Archiwa kategorii: Zdrowie i higiena

Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

Moi kochani! Z napisaniem tego postu noszę się od czasu, kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę Tosi, czyli niemal od dwóch lat.

Będzie on dotyczył kontrowersyjnego – o dziwo- tematu, czyli CUKRU.

candy-574776_1280

pixabay.com

Pierwszą jasną dla mnie rzeczą jest, że cukier nie jest uznany za coś ZDROWEGO.

Tutaj może pozwolę sobie na przytoczenie kilku informacji na temat szkodliwości cukru:

  • Cukier zakwasza organizm
  • Cukier jest pożywką dla grzybów (np. candida)
  • Cukier podrażnia śluzówkę żołądka i niszczy błonę śluzową jelit
  • Cukier jest uzależniający
  • Spożycie cukru powoduje negatywne w skutkach nagłe wahania glukozy we krwi
  • Cukier znacznie zwiększa ryzyko powstawania próchnicy
  • Cukier zaburza pracę układu trawiennego (tak, tak! Zaparcia po czekoladkach)
  • Cukier spożywany w nadmiarze powoduje nadwagę

I wiele, wiele innych.

Jeśli chodzi o uzależnienie od cukru- doświadczyłam tego na własnej skórze w trakcie karmienia piersią: miałam wtedy takie parcie na cukier, że zachowywałam się autentycznie jak „ksiązkowy” alkoholik, czy narkoman; Czytaj dalej

Spanie stoi na głowie.

To spanie w ciągu dnia to jakaś porażka.

Zanosiło się na fajną rutynę:

-Pobudka Tosi koło 8mej, gdzieś do 9 max kulamy się wesoło po łóżku, w którym to czasie ja usiłuję otworzyć do końca powieki- mają z rana jakiś taki dziwny zwyczaj zamykać się przy mruganiu na dłużej niż im wypada…

-śniadanko- oczywiście w doskonałym nastroju, bo jakże by inaczej;

-hulanki i swawole w domu, z uwzględnieniem tuptania gdzie popadnie, czytania książeczek, robienia AKUKU, i miliarda innych rzeczy;

-Koło 11:30, po krótkiej walce- SPANIE W ŁÓŻECZKU. No bo przecież już po pierwszym dniu wszystko wskazywało na to, że zaskoczył trybik, i Tosia będzie ładnie zasypiać…

Po jakimś czasie drzemka zaczęła się coraz bardziej przesuwać w czasie (bunt, bunt, bunt na pokładzie!), więc wymyśliłam, że odrobina powietrza powinna dobrze zrobić, i trzeba przed spaniem uskutecznić choć chwilę spaceru. Jednak jak to uczynić, żeby nie zasnęła w wózku, jak to dawniej bywało (to właśnie powód wycofania porannych spacerów z rutyny)? No jak to co? Wyjść na spacer przed dom, i potuptać w siną dal! :) Nie ważne, że koleiny śniegowe wyższe niż Tosia, nie (no dobra, przesadziłam… ale lodu jest co nie miara!)?

Wychodzenie w ten sposób na spacery ewidentnie się Tosi spodobało, zwłaszcza to, jak odwiedzamy nasze KO KO, lub chowamy się przed psem za furtką, a potem dajemy mu oblizywać rączki (piesek robi AM AM!). Dzisiaj to nawet był szał, bo dziewczynki z sąsiedniego domu nam machały przez okno! Ale było fajnie!

Problem w tym, że urozmaicenie nic nie pomogło…

Na początku usypianie wyglądało tak, że po jakimś tam czasie buntu (w najlepszym dniu rekordowo: TYLKO 3 minuty płaczu) Tosia usypiała, na swoją standardową czterdziestkę (UWAGA- naliczanie sekundowe). Od czwartku płacz (z przerwami na uspokajanie) trwa… godzinę, albo i gorzej… po czym Tosia zwyczajnie zaczyna bawić się w łóżeczku!! Gdy zabawa trwa w najlepsze, i już wiem, że ze spania nici, wypuszczam żuczka z łóżeczka, po czym okazuje się, że mój szkrabik POTYKA SIĘ O WŁASNE KOŃCZYNY ZE ZMĘCZENIA! Oczywiście po jakimś czasie woła: CI CI!! Mama przystawia, a dziecko w ciągu dwóch minut potrafi odpłynąć. Za pierwszym razem gdy zaczęła odpadać spróbowałam położyć ją w łóżeczku, co poskutkowało gwałtownym rykiem, i zupełnym rozbudzeniem. I tak w koło Macieju… O LA BOGA, co tu robić?! Dzisiaj Małżon przejął stery, i przez godzinę był ryk, z czego większą część tego czasu Tateł stał koło łóżeczka i przemawiał czule; co z tego, skoro Tosi nie wyjął „na stałe”? Żadne czułe słówka nie powstrzymają gorzkiego żalu biednej uwięzionej w łóżkowej wieży Księżniczki Antoniny… Po stu latach (czy może po pół godziny, nie wiem, już się gubię) Tosia zaczęła się bawić (i co chwila zawadiacko pokrzykiwać: MAMAAA, TATAAA!), po czym zorientowała się, że zamek „drzwi” do łóżeczka jest zepsuty, i dosyć łatwo można się wymknąć. Już po chwili przyszła do nas do kuchni, z miną cwaniaka. Co za życie…

No okej, to jemy zupkę, i lecimy na kawę do Mamy Ewy z Ulicy Spacerowej.

Ulica zwana na potrzeby bloga Ulicą Spacerową jest bardzo niedaleko od naszej Ulicy (nazwijmy ją na potrzeby tego zdania Ulicą Zadupiową), daliśmy więc sobie spokój z wózkami czy autami, ubraliśmy buty, kurtki, i WIO. Trochę nawet Tosia tuptała sobie z nami za rączkę, mimo oblodzenia na Ulicy Zadupiowej :) Po jakimś czasie Tateł wziął ją jednak na ręce, żebyśmy zdążyli dojść przed zmierzchem na tą kawę (bo była już godzina 16 niemal), i wtedy… Tosia zaśpiewała sobie błyskawiczną kołysankę i odpadła. W pięć sekund.

!

!!!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie mam słów.

No okej, idziemy, najwyżej pośpi u Mamy Ewy.

Obudziła się, jak tylko weszliśmy za drzwi.

Oczywiście zyskała nowe siły, i zasuwała niestrudzenie jak chomik w kółku przez imponująco długi czas! Zaczęła wymiękać coś przed szóstą. Wyszliśmy więc w stronę domu, i wtedy Tosia ZNÓW ZASNĘŁA! I tym razem nie obudziło jej nawet piszczenie stęsknionego psa, witającego nas tak, jakbyśmy wrócili po pół roku!

Ja się pytam:

CO TEN KOKOS WYRABIA Z TYM SPANIEM? CO JA MAM Z NIĄ ZROBIĆ?

Ręce opadają.

Dobranoc.

 

PS. Gwoli wyjaśnienia: usypianie u nas NIE POLEGA na wypłakiwaniu. Wypłakiwanie jest efektem ubocznym faktu, że Tosia jest w łóżeczku (w celu innym niż zabawa). To na nią tak działa, i nic na to nie poradzę, taka uroda (jakbym wiedziała, co poradzić, to już dawno Tosia spała by w ciągu dnia, a ja miała bym szansę na bezstresowe sprzątanie/gotowanie czy cokolwiek tam te szczęśliwe kury domowe czynią gdy słońce świeci).

PS2. Łudzę się nadzieją, że może to przez zęby. Bo idą następne.

O nie-spaniu ponownie.

Ja wiem, że to już jest nudne, że jestem monotematyczna, ale…

Czy to szaleństwo się nigdy nie skończy?

 

Już było dobrze, już było cacy, były stałe (w miarę) godziny w ciągu dnia, i jedna (najczęściej) pobudka w nocy.

Przyszły złe, niedobre, paskudne choróbska, i postawiły świat na głowie.

Choroby się skończyły, ale wynik ich „przejazdu” przez nasze życie jest taki, że Tosi się poplątały godziny snu; w końcu jak źle się czuła to spała kiedy popadło, a na dodatek nie chodziliśmy na spacery, a przecież w trakcie spacerów Tosia najczęściej spała.

No i dupa zbita.

(zapomniałam przestrzec- w tekście pojawia się słowo dupa, jak już zresztą widzicie. Później pojawi się również słowo „zajebiste”.)

Ostatnimi czasy Tosia znowu spała przy piersi, a w takiej sytuacji NIE DA SIĘ odłożyć jej tak, by się nie obudziła, byłam więc wyłączona z życia- „zawisła” na hamaku, połamana, powyginana i obgryziona- na jakieś dwie godziny (przy dobrych wiatrach). Średnio mi się to podobało, bo przecież znowu zaczyna to trącić nałogowym przyczepianiem się małej ssaweczki, a nie po to walczyliśmy tyle razy, żeby znowu dotrzeć w ten sam ślepy zaułek… ale z braku laku…

Potem doszło do tego, że w czasie drzemkowym wybieraliśmy się gdzieś samochodem, żeby Tosia przespała się chociaż tak- oczywiście to dopiero jest porażkowe/tymczasowe podejście! No ale tonący brzytwy się chwyta, nie?

Do tego wszystkiego Tosia postanowiła przerzucić się na jedną drzemkę. Ma już skończone 15 miesięcy, wolno jej, a co! No i tu dopiero zaczęło się pod górkę. Bo Tosia chcę spać np o 11 rano, budzi się po 40 minutach, a jak na jedną drzemkę jest to DEFINITYWNIE za mało, a potem przez cały dzień odmawia spania. Nie chcieliśmy przyzwyczajać jej do zasypiania na drugą drzemkę w samochodzie, bo to przecież półśrodek, i do niczego dobrego nie prowadzi.

Poza tym ostatnio sen w samochodzie nadchodził 2 minuty przed dotarciem do celu, co skutkowało kiblowaniem na parkingach.

Sen przy piersi nadchodził, ALBO I NIE.

Dziecko słaniało się ze zmęczenia, i nic się nie dało z tym zrobić.

Raz nawet złapałam za najcięższą opcję, czyli dreptanie z nosidłem! I śpiewanie Dorotki 😉 Skutkuje zawsze, to takie najnajnajostateczniejsze wyjście 😉 Bo wtedy trzeba dylać dwie godziny z klockiem obciążającym kręgosłup :( Bolesne, ale co zrobić…

Podsumujmy:

1.Nie wiemy, kiedy dziecię położyć spać, bo rozmyła się całkowicie rutyna dzienna

2.WSZELKIE metody zasypiania zawodzą

3.Tosia zasypia na krótko, budzi się, jest bardzo zmęczona, ale odmawia dalszego snu -próbowaliśmy już wszystkiego, poza tym, od czego chcemy odejść, czyli „snem mobilnym”, bo czasem zwyczajnie nie da się jechać, albo iść na spacer, z różnych przyczyn.

4. Ach, no i nie wspomniałam jeszcze- noce są KOSZMARNE. Znowu. Nie wiem, czy to zęby, czy fakt, że mało śpi za dnia- Tosia zawsze tak miała, że jeśli dużo spała w dzień, dobrze spała w nocy, i analogicznie: mało w dzień, słabo w nocy.

Generalnie- porażka na całej linii.

Dzisiaj, gdy ponownie próbowałam uśpić moją padającą ze zmęczenia mróweczkę, metodą niemądrą lecz w miarę dającą statystycznie dobre wyniki (CZYTAJ: NA HAMAKU, PRZY PIERSI) a Tosia tarła oczy, marudziła, ale kombinowała, co by tu zrobić, żeby jednak nie zasnąć, powiedziałam: BASTA.

Wpakowałam dziecię do łóżeczka turystycznego*, które w celu wprowadzenia NORMALNYCH drzemek dziennych mamy ustawione w ” SALONIE” (buehuehue, SALON, TO BRZMI DUMNIE!), i powiedziałam: Antosiu, od dzisiaj śpisz sobie grzecznie w łóżeczku. Buzi, kocham Cię, śpij dobrze, papa.

I wyszłam do kuchni.

Dziecko oczywiście zaczęło histerycznie ryczeć już przy słowie ŚPISZ. I oczywiście stanęło na baczność przy siatce łóżeczka, i zaczęło wymownie patrzeć na tą złą kobietę, która jest jej matką, oczyma pełnymi łez. Powiem wam, naprawdę gruba walka. Słuchawki w uszy, zegar w łapę, i pasjans na komórce.

I czekam.

Przy pierwszej wizycie Tosia nie dała się spacyfikować; wstała z 15 razy, a ja uparcie próbowałam ją położyć; potem zażądała lalki, bo łóżeczko+lalka to w ciągu dnia super zabawa (oczywiście nie związana ze spaniem, Tosia używa łóżeczka jako kojca przez większą część czasu); potem zaczęła przez płacz, który nie ustał ani na chwilę, mimo prób uspokojenia, wołać MAMA MAMA, MAMA!! Wyciągać rączki, podskakiwać… serce się kraje, moi mili…

Poszłam sobie, oddychając głęboko, bo dziecię musi czuć, że jesteśmy przekonani o słuszności sprawy, inaczej leżymy na łopatkach.

Przy drugiej wizycie, po dłuższej przerwie, Antosia dała się pocieszyć dobrym słowem, wstała tylko 10 razy, i po 11 położeniu na chwilę się uspokoiła; głaskałam ją, śpiewałam „Dorotkę”, miziałam po pleckach, i jak już było w miarę- wyszłam.

Znowu ryk… NIE WYTRZYMAM, I JĄ WYCIĄGNĘ I UTULĘ.

Ale nie, czyżby ryk tracił na mocy? Cichł?

Siedzę cichutko, nasłuchuję…

Jest. Cisza. Zasnęła.

20150129_123157[1]

Po długiej walce Tosinka odpłynęła. Pospała 30 minut, co oznacza, że nie osiągnęła optymalnej dla wypoczęcia długości drzemki, ale lepszy rydz niż nic (rydze są zajebiste!).

Podjęłam trudną ciernistą drogę wiodącą do spokojnego snu mojej córci. Mam nadzieję, że to ostatnia taka droga,i że będzie krótsza, bo wywalczenie nocnego spania w łóżeczku dosyć znacznie ponadgryzało nasze nerwy i spokój ducha na wiele miesięcy…

Marudzę o tym spaniu i marudzę, ale wiecie, to taka nasza walka, i mam nadzieję, że kiedyś tam będę mogła z dumą napisać, ku pokrzepieniu innych mamusi i tatusiów przechodzących ten sam ciężki czas, że WYGRALIŚMY TĄ BITWĘ, i cała rodzina śpi głęboko i spokojnie 😉

Papa!

 

* Łóżeczko turystyczne stoi dlatego, że w jednej książce, która w sumie dosyć fajnie traktuje temat, wyczytałam, że miejsce spania dziennego powinno być inne od nocnego, jeśli są jakieś grube problemy. I w sumie ma to sens: Tosia jak widzi swoje łóżeczko z bliska (lub raczej od środka) w świetle dziennym, robi raban nie do zniesienia, nie wspominając o terrorze emocjonalnym… spróbujemy więc!

NOŻ CHORRROBA…….!

Okazało się, że napisałam w zeszłym tygodniu posta, ale zamiast opublikować zapisałam go jako szkic… nic to, wrzucam więc teraz, żebyście wiedzieli, że jesteśmy jeszcze gdzieś tam, mimo, że zakopane pod tym puszystym śniegiem 😉

 

Dodam jeszcze, że poniższe już całe szczęście NIEAKTUALNE, bo jesteśmy niemal zdrowe 😉

Ale gdy pisałam, to było O TAK:

 

Wiecie co, jestem oburzona!

Jak te wirusy/bakterie inne dziadostwa śmią! Był katarek, wszystko szło ku lepszemu, a tu nagle w zeszły week end w nocy Tosinka zaczęła kaszleć przez sen. Co jest grane? Przecież wydzielina z nosa zrobiła się już rzadka, i wypływała na luzaka, starczyło wycierać pod noskiem… myślałam, że lada dzień wyjdziemy na prostą!

Obudziłyśmy się grubo po 9tej (znowu). Za późno do naszej Pani doktor pediatry, a lekarz, który przyjmuje po południu jest taki, że jeśli nie muszę- nie wezmę do niego dziecka; jak ostatnio wyskoczył na Tośkę znienacka, z lodowatym stetoskopem, dziewczę się tak rozdarło, że nie dało się jej uspokoić, a on nie przejmując się- zbadał ją na chama…zero podejścia.

Zorganizowałam sobie namiary na wspaniałą Panią dr, która leczyła większość dzieci w mojej rodzinie, w tym i te z poprzedniego pokolenia-czyli mnie :) Mam o niej bardzo dobre zdanie, z resztą jak wszyscy pozostali ludzie, którzy mieli z nią do czynienia. Tak się idealnie złożyło, że akurat w poniedziałek od 16:00 przyjmowała na dzielni u moich rodziców. Spakowałam więc Tosinkę, i popędziłyśmy na wizytę.

No i masz Ci los: Tosia ma zapalenie gardła, ba- zapalenie krtani! Zapewne od oddychania buzią (normalne przy zatkanym nosie), albo może paskudne bakterie mieszkające w katarze… tak czy siak, skończyłyśmy z antybiotykiem :(.

Do tego Pani Dr zapodała nam kurację homeopatyczną na najbliższe pół roku, na odbudowanie odporności. Pediatra zawnioskowała, że ten katar po prostu czekał na to, żeby się wykluć, po tej ostatniej jelitówce. Zaliczamy więc trzecią chorobę w ciągu trzech miesięcy, i wcale nie wygląda to dobrze; zwłaszcza, że jedno z „zaleceń” lekarskich trochę trąci hardkorem: mianowicie UNIKAĆ spotkań towarzyskich, zwłaszcza z małymi dziećmi, bo to najłatwiejszy sposób na złapanie choroby. Trzeba znaleźć jakiś kompromis w tym temacie, bo z jednej strony nie chcę, żeby Tosia była ciągle chora, ale nie możemy też przekiblować całego życia w domu! Zwłaszcza, że to kłóci się z moim jedynym postanowieniem noworocznym…

Ach, te bakcyle, można popaść w paranoję.

ZDRÓWKA ŻYCZĘ WSZYSTKIM!

 

PS. Siostra ma poinformowała mnie (a doświadczenie w chorobach dzieci ma, oj ma…), że jeśli katar nie minie do trzech dni, to i tak lepiej iść do lekarza. U nas trzeci dzień to była sobota :/ Pilnujcie nosków waszych maluchów! :)

Walka z blizną, runda pierwsza!

Cześć i czołem!

Nie uwierzycie, właśnie zapodaję pierwszy KRÓTKI WPIS 😉

Chciałam zameldować, że jakiś czas temu dotarły plastry silikonowe na bliznę, i już trzeci dzień stosuję. Małżon mój wspaniały na moje życzenie obfotografował mi dokładnie bliznę (na zdjęciu makro ta blizna jest naprawdę fuj! nie będę wam uprzykrzać życia wrzucaniem takich fotek 😉 ), więc będę miała podstawę do porównania.

Plastry nazywają się SUTRICON, i z czystym sumieniem będę pisać prawdę o MOIM rezultacie; podkreślam MOIM, bo mam potwierdzenie tego, że na niektórych działają, na innych nie; Mama Ewa ostatnio wrzuciła mi komenta, że u niej raczej nie zdały egzaminu, a ja właśnie wróciłam z imprezy urodzinowej, na której Mama B powiedziała, że używała ich w trakcie gojenia, i całkiem fajnie się sprawowały.

Pudełko zawiera sztuk 5, każdy plaster ma 30cm długości 5cm szerokości, i można go przycinać w zależności od potrzeb; moja blizna ma 11 cm, natomiast 1cm z brzegu jest całkiem fajny, więc będę każdy plaster ciąć na 6 kawałków: 3xna długość, i do tego jeszcze szerokość na pół. Zrobi mi się więc z tego 30 plastrów, co może maksymalnie starczyć na prawie 5 miesięcy kuracji! Oczywiście piszę maksymalnie, bo taki plaster można używać max do 5 dni, ale jednak zalecane jest zmieniać co 24 h (tjaaa, nie ma opcji 😉 za droga zabawa 😉 ). Z resztą okaże się, jak to będę używać, wyjdzie w praniu.

Będę was informować!

Buziaki!

Dzidzi ma katar :(

Na początek muszę wam powiedzieć: Jesteście ekstra!

Czytałam wasze ostatnie komentarze, i na przemian pociły mi się oczy ze wzruszenia i trząsł brzuch ze śmiechu. Co ja mam za brygadę Mam! Buziaki wam wszystkim! Czadowe mamy jesteście, wiecie??!! Wiecie. No, i dobrze.

 

Ale teraz…

Tosia ma KATAR.

Fatalna sprawa. Powiem wam, że już lepiej przechodziła tą całą jelitówkę- po prostu była słabiutka, aż serce pękało, no i wylatywało z niej co popadnie, ale za to nie męczyła się tak strasznie. Teraz już czwarty dzień nie może oddychać, rzadko śpi, i często marudzi.

Tosinka nie lubi aspiratora-

no pewnie, bo kto by go lubił?! Jakaś rurka wsadzana do nosa, Tatuś lub Mamusia siorbią, i próbują ukraść mi moje miziate glutki! Przecież one tak fajowo bulgoczą! i są takie ekstra!

No, może nie do końca ekstra. Tateł i Mama coś na nie krzywo patrzą… trzeba uciekać! Zwłaszcza, że mama coś mówiła, że nie do końca jest pewna, czy takie wysysanie nie tworzy strasznego wywołującego ból podciśnienia w głowie. Nie wiem zupełnie, co to znaczy, ale uciec zawsze można, nie? zwłaszcza, jak można się złapać mebli.

No nie, znowu mnie złapali, mama trzyma za ręce, tata tuli mocno…

Tosinka nie lubi też wycierać nosa!

Po pierwszym dniu używania chusteczek higienicznych, mimo naszych starań, Antoninka miała podrażnione pod noskiem. Teraz przerzuciliśmy się na wycieranie nosa wacikami, ale dziewczę i tak tego nie lubi.

Chociaż przynajmniej te waciki tak fajnie się dadzą rozszarpywać :D!

Zaopatrzyliśmy się w maść majerankową, smarujemy pod noskiem, i gdzie popadnie, a niech sobie córcia inhaluje. Tateł ma trochę ciężki czas w związku z tym- chodzi zaśliniony, bo mu dziecko smakowicie jedzeniem pachnie; ale wytrzymuje Tateł, nie podgryza potajemnie, bo czegóż się nie robi dla miłości.

Tosinka nie cierpi zakraplania nosa. 

Bo ścieka to potem do gardła, i trzeba zrobić takie wielkie: GUL! I moje glutki mają jakiś taki dziwny smak od tego. Nie lubię, nie lubię, nie lubię! O nie, znowu mnie łapią i mocno trzymają! ….

GUL!

Tosinka nie zgadza się na inhalacje.

Bo nie. Co mi będą jak jakiemuś kosmicie maseczkę na buzię zakładać (nebulizator)? A stanie nad parującym garnkiem jest nudne, i głupie: ani się ten garnek nie bawi, ani A KU KU nie robi, ani nie połaskocze- ciągle tylko paruje, i paruje. BEZSĘSU.

Poszła więc mama po rozum do głowy, i wymyśliła sposób: pożyczyła nawilżacz powietrza ŻABĘ od Babci M (bo moja żaba pękła gdzieś przy przenoszeniu z kąta w kąt latem), wyszukała w internecie proporcje na sól fizjologiczną (1 łyżka soli na 1 litr wody), i zamiast zakraplać mi nos solą (chwała jej), zamieniła nasz domek w jaskinię solną! Ale fajowa ta żaba, mówię wam! Nazywam ją BA, podchodzę do niej, kręcę taką gałką na jej brzuchu, a ona wyrzuca z oczu słone chmury! I zasuwam sobie w tych chmurach, i fajno jest.

Tylko, że pierwszego dnia mama przeholowała, i w domu aż do późnego wieczora było aż siwo od soli w powietrzu, no i sól można było z powietrza odgryzać kęsami. Ja mam już 11 zębów, więc też odgryzałam. Ale na języku i bez tego było słono.

Czasem mama też zapala taką świeczkę w jakimś tam kominku zapachowym, i w domu pachnie lasem. Ja wtedy pokazuję palcem, i mówię: FFFFFFFFF, i czasem mama da mi zdmuchnąć tą świeczkę. W sumie fajnie jest.

Powiem wam, że jest fatalnie. Poza tym wszystkim, co wam powyżej opowiedziała Tosia, ostatnio strasznie wiatr wieje, przez co unikamy spacerów, czyli lipa z zasypianiem w ciągu dnia :/ Zwłaszcza, że nos zatkany… nawet karmienie piersią jest masakrą, bo Tosia co dwa zassania się odsysa, żeby zaczerpnąć powietrza. Dzisiaj po kilku godzinach męczarni sięgnęłam po broń ostateczną- dreptałam z nosidłem przez dwie godziny- nie muszę wam chyba mówić, co myślą na ten temat moje krzyże… A jeśli chodzi o nocne spanie…ech, chwaliłam się niedawno, że już tak ładnie śpi sama, nie? No i dostało mi się za przechwałki: pierwszą noc Tosia spędziła na moich rękach w pozycji półsiedzącej, bo miała całkowicie niedrożny nos, i zupełnie nic nie pomagało (od aspiratora płakała tak strasznie, że robiło się tych glutów trzy razy więcej, i tak w kółko…). Wynik?- drugiej nocy Tosia stanowczo domagała się przeniesienia do sypialni! No, taki błyskawiczny regres :/ w tej chwili właśnie wysłuchuję żałosnego ryku mojej pierworodnej (i jedyno-rodnej :D), która domaga się, żeby ją wyjąć z łóżeczka. Jeśli nie pękniemy, to zaraz zaśnie; jeśli pękniemy- jesteśmy załatwieni na wiele tygodni. Ech, co za pech…

No, to ZDROWIA NAM WSZYSTKIM ŻYCZĘ! BO TO NAJWAŻNIEJSZE NA ŚWIECIE.

PS. Za moich młodych czasów, gdzieś w liceum, podśpiewywałam dużo z jednym kolegą; podczas prób śpiewaliśmy na rozśpiewkę i dla przyjemności różne pierdoły, i tak mi się teraz przypomniała przeróbka, często „używana” przez nas zimą:

Karolina ma katar, cała trzęsie się w posadach
Karolina ma katar, prątkuje i zaraża
Karolina ma katar, i to jest nasza szansa
żeby ona nie przeżyła zimy
-pijmy zdrowie Karoliny!

(wierzę, że Kolega z Gitarą trzy ostatnie wersy śpiewał z głębokim przekonaniem!)

PAPA!

 PS2. Zapomniałam jeszcze o jednej „przyjemności”- Gdy Tosia tuli się do mnie, w 99% przypadków zostawia mi gluta na koszulce. Fajnie, co?

 

(nie)Nowe Blizny Cesarza

Ocknęła się ofiara losu, po roku, że ma bliznę po cesarce…

Jakoś tak nie lubiłam patrzeć na tą bliznę, brzydkie to takie było, sine jakieś, wypukłe, jak paskudny robal ciągnący się przez pół brzucha…brrrr… nie zrozumcie mnie źle, Pan Doktor, który mnie zszywał zrobił podobno koronkową robotę, moja pani położna środowiskowa nadziwić się rok temu nie umiała, że tak malutko mnie naciął, i w ogóle… ale Ja po prostu generalnie nie lubię blizn.

Jak prikazano- smarowałam to to codziennie przez pół roku, potem tak z doskoku, jak mi się przypomniało, ale skoro wszyscy wykrzykiwali na początku, że taka malutka blizna, i pewnie ślicznie się wygoi- przestałam się tym przejmować i zwracać na to uwagę. No i rzeczywiście, przez prawie rok niemal nie patrzyłam na ten kawałek siebie (całe szczęście blizna jest w takim miejscu, którego nie wystawiam raczej często na widok publiczny, ale jakoś tak niefajnie mieć taki brzydki farfocel na skórze).

Aż pewnego dnia (tak dokładnie jakieś 5 dni temu) coś mnie tam trochę zaswędziało, więc stwierdziłam, że pora na to coś zerknąć. Kosiarka w łapy, podcięłam okoliczny żywopłot, patrzę, a tu… BLEEE! JAKA ONA NIEŁADNA! Znaczy- taka sama, jaka była, a przecież po roku chyba powinna już troszkę zblednąć, czy wklęsnąć się, czy co tam jeszcze!

No to, jak to zwykle ja, cap za kompa, i po radę do mądrości zbiorowej narodów, zwanej INTERNETEM. Patrzę, kukam, czytam, a tu hasło BLIZNOWIEC. Brzmi paskudnie… google grafika: A fe, wygląda też paskudnie! Czyżbym miała jakiegoś bliznowca? No chyba nie jest aż tak źle? Taki ten mój organizm nadgorliwy, że nadprodukował kolagen podczas zabliźniania? Przecież ogólnie wiadomo, że nadgorliwość gorsza od faszyzmu!

No i co tu teraz zrobić?!

Wiem wiem, jest dużo żelów i maści, sęk w tym, że działają najlepiej w czasie zabliźniania, a ten etap raczej mam już za sobą, było nie było- blizna ma ponad rok! Póki co internet podsunął mi temat plastrów silikonowych, podobno działają nawet na stare blizny. Trochę kosztują, i nie wiadomo, czy rzeczywiście zadziałają, ale chyba pęknę i się skuszę. No cóż, będę płacić za swoją głupotę i niedopatrzenie, i będę testować na sobie, co to warte. Będę waszym króliczkiem doświadczalnym, może akurat się komuś przyda informacja, czy to naprawdę działa… póki co trzymajcie kciuki!

Mamy kochane, a może któraś z was walczyła o ładną bliznę? Jeśli macie jakieś sugestie- chętnie przytulę 😉 Piszcie w komentarzach sprawdzone specyfiki i metody (boję się tylko, że po roku to już „po ptokach”). A póki co- będę walczyć wiarą, nadzieją, i silikonem.

Buziaki!

U mamy na parapecie

Kilka dni dobrej passy- trzeba to wykorzystać, i pisać, ile sił w palcach! Bo jest parę tematów, którymi się chciałam z wami podzielić.

Mam wrażenie, że wyglądam przez pryzmat internetu jak jakiś eko czubek- wiecie, te wielorazowe pieluchy i chusteczki, swojskie przetwory, domowe ciasta, brak telewizora, własne jajka, zbieractwo i kwiatowe dziwactwa tego lata… teraz na dodatek pogrążę się jeszcze bardziej 😀 Ale jestem gotowa wziąć to na klatę.

Jako dziecko nażarłam się dosyć antybiotyków, byłam jednym z tych chucher, które to tydzień są w szkole, dwa na chorobowym, bujają się po sanatoriach i kto wie, co jeszcze. Moi rodzice musieli wydać fortunę na leki! Stąd się chyba wzięła moja zajawka na zioła i inne- od czasu, kiedy moje ciągłe chorowania ustały, mam wstręt do leków od byle pierdoły- stronię od apapów i innych takich, wolę dobry ząbek czosnku i na pięć zdrowasiek do pieca, potańczyć na łopacie, lub taniec brzucha przy świetle księżyca, czy inne gusła; póki działa, jest okej.

Przez to otwarcie na naturliś i inne ziołolecznictwo, wyłapuję z eteru różne pomysły, i czasem wprowadzam je w życie, stąd na naszym parapecie dwie rośliny, o których dziś chciałam wam opowiedzieć.

Pierwsza z nich to ALOES. Wszyscy wiemy, że jest używany w kosmetykach, i że świetnie wspomaga gojenie skóry- czemu więc nie hodować go w doniczce?

Do założenia hodowli aloesu zainspirowała mnie koleżanka z pracy, która sama stosuje aloes od lat; opowiedziała mi raz, jak rymsnęła niefortunnie na betonie, i zdarła sobie powierzchnię obu dłoni; od razu posmarowała aloesem, i następnego dnia miała już wszystko pięknie zabliźnione. Jak tylko zaszłam w ciąże, stwierdziłam, że muszę skombinować skądś aloesy, bo przecież dzieci to mistrzowie w zdzieraniu skóry na kolanach i łokciach! Udało mi się- okazało się, że moja siostra akurat szukała dobrego domu dla kilku swoich roślinek, przytuliłam je więc, i tak oto teraz mój parapet jest zdominowany przez brygadę wesołych sukulentów w zielonych doniczkach :) Jeszcze nie miałam okazji ich użyć, ale już widzę oczyma wyobraźni Tośkę wbiegającą do kuchni, z umazaną kurzem wymieszanym z łzami twarzą, zawodzącą: mamoooo, szczypiiiii! A ja wtedy obmywam rany, pocieszam dzielną wojowniczkę, i przykładam jej rozcięty liść do ran. I działa to prawie tak dobrze, jak podmuchanie i buzi (pamiętam z dzieciństwa- to potrafiło zdziałać cuda!).

Wesoły Aloesik :)

Wesoły Aloesik :)

 

Drugą rośliną jest ŻYWORÓDKA. Żyworódkę dostał na urodziny od mojej bratanicy Małżon- posadziła dla niego razem z Babcią. Ta roślinka jest mniej znana od aloesu, a szkoda- bo już sama zdążyłam przekonać się o jej cudnych właściwościach:

Przed naszym ślubem coś dziwnego zaczęło mi się robić u nasady karku, zapewne przyczyną był stres (nie wspomnę, że przed weselem pojawiły mi się siwe włosy- znak jakiś, czy co?)- jakiś taki placek przesuszonej, podrażnionej i swędzącej skóry. Smarowałam to kremami nawilżającymi, ale poza tym nic więcej z tym nie robiłam, bo w końcu nie było czasu na pierdoły, a że to „coś” było pod włosami- wiecie, czego oczy nie widzą… Po jakimś czasie skóra zaczęła się łuszczyć, i w ogóle wyglądała paskudnie, więc udałam się z tym do dermatologa; lekarz podał jakąś tam nazwę problemu skórnego, i oznajmił ze wzruszeniem ramion, że będzie mnie to nękać do końca życia, to nasilając się, to słabnąc- CUDOWNOŚCI… Dermatolog przepisał mi coś nawilżającego i steryd, który miałam stosować chyba przez tydzień na to miejsce. Nie mam zielonego pojęcia, która z tych cudownych mikstur wyżarła mi pół skóry na potylicy, oraz wypaliła mi bardzo skutecznie włosy. Przed rozpaczą wywołaną dożywotnimi mękami uratował mnie Małżon, zwany słusznie Człowiekiem Renesansu- bo przecież nie tylko obliczy naprężenia na moście, chleb upiecze, dach postawi, ale i na medycynie ludowej się zna, i na miotle lata hobbystycznie! Powiedział, żebym nacierała się żyworódką, bo ona ma działanie łagodzące. Na początku po prostu urywałam liście, i wcierałam sok, ale po jakimś czasie Dr Małżon zmajstrował dla mnie nalewkę z miażdżonych liści i wódki weselnej typu Literatura Polska, i począł pracowicie nacierać mój nadpalony kawałek czerepu. Tylko dzięki temu odzyskałam tam normalną skórę- włosy były wypalone tak doszczętnie, że rok później, gdy byłam w ciąży, moja fryzjerka z przerażeniem odkryła tam niemal łysy placek, pokryty ledwie kiełkującymi „dzidziusiowymi” włosami, takim meszkiem, a dziś, czyli ponad dwa lata później, nadal mam w tym miejscu króciutki pędzelek; całe szczęście „hery” odrosły, i to na pewno nie dzięki sterydowi Dermatologa. Dzisiaj mój „dożywotni” problem skórny niemal nie istnieje- zdarza się, że mam ochotę się drapnąć, ale nic się nie pojawia, nie zaognia, a jeśli już zdaje mi się, że coś się kroi- łapię za żyworódkę, i po jednym użyciu jest po sprawie.

Nie będę się rozwodzić na temat konkretnych właściwości tej roślinki, bo internet kipi od publikacji, zainteresowani mogą poczytać sobie np TO .

Żyworódka ostatnio awansowała z doniczki do hydroponiki nad akwarium żółwi, więc czeka ją świetlana przyszłość, zapewne niedługo zarośnie nam pół domu.

Oczywiście poza tymi roślinami, które dla mnie samej były trochę odkryciem, mam pod ręką (w ogródku) takie standardy jak szałwia- na gardło (nie dla karmiących piersią, zmniejsza laktację!), czy mięta na trawienie,a w kuchni jest kminek na przepędzenie bąków z brzucha; do tego kilka kupnych herbatek ziołowych.

Natura pełna jest cudów, które zastosowane w odpowiednim czasie mogą nam pomóc na wiele sposobów ( pewnie każdy z was zna syrop cebulowy- bleeee!).

Tak sobie myślę, że przy okazji można by rozwinąć wątek „zdrowych lekarstw”, jak macie coś sprawdzonego- wrzucajcie w komentarze, w miarę możliwości pozbieram do kupy i wypuścimy nasz mały, wspólny poradnik.

A gdy będę miała szansę- napisze wam o kilku prostych „kosmetykach”, które można znaleźć w kuchni, wypróbowanych przeze mnie osobiście!

 

DO WTEDY ZATEM! Buziaki!

 

Spaniowe traumy

Cześć i czołem!

 

Tosia- jak wiecie- nigdy nie należała do dzieci, które lajtowo zasypiają. Zasypianie to było albo zawisanie na godziny na piersi (och, grawitacjo, bądź łaskawa dla e-mamy!), albo godzinne darcie, albo skakanie w chuście… tak czy siak nigdy nie należała do tych książkowych maluchów, które to zasypiają natychmiast odłożone do łóżeczka, albo grzecznie się w owym łóżeczku bawią, zanim spokojnie odpłyną w krainę snu.

Teraz sprawy zasypiania wyglądają lepiej, bo ostatnio Mr Tateł odkłada Tosinkę, buzi buzi, i ucieka na dół; Tosia płacze jakieś 2 minutki, po czym jest cisza i spokój- czyt: prawdopodobnie zasypia, a przynajmniej zaczyna się wyciszać.

Rytuał przed zasypianiem natomiast nadal ma znamiona zawisania na cycku, bo po kąpieli jest jeszcze godzinka zabawy z wielokrotnym zahaczaniem o piersi mamy. Dzisiaj, po trzydziestym zabawowym ugryzieniu małego psotnika, zakrzyknęłam: BASTA! Idziemy się pobawić na matę, byle jakoś spokojnie, bo przecież już pora wyciszania, a nie hulanek.

Pomyślałam sobie: oto nadszedł moment na zmianę rytuału, włączając w to moje wcześniej zaplanowane usypianie misiów. Z pudełka na buty i ręczniczków uczyniłam prowizoryczne łóżeczko, i przyniosłam „aktorów” nowej zabawy: specjalnie do tego wybranych Pana Mysz i Panią Żabę (nie lubimy ostatnio myszy, ale ta jest całkiem spoko :) ). Wymyśliłam sobie już jakiś czas temu, że te dwie maskotki od Cioci Ani będą właśnie wspomagaczami zasypiania, i oto dziś nadszedł ich czas…

 

Kamera...AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Kamera…AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Aktorzy scenki rodzajowej poza planem

Aktorzy scenki rodzajowej na planie po zdjęciach 

Usadowiłam Antosię na macie, usiadłam obok niej, i tłumaczę jej: Antosiu, teraz Pan Myszka pójdzie spać- wzięłam Pana Myszkę na rączki, ukołysałam, śpiewając: AAA , Kotki dwa… Patrzę, a tu buźka mojej córuni wykrzywia się w podkówkę! No wiem, że może nie śpiewam jak dawniej, albo może dobór piosenki o kotkach dla Pana Myszy był niezbyt delikatny, ale żeby od razu płakać? Nie rozpłakała się jednak. Dałam jej pocałować Pana Myszę, przytuliłyśmy go obie, położyłyśmy do pudełka… i WTEDY Antosia się rozpłakała na dobre!

Przytuliłam Antosię, i mówię jej: Pan Myszka zaśnie sobie, i będzie miał wesołe sny, a jutro wstanie, i będzie się z Tobą bawił! -Nic to nie dało, szloch trwał dalej.

Postanowiłam odciągnąć jej uwagę Panią Żabką- Zobacz Antosiu, Żabka sobie skacze wesoło!- tu już było lepiej z nastrojem. -Żabka skacze, ale już jest późno, musi więc iść spać! Daj Żabce buzi!- Tu Antosia dała buzi- Zrób Żabce „moja, moja”- Tu Antosia łaskawie dała się objąć łapkami Żabki- sama nie tuli na zawołanie byle kogo 😉 . No, to teraz zrób Żabce PA PA, Żabka idzie spać razem z Myszką.

