My sweet sixteen ;)

Już dawno przekroczyłyśmy szesnastkę, ale no, kurde… nie było kiedy napisać (choroba goni chorobę), a teraz Tosia jest taka super, że aż się prosi.

 

JAKA JEST SZESNASTO-MIESIĘCZNA TOSIA?

Co by nie gadać- jest po prostu extra 😉

W tym wieku to już nie jest dzidziuś- to mały człowiek, który rozumie niemal wszystko; no, chyba, że Tateł gada, jakby strzelał z karabinu maszynowego (wtedy niechybnie słychać z kuchni- bo jak każdy szowinista wie, moje miejsce jest w kuchni- krzyk: no i jak niby to dziecko ma się nauczyć mówić? weź, zwolnij, żeby była w stanie słowa wyłapać! ANIETAKŻEGADASZJEDNYMCIĄGIEMAPOTEMSIĘDZIWISZŻECIENIESŁUCHA…), albo NIE CHCE rozumieć, bo mu się nie opłaca 😉

Można prowadzić fascynujące dialogi. Nie to, że zasób słów jest jakiś kosmiczny u naszego dziecka, że encyklopedia i pełne zdania, czy co tam jeszcze, nie; chodzi raczej o zasób pojęć, o świadomość, o chęć komunikacji, i o nasz wspólny język werbalno-niewerbalny; podam przykład: Tosia mówi MEME i kiwa głową w energiczny sposób- oznacza to, że laleczka nazwana MEME (bo w książeczce woła mamę, ale Tosia wolała wołać MEME) robi: A KUKU.

Do tego dochodzi fascynująca moc skojarzeń- np: w jednej książce jest wiersz „Wieczerza z gwoździa”, a na ilustracji jest wyjątkowo paskudna baba z jednym zębem; jako, że często przy oglądaniu tej właśnie strony komentujemy tego jedynego zęba baby, Tosia na widok gwoździa pojawiającego się GDZIE BĄDŹ, pakuje łapkę do buzi, i pokazuje zęby! Osoba postronna kompletnie nie zrozumie, co ma gwóźdź do zęba, ale my się rozumiemy bez słów 😉

Kolejna super sprawa to BUZIAKI!! Tosia namiętnie je rozdaje, rozsyła, obdziela cały świat. W sumie to zaczęło się już jakiś czas temu, ale teraz na dodatek zdarza jej się dać buziaka nie „rozdziawionego” (rany, jak ja uwielbiam jej buziaki w stylu: ja otworzę szeroko buzię, a ty się zastanów, co z tym fantem zrobić), tylko „w dziubek”. W ogóle świetnie już robi buziakową „rybkę”, np gdy jakaś piosenka skojarzy jej się z którąś babcią- krzyczy wtedy BABAAAA, i cmoka rybkowo, oświadczając, że będzie babcię całować przy najbliższej okazji. Co do całusów- jest fajna anegdota: kiedyś tam niedawno był dzień niespodziewanego buziaka (tak mi oznajmił facebook, i moja Ciocia kochana, która zna się na tych sprawach); tego właśnie dnia Tosia wypatrzyła Pana Makłowicza na kminku marki Tesco, i posłała mu buziaka- założę się, że Pan Makłowicz się tego nie spodziewał 😀 ! Oprócz tego całuski regularnie ma wysyłane Pan Jezus na krzyżu nad drzwiami.

(Właśnie, co do skojarzeń- każda babcia ma swoją piosenkę, co oznacza, że gdy Tosia zobaczy pociąg woła: BABAAA, podobnie, gdy zobaczy….. ŻABĘ! Olaboga….! :D)

 

No, a do tego skończył się opisywany TU lęk separacyjny. Chwała mu za to. Dziecię moje potrafi więc raz na jakiś czas zająć się samo sobą.

Do tego potrafi już samo inicjować i wymyślać zabawy! Chociaż to raczej nie kwestia tego konkretnego miesiąca 😉 Aczkolwiek świeżo objawione zdolności aktorskie to chyba sprawa ostatnich tygodni. Tosia podczas posiłku zazwyczaj ma przy sobie MEME (taki sobie pluszowy ludzik z genialnej bajeczki do nauki nocnika), którego od jakiegoś czasu zaczyna przed nami chować pod tackę z krzesełka, i czeka, aż zaczniemy wypytywać, gdzie jest Meme (aka DZIDZIUŚ)? Wtedy to chwilę udaje, że nie wie (to talent aktorski po Matce, niechybnie!), ba- nawet zakopuję Meme pod nogą, i wyciąga obie- wolne już- ręce, w geście „nie ma”, po czym, gdy my udajemy, że się bardzo martwimy, triumfalnie wyciąga Meme spod tacki 😀 TADAAAM! Do tego zabawa jest urozmaicona na maxa, bo Tosiałka zakopuje go raz z jednej, raz z drugiej strony, tak, żebyśmy się przypadkiem nie spodziewali, skąd wyskoczy! Cwaniara moja kochana! :) MAMA JEST TAAAKA DUMNA! Do tego zabawa w chowanego… ech, ile razy sprawdzałam, czy Tosia jest w lodówce…

Ach, no i Panna Antonina jest elegantką; codziennie żąda, by posadzić ją przy mojej toaletce, gdzie z namaszczeniem rozgrzebuje wszystkie moje nieliczne naszyjniki, wybiera, przebiera, dobiera dla mnie i dla siebie, a potem nie da sobie tego absolutnie z szyi zdjąć; ja oczywiście chodzę jak na szpilkach za nią krok w krok, żeby sobie tego jakoś nie oplątała wokół szyi niefortunnie, i żeby nie stała się jakaś straszna rzecz… ale cóż, bycie kobietą zobowiązuje! Może wreszcie ktoś nauczy mnie dbać o siebie, malować się, ubierać ładnie, i czesać? Kto wie? Trzymajcie kciuki!

 

Podsumowując: Szesnasty miesiąc życia mojej córci STANOWCZO MI SIĘ PODOBA! :) Oby tak dalej!

Buziaki i pozdrowionka!

PS. Już wykopaliśmy się ze zbiorowych chorób, pojechałyśmy więc odwiedzić babcię (tą od żaby), i… dzień później byłam już chora. Całe szczęście tylko ja! Dostał mi się antybiotyk, może tym razem wyleczę się do końca, i zamiast przesypiać całe dnie i wieczory, będę pisać bloga 😉

 

 

 

2 myśli nt. „My sweet sixteen ;)

  1. Kinia - mama Marianny

    Tak miło czyta się te twoje wyrazy uwielbienia dal córki twej :) Ja tez chwalę się, gdy tylko mogę swoim skarbem :) Muszę powiedzieć, że wczoraj zastanawialiśmy się z mężem, jak to było „przed Marianną” i doszliśmy do wniosku, że chyba nic nie było, bo nie pamiętamy, a przypominają nam o

    Odpowiedz
  2. Kinia - mama Marianny

    …. o tamtych czasach zdjęcia tylko :) – to sