Archiwa kategorii: Zdrowie i higiena

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

Znowu o spaniu

 

Halo halo!

Nie odzywam się, siedzę cicho, chodzę trochę na paluszkach. Boję się głośniej odetchnąć, żeby nie zapeszyć. Ćśśśśś, Tosia śpi…

 

20140525_182806

 

Temat się pojawia, myślę, ostatni raz. Pisałam już przecież o spaniu, pierwsze podejścia do samodzielnego usypiania Tosi (o, tutaj!), i w sumie chyba powinnam teraz ugryźć się mocno w język (czy raczej trzepnąć po łapkach, skoro piszę, a nie mówię 😀 ), albo co gorszego sobie zrobić za to poprzednie psioczenie na książkowe mądrości ;).

Doszliśmy znowu do momentu, kiedy „tonący brzytwy się chwyta” jeśli chodzi o usypianie maluszka. Wszystko przez początki ząbkowania… A było to tak:

Tosinka, jak być może wiecie (Ci, co czytali wcześniejsze wpisy pewnie wiedzą 😉 ), jest dzieckiem zupełnie bezsmoczkowym. Odrzuca wszelakie smoczki, również takie z butelki, bo po co sobie silikonem po buzi machać, skoro jest cycuś mamy na zawołanie. Od początku byliśmy przekonani, że nie chcemy smoka wprowadzać, łapaliśmy za niego tylko w przypadkach czarnej rozpaczy (np wielogodzinny płacz po szczepieniu), ale wtedy już i tak było za późno, bo Antoninka nie chciała go tknąć. Myślimy se: fajnie, nie trzeba będzie odzwyczajać! I postanowiliśmy zarzucić próby oswojenia córeczki z tym sprzętem.Nadszedł jednak czas ząbkowania, i na naszym wieczornym cudnym niebie pojawiły się chmury rozpaczy. Tosia była smętna, rozdrażniona, więc jak to ja- tuliłam, tuliłam tuliłam. Wieczory bywały trudne, smarowaliśmy dziąsełka żelem, ale czasem po prostu żałość była taka, że żel sam czarów nie zrobił- całe szczęście pierś mamy jest dobra na wszystko. W tym czasie Tosia zaczęła się często budzić w nocy, a jak już wcześniej pisałam- usypiała mi tylko przy piersi, więc żeby ją uśpić z powrotem- podawałam pierś. I tak wiele razy w ciągu nocy. Po jakimś czasie doszło do takiego hardkoru, że Tosia UZALEŻNIŁA SIĘ od piersi! Zupełnie jak te dzieci, które zasypiają ze smoczkiem, i płaczą, kiedy przez sen wypadnie im z buzi! Bywały noce, kiedy spała zupełnie normalnie, ale bywały i takie, kiedy np od 1:30 co chwila szukała piersi; żeby dziecko przespało noc, ja musiałam być na baczność, i pilnować, żeby cycek był w zasięgu! Oczywiście w tej chorej sytuacji nie wysypiałam się ani ja, ani Tosia. Powiedziałam więc sobie, że pora na drastyczne akcje, byle tylko przywrócić naszemu życiu jakąś normalność.

 

Mój Małżonek jest akurat w trakcie pewnych zmian zawodowych, i od zeszłego piątku jest na urlopie. Mieliśmy zaplanowanych kilka spraw na ten czas, kiedy oboje będziemy w domu, najważniejszą z nich było NAUCZENIE ANTONINKI SPAĆ. Wiecie, że tzw metoda 3-5-7 to masakra, tylko dla ludzi o mocnych nerwach- jest bardzo bliska wypłakiwania dziecka, na co ja się całkowicie nie piszę. Akcję więc musiał przeprowadzić Małżon, człowiek o ciepłym sercu, acz stalowych nerwach.

Dla tych, którzy się nie orientują, szybko i ogólnie nakreślę o co chodzi w metodzie 3-5-7. Jest to metoda uczenia dziecka spać samodzielnie- może dla niektórych jest to zwyczajnie normalne, i naturalne, że dziecko zasypia sobie samo w swoim łóżeczku- dla tych wszystkich GRATULACJE, trafiliście na dobry model, bo niewiele dzieci tak ma :) Anyway, metoda idzie tak: kiedy widać po dziecku pierwsze oznaki zmęczenia, np tarcie oczu, ziewanie, kładziemy dzieciątko w łóżeczku, mówimy dobranoc, papa, buzi w czółko, czy co tam jeszcze chcecie, po czym zostawiamy malucha w łóżeczku. i wycofujemy się z pokoju. Dziecko, które do tej pory przywykło zasypiać przy rodzicach/przy piersi/we wspólnym łóżku, na początku czuje się zdradzone, nie wie, co jest grane, więc zazwyczaj okazuje to strasznym, żałośliwym płaczem. NIE WCHODZIMY OD RAZU by je pocieszyć, odczekujemy 3 minuty, i dopiero wtedy wracamy do niego. Zasada jest taka, że nie wyciągamy dziecka z łóżeczka, żeby je pocieszyć i uspokoić; możemy więc do niego mówić, głaskać je, śpiewać mu, tłumaczyć, że je kochamy, i to dla jego dobra, ale NIE WYCIĄGAMY Z ŁÓŻECZKA. Po około 2 minutach wychodzimy znowu (nawet, jeśli dziecko płacze nadal). Następne wejścia są po 5 i po 7 minutach. Potem wchodzimy co 7 minut, zawsze na ok 2 minutki. Po jakimś czasie dziecko zasypia. Zazwyczaj. Nasza pierwsza próba dowiodła, że nie działa to zawsze, my wymiękliśmy po ok godzinie- pewnie, mogliśmy wtedy zacisnąć zęby, i dać dziecku płakać drugą godzinę ( i tak ostro, że wytrzymaliśmy aż tyle, czułam się jak wyrodna matka!), i zobaczyć co się stanie, ale serio- kto wytrzyma coś takiego??!! Prawda jest taka, że niekiedy trzeba odłożyć tą metodę na półkę, i wrócić do niej kiedy dziecko jest starsze. Owszem, w książce, którą przeczytałam na ten temat była taka wzmianka, ale wiecie, jak to jest, jak baba napakowana po ciąży hormonami słucha, jak jej dziecko płacze, i wyklina na wszystkich, którzy coś takiego wymyślają, jakimi to są nieludzkimi draniami, którzy pewnie w życiu dziecka nie mieli!!!!!!

Pewnie nigdy nie wróciła bym do tej metody, gdyby nie zrodziła się wraz z ząbkowaniem ta patologiczna zależność od piersi… było to hiper przerysowanym dowodem na to, że Tosia nie potrafi się sama wyciszyć, i że naprawdę trzeba coś z tym zrobić.

Klamka zapadła. Od piątku bierzemy się za usypianie! (Piątek- ten przedwczoraj :D)

Standardowo w okolicy 15stej Tosia zaczęła trzeć oczka, i stawać się małym zmierzłym ludzikiem, czyli mówić niewerbalnie: jestem zmęczona, mamo, idziemy się potulić. Standardowo wzięła bym ją na ręce, poczłapała schodami do sypialni, wpakowała bym nas obie do łóżka, wyciągnęła cycka, zapakowała go Tosi do dziobka, walczyła przez jakieś 20-40 min z zadowoloną, wiercącą się pociechą, po czym nadszedł by sen. Oczywiście ten sen nie powodował by uwolnienia cycka, to by się stało (przy dobrych wiatrach) po jakiejś godzinie, gdy sen byłby mega głęboki.O ile w ogóle…

Ale tym razem nie było STANDARDOWO. Tym razem mamusia po nakarmieniu Tosi pocałowała ją, oddała Tatusiowi w ręce, po czym Tatuś skierował się na pięterko, a mamusia poleciała w te pędy po swoje gigantyczne słuchawki, i włączyła audiobooka na cały regulator, żeby nie słyszeć tego płaczu. Szczerze, to wyemigrowałam do ogródka, pomodlić się za powodzenie całej akcji, i zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć, jaka krzywda dzieje się mojemu dziecku. W ten sposób odchwaściłam okolice krzewu różanego, ogarnęłam podkaszarką trawę przy płotku warzywnika, i pokonałam jaskółcze ziele atakujące nasz rabarbar. Po tym czasie stwierdziłam, że mam zjarane ramiona, połamane plecy, i że mam dosyć roboty. Podniosłam się z pozycji pokrzywiono-zgiętej, i mym oczom ukazał się tata, niosący w ramionach lekko zapłakaną Tosiałkę.

NO I JAK PANIE TATO? Było mocno strasznie? Była tragedia? Była lipa?

Pan Tata zdał sprawozdanie, że Tosia po ok 15 min płaczu zasnęła, po czym obudziła się po jakichś 40 minutach, i rozdarła, zrozumiawszy, że to wstrętne traktowanie to nie był sen. Całe szczęście pojawił się tata-rycerz na niebieskim koniu, i uratował Tosię ze szczęk złego łóżeczka.

Uff, 15 min to nie tak źle, pomyślałam (znowu- wyrodna matka!), zwłaszcza w kontekście naszej pierwszej próby, oraz tego, że samej Tosi udało się zasnąć dużo szybciej, niż zazwyczaj usypiała ze mną. Okej, gramy dalej, jeśli tylko Pan Tata się zgadza.

Pan Tata się zgodził.

Nadszedł wieczór. Po kąpieli i wieczornym mleczku z mamusinej piersi, Antoninka ponownie udała się z tatusiem do sypialni. Nie zdążyłam jeszcze dobrze założyć słuchawek, a już słyszałam łamiące serce krzyki. Czy my aby dobrze robimy? Czy dziecko nie będzie miało traumy? Czy gra jest warta świeczki? – zgłośniłam odtwarzacz dźwięków na maxa, i poszłam, w głębokim stresie, sprzątać kuchnię, i- wbrew moim zwyczajom, nakazującym mi garnki omijać szerokim łukiem- zaczęłam szykować jutrzejszy obiad.

Po jakimś czasie nasłuchuję- kurde, cisza! Piszę smsa do Małżona: JAK JEST? On: Jest OK, właśnie zasnęła, trochę w poprzek łóżeczka, ale śpi za płytko, żeby ją ułożyć. Ja: Chcesz tosty z serem? On: Kusisz. Późno jest, ale zjem.

Zapiekłam kanapsy, i popędziłam na paluszkach schodami. Zastałam tatę również ze słuchawkami w uszach, siedzącego w mroku na fotelu w pokoju obok sypialni. Poinformował mnie, że skoro Tosia śpi, to mogę wziąć tosty na dół, bo zaraz zejdzie i zje na spokojnie. Zeszłam na dół, i po jakiejś minucie usłyszałam płacz, który wbił tysiąc sztyletów w moje serce. Olaboga, no przecież spała! Czy będzie się co chwila tak budzić z płaczem, jak sto nieszczęść?

Ku mojemu zdziwieniu, oraz uldze, po jakichś pięciu minutkach nadciągnął Pan Tata, i powiedział, że to był tylko „płacz kontrolny”: czyli Tosia uchyliła oka,jak zawsze szukając cycka, po czym stwierdziła, że ktoś go ukradł! Rozpłakała się, Tatuś pocieszył, a ona przemyślała sprawę, i doszła do tego, że cycka nikt nie ukradł, bo przecież nie było go od początku, czyli- wszystko w najlepszym porządku, można spać- i ZASNĘŁA SPOKOJNIE!

Małżon poszedł z Piesełem na wieczorny spacer, zapodał szybki prysznic, i poszliśmy do góry, koło 23ciej. Dyskutowaliśmy chwilę, jak mamy poznać, że dziecko płacze, bo jest głodne, a nie dlatego, że się obudziło zupełnie samo, ja stwierdziłam, że przy okazji następnego płaczu biorę ją do łóżka na karmienie, bo Mama Tośka mi mówiła, że Tosiek (kolega i rówieśnik Tosi) budzi się na amciu koło 24:00- uznałam to za dobry wyznacznik. Tosia jednakże nie obudziła się do pierwszej :)! O pierwszej nakarmiłam ją, po czym obudziłam Małżona pytaniem, czy mam ją odłożyć, czy zostawić w łóżku. Małżon, zaspany, powiedział, że mogę zostawić ją w łóżku (ewidentnie nie miał siły się dobudzić na dalsze zmagania), jeśli tylko chcę. Na to ja spróbowałam wyjąć Tosi pierś, co skończyło się standardowym polowaniem, dokładnie takim samym jak w ostatnich tygodniach, skutkującym zazwyczaj naszym niewyspaniem- Tosia CHCE SPAĆ Z PIERSIĄ W BUZI. Dokonałam szybkich obliczeń w swojej głowie, i stwierdziłam: NIE MA BATA, nie po to płakała już tyle w ciągu tego dnia, żebyśmy teraz zaprzepaścili to wszystko. ODKŁADAM JĄ! powiedziałam tylko teatralnym szeptem, położyłam Tosię w łóżeczku, i wcisnęłam głowę w poduszkę broniąc się przed straszliwym płaczem. Mąż poczekał 3 minuty, wstał, pogłaskał po rączce, poszeptał coś do Tosinego uszka, i mimo niecichnącego płaczu wrócił do łóżka. Po kilku trwających sto lat minutach mówię do niego: No weź, idź, pociesz ją, ja nie mogę się ruszyć, bo ją wezmę w ramiona, i tyle tego było! M na to:zostało jeszcze 20 sekund! (TWARDZIEL!). Wstał, poszeptał, pogłaskał, położył się… 30 sekund później Tosia już spała!!!!!! Wzięłam ją do łóżka dopiero koło 5tej, nakarmiłam na pół śpiąco (słyszałam, że się zaczęła wybudzać, i zareagowałam przed rykiem), wyjęłam pierś, i czekałam co się stanie. Chwile poszukała, po czym olała temat, i zasnęła głęboko!

I TAK SPAŁA DO SAMEGO RANA!!!! Normalnie SZOK! Rano, pierwszy raz od tygodni, po przebudzeniu zobaczyłam uśmiechnięte dziecko, zamiast małego, niewyspanego, niezadowolonego, umęczonego elfiątka. Jeśli wcześniej zastanawiałam się, czy to wszystko jest coś warte- ten widok upewnił mnie, że na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru, podejmując kolejną, jakże trudną próbę.

Dzień drugi był podobny, uczymy się czytać z płaczu Tosi, zasypia dużo szybciej niż ze mną…. zasnęła koło 20:40, koło 22 był „próbny płacz” trwający koło minuty, a kiedy na wpół senna brałam Tosię do karmienia pierwszy raz od wieczora, stwierdziłam ze zdumieniem, że jest już szósta rano!!! Tosia grzecznie zjadła hektolitry mleka (piła naprawdę długo), po czym mlasnęła, przeciągnęła się, i… zasnęła z powrotem, i spała do 7:30! OMG!!!!! NAGRODA NOBLA DLA TATY!!! Byłam tak ucieszona, że strzeliłam smsa do mamy, po czym popędziłam na dół włączyć pranie, naszykować stół do śniadania, wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło, posprzątać co mi wpadło w ręce, i dopiero po chwili, po wyładowaniu radosnej energii mogłam wrócić do łóżka.

Dzisiaj przy popołudniowej drzemce Tosia pomarudziła jakąś minutę, góra dwie (ja w ogóle nic na dole nie słyszałam), po czym przespała bite dwie godziny!
DROGIE MĄDRE KSIĄŻKI! ZWRACAM HONOR! KŁANIAM SIĘ W PAS, DZIĘKUJĘ STOKROTNIE!

Mam wrażenie, że od teraz zawsze będzie obiad na stole (będzie kiedy go ugotować), pranie zrobione, chałupa ogarnięta, a ja będę dyszeć z nudów przy takiej ilości wolnego czasu :D!

Dzisiaj zrobiłam np kurczaka pieczonego w jabłkach, i aż chciałam to udokumentować i wrzucić dla was z przepisem, ale byłam tak podjarana, że zrobiłam tylko jedno, mało atrakcyjne zdjęcie surowych ćwiartek „kurzęcych”, a potem siadłam do pisania. Takie zdjęcie to na pewno furory nie zrobi, więc wam podaruję tę wątpliwą przyjemność  😉

Mam nadzieję, że pod koniec urlopu Pana Taty, czyli do końca miesiąca, będę mogła wam się pochwalić tym, że już osobiście kładę szczęśliwe, niepłaczące dziecko do snu 😉

 

20140525_184406

 

Kolka dziecięca

Kolka dziecięca- czyli zmora wszystkich rodziców. Kto przechodził, ten wie.

Kto przechodził, może się udzielić, dając swoje rady dla przyszłych rodziców w komentarzach, bo to właśnie do przyszłych rodziców jest ten wpis.

Zainspirowana pojawieniem się maleńkiej dziewczynki w otoczeniu postanowiłam zebrać do kupy wyniki swoich poszukiwań, żeby ułatwić życie tym ludziom, którzy właśnie zarywają kolejną noc, bo dziecko płacze; a nuż rady, które tu zamieszczę pomogą jakimś rodzicom ulżyć ich maluszkowi.

Czytaj dalej

Stare nowości i nowe nowości

Odwiedzili nas wczoraj Ciocia A i wujek S.

Mamusia chciała zaszpanować, jaką to ma cudowną, towarzyską, wesolutką i wygadaną (bababa-papapa-mamama) dziewczynkę. Dziewczynka spała po południu godzinkę dłużej niż standardowo, więc Mamusia spodziewała się radości i rozćwierkania wyspanego wróbelka, a dostała… zmierzłość małego nietoperzyka 😉 Niestety zajęło mi chyba dwie godziny dojście do tego, że jaśnie panienka Antosia cierpiała z powodu zbyt długiego czasu bez wycałowywania stópek, i w momencie gdy mama naprawiała swój karygodny błąd, Ciocia i Wujek zbierali się powoli do wyjścia. No cóż, nie udało się pokazać małego radośnika. Innym razem 😉 Mimo tego wszystkiego- wieczór był przemiły!

Mamusia mogła sobie ewentualnie poszpanować faktem, że pierwszy raz od miesiąca nie miała metrowej na wysokość „hołdy” niewyprasowanych ciuszków 😉 a jest się czym chwalić Proszę Państwa, bowiem Babcia wzięła przedwczoraj Tosinkę na 2h spacer, a ja cały ten czas wykorzystałam na rozmontowanie nawarstwiającej się tygodniami góry wypranych ubranek. Żeby było jasne- ja naprawdę ogarniam codzienne prasowanka ciuszków, w których chodzi moja córcia; problem jest w tym, że dostaję regularne dostawy większych ciuchów z „rodzinnego banku ubranek”, czyli jak kuzynka czy kuzyn wyrośnie- ubrania trafiają do mnie, ja je piorę (choć niepotrzebnie), prasuję, i segregujemy je z Małżonem, wywalając do dalszego „przemiału” fatałaszki już za małe. Ostatnio dotarły do nas chyba trzy takie dostawy, zanim zdołałam się z nimi rozprawić, i górka powoli mnie przerosła 😉 Ale właśnie zostałam mianowana IRON MAMĄ 😉 i należy mi się medal i trzysta buziaków (po 150 od córci i męża :D).

Mimo popołudniowego średniego nastroju- dzień zaliczam do baaardzo udanych, a to z powodu ciągu dalszego rozszerzania diety 😉

Nie miałam szansy pisać w tygodniu, więc nie jesteście na bieżąco, a w temacie diety działo się u nas wiele, a raczej mało- bo całą sprawę wstrzymałam!

Szóstego dnia spożywania kaszki nr jeden stwierdziłam dwie rzeczy, mianowicie:

1.Te bąki, które nas nawiedzają, to chyba nie jest po prostu wynik zmiany sposobu żywienia

2. Coraz bardziej nie podoba mi się wysypka na pyszczku, która pojawia się zaraz po spożyciu, nawet jeśli po godzince znika.

Jednym słowem- Mama stwierdza: ALERGIA.

Postanowiłam kaszkę odstawić. Skonsultowałam się z pediatrą, i Pani Dr potwierdziła: Alergia, należy odstawić! Poleciła nam inną kaszkę, dla alergików bez glutenu, mleka modyfikowanego, białka sojowego i innych takich. Moja mamowa głowa podpowiadała mi, żeby na kilka dni w ogóle dać spokój z nowym jedzeniem, „odstresować” brzuszek Tosiałki na maminym mleczku, i dopiero potem zacząć wojować od nowa.

I tak oto wczoraj nastąpił ponownie „DZIEŃ ZERO”, zwany inaczej „KASZKA- STARCIE TRZECIE” (wliczam starcie pierwsze z bezglutenową kaszką, zakończone porażką całkowitą :D).

Na opakowaniu wyczytałam, że na pierwsze podanie kaszki sugeruje się jedną płaską łyżkę stołową kaszki rozmieszać w 4-5 łyżkach wody. Małżon powiada do mnie: zrób to wg tych proporcji, ale na łyżeczkach, a nie łyżkach, przecież wiesz, że tamtej kaszki w sumie zjadała ilość odpowiadającą jednej łyżeczce (licząc wg ilości całej reszty wyplutej w czasie walki). Ja na to, że ostatni raz jak dawałam kaszkę zjadła ją z wielkim zapałem, aż myślałam, że trzeba zwiększyć ilość; wolę więc zrobić za dużo i ewentualnie wyrzucić, niż za mało, i nie wykorzystać zapału córci (i tak są to naprawdę małe ilości, wiec nie wyrzuca się tego tak dużo). Przygotowałam więc sugerowaną ilość, sędzia zadzwonił w gong, i zaczęła się runda pierwsza. Kaszka wg tych proporcji była w postaci mocno płynnej, i chwile dyskutowaliśmy, czy nie powinno się tego podać z butelki, ale ja sobie myślę: kaman, toż to już dorosła pół roczna panienka, po co ją wpędzać w jakieś tam butelki, skoro można uczyć ją prosto z miseczki- łyżeczką! Nie ma, że boli! (a tak serio- Tosia wzbrania się przed wszelakiego typu smoczkami, łącznie z tymi butelkowymi- i po co mam to psuć teraz? 😉 )

Podchodzimy więc do Tosi, ostrożnie, powolutku…. łyżeczka leci korkociągiem jak samolocik, łyżeczka robi „bzzzzz”, zniża lot… buzia się śmieje i otwiera, i….

WLAZŁO!

Druga łyżeczka…

WLAZŁO!!!! JAK PO MAŚLE!

Trzecia łyżeczka….

BINGO!

Pani Doktor, dziękujemy! 😀 Nareszcie coś, co spasowało Tosi w 100% 😉 Mam nadzieję, że nie będzie jakichś dziwnych reakcji fizycznych, bo jeśli chodzi o reakcje smakowe- sto procent trafione w gust Antosi :)

Z każdą następną łyżeczką ogarniało mnie coraz większe zdumienie – nasza córcia ŚMIAŁA SIĘ do nadciągającej łyżki, wyciągała rączki, sama wsadzała sobie łyżeczkę do buzi, i pracowicie zsiorbywała zawartość, uważając, żeby nie wypluć przypadkiem za dużo! Oczywiście mama-łamaga przez swą nieostrożność i trzęsące się ze wzruszenia ręce nałogowej Tosio-holiczki naciaprała co nieco po policzkach, kaszka w postaci płynnej wpadała nawet pod śliniaczek, w fałdzik szyjkowy, ale pan Tata stał na straży z tetrą, i pracowicie pyszczek podcierał. Straty spowodowanej rozchlapaniem było koniec końców niewiele, a pozostałe wszystko, co Pani Matka przygotowała trafiło do rozradowanego pysznościami pysiaczka!

Normalnie aż pokrzykiwałam z radości: Patrz, patrz jak jej smakuje! Patrz, aż się śmieje do łyżki! No Patrz! Widzisz?? CZY TY TO WIDZISZ, PANIE TATO??!!

Pan tata widział, Pan tata świadkiem, Pan tata też się cieszył.

Ależ to dorosłe jedzenie fajne jest!

 

Próbowałam po tym wszystkim dać jeszcze mleczko z piersi na deser, czy też na „dojedzenie”, jak przy poprzedniej kaszce, ale córcia pociągnęła tylko łyczka na „zapojkę”, tak, żeby mi przykro nie było, i zaczęła się rozglądać za jakimś ciekawszym zajęciem. Normalnie byłam w szoku!