ANTOSIA W RYK.

 

Zobaczcie, jakież to smutne! Koniec zabawy, trzeba iść spać! Antosia nie lubi iść spać.

To dziecko nie przestaje mnie zadziwiać- była w stanie przełożyć sobie całą sytuację, wczuć się w cierpienia Myszki i Żabki, które muszą iść spać, i które, tak jak ona, zapewne nie lubią tego strasznie!

Wyszło tutaj (ponownie), jaką traumą jest dla Antosi temat spania.

Stwierdziłam, że tym bardziej będę odgrywać wieczorny teatrzyk, żeby tą straszną paskudę zwaną snem jakoś oswoić, żeby Antosia widziała, że ani Pan Myszka, ani Pani Żabka nie mają nic przeciwko spaniu.

 

No, to Dobranoc!

Szykuję się do wpisu o Tosinej tablicy sensorycznej maminej roboty :) Chciałam już to wrzucić, ale stwierdziłam, że przygotuję się lepiej, i napiszę z pomocą Mamy Ewy coś na temat zabawek- tych mądrych, i tych trochę mniej.

Do zaś więc!

 

Jak rozwinął się temat pieluch i BLW

Cześć kochani,

na początku pokażę wam jak mniej więcej wygląda nasza córcia w tej chwili, jeśli chodzi o zęby 😉

O TAK:

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Żeby tego było mało, w miejscu czułków Tosia ma dwa ślady po ataku komarów! więc poza kolorem skóry prawie wszystko się zgadza 😀

To tak, gwoli rozgrzewki 😉

Na szybciuchno (jasne, jaaasne, znacie mnie, zaś się rozpiszę!) – obiecałam sobie, że napiszę, jak potoczyło się parę spraw, o których pisałam wcześniej, czyli: BLW i PIELUSZKI, do tego „dodam w gratisie” kilka patentów powiązanych.

Opisywanie tematu pieluszek porzuciłam po ostatnim wpisie, czyli jak nam się pieluchowało na początku, a to błąd, bo po przeczytaniu tamtego wpisu mogliście stwierdzić, że jednak pieluszki wielorazowe to takie utrudnienie życia, bo przecieka, bo pranie, bo „ból w dupie” generalnie- eko wymysł i tyle. Dlatego właśnie wracam, bo przecież już od paru miesięcy pieluszkujemy w ten sposób 😉 I wiecie co? Nie zamieniła bym tego na nic w świecie! Nie mam pojęcia, czemu na początku pieluszki nam przeciekały, mogę tylko podejrzewać, że potrzebowały kilku prań więcej, niż zalecił sprzedawca, albo problemem mógł być proszek, którego używaliśmy, a który zawierał w sobie zmiękczacz- płyn zmiękczający może zmniejszać chłonność, o czym informację mieliśmy, ale nam umknęła. Skóra na pupce Tosi jest nadal bez problemów, mimo, że jest smarowana tylko na noc (nadal używamy na noc pieluch jednorazowych czyli pamperozy, mimo, że śmierdzi ohydnie 😉 ). Do tego nasze rachunki za wodę i prąd nie zwiększyły się katastrofalnie, a kasa wydana na proszek Nappy Fresh który dodaje się do prania pieluch w celu „odkażenia” jest naprawdę niezauważalna w porównaniu z kasą wydawaną na pieluchy jednorazowe w przeszłości. Pranie i suszenie pieluszek nie zabiera mi masy czasu, a pozbywanie się kuponów z pieluch nie powoduje palpitacji serca, tudzież najdrobniejszego skrętu żołądka- przecież każda mama z kuponami jest za pan brat, a do tego z czasem ich konsystencja poważnie ułatwia sprawę- just shake it out baby! 😉 Wystarczy wytrzepać nad kibelkiem „i sprawa jest czysta” jak to śpiewał na zalanej deszczem Brackiej pan G. Turnał. Następna sprawa- w moim domu NIE CZUĆ KUPY W POWIETRZU, zapewniam was, chyba, że ktoś celowo wsadzi nos do kosza z pieluchami- tam owszem, aromat jest silny (raczej siuśkowy niż kupkowy)- ale to już wybór śmiałka.

Na dodatek nabawiliśmy się (w odpowiedzi na moje prośby) pomocy naukowej zwanej BIDETKĄ, która pomogła mi wybrnąć z kilku „sticky spots” 😉 Czyli pozbyć się nieco bardziej przyciężkawych tematów z pieluszki. To taki przepiękny wężyk zakończony pistoletem strzelającym wodą. Zazwyczaj służy do tego, co klasyczny bidet, jednak dla takich pomysłowych dobromirów jak ja i Człowiek Polibuda zwany Małżonem, służy do wielu innych rzeczy, zwłaszcza do spłukiwania mini gówienek z pieluszek :) Tak na serio patent znalazłam gdzieś na youtube u jakiejś pani z US, która wprowadziła mnie swymi filmikami w arkana sztuki pieluchowej, ale wybaczcie, za nic nie przypomnę sobie kim była ta dobra kobieta, i nie wkleję linka do filmiku- po prostu oglądałam to zbyt dawno temu, by pamiętać.

Bidetka wygląda o tak:

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka robi "siiiiii"

Bidetka robi „siiiiii” (oczywiście z większym ciśnieniem niż na zdjęciu)

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

zawieszka przymocowana do ściany

zawieszka przymocowana do ściany

i jest naprawdę przydatna, a jej montaż nie był wybitnie trudny (zresztą dla Człowieka Polibudy nie ma trudnych rzeczy!), więc polecam każdemu. Jeśli ktoś planuje używać tego głównie w celu klasycznym, proponowała bym podpięcie do ujęcia ciepłej wody, bo my poszliśmy na łatwiznę i podpięliśmy do dojścia wody do spłuczki, i o ile latem zimny prysznic w tyłek może działać podwójnie odświeżająco, o tyle zimą na bank nie będzie to do użycia w ten sposób 😉

 

Kolejny patent to ściereczki do podcierania zamiast jednorazowych nawilżanych któż wie jaką chemią chusteczek. Zakupiony przeze mnie system wygląda tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko małe na czyste ściereczki nasączone wodą z lawendowym olejkiem eterycznym. W pudełku dużym- zużyte ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pudełko na zużyte ma „wbudowany” woreczek do prania- gdy jest pełen- wystarczy wyciągnąć, zaciągnąć sznureczek, i wio do pralki!

I o ile mocno go sobie chwalę, o tyle na serio można zrobić to sobie metodą domową, np z flanelowych pieluszek, i nie zabulić za to miliardów, tak jak zrobiła to łasa na gadżety wasza kochana e-mamuśka… (Zresztą poniżej znajdziecie kolejny patent, który jest dokładnie tańszą wersją tego tu). Zawsze jak piorę pieluchy zgarniam przy okazji brudne ściereczki, których nawet nie trzeba potem suszyć, zalewam je tylko wodą z olejkiem lawendowym, żeby pachniały, i były wilgotne- tadaaam, ot i cała filozofia, kasa zostaje w portfelu, a do tego ręczniczki nigdy się nie kończą 😉 Life is good! 😉

A, od razu pokażę wam moją organizację przewijaka, jak szaleć, to szaleć! My lubimy old school, a poza tym używamy rzeczy, które są pod ręką, więc Człowiek Polibuda przykręcił stary kawał blatu do stelaża cudnej maszyny Singer (zaznaczam, że to użycie jest tymczasowe, absolutnie nie dewastujemy takich precjozów, zwłaszcza, jeśli działają!) na blacie jest zwykły przewijak „nałóżeczkowy”, a pod blatem przechowujemy pieluszki; wygląda to wszystko o tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kosz na zużyte pieluszki, z workiem do prania. Ma szczelną pokrywę, ale i tak warto wkropić trochę olejku herbacianego, dla walki z ewentualnym powiewem przy otwieraniu 😉 Oryginalnie kosz jest do pieluch jednorazowych, ale i tak się sprawdza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękna maszyna! Na dole pudełko na wkłady do pieluch. Z boku „wiszą” pieluchy jednorazowe, których używamy już tylko na noc (taka paczka starcza nam na ponad miesiąc!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A tu stojak już załadowany pieluchami. U góry przewieszone kieszonki, na dole w pudełku wkłady.


Jak widzicie, nie trzeba wydawać dodatkowej kasy na przewijak na stojaku, żeby wszystko działało jak należy 😉

 

To chyba tyle na temat pieluszek, jeśli macie pytania to walcie śmiało. Ja się podpisuję pod pieluchowaniem wielorazowym rękami, nogami i wilczymi łapami, u nas sprawdza się super.

 

Drugi temat to BLW. (po wstępne informacje o BLW klikaj TU)

Wiecie co? Tosinka, która nic nie chciała jeść, jest teraz zapaleńcem spożywczym! :) Dzisiaj np po raz pierwszy przypomniałam sobie, że planowałam zmienić jej kaszkę z tej dla alergików na zwykłą mannę. I co? Tosinka straaaasznie się krzywiła, bo konsystencja nieco inna, no i smak nie ten, ale jak oddałam sprawę w jej łapki- zajadała się jak szalona! Fakt faktem, robiła takie miny, jakby miała zaraz wszystko wy..rzucić z siebie, no i dużo nie zjada, ale to, że jest chętna by jeść, zachwyca się nowymi smakami i fakturami, a łapka od razu śmiało wędruje z jedzeniem do dzióbka, jest moim dużym powodem do radości. Poza tym- jest taka samodzielna!

Teraz powiem wam tak: bałaganu z tym mniej, niż sądziłam 😉 . Pod krzesełkiem jest dyżurna cerata, po każdym posiłku trzeba umyć krzesełko i stoliczek, a bardzo często i całe dziecko 😉 ale myślę, że jakbym karmiła ją łyżeczką, wyszło by nie raz na to samo- co za różnica, czy myję tylko łapki i buźkę, czy od razu stópki (suuuper masuje się je na poślizgu z kaszki, tak przynajmniej wygląda to gdy patrzę na jej zadowoloną minkę gdy pakuje kaszkę między paluszki!), rączki i główkę? 😉 Po prostu rytuałem stała się „szybka kąpiel na brzegu zlewu”. Do tego wielkim plusem jest fakt, że nasza BLW przygoda zaczęła się latem, kiedy Tosia smaruje kaszką nie ubranka, a swój „tors gladiatora”. Zamiast małego śliniaczka już od dawna stosuję „togę” z pieluszki, bo Tosia leci po całości, ale co za różnica, i tak się wypierze. Ściany nie ucierpiały, podłoga obrywa rzadko i tylko w niewielkim promieniu- zawsze na ceracie! No i do tego wszyscy jemy posiłki razem- to dosyć fajna sprawa. Gotowanie dla Tosi nie jest wielkim problemem, póki co to zupełne podstawy, czyli: wsadzam do rondelka kawałek mięska/rybki, ziemniaczki pokrojone we frytki, marchewka w słupkach, czasem makaron, co drugi dzień gotuję jajko na twardo i daję Tosi kawałek, czasem cukinia czy dynia. Gotuję do miękkości, bez przypraw, potem wyławiam wszystko,mięsko/rybkę rozdrabniam, pakuję na talerzyk, stawiam przed Tosią, i siadam do swojego obiadu. Planuję zacząć gotować dla nas wszystkich, ale póki co tak mi jest łatwiej. Zresztą dziś zamówiłam książkę kucharską BLW, zobaczymy, co w niej ciekawego znajdę. Jak dostanę i poczytam- pewnie dam znać.

Co do BLW patentów, to już wspomniałam o myciu, pieluszce zamiast śliniaka, ale do tego na mniejsze potyczki mamy domowej roboty ręczniczki, właśnie z pieluszek flanelowych, super miziutkie, i pachnące lawendą. Zakupiłam na allegro pudełko na nasączane chusteczki, i wsadziłam do niego uszyte przez moją mamę ściereczki. Zawsze trzymam je pod ręką na szybkie wycieranko, i piorę z obojętnie czym, czyli z każdym praniem, które akurat wsadzam do pralki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko po pierwszych chusteczkach, przemianowane na pojemniczek na ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otwórz wieczko, włóż ściereczki, dolej trochę wody z pachnącym olejkiem, i voila!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a potem przez dziurkę wyciągaj flanelcię gdy potrzeba :)

Takie właśnie są nasze patenty ułatwiające życie.

Oczywiście jak szykowałam się do macierzyństwa, chciałam mieć wszystko z metką, pachnące, oryginalne i tak dalej, ale w sumie po pierwszej wizycie położnej środowiskowej i dyskusji o skórze na pupce dziecka i tym, co mogą zrobić jej nasączane chusteczki (jeśli ma się pecha), to zaczęłam patrzeć na różne sprawy nieco inaczej. Na dodatek po urodzeniu wiele rzeczy uprzednio istotnych straciło zupełnie znaczenie, bo teraz wiem, że dziecko najbardziej potrzebuje miłości, przytulenia, jedzenia i poczucia bezpieczeństwa, a to spokojnie dostaje i bez tych wszystkich cudów, które nakręconym młodym rodzicom próbuje wcisnąć kapitalistyczny świat ;).

To tyle na dziś. Ściski!

Ach, była bym zapomniała… planowałam przedstawić wam postać Małżona!

Oto więc mój Wspaniały Małżonek, Człowiek Polibuda i Tateł w jednej wesołej osobie

Pan Tateł

CAŁKIEM WESOŁY TATEŁ :) czyli człowiek talerzo-melon

PAPA!