kwiatuszki (oddzieliłam od szypułek i zalałam na noc wrzątkiem), a następnego dnia dokończyłam dzieła- odcedziłam, zagotowałam i przyprawiłam cukrem i cytryną. Dodać wody z lodem- mówię wam, palce lizać, nie ma nic lepszego na upalny dzień! No i moja staropolska natura zaciera ręce – mam już coś własnej roboty w domowej spiżarce! Dajcie mi jakieś dwa tygodnie, a dojdą do tego dżemy, musy i kompoty truskawkowe. SERCE ROŚCIE!

Przepis na syrop z kwiatów bzu czarnego wg Pani Agnieszki Maciąg:

-ok 40 baldachów kwiatu bzu

-2 litry wody

-sok z 4-5 cytryn

-ok 1kg cukru.

Kwiaty oddzielić od szypułek (są gorzkie), zalać wrzątkiem i odstawić na 12 godz. Następnie odcedzić, dodać cukier i sok z cytryny, wymieszać, zagotować, zabutelkować. Pić najlepiej rozcieńczone wodą. 

Syrop z kwiatu czarnego bzu w "oszronionej" butelce- prosto z lodówki. Palce lizać!

Syrop z kwiatu czarnego bzu w „oszronionej” butelce- prosto z lodówki. Mniam, mniam!

Powiem wam, że jak sobie myślę o tych wszystkich wiśniach, śliwkach, i co mi tam jeszcze w łapy wpadnie w tym roku, to aż sapię i podskakuję! Żeby tylko czasu starczyło przy tym moim małym zmierzluszku… Każdy ma jakiegoś bzika…ale po takich kuchennych igraszkach wraca mi energia potrzebna do zmagań z trudnymi humorami mojej królewny; jestem jak mistrz Yoda: siedząc na krześle w siadzie skrzyżnym spoglądam na złośnicę, i rzeczę: „czarną stronę mocy wyczuwam. Ząbek idzie trzeci, ja myślę”. Po czym wyciągam mój świetlny miecz, i spokojnie kroję awokado w plasterki. To tyle na dzisiaj, smacznego weekendu wam życzę!

 

* Historia pierwszego tortu była taka: Wykopałam gdzieś w PDF na necie książeczkę, którą bardzo miło wspominałam z dzieciństwa: „Jak cało i zdrowo przyszedłem na świat”- mała, humorystyczna, idealna do tłumaczenia dzieciom „skąd się wziąłem”, pełna obrazków, z małą ilością tekstu- w sam raz coś do pokazania leniwcowi- Panu Tacie-in-making. Pokazuję więc, poczytuję na głos, i porównuję swoją ciążę do tej „książkowej”- wszystko toczy się zgodnie z planem 😉 aż tu nagle… napotkałam fragment taki, w którym Książkowa Mama mówi do Książkowego Taty, że nieco martwi się porodem, czy da radę i w ogóle. Pan KT na to: No co ty, przecież wy kobiety potraficie tort upiec! I ty miała byś nie dać rady urodzić?!?! Gdy tylko to przeczytałam, natychmiast zaplanowałam upiec Panu Tacie-in-making tort na urodziny (wypadające na koniec sierpnia, żeby się upewnić, że dam radę urodzić dziecko. Oczywiście jakiś tydzień przed urodzinami  męża okazało się, że mam cukrzycę ciążową, i torty w moim przypadku to raczej duży grzech… Gdy poinformowałam moją wspaniałą Panią Dr, że cukrzyca mi nie w smak, bo akurat zanosi się na pierwszy poważny tort w mojej karierze, Pani Dr uraczyła mnie opowieścią o tysiącu spełnionych przepisach, opisując ciacha, na myśl o których cieknie ślina aż na podłogę… ja jej na to: ACH, OKRUTNA TY ZAISTE! Skończ swą opowieść,  jam Ci cukrzyk!

Tort wyszedł znośny, i co z tego, skoro i tak miałam cesarkę 😉  I tak to właśnie było.

The ęd.

Cudny „półroczkowy” dzień

Wczoraj był piękny dzień.  Zapewne większość z was to zauważyła, zwłaszcza Ci szczęściarze, którzy nie musieli siedzieć w pracy 😉 oby więcej takich dni w tym roku!

Ja jakoś tak świąteczne go przeżyłam 😉

Nie sądziłam, że takie pół roczku będę odczuwać jak urodziny :D! Przeżywałam to bardzo, bo przecież to legendarna data „zero”, od której oficjalnie rozszerzamy dietę maluszka. Do tego tyle pałętających się po głowie refleksji…

Po przebudzeniu zeszłyśmy z Tosią z „pięterka”, a tu pierwsza niespodzianka dnia: Tatuś wziął dzień wolny! Wprawdzie miał kupę roboty wszelakiej, ale jednak miło nam było że był  z nami w domu 😀

Potem okazało się, że wyszło słonko, żeby zaświętować z nami, i ozłociło dzionek; ptaszki śpiewały, było przecudnie, więc wyskoczyłyśmy z Tosinką do ogrodu skosić trawę. Nie dość, że spędzałyśmy czas na słonku i świeżym powietrzu, to jeszcze miałam satysfakcję z tego, że robię coś produktywnego, kiedy Tosia śpi :D. A spać w chuście przy pomruku kosiarki to Antoninka lubi, oj taaak :). Generalnie- 100% przyjemności.

Po jakimś czasie pojawili się Tosini ulubieńcy (z tych żywych, nie zabawkowych!): Wujek i Ciocia, którzy odśpiewali gromkie „sto lat” z okazji pół roczku. Wujas skończył kosić trawnik, bo są takie zakamarki ogródka, gdzie z Tosią na brzuchu ciężko mi wepchać kosiarkę, po czym poszliśmy do domciu na pierwszą legalną KASZKĘ MANNĄ :D!

Pierwsza (nie licząc ostatniego nieudanego falstartu) próba kaszkowa wypadła super :)

Tosia zasiadła do posiłku przed naszą czteroosobową komisją, i w odróżnieniu od ryżowego paprajstwa na mleku modyfikowanym- zajadała manną aż jej się uszka trzęsły! Na początku ze zdziwieniem, a potem z zapałem, wcinała, rozdając dookoła uśmiechy swoim zakaszkowanym pysiurkiem.

Po wchłonięciu kilku- wyplutych tylko częściowo- łyżeczek kaszki (zjadła dużo więcej niż się spodziewałam!) wpadła do mamy na szybki deserek z cycusia, a następnie poszła pobawić się z wujkiem i z ciocią, uszczęśliwiając ich masą uśmiechów typowych dla wyspanej i najedzonej panienki w dobrym towarzystwie. Mama w tym czasie usiłowała ogarnąć post-kaszkowy chaos w kuchni 😉 Przyznaję, że to ja byłam źródłem chaosu- byłam tak podekscytowana nadchodzącą atrakcją, że porozrzucałam kupę rzeczy przygotowując ten jakże prosty posiłek.

(Jako, że od całej sprawy minęło już bardzo wiele godzin, mogę dodać, że bąki od razu nabrały mocy urzędowej- uderzają w nos jak cegła, bez pardonu, bo przecież kaszka cięższa jest od mleka 😉 Zmiana od razu „wyczuwalna”…)

Żeby dzień był jeszcze doskonalszy- Wujas zajął się przekopywaniem trawnika przed domem- obiecał nam już jakiś czas temu, że się tym zajmie, i w ostatnim tygodniu co rusz wpadał na jakieś roboty ogrodowe. Chwała mu za to, trawnik od strony ulicy był raczej „chwastownikiem”, na dodatek pełno było na nim gruzu po wymianie okna, a u nas czasu na sprawy kosmetyczne jak na lekarstwo… a ja już nakupiłam sadzonek niezapominajek, żeby było cudniej 😉

Tak więc wujo walczył z przeoraniem trawnika, a Ja, Tosia i Ciocia pławiłyśmy się w promieniach słońca w ogródku (po jakimś czasie córcia ucięła sobie swoją popołudniową drzemkę, znowu w chuście, na świeżym powietrzu, bo co będzie ze „starymi babami” siedzieć, ni? 😉 ).

Pan Tatuś zakończył część pierwszą z planowanej na ten dzień pracy (Biedny pan Tatuś, zapracowany, tuli, tuli!), i przybył do nas, by rozpalić pierwszego grilla w tym sezonie :D!

Wszyscy zajadali grillowe frykasy, Mamusia dostała rybkę z folii (plus parę nielegalnych kąsków), najedliśmy się arbuza, zakupionego w markecie, wyhodowanego w dalekim, ciepłym kraju, popijaliśmy piwko (jest takie jedno, które ma 0% -słownie: zero procent!- alkoholu, i Tosia nawet nie ma po nim bąków!), i świętowaliśmy sobie ten piękny wiosenny dzień.

Yeah!  Tosia i mama z porzeczkami.

Yeah! Tosia i mama z porzeczkami.

Ile szczęścia :D!

Sto lat Tosia! Wiwat! Niech żyje! Życzę Ci wiele, wiele pysznych kaszek mój mały Skarbie! :*

Pierwsza kaszka

Normalnie nie wiem, jak mam oznaczyć ten wpis, bo w pewien sposób podchodzi mi pod kuchenne porażki…

Jednak zanim zacznę rozwijać temat- na początek wierszyk pana A. Waligórskiego, jeden z moich faworytów  :)

Niedobrze się robi ptaszkom, odbija się myszce
Mamcia karmi dziecko kaszką łyżeczka po łyżce.
Karmi, nuci coś radośnie: „Jedz, jedz ty łobuzie…”
Kaszka dziecku w buzi rośnie i wydyma buzię.

Ma już kaszki pełen brzuszek i płucka, i nereczki,
Kaszka sączy mu się z uszek i rozpycha majteczki.
Słyszy dziecię matki piosenkę i myśli figlarnie:
„Jak cię dorwę, gdy dorosnę, to też cię nakarmię…”

Zaśmiało się miłe dziecię na myśl o igraszkach.
Mamcia na to: „A więc przecie smakuje ci kaszka”.
Dam ci jeszcze, żebyś przytył i miał pulchne policzki!!!”
Dziecko żuje myśląc przy tym: „Ach, dajcie mi nożyczki!!!”

Wtem huknęło coś jak mina – gówniarz zwymiotował.
„Porzygała się dziecina – zaczniemy od nowa!!!”
Kot z rozpaczy skoczył w wannę a pies się wściekł na dworze.
Po coś stworzył kaszkę mannę, o sympatyczny Boże ??!!

A to było tak:

Czytaj dalej