 

No okej, dorosłe jedzenie*, dorosłe zabawy… to i dorosła higiena moja panno!

Jak tylko pojawiły się ząbki, zaczęłam przeczesywać sieć w poszukiwaniu informacji kiedy i jak zacząć dbać o te rosnące perełki – zwane pieszczotliwie ŻYLETKAMI (Moje Kochane Mamy- nie wyglądajcie tak z utęsknieniem tych pierwszych ząbeczków, jeśli karmicie piersią- życie bez nich było ciut mniej bolesne 😀 Chociaż, oczywiście, i tak cieszę się ząbkami jak wariat :D). Z tego, co się dowiedziałam- ząbki należy od razu rozpieszczać higieną. Łaps więc za szczoteczkę-silikonową nakładkę na palec, pokiziałam ją symbolicznie z wierzchu pastą „od pierwszego ząbka” (długo biłam się z myślami, czy dorzucać dziecku tę dodatkową chemię, ale poczytałam, pomyślałam, i pękłam), i SZURU-BURU SZURU-BURU – zaatakowałam ząbeczki i dziąsełka. Efekt?- „lśniące, białe zęby bez nalotów”… No nie, takie były i bez tej pasty. Ale efektem była hiper radość mojej Panny Antoniny! Zassała szczoteczkę bez pardonu, i siłą nie wyrwała bym palca z jej dzióbka! Takie zrobiła podciśnienie! 😉 Zachwyt na mojej twarzy był tylko odzwierciedleniem wyrazu buzi mojego dziecka. Kurcze, rośnie mi mały pasjonat higieny jamy ustnej :D! Od dzisiaj po każdym posiłku kaszkowym (lub już wkrótce- bo za dwa dni- warzywnym)- szorowanko zębów! Niech jej się kojarzy, że po posiłku trzeba wyszorować, bo- pamiętam z osobistego doświadczenia- dzieci raczej entuzjazmem do szczotkowania nie pałają, i trzeba je pilnować, żeby w ogóle to robiły.  Mam nadzieję, że mycie ząbków już zawsze będzie tak pozytywnie odbierane.

Dzień pod względem poznawania rzeczy nowych uznaję ze wszech miar za udany!

 

Buziaki, miłego Poniedziałku! Pamiętajcie, już za 5 dni week end!

 

 

*Na koniec, tradycyjnie nie patyczkując się, dodam status kupowy: ta kaszka nie zablokowała jelitek na dwa dni- w odróżnieniu od poprzedniej. I- również w odróżnieniu, stanowczo!- nie produkuje hiper śmierdzących koszmarów kupowych. Rano wyszła piękna,zdrowa, standardem trącąca kupa. Życie jest piękne! 😀

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.

 

Cudny „półroczkowy” dzień

Wczoraj był piękny dzień.  Zapewne większość z was to zauważyła, zwłaszcza Ci szczęściarze, którzy nie musieli siedzieć w pracy 😉 oby więcej takich dni w tym roku!

Ja jakoś tak świąteczne go przeżyłam 😉

Nie sądziłam, że takie pół roczku będę odczuwać jak urodziny :D! Przeżywałam to bardzo, bo przecież to legendarna data „zero”, od której oficjalnie rozszerzamy dietę maluszka. Do tego tyle pałętających się po głowie refleksji…

Po przebudzeniu zeszłyśmy z Tosią z „pięterka”, a tu pierwsza niespodzianka dnia: Tatuś wziął dzień wolny! Wprawdzie miał kupę roboty wszelakiej, ale jednak miło nam było że był  z nami w domu 😀

Potem okazało się, że wyszło słonko, żeby zaświętować z nami, i ozłociło dzionek; ptaszki śpiewały, było przecudnie, więc wyskoczyłyśmy z Tosinką do ogrodu skosić trawę. Nie dość, że spędzałyśmy czas na słonku i świeżym powietrzu, to jeszcze miałam satysfakcję z tego, że robię coś produktywnego, kiedy Tosia śpi :D. A spać w chuście przy pomruku kosiarki to Antoninka lubi, oj taaak :). Generalnie- 100% przyjemności.

Po jakimś czasie pojawili się Tosini ulubieńcy (z tych żywych, nie zabawkowych!): Wujek i Ciocia, którzy odśpiewali gromkie „sto lat” z okazji pół roczku. Wujas skończył kosić trawnik, bo są takie zakamarki ogródka, gdzie z Tosią na brzuchu ciężko mi wepchać kosiarkę, po czym poszliśmy do domciu na pierwszą legalną KASZKĘ MANNĄ :D!

Pierwsza (nie licząc ostatniego nieudanego falstartu) próba kaszkowa wypadła super :)

Tosia zasiadła do posiłku przed naszą czteroosobową komisją, i w odróżnieniu od ryżowego paprajstwa na mleku modyfikowanym- zajadała manną aż jej się uszka trzęsły! Na początku ze zdziwieniem, a potem z zapałem, wcinała, rozdając dookoła uśmiechy swoim zakaszkowanym pysiurkiem.

Po wchłonięciu kilku- wyplutych tylko częściowo- łyżeczek kaszki (zjadła dużo więcej niż się spodziewałam!) wpadła do mamy na szybki deserek z cycusia, a następnie poszła pobawić się z wujkiem i z ciocią, uszczęśliwiając ich masą uśmiechów typowych dla wyspanej i najedzonej panienki w dobrym towarzystwie. Mama w tym czasie usiłowała ogarnąć post-kaszkowy chaos w kuchni 😉 Przyznaję, że to ja byłam źródłem chaosu- byłam tak podekscytowana nadchodzącą atrakcją, że porozrzucałam kupę rzeczy przygotowując ten jakże prosty posiłek.

(Jako, że od całej sprawy minęło już bardzo wiele godzin, mogę dodać, że bąki od razu nabrały mocy urzędowej- uderzają w nos jak cegła, bez pardonu, bo przecież kaszka cięższa jest od mleka 😉 Zmiana od razu „wyczuwalna”…)

Żeby dzień był jeszcze doskonalszy- Wujas zajął się przekopywaniem trawnika przed domem- obiecał nam już jakiś czas temu, że się tym zajmie, i w ostatnim tygodniu co rusz wpadał na jakieś roboty ogrodowe. Chwała mu za to, trawnik od strony ulicy był raczej „chwastownikiem”, na dodatek pełno było na nim gruzu po wymianie okna, a u nas czasu na sprawy kosmetyczne jak na lekarstwo… a ja już nakupiłam sadzonek niezapominajek, żeby było cudniej 😉

Tak więc wujo walczył z przeoraniem trawnika, a Ja, Tosia i Ciocia pławiłyśmy się w promieniach słońca w ogródku (po jakimś czasie córcia ucięła sobie swoją popołudniową drzemkę, znowu w chuście, na świeżym powietrzu, bo co będzie ze „starymi babami” siedzieć, ni? 😉 ).

Pan Tatuś zakończył część pierwszą z planowanej na ten dzień pracy (Biedny pan Tatuś, zapracowany, tuli, tuli!), i przybył do nas, by rozpalić pierwszego grilla w tym sezonie :D!

Wszyscy zajadali grillowe frykasy, Mamusia dostała rybkę z folii (plus parę nielegalnych kąsków), najedliśmy się arbuza, zakupionego w markecie, wyhodowanego w dalekim, ciepłym kraju, popijaliśmy piwko (jest takie jedno, które ma 0% -słownie: zero procent!- alkoholu, i Tosia nawet nie ma po nim bąków!), i świętowaliśmy sobie ten piękny wiosenny dzień.

Yeah!  Tosia i mama z porzeczkami.

Yeah! Tosia i mama z porzeczkami.

Ile szczęścia :D!

Sto lat Tosia! Wiwat! Niech żyje! Życzę Ci wiele, wiele pysznych kaszek mój mały Skarbie! :*

Pieluchy wielorazowe- nasze próby

Hop hop! :)

Tak to u mnie jest, że jak jest chwila to siadam i piszę po kilka postów, a jak nie ma czasu, to tygodniami cisza…

Wszystko to przez skoki rozwojowe, święta, wstawianie okna, nadmiar prania i przepracowanie męża… ech, ostatnio był niezły rollercoaster. Chodzę niewyspana jak zombie, wychudzona jak sirotka Marysia (mąż pożyczył mi szelki, żebym nerwicy od podciągania gaci nie dostała- fajowe, czerwono-czarne z Bacardi! Sam sex, mówię wam :D), brwi zarosły jak krzoki bo nie ma czasu na ogarnięcie się… ach, mamą być 😀 Sama radość!

Okej, zanim napiszę o pieluszkach- mały update Tosiowy, bo przecież ominęłam wpis na 5cio miesięcznicę!

Tosia w dzień ukończenia 5tego miesiąca życia przystąpiła do sakramentu Chrztu. Wiecie, jak to jest na tych mszach- zazwyczaj jakieś dziecko drze się w niebogłosy… TYLKO CZEMU TO BYŁO WŁAŚNIE MOJE DZIECKO TYM RAZEM??!! Jak tylko zadzwonił pierwszy dzwonek (niedobly ministrant pociągnął za sznurek wychodząc z zakrystii! niedobly niedobly!!), Tosinka osłupiała na tak nagły dźwięk, i… wpadła w RYYYYYYK! no to my na zmianę z Małżonem hycaliśmy do takiego pomieszczenia-spowiedni, żeby córcię utulić. Oczywiście bezskutecznie- obce miejsce, dudniący dźwięk organów, zero znanych punktów odniesienia… Jedyny moment, kiedy się uspokoiła, to wtedy gdy ksiądz polewał jej czółko wodą święconą- mycie głowy to jej ukochany moment kąpieli :D!

Jeśli przyjdzie mi kiedyś zanosić do chrztu kolejne dziecko- na bank będzie to przed 3cim miesiącem jego życia, żeby całą tą akcję spokojnie przespało ;).Przyszłe mamy- weźcie to pod rozwagę i nauczcie się na naszym błędzie! 😉

Tak czy siak- w tym całym zamęcie nie było kiedy podsumować piątego miesiąca, czyli miesiąca łapania i zjadania stópek (zwłaszcza prawej), a tu już prawie koniec 6stego! ech… zegary i kalendarze ostatnio oszalały, i pędzą, jakby do sztafety ćwiczyły…

 

O czym to ja….a tak, PIELUCHY!OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od kilku tygodni testujemy, czy może raczej używamy pieluszki sprezentowane Tosi przez Wujków, Ciocie i Dziadków przy okazji chrztu. ChrzęstnaMatko- spasiba za wysiłek włożony w przedsięwzięcie wyszukiwania i zakupu!

Stan rzeczy jest taki, że uprawiamy w tym momencie pieluchowanie mieszane, czyli Tosia do spania i na wyjazdy wszelakie dostaje jednorazówkę, a poza tym jedzie na wielorazówkach. Czemu tak?
Otóż temu, że nadal zdarzają nam się przecieki… ciężko nam ustalić dlaczego, bo są przypadki, że Tosia kula się na boki przez kilka godzin w jednej pieluszce, i nic się nie wyleje, a wkład można potem wykręcać jak szmatę, a czasem po pół godzinie jest przelane… ciężko stwierdzić. Tak czy siak nie chce mi się codziennie przebierać pościeli, a na podróż do dziadków brać trzech zestawów ciuszków.

Używamy pieluch typu kieszonka, czyli tych z osobnym wkładem. Mamy ich szt 15, i 30 wkładów. część wkładów jest z włókna bambusowego, część z mikrofibry. Wolimy te z włókna, bo teoretycznie są chłonniejsze (choć ciężko to stwierdzić na pewno), ale przede wszystkim są szare (w odróżnieniu od białych z mikrofibry), więc nie ma sytuacji, że po praniu widać na nich post-kupkowe odbarwienia.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pielucha-kieszonka

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wkłady do pieluszki- u góry z włókna bambusowego, na dole z mikrofibry

Początek był ciężki, bo Tosię trzeba było po każdej pieluszce przebierać, bo była zasikana- mea culpa, miałam nawyki po-pamperowe, że pieluchę się zakłada i zapomina o niej na dłuuugi czas ;). Otóż jednorazówki, owszem, są wersją bardziej chłonną, starczającą na wiele godzin, i przestawienie się jest na początku trudne, ale po paru dniach jest ok 😉

 

Tosia się obudziła. ciąg dalszy nastąpi…

 

Okej, kula się mały golasek przy mnie na macie, może coś mi się uda jeszcze napisać.

Właśnie teraz dla przykładu Tosia przesikała, przy okazji obsikując moje spodnie, bo spała na moich nogach, ale przyznaję- to moja wina, bo nie przewinęłam jej przed spaniem, a tym bardziej powinnam, skoro zasypiała jedząc- wtedy sika jak najęta 😀 Moja wina- to i spotkała mnie zasłużona kara, i musiałam lecieć przebrać gacie.

Do pieluszkowania wielorazowego potrzebne jest więcej zaangażowania niż do jednorazówek- trzeba pamiętać o przewijaniu, co dla pokolenia naszych mam jest zupełnie normalne, ale dla nas, rozpieszczonych chłonnymi chemicznymi wynalazkami- już nie tak bardzo.

Okej, z czym to się je (fuuu, złe sformułowanie! Tego się definitywnie nie je!):

Przed pierwszym użyciem pieluszki i wkłady trzeba siedem razy wyprać i wysuszyć, żeby zwiększyć ich chłonność.

Co dalej?…

Masz dziecko, z potencjalnie brudną pupką.

Bierzesz ściereczkę wielorazową (tak tak, zainwestowałam i w takie coś- mały ręczniczek, używasz i potem wyrzucasz do pralki), wycierasz pupkę, nie kremujesz/zasypujesz/oliwisz- nie stosujesz nic. Bierzesz pieluszkę-kieszonkę, wkładasz do środka wkład albo dwa (te takie podłużne podpaski), zapinasz na pupci dziecka, jak jednorazówkę, dopasowując rozmiar napami/rzepami. A potem patrzysz na zegarek 😀 I pamiętasz, żeby zerknąć za jakiś czas w pieluchę i w miarę potrzeby zmienić ją na nową. Oczywiście jak słyszysz odgłosy erupcji wulkanu (czyt- dźwięk nadciągającej kupy)- myk z dzieckiem na warsztat (przewijak) i przewijasz- tutaj jeśli używasz wkładek papierowych czasem wystarczy wyrzucenie wkładko-papierka,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wkładki jednorazowe papierowe

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i ponowne zapięcie tej samej pieluszki, ale to zależy od obszaru zniszczeń i pogromu ;).Brudna pieluszka idzie do szczelnie przykrytego kubła wyłożonego workiem do prania ,stojącego przy przewijaku, a docelowo do pralki; można do takiego pojemnika wpuścić kilka kropel olejku z drzewka herbacianego- dobrze maskuje zapachy 😉 Jest też antyseptyczny, ale dla mnie to raczej mało istotna informacja, bo nie wierzę, że zalecone kilka kropli upora się z kupo-bakteriami całej sterty pieluchonów ;).  Potem tylko myk myk- worek z zawartością do pralki, pranie w max 60 st, z dodatkiem proszku odkażającego, potem pieluszki do wysuszenia (bez prasowania!) – i gotowe do ponownego użycia!

 

Tak to wygląda. Proste?-Proste. W teorii 😉 Największym kłopotem jest wymierzenie czasu chwilę przed przeciekiem ;D ale myślę, że to przyjdzie z doświadczeniem. W końcu zdarzają się takie ewidentne błędy, jak ten, który skończył się świeżymi dżinsami :) ale czasem pojawia się potajemny sik wyskakujący bokiem, i wtedy detektyw nawet nie znajdzie przyczyny… no i trzeba wtedy lecieć po czyste ciuszki.

Ale wiecie co? I tak lepsze to w naszym przypadku niż jednorazówki, bo Tosince często zdarzają się rzadsze kupki, które miały brzydki zwyczaj uciekania górą z jednorazówek, i często był kłopot z dopraniem ciuszka- a teraz jedynie siuśki uciekają raz na jakiś czas. Wolę tą opcję 😉

No i poza tym za wielorazówkami przemawia tysiąc innych przytoczonych w pierwszej części powodów. Myślę, że pozostaniemy przy takim systemie jak teraz. Jeszcze nad nim pracujemy, jeszcze udoskonalamy, ale generalnie jesteśmy raczej zadowoleni.

Nie trzeba też kupować nawilżanych chusteczek ani wacików do pupki, bo zainwestowałam w system dwu-pudełkowo-ściereczkowy:  są dwa szczelnie zamykane pudełka; w mniejszym jest sterta czystych ściereczek, mokrych (po praniu nie trzeba ich w ogóle suszyć!), z dodatkiem kilku kropli olejku lawendowego dla zapachu; po wytarciu pupki/rączki/buźki czy czego tam trzeba, wrzuca się do pudełka nr dwa, wyłożonego woreczkiem do prania, do którego w celach anty-smrodkowych wkrapla się olejek eteryczny z drzewka herbacianego. System pracuje pięknie, polecam każdemu 😉

OK, to na temat pieluszek chyba tyle… Jeśli macie jakieś pytania odnośnie tematu- walcie śmiało, jak będę mogła-odpowiem 😉 a jeśli jesteście mamami „wielokrotnie-pieluchującymi” 😉 i macie jakieś fajne patenty, do których doszłyście w czasie praktyki- dzielcie się! 😀

Na dzisiaj tyle, i tak jestem w szoku, że dałam radę aż tyle napisać 😉

 

Buziaki, pięknej wiosny życzę!

 

 

 

Pieluchy wielorazowe- cz.2

Korzystając z chwili ciszy (Tosia śpi, pranie się suszy, ciepła herbata w dzbanku…)- lecę dalej z tematem pieluszek.

Dzisiaj napiszę z grubsza o rodzajach pieluszek i akcesoriów, w następnym poście będzie co nieco o tym, jakie mamy my, i o co w nich chodzi, oraz słów kilka na temat tego jak nam się używa.

 

Rodzaje pieluszek wielorazowych i akcesoria:

Prefold-  to taka pieluszka z materiału (bawełny), która została wcześniej złożona i przeszyta w taki sposób, że w środkowej części jest najwięcej warstw. Może służyć jako osobna pieluszka, którą starczy złożyć w kształt otulający pupcię i spiąć taką specjalną klamerką (coś w stylu żabki do opatrunku, tylko z 3-ma ramionami), czy agrafką z osłonką. Jako, że nie posiada żadnej warstwy nieprzemakalnej warto ją używać z otulaczem, czy też wkładać do kieszonki (o tych dwóch rzeczach za chwilę).

 

Formowanka- pieluszka uszyta z chłonnego materiału (bawełny, flaneli, włókna bambusowego itp) na kształt przypominający obecne jednorazówki (trochę jak „pampery”), jednak nie posiadająca warstwy nieprzemakalnej „cerato-podobnej”, dlatego lepiej tutaj też dodać otulacz. Ta pieluszka do regulacji rozmiaru może mieć rzepy, napy czy troczki.

 

All in one- w najprostszych słowach- jest to pampers do prania :D! Ma warstwę chłonną od środka, wodoodporna od zewnątrz, rzepy czy napy do dopasowania rozmiaru. Po „zużyciu” ściąga się w całości i myk do pralki :)! Generalnie to coś, co ma w sobie wszystko, i jedynym minusem jest to, że spośród wszystkich wielorazówek jest to opcja najdroższa (mam na myśli cenę zakupu).

 

Kieszonka- zbliżona do all in one, jednak nie jest sama w sobie tak chłonna, posiada kieszeń na wkłady przypominające podpaski, które stanowią zasadniczą część chłonącą- można powiedzieć że kieszonka+wkład to taki all in one ;). Można regulować chłonność używając np dwóch wkładów na raz (np na czas snu).

 

Otulacz- To taka nieprzemakalna warstwa zakładana na wierzch pieluchy. Może być w formie majteczek (na gumce), regulowane na rzep czy na napy (zatrzaski).

 

Papierki jednorazowe- Do każdego typu pieluszki można dodać papierek jednorazowy- to taka podłużna, cienka serwetka, która zatrzymuje „cięższy kaliber”, tak, że jeśli dziecko zrobi kupkę, a cała pieluszka nie jest jeszcze przemoczona, można zdjąć ubrudzoną wkładkę i wywalić, a pieluchę założyć ponownie.

 

Snappi czyli klamerka do prefoldów- wcześniej wspomniana zapinka w kształcie litery T lub Y do spinania tetrowych pieluch czy prefoldów.

 

 

Nie będę zagłębiać się dzisiaj w rodzaje materiałów, z których zrobione są te cuda, bo czasu jak zwykle brak; jeśli sobie zażyczycie, to kiedyś machnę o tym notkę, ale póki co to o tym tyle.

 

 

 

 

 

 

Pieluchy wielorazowe- cz.1

Uwaga wrażliwi! W tekście występuje słowo G*WNO (o, teraz już dwa razy 😉 ) Jeśli nie jesteś w stanie temu sprostać- nie czytaj 😉

 

„Cześć kochani! dzisiejszą inspiracją są…”

hehehe, jakiś czas temu jedna z „moich mam” powiedziała: dzięki Bogu nie jesteś kolejną modowo/kosmetykową blogerką piszącą o tym, co kupiła ostatnio w *ossmanie… one wszystkie zaczynają od: „dzisiejsza inspiracja to…”. Nie mam nic przeciwko DOBREMU blogowi modowemu, ale fakt faktem-tych modowych jest miliardy. I tak patrze na te dziewczyny, i zazdroszczę im, że potrafią używać kosmetyków, bo ja sama maluję się od święta, a na co dzień latam w dresie.

A moją dzisiejszą inspiracją jest…CO?

G*WNO! 😉

 znalezione w necie pod hasłem "happy poop" :D

znalezione w necie pod hasłem „happy poop” 😀

bez obrazy, dosłownie to :D, choć może powinnam nazwać to „kupeczką” albo „jajecznicą”, ale G… to stary dobry klasyk, no i idealnie się rymuje.

 

Zaczynamy niedługo naszą przygodę z wielorazowymi pieluchami, postanowiłam więc napisać conieco na temat, bo z tego co wiem, w Polsce nie jest to jeszcze bardzo popularne i wielu ludzi po prostu o tym nie słyszało. Może dzięki temu artykułowi któraś z dziewczyn dopiero spodziewających się maluszka (a niedawno dowiedziałam się, dzięki blogowi zresztą, że kilka moich koleżanek dołączy do szczęśliwego grona mam) przemyśli sprawę pieluchowania swojego dziecka już na początku.

 

Po raz pierwszy usłyszałam o tej całej sprawie od mojej siostry- w czasach, kiedy kupy nie były jeszcze moim ulubionym tematem rozmów towarzyskich (no okej, OFICJALNIE nie były ulubionym tematem). Siostra ma mówiła coś o wkładkach bambusowych, żeby nie przeciekało… czarna magia- wyobrażałam sobie jakieś listewki, albo coś przypominającego matę do kręcenia sushi, i myślałam sobie, jak bardzo to musi dziecko gnieść w pupę. Może nie do końca zrozumiałam koncepcję, ale temat został zasiany, i cichutko czekał na odpowiedni czas, by zakiełkować, a potem, na odpowiednim nawozie (a nawóz Tosia potrafi robić po mistrzowsku, a jakże!)-urosnąć do rozmiarów owocującego drzewa.

Miałam szczęście spotkać, gdy Tosia miała około 2 miesiące, dwie mamy używające (na swoich dzieciach, oczywiście!) wielorazowych pieluch. Mamy owe dały mi pozytywne recenzje, polecając konkretną wypróbowaną przez nie firmę (i dobrze, bo w czasie ciążowego researchu poległam właśnie w gąszczu marek, stylów i rodzajów), i opowiadając z grubsza ile czego, i jak sprawdza się to u nich.

Kupiliśmy więc 4 pieluchy typu kieszonka na próbę (o rodzajach będzie więcej później), ale musieliśmy sporo czasu przeczekać aż Tosia do nich dorośnie, bo urodziła się malutka (tak tak! nasz nabity pulpecik był kiedyś miniaturką 😀 kto ją ostatnio widział może mieć problem z uwierzeniem w to 😉 ) i siuśki uciekały przez nogaweczki.

Nasze pierwsze próby, poza sytuacjami uciekających siuśków, były mega pozytywne- pieluszki są milutkie w dotyku (miziaty polar), po użyciu pozostają suche na zewnątrz i na powierzchni przylegającej do pupki, a wkłady można dosłownie wykręcać jak mokrą szmatę! W sumie efekt zadowalający :).

 

Teraz pora na wyjaśnienie DLACZEGO pieluchy wielorazowe, zamiast pampersów.

Powodów jest wiele, jeśli chodzi o to, który jest priorytetowy-kwestia indywidualna, ja je po prostu wypunktuję, a każdy może sam ustalić, co dla niego najważniejsze 😉 (większość to dla mnie jeszcze teoria, wiedza zdobyta podczas poszukiwań informacji, ale wszystko przed nami- się sprawdzi 😉 )

1.   ZDROWIE DZIECKA.

  • Nie wiem czy wiecie, ale pieluchy jednorazowe to kupa chemii- cała ta galaretka zatrzymująca wodę…brrr…. czytałam, że to jest poliakrylan sodowy (SAP), który został lata termu wycofany z tamponów, bo prawdopodobnie był odpowiedzialny za syndrom szoku toksycznego (TSS). A pupkom dzieci się to nadal funduje :/. Do tego używanie wybielaczy chlorowych do uzyskania białego koloru pieluszek. Ała.
  • Oprócz tego skóra dziecka lepiej oddycha w wielorazówkach, nie trzeba stosować zasypek, kremów, maści itp, bo się nie odparza, a wysypka pieluchowa występuje nieporównywalnie rzadziej, jeśli w ogóle.
  • Do tego dochodzi motyw przegrzewania „interesiku”, który może prowadzić do bezpłodności w dorosłych latach u chłopczyków (wiem, wiem, na razie o tym nie myślimy, że chcemy być kiedyś babciami czy dziadkami ;)ale w przyszłości to może stanowić o szczęściu naszych dorosłych już dzieci)- ten problem nie dotyczy pieluch wielorazowych, w odróżnieniu od jednorazówek.
  • Zapach jednorazówek=toksyczny smrodek; nawet te perfumowane śmierdzą plastikiem (po co perfumy na pupkę! Przecież to kolejna dawka zbędnej chemii!), czy nawet ropą (tak przynajmniej ja i mój Małżon definiujemy ten zapach)- takie toksyczne „wyziewy” mogą powodować problemy z oddychaniem (nie mam tu na myśli pełnej pieluszki, chociaż taka rasowo załadowana definitywnie potrafi przyprawić o trudności w oddychaniu a nawet o łzawienie oczu 😉 ), a w niektórych przypadkach i wspomagać rozwój astmy!

.

2.    ASPEKT EKONOMICZNY: Wszyscy wiemy, że pieluchy potrafią wchłonąć nie tylko siuśki, ale i lwią część naszych dochodów. Nie jestem w stanie policzyć, ile miesięcznie wydajemy na pieluszki, bo ich zużycie jest w naszym przypadku mocno zmienne-przy Tosinej tendencji do biegunek… ujmę to tak: czasami zużywamy naprawdę KUPĘ pieluszek w ciągu dnia; to daje dużo pieluch miesięcznie, a to daje dużo wydanych pieniążków. Kupno pieluch wielorazowych to spory wydatek, bo przecież trzeba ich sporo, żeby była rotacja. ale jest to koszt jednorazowy, który się zwraca (rozmiar pieluch można regulować), ZWŁASZCZA, JEŚLI PLANUJE SIĘ WIĘCEJ DZIECI :D! Bo kolejna pociecha przecież może używać tych samych pieluszek! Jeśli natomiast nie planujemy dalej powiększać rodziny- możemy sprzedać używane pieluszki komuś innemu. Wiadomo, że pieluchy trzeba prać, ale serio- nie wierzę, żeby koszty prania nawet w części przypominały koszt miesięczny pieluch jednorazowych 😉 Ktoś to kiedyś policzył, i się kalkuluje- a ja od przyszłego miesiąca sprawdzę to na własnych rachunkach za wodę i prąd ;). Poza tym i tak przy dziecku jest masa prania…

3.   KWESTIA EKO: Wiecie, że pieluchy wielorazowe rozkładają się nawet kilka set lat, na dodatek emitując kupę syfu do środowiska? Cały ten plastik, folia, granuleczki… Teraz zastanówcie się, ile pieluszek zużywa wasze dziecko miesięcznie, Ile miesięcy ma rok, ile lat potrwa, zanim wasze dziecko zupełnie odejdzie od używania pieluszek… niezła liczba wychodzi, nie? A teraz pomyślcie, że to tylko wasze JEDNO dziecko. Teraz zastanówcie się, ilu waszych znajomych ma małe dzieci. Kurde, biedna ziemia. Nie mówiąc o tym, ile  ton plastiku idzie na wyprodukowanie tych pieluszek, ile drzew, i w ogóle tego wszystkiego… na prawdę, ludzie z ich konsumpcyjnym podejściem są największym zagrożeniem dla ziemi. A to przecież tylko jedna dziedzina życia, a tyle bałaganu może zrobić. Sama biorę w tym udział, od 5-ciu miesięcy, ale świadomość tego daje mi w kość.

4.    DZIECKO SZYBCIEJ UCZY SIĘ KORZYSTAĆ Z NOCNIKA: Jako, że pieluchy z materiału wchłaniają ciut wolniej niż jednorazowe odpowiedniki- dziecko szybciej orientuje się w swoich…nazwijmy to… funkcjach fizjologicznych, więc szybciej  może też nauczyć się je kontrolować.

 

Dobra, to tak w skrócie najważniejsze punkty, i kilka podpunktów, które do mnie jak najbardziej przemawiają- ZA pieluszkami wielorazowymi, oczywiście.

Jak już mówiłam- komplet takich pieluszek kosztuje trochę pieniędzy, my za radą pieluchującej mamy posiadamy w tej chwili 15 pieluszek i dwa razy tyle wkładów.

Tak się złożyło, że moja wspaniała rodzina pytała, czy chcemy coś konkretnego w prezencie z okazji chrztu Tosinki, więc poprosiliśmy, żeby każdy kto chce- sprezentował nam pieluszki! W ten sposób Matka Chrzestna zorganizowała zakup całego zestawu, w prezencie od całej rodziny, więc cała akcja nie szarpnęła nas po kieszeni.

Takie pieluszki to dobry pomysł na prezent dla przyszłych rodziców-oczywiście jeśli się wie, że planują wielorazówki stosować 😉

Jeśli spodziewacie się dzieciątka- wiedzcie, że może się zdarzyć, że ludzie będą dzwonić z pytaniem, co przywieźć w prezencie powitalnym dla maluszka; można wziąć właśnie wielorazowe pieluszki pod uwagę- każdy może w zależności od możliwości finansowych kupić jedną lub więcej pieluch, wkładów albo czego bądź- to odciąży waszą kieszeń, a dziecko zamiast piętnastej uroczej sukienki/body/śpioszków dostanie coś zdrowego dla pupki 😉 Warto więc przemyśleć kwestię.

 

Jako, że usiłuję wrzucić tego posta od ponad tygodnia, ale temat jest rozległy- dzielę go na części, przy następnej okazji napiszę o rodzajach pieluszek, i jak się tego wszystkiego używa. Przy odrobinie szczęścia będę mogła dorzucić już nasze wrażenia po całkowitym przejściu na wielorazówki.

Do zaś więc!

 

Wybory rodzicielskie, czyli kontrowersje, kontrowersje!

Nie miałam pojęcia, z iloma wyborami wiąże się bycie rodzicem, i spełnianie swoich rodzicielskich obowiązków. Najgorsze jest to, że nie można tak naprawdę przejść sobie jakiejś demówki, jak np w simsach- umeblować mieszkanie, potem szybki reset, nowy ludzik, bo jednak coś tam się nie układa- wszystko leci zupełnie na żywca, a internet i księgarnie ociekają dobrymi i zupełnie sprzecznymi radami.

Żeby tego było mało- ileż kontrowersji budzą nasze- zupełnie dla nas naturalne- wybory!

Zacznijmy od ciąży:

-Odżywianie się- głęboko zakorzeniony pogląd „jeść na co masz ochotę, bo to dziecko wymaga” vs racjonalne żywienie „jeść dla dwóch a nie za dwóch”, nie zahaczając nawet o hardkory w stylu anoreksji ciążowej (tak tak, jest coś takiego, niedawno wyczytałam w internetach!). Nagle Twój sposób żywienia interesuje wszystkich, ba- każdy ma dla Ciebie doskonałą radę! Tu ktoś podtyka ociekające tłuszczem kotleciątka „bo za mało przybierasz kochana!”, tu ktoś bije po łapach, jak jesz pierwszą w tym tygodniu kostkę czekolady „no no, to że jesteś w ciąży, to nie znaczy, że musisz sobie folgować! potem będziesz płakać przy zrzucaniu nadwagi!” ktoś inny woła: jedno piwo krzywdy Ci nie zrobi! Pij pij! (tutaj odsyłam po smakowy hardkor do książki „Caryca Katarzyna”- laska była ponoć ze 13 razy w ciąży, przeżyło dzieci niewiele, a car Piotr, jej „szac”, w każdej ciąży wołał: Polać jej, carewicz ma być silny!); palenie fajek itd. Jasne- sama podpisuję się pod częścią tych „za” czy „przeciw”, a w ogóle palenie w ciąży jest dla mnie nie do ogarnięcia, szczytem egoizmu, i wywołuje we mnie agresję- ale tak serio- czyja to sprawa?

lecim dalej: Poród.

Dla mnie cesarskie cięcie zawsze było „soft option”, czyli opcja dla cykorów- cooo, ja nie dam rady urodzić?Dla zdrowia dziecka wszystko! Hej! Słuchanie o „cesarce na zamówienie”- 100% lipy! Jak osobiście dowiedziałam się, że muszę mieć cesarkę, załamałam się, wszystko potoczyło się ciut za szybko- rano informacja, o 13:00 cesarka. Całe szczęście coś tam skurczy miałam, więc nie było tak całkiem „na zimno”. Po cesarce zmieniłam zdanie, że to wersja dla mięczaków- wszystkie laski po porodzie naturalnym pląsały dookoła swoich dzieci, a ja mogłam sobie tylko popatrzeć i pokwiczeć z bólu- dochodzenie do siebie tygodniami- żadna zabawa. No ale wracając do cięcia na zamówienie: co my wiemy o tym, co powoduje kobietą wybierającą coś takiego? Ostatnio na spacerze spotkałam pewną mamę, która jest z zawodu terapeutą/logopedą i przez ostatnie lata zajmowała się dziećmi z problemami wynikającymi z podduszenia przy porodzie naturalnym. Czy mogę winić ją za to, że wybrała cesarkę jako jej zdaniem najlepsze wyjście dla jej dziecka?

Okej, dziecko już mamy, zaczyna się:

-Karmienie: piersią czy butelką? Ja tam swoimi czterema łapami jestem za karmieniem piersią, i to jak najdłużej, i uważam, że ostra propaganda butelkowa sprzed lat wyrządziła krzywdę naturalnemu karmieniu- nie dość, że często karmienie piersią w miejscach publicznych jest napiętnowane (a przecież jest to całkiem naturalna sprawa, poza tym w każdej reklamie więcej cycków za przeproszeniem widać niż pokazuje kobieta karmiąc malucha), to na dodatek butelka jest teraz traktowana jako normalniejsza sprawa niż pierś. To jest jednak moja opinia. Hasło: „nie mam na tyle mleka” było by jakimś absurdem w czasach kiedy nie było mleka modyfikowanego, ale szczerze- czy wtedy było takie tempo życia, tyle stresu itp? Żyjemy w epoce konsumpcjonizmu, siedzenie w domu z dzieckiem przy cycku jest widziane jako dziwactwo, bo przecież można z dzieckiem iść w tysiąc miejsc,zrobić tysiąc rzeczy i dać mu butelkę, po co robić z siebie męczennika! Tak więc dla jednych butelka jest be, a dla innych męczennictwo z cyckiem na wierzchu! Ot i wszystko! Znowu-co kto woli. Chociaż przyznam się, że niektóre powody niekarmienia powodują we mnie to samo, co palenie papierochów w ciąży 😉 ale cóż, jestem tylko człowiekiem. I to babą 😉

-Kolejny kontrowersyjny temat: spanie dziecka: razem czy osobno, jak uczyć zasypiania, czy wybudzać z drzemek by lepiej spało nocą- ach, ileż to emocji budzi! Napisałam o tym wcześniej cały pościk (o tu: Klik!), i dalej ciśnienie mi skacze na różne komentarze czy sugestie… ech, kontrowersje, kontrowersje! Swoją drogą- mi jest dobrze tak, jak jest, ale widzę, że światu może się to nie podobać :) Nabyłyśmy sobie z Tosią straszne przyzwyczajenia, ale córcia przesypia noce, i jest git! Jak nie pojawiają się bączasy wstręciuchy- ja też przesypiam, a jakby spała w łóżeczku, pewnie musiała bym wstawać często, i nie wysypiała bym się 😉 Mam w pamięci jedną rozmowę z pewną mamą; Tosinka miała koło 2 miesięcy, a ja jak spotkałam jakąś matkę, ciągnęłam ją za język w kwestii „know how”, czyli co jak ogarniają inni; owa Mama na pytanie „jak usypiacie swojego synka” powiedziała mi: „Najpierw go usypiam leżąc z nim, a do łóżeczka przenosimy go jak już śpi.”; po chwili dodała „wiem, że to źle…”. No i ja się pytam: czemu źle? Bo tak mówią wszystkie mądre książki? Założę się, że tysiące mam robi dokładnie to samo, i ich dzieci niekoniecznie z tego powodu cierpią w przyszłości, nawet w teraźniejszości. Ałaaaa, ale temat boli, nie? A na dodatek nie każdy ma takich rodziców i teściów jak ja, którzy nie pakują się ze swoim „wiem lepiej, wychowałam już dzieci, więc słuchaj i rób co mówię!”.

-Smoczek, nie smoczek? Kurcze, tu jest to samo! Moje dziecko nie chce smoczka, jestem z tego powodu szczęśliwa, chociaż czasem pluję sobie w brodę; ale tak na co dzień jestem z nas dumna, że wybraliśmy taką drogę. Oczywiście próbowaliśmy w jakimś tam momencie smoczki różnej maści, ale Tosia nie da się oszukać- do ssania najlepsza ciepła pierś mamy 😀 Często jednak spotykam się z komentarzem sugerującym, że spieprzyliśmy sprawę, bo nie daliśmy smoczka w takim czasie, który zapewnił by dobre „wsiąknięcie” w przyzwyczajenie smokowe. Wtedy czuję się jak nieudacznik, i myślę: następnym razem będę wiedzieć lepiej. Ale czy tak na prawdę chcę podać drugiemu dziecku smoka i iść na łatwiznę? Smoczek to ekstra rzecz, jeśli jest dobrze używany, nie jako knebel- jak łatwo jest zapędzić się i nadużywać! Widok dziecka ze smoczkiem nikogo nie dziwi, więc ponownie podchodzę pod kategorię „dziwadło”. Cóż, taki mój los :)

-Nosić na rękach, nie nosić? niech się wypłacze? przyzwyczai się?

-szczepić, nie szczepić…

Ufffff…. rety! Nie mam czasu dalej wymieniać!

Może zarabiam sobie właśnie na pierwsze beszty, ale tak na prawdę powiedzcie sami- czy ludzie sami nie tworzą sobie powodów do złości, zamiast zostawić prawo wyboru innym? Ja osobiście wkurzam się, słuchając o niektórych wyborach mam, pieklę się widząc ciężarówkę z fajką, czy nie daj Boże z kieliszkiem, ale staram się nie włazić nikomu do domu. Nie spodziewałam się jednak tego, że tych kontrowersji będzie aż tak wiele, i że aż tyle emocji będą budzić we mnie i w otoczeniu.

 

Okej, „dziecko płacze”, pora kończyć.

PS. Sam motyw z utworzeniem fanpejdża na Facebooku tez wywołał parę zawirowań, tego się w ogóle nie spodziewałam! Ach, kontrowersje, kontrowersje… :