Dziecko-lustro, czyli scenka z Klubu Malucha

Nie odkryję chyba przed nikim Ameryki gdy napiszę, że dzieci są zwierciadłami rodziców (tudzież innych opiekunów, z którymi spędzają najwięcej czasu). Jestem ciekawa, co można powiedzieć o nas patrząc na Tosię! Ale nie o Tosi chciałam dziś pisać.

Taka sytuacja:

Chłopczyk, nazwijmy go przysłowiowym Jasiem, zazwyczaj z grubsza grzeczny i przytulaśny, najwyraźniej miał gorszy dzień, bo dziś postanowił zabierać wszystkim dzieciom zabawki i broić ile wlezie. Wielokrotnie upominany przez cierpliwą „Ciocię”- każdorazowo prezentował charakterystyczną minę typu FOCH: Burmuszył się, ściągał brwi, pochylał całą twarz ku podłodze, by groźnie patrzeć „spod byka”, i obejmował się przy tym ramionami. Gdy zobaczyłam to po raz pierwszy, ze zdziwienia uniosłam brwi, i spojrzałam z niedowierzaniem na „Ciocię”; to dwulatki tak już robią? Ciekawe, gdzie to podpatrzył! Niezłe! „Ciocia” z rozbawieniem skinęła głową. Oczywiście zrobiłyśmy to tak, żeby Jaś nas nie zauważył, bo po co mu jeszcze zgryzot dodawać…

Sytuacja z zabieraniem zabawek powtórzyła się parokrotnie, i kilka razy trafiło na Kokoska; po trzecim powtórzeniu akcji, Kokos, widząc nadchodzącego Jasia, zostawił zabawkę i poszedł szukać czegoś nowego. Niestety na niewiele jej się to zdało, bo już po chwili wieża z klocków została jej odebrana. Tosia bez słowa odwróciła się na pięcie i poszła do półki z domkiem dla lalek. Jasiu, po wysłuchaniu reprymendy znowu poleciał za Tosią, po czym zabrał jej plastikowy domek z rąk i uciekł na drugi koniec sali. Gdy usłyszał swoje imię, wypowiedziane przez „Ciocię” tonem nie wróżącym nic dobrego, wysyczał do Tosi:

TO NIE JEST DO ZABAWY!

Ciocia uniosła brwi, i spytała: To do czego to jest Jasiu, jak nie do zabawy?!
Jasiu powtórzył uparcie, grożąc na dodatek palcem: T O  N I E  J E S T  D O  Z A B A W Y.
Jasiu, oczywiście, że to jest WŁAŚNIE do zabawy! Przecież to zabawka!- odrzekła „Ciocia”.

Jasiu na to, już ze swoją totalnie obrażoną miną:

To nie jest do zabawy. TO JEST KARA.

 

Kurna. No kurna. Nie wiem. Może mamy szczęście, chociaż dzisiaj dostaliśmy pełnym uderzeniem buntu dwulatka… może jesteśmy dziwni, ale…

No kurna.

U nas też pewne rzeczy nie są do zabawy. Kokos też potrafi piętnaście razy złapać coś, czego nie powinien. Potrafi z uporem maniaka np wkładać nogi na stół podczas posiłku. I wiecie co? Nasze dziecko nie zna pojęcia KARA. Nie słyszy po prostu: TO NIE JEST DO ZABAWY, tylko słyszy do czego dane coś służy. Tosia nie potrafi strzelać klasycznego focha (chociaż tu może powinnam winić jej brak spostrzegawczości, bo może i ma się od kogo nauczyć 😉 ), co nie znaczy, że nie funduje nam ataku syreny alarmowej, gdy jej coś nie odpowiada.

Wyobraziłam sobie to dziecko stojące gdzieś w kącie, albo nie daj Boże klęczące na grochu (bo lubię wyolbrzymiać, znacie mnie!), i myślę sobie: to jeszcze są tacy rodzice, co jadą „po średniowiecznemu”? Są takie domy?*

Może teraz wyleje się na mnie wiadro smoły w komentarzach, może ktoś się na mnie obrazi, ale jakoś tak mi się zdaje, że są lepsze metody niż karanie dziecka; ba- nawet uważam, że karanie dziecka NIE JEST METODĄ, a jej brakiem!

Może jestem jeszcze „młoda” i głupia, bo moje dziecko ma dopiero dwa lata i co ja w ogóle wiem o życiu. Ale wiecie co? Tamten „Jaś” miał może ze trzy miesiące więcej, więc w tym kontekście jego rodzice też niewiele więcej mogli życia widzieć.

Kiedyś zdarzyło mi się napisać coś lekceważąco o rodzicielstwie bliskości, ale to tylko dlatego, że wpienia mnie etykietka- szumne nazywanie czegoś, co jest naturalne jak oddychanie. Nie mogę się wyprzeć, że żyję według rodzicielstwa bliskości.

I takie akcje są dla mnie smutne i obce.

Podzielcie się ze mną swoimi myślami na ten temat, żebym nie czuła się taka samotna w tym myśleniu. Podzielcie się, nawet jeśli się ze mną nie zgadzacie, a może ZWŁASZCZA, jeśli się nie zgadzacie. Może będę w stanie więcej zrozumieć i nie będę się niepotrzebnie smucić oglądając takie dziwne akcje?

Tak czy siak- odezwijcie się, MOJE mamy, MOI tatusiowie.

Papa!

*Zakładam tu, że chłopiec, którego rodzice dbają na tyle, żeby zdobyć się na wysiłek znalezienia klubu malucha i wysłanie tam dziecka, nie należą do przedstawicieli patologii, moje pytanie o „takie domy” oczywiście omija tę grupę; wiem, że na dnie dzieje się znacznie gorzej, myślę raczej o „przeciętnej polskiej rodzinie”.

11 myśli nt. „Dziecko-lustro, czyli scenka z Klubu Malucha

  1. ilona

    Zgadzam sie z Toba Karolka ? ja tez nie karam Ani za cos czym nie powinna sie bawic staram sie tlumaczyc (czasem krzyknac -bezradnosc przy braku reakcji Anusi ?) ale nigdy nie karam nigdy nie bije ? mam wsrod znajomych dziecko (lat 5) ktoremu nic nie wolno ktory czesto dostaje klapsy dla zasady dla mnie jest to niewyobrazalne to dziecko jest zastarszone cokolwiek zrobi nie tak (a nie jest zlosliwe) jest wystraszone a jest to dziecko bardzo madre grzeczne gdzie tu sens i logika ? Czemu to ma sluzyc jak ono nawet niewie za co dostaje klapsa mysle ze bardziej rozmowa dala by efekty takze zgdzam sie z toba w 100 % rozmawiajmy z dziecmi one wiecej rozumia niz nam sie wydaje ps dowiedzialam sie wczoraj ze za niedlugo sie widzimy super ✋?

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Bicie to już w ogóle inny temat, przy którym mi ręce opadają a serce pęka… ech, mam taką modlitwę do świata, żeby każde dziecko miało CONAJMNIEJ tak dobrze jak Tosia. Mam przez to na myśli, żeby było kochane, bezpieczne, zdrowe i miało co jeść. Głównie zaś, żeby bliscy nie zwracali się przeciwko niemu. PS. Jupii! Jeszcze będziecie nas miały dość! 😉

      Odpowiedz
  2. Ola

    No dobrze, skoro już mnie wywołałaś do ta licy, no to się wypowiem…
    Otóż, Karolciu, jak wiesz, dzieci są różne. Mają lepsze i gorsze dni, różnie radzą sobie z emocjami i różnie je okazują. I nie jest tak, że dziecko to idealna kopia (odbicie) rodziców. Dziecko rodzi się z własnym pakietem temperamentu, emocij i zachowań i nje wszystkie zachowania wynoszą z domu (czasem z klubu malucha). Może Jaś jest faktycznie w domu karany i ktoś „za karę” zabiera mu zabawki, a może robi tak pani z klubu malucha, gdy nie ma troskliwych rodziców i nych dzieci? A może Jaś to taka szara gęś stary maleńki, co to obserwuje w piasku zachowania innych wobec dzieci, a później po swojemu wychowuje kolegów w przedszkolu? Tego się nigdy nie dowiemy. I nigdy nie możemy być pewni, że nasze dziecko się tak nie zachowa. Mój starszy podopieczny np nigdy nie był w domu bity (ani przez rodziców, ani nianię, rzecz jasna), a jednak w piasokwnicy niejednokrotnie musiałam się za niego wstydzić, bo potrafił pzywalić innemu dzicku, albo obedrzeć go z garści włosów (NIKT go tego nie uczył, był pierwszym dzieckiem, wiec brat też nie). Co najciekawsse, zawsze dostawało się tym słabszym i mniejszym, prsed starszymi Dorian uciekał do cioci. Dzisiaj jego brat jest regularnie przez większego obijany, tak Dorian egzekwuje polecenie „oddaj mi”. I Cypis, mimo że jest tego uczony od urodzenia, innych dzieci nie bije…
    A co do rodzicielstwa bliskości… ja wolę metodę behawioralną i „kary naturalne”. To znaczy takie, które są konsekwencją zachowania dziecka, np. nie zjadłeś śniedania, będziesz głodny, nie odrobiłeś lekcji, dostaniesz jedynkę, dostaniesz jedynkę, nie pograsz w weekend na konsoli, kompie, i tak dalej. Wolę, żeby dziecko poznało, co to konsekwencja zaniechania teraz, niż za 20 lat ?

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      No widzisz, wiedziałam, że powinnam Cię wywołać, bo masz przegląd i doświadczenie z dziećmi. Bardziej chodzi mi o kwestię karania dwulatka- to na pewno nie wzięło mu się z kosmosu, no, ewentualnie ma starsze rodzeństwo, które jest karane. Tosia np nie wyskoczyła by z hasłem: TO JEST KARA, bo zwyczajnie nigdy się z tym nie spotkała, i nie ma tego w słowniku. W klubie malucha ZAWSZE jest jakaś mama (jak nie ja to jakaś inna, albo dziadek czy tata), więc tam tego raczej nie zgarnął; nikogo się nie karze, raczej opcja: chodź tu bawić się koło mnie (żebym Cię miała na oku- tak w domyśle). A co do dzieci, które „piorą” inne- tego się też naoglądałam, i to się dzieje pod okiem zrozpaczonych i zawstydzonych mam, które nie wiedzą już jak mają mówić do swoich dzieci. Kara=konsekwencja… myślę, że to jeszcze przed nami, i że życie będzie weryfikować. Póki co nie mamy raczej powodów do karania, raczej do tłumaczenia. Dziękuję za wypowiedź, bo daje do myślenia. Miłego weekendu!

      Odpowiedz
  3. Paulina

    Karolcia, poważnie, nigdy Cię dziecko nie wyprowadziło z równowagi? Masz złotą cierpliwość albo dziecko anioła. Jak moja córcia coś przeskrobie, wymyśla, robi rzeczy, których jej naprawdę nie wolno albo próbuje coś wymusić płaczem i nie przemawiają racjonalne argumenty, bo mnie zwyczajnie nie słucha, to ją wysyłam do jej pokoju i tam siedzi dopóki się nie uspokoi. Nie nazywam tego karą, ale jakby tego nie nazwać, to jest kara. Uważam, że jej to pomaga, bo w miarę szybko się sama uspokaja.

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Paulinko- Jasne, że mnie wyprowadziła, i to nie raz! Kilka razy w życiu porządnie sobie wrzasnęłam, i było (i jest) mi za to cholernie wstyd, ale myślę, że było tych razy w sumie może z pięć… poza tym raczej liczę do dziesięciu i tłumaczę. Co do wysyłania do pokoju, ostatnio natknęłam się na taki artykuł: http://bycblizej.pl/2015/10/26/time-out-od-podszewki/ jakoś tak „time out” do mnie nie przemawia, bowiem pamiętam ze swojego dzieciństwa uczucie żalu i upokorzenia, i złudny spokój, który na prawdę był raczej gniewem w ukryciu („jak sobie pójdę, to jeszcze zobaczą!” czy coś w ten deseń 😉 ). Nie wiem, chyba rzeczywiście mam szczęście… albo cierpliwość 😉 póki co jeszcze ani razu nie odczułam potrzeby ukarania dziecka.

      Odpowiedz
      1. Paulina

        Poczytałam, ale z trudem, bo moim zdaniem straszne banały, rzucanie sloganami jak Super Niania i jej karny jeżyk. Albo kara w stylu „siedź na podłodze w przedpokoju tyle minut ile masz lat”. Jakby mi ktoś tak kazał, to bym była przerażona i wściekła. Natomiast widać, że wrzucają wszystko do jednego worka i metkują angielskim TimeOut, bo polski to trudny język. A najlepszy fragment i dla mnie kompletna bzura to „czasowa odmowa miłości”. Psychologowie to dziwni ludzie, jakby oderwani od rzeczywistości.
        Podoba mi się za to „spotkanie na tapczanie”, żeby sobie z dzieckiem pogadać. Ale kiedy dziecko wyje wniebogłosy, to sobie mogę gadać jak grochem o ścianę. Do „spotkania na tapczanie” muszą zaistnieć odpowiednie warunki.
        Ciężka sprawa, bo trzeba znaleźć jakiś złoty środek pomiędzy „bezstresowym wychowaniem”, gdzie dziecku wolno dosłownie wszystko, a wychowaniem w stresie z karami i nagrodami.

        Odpowiedz
        1. Ola

          Ja tam jestem za wychowywaniem z nagrodami i karami naturalnymi (tzn. nie karac jakos specjalnie, np „jak nie zjesz, to nie pobawie sie z toba”, tylko powiedziec „jak nie zjesz, bedziesz glodny”). Tylko pozniej trzeba pozwolic dziecku pobyc glodnym, zeby poznal konsekwencje. U mnie sprawdzilo sie jak zloto. Karny jezyk tez dzialal, ale to byla ostateczna ostatecznosc. Dla mnie pojecie „bezstresowe” i „wychowanie”, to pojecia wykluczajace sie (wedlug definicji, wychowanie, to wywieranie nacisku w celu uzyskania pozadanych efektow, wiec stres jest niejako wpisany w ten trudny proces). A rodzicielstwo bliskosci i wychowanie metoda behawioralna nie musi sie wykluczac 😉

          Odpowiedz
          1. OhKaralajna Autor wpisu

            Zgadzam się z Tobą co do niewykluczania się. To, co piszesz ma sens, poniekąd takie stawianie sprawy to tłumaczenie- tylko na konkretnym przykładzie 😉 Ja jako karę mam na myśli odbieranie czegoś w imię pokazania kto tu rządzi, dla zasady, albo ZAMIAST tłumaczenia. Póki co nie musiałam jeszcze karać, słowa wystarczają, chociaż bunt dwulatka już u nas na całego. Jak dla mnie bezstresowe wychowanie nie istnieje w ogóle, bo jeśli ktoś jest na tyle miękki, żeby dać dziecku się wodzić za nos w KAŻDEJ sytuacji, to nieświadomie może prowokować stres swoim brakiem… stanowczości, brakiem solidnej „ramy” na której dziecko może się oprzeć. W RB zdarzają się stresogenne sytuacje, bo przecież bliskość nie polega na wiecznym uleganiu; parę dni temu mieliśmy tu grubą akcję związaną z kładzeniem nóżek na stole: Kokosowi się nie podobało nasze stanowcze NIE- sprawa prosta niby, ale jednak foszek był 😉 Ale dało się bez kary, mimo, że dziecko sondowało dziarsko naszą cierpliwość i granice.

        2. OhKaralajna Autor wpisu

          Ciężko mi się postawić w takiej sytuacji, bo raz jedyny przytrafiło się wycie nie do spacyfikowania… do mnie artykuł przemówił, chociaż „odmowa miłości” to rzeczywiście hardkor; jak już pisałam- pamiętam swoje emocje z sytuacji „idź przemyśl swoje zachowanie i wróć jak się uspokoisz”, i nie były aż tak po bandzie; dzieci chyba tak nie analizują, raczej żyją emocją danej chwili. A spotkanie na tapczanie fajna rzecz! Jestem ciekawa, jak będę śpiewać, gdy (jeśli?) mi Tosia zacznie wywijać numery…

          Odpowiedz
  4. Pingback: Buntownik z wyboru- nasz Czas Wielkich Przemian | e-Mama pisze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *