Jestem sobie przedszkolaczek

Temat stracił na świeżości, przecież już minęły 3 tygodnie, ale zebrałam się:

Dziś wreszcie napiszę o tym, jak wyglądało u nas Tosine pójście to przedszkola.

 

Rany, od lipca chodziłam jak w amoku.
Dziecko mam oddać. Moje własne, ukochane. Nic już nie będę miała z tego dziecka; idzie, ukradzione przez normy, układy i wymogi społeczne. Cholera, w Afryce dzieci są z rodzicami, tak, jak wymyśliła natura! To tylko u nas tak nienormalnie… Kto będzie miał czas uczyć ją życia, i odpowiadać na każde, jakże ważne pytanie? Przecież Pani ma pod opieką tyle dzieci, nie znajdzie czasu na skupienie się na moim dziecku, które lubi ROZUMIEĆ świat?

I tego typu głupoty.

Kokos niewiele się zmienił, jeśli chodzi o kontakty z dziećmi; najlepiej bawić się z mamą, a na resztę możemy popatrzeć. Na wakacjach miała kilka prób towarzyskich, podchodziła do innych dzieci jak do jeży, przełamywała się… po czym na placu zabaw 100% ignora, i chciała bawić się tylko z mamą (mama często udawała, że tego nie widzi, i próbowała odsyłać z powrotem do dzieci).

(Fajne jest to, że od wakacji Tateł przestał być rodzicem „drugiego sortu”, i Pyza woła go teraz do zabawy równie często jak mnie. Dotarcie do tego stanu zajęło 2,5 roku ciężkiej pracy i mojego dyskretnego (lub mniej dyskretnego czasem) wycofywania się… ale dotarliśmy tam!
Oh, wybaczcie dygresję.)

Tosia lada dzień miała iść do przedszkola. 

Od pewnego czasu przedszkole zaczęło zajmować dużą część naszych rozmów; próbowaliśmy jakoś ją pozytywnie nastawić do faktu, że wkrótce będzie poginać z rówieśnikami. Odechciało mi się o tym gadać kiedy pewnego dnia, zachwalając to, że już wkrótce Tosia będzie się mogła bawić z innymi dziećmi, usłyszałam:

-Tak, i z mamusią.
– Skarbie, mamusia pojedzie do pracy. W przedszkolu będą dzieci, i Pani… Będzie fajne!
– Nie, z mamusią. Bez mamusi nie chcę. Nie idę do przedszkola.

No i tyle.

Przypomniało mi się, jak chcieliśmy ją w klubie malucha samą zostawić; Pani powiedziała, żebym poszła do szatni poczytać książkę, a ona się Tosią zajmie. Pani wróciła po mnie po 15 minutach, podczas których ciągle słyszałam ryk mojego dziecka, mówiąc: nigdy jeszcze nie miałam takiego ciężkiego przypadku…

Moja mama mówiła: A może Tosia Cię zaskoczy? Może, tak jak L, córka brata, po prostu wesoło pójdzie się bawić, mimo tego, że wszyscy oczekiwali scen histerii (Bratowa stała w okularach słonecznych, ukradkiem ocierając łzy, i nie mogąc zrozumieć, co się właściwie stało)? Ja na to: Mamo, co jak co, ale taki scenariusz chyba trzeba wykluczyć; przecież ona się mnie czepia jak rzep, a inne dzieci jej kompletnie nie interesują…
no cóż, trzeba będzie zacisnąć zęby, i przetrwać…

Dwa dni przed rozpoczęciem „roku przedszkolnego” było zebranie dla rodziców w placówce. Może kiedyś napiszę o nim obszerniej, bo parę rzeczy zwaliło mnie tam z nóg, ale póki co skupię się tylko na zasadach dotyczących przyprowadzania dziecka: usłyszeliśmy, że to Panie Woźne odprowadzają dzieci do sal, ale przez pierwszy tydzień będzie dyspensa dla dzieci i rodziców zaczynających przygodę z przedszkolem: rodzice będą mogli zaprowadzić je do sali. – OK, tak więc uczynimy. Miejmy nadzieję, że tydzień wystarczy na jakąś aklimatyzację….

Dzień zero.

Rano, nowy przedszkolak z grupy „SÓWKI”  wstał podekscytowany, dał się ubrać, umyć i uczesać, patrzył z zadowoleniem jak pakujemy Panią Zając do jej nowego woreczka ze znaczkiem Żabki (pasującym do jej znaczka przy wieszaczku, uszytym przez Babcię w pocie czoła w ostatni dzień sierpnia) .

Wyruszyliśmy na dwa auta (Tateł i ja pędziliśmy potem do pracy, każde w swoją stronę), potem tupu-tupu na nóżkach. W przedszkolu od razu pod górkę: długi czas nie umieliśmy znaleźć Tosinej szafki (ze znakiem żabci), co tym bardziej podkręciło atmosferę: Antoninka z przejęciem uczestniczyła w poszukiwaniach. Kiedy wreszcie znaleźliśmy to, co należy, zmieniliśmy buciki i zdjęliśmy bluzę, którą mój dzielny przedszkolak sam powiesił na haczyku, wspinając się po szafce. Odwróciłam się, gotowa poprowadzić wszystkich do sali, a tu nagle….

Podeszła Pani, kucnęła przy Tosi ,wyciągając w jej stronę ręce, i mówiąc: chodź, zaprowadzę Cię!

-Serce mi drgnęło w niepokoju (cholera, przecież pierwszy tydzień mieliśmy to robić na spokojnie, powoli, krok po kroku), już chciałam się stawiać, że jak to, że przecież mieliśmy…

a tu…

Kokos wypruł do Pani, wlazł jej na ręce, i mówi: To jest Pani Zając! A ja jestem Antosia.- Witaj Antosiu, pożegnaj się z rodzicami- powiedziała Pani. Kokos zapodał Starym po szybkim buziaku, i TYLE JĄ WIDZIELI!!!

SZOK!!!!!!!

Odwracając się na pięcie, mruknęłam do Małżona pod nosem bardzo brzydko: „spier****jmy stąd” (to te emocje), czekając na goniący moje uszy ryk Tosi, która z opóźnieniem zorientuje się, co się dzieje…a tu NIC!!! NUL! ZERO!!

Wyszliśmy na schody, spojrzeliśmy sobie w szklane oczęta, zrobiliśmy głęboki wdech, i ruszyliśmy naprzód, trzymając się za ręce.

-Masz miętko w kolanach, tak jak ja?- zapytałam.
-Ano- mruknął Małżon…

NO I TAK TO BYŁO, MOI DRODZY!!!

Piszę to na pociechę tym, których jeszcze czeka wyprawienie dziecka do przedszkola.
Nasza Antoninka była przypadkiem szczególnym, dwa lata przy piersi i non stop z mamą w domu, najlepiej by się bez mamy na krok nie ruszyła, klub malucha był wielkim niewypałem, do babci szła nie raz z rykiem: Z MAMUSIOOOM!!… i tak można by wyliczać. A tu taka niespodzianka…. Największa jak do tej pory w mojej rodzicielskiej karierze.

Dajcie swoim dzieciom się zaskoczyć 😉

A u was jak te pierwsze dni przeszły? Były krzyki? czy entuzjazm?

Dajcie znać, bo dawno nie pisaliśmy do siebie!

PS. Tęskniłam, a wy?

PS2. Po pierwszym dniu wypytywałam Pyzę jak było, i zdradziła mi, że owszem, płakała, ale mniej niż inne dzieci 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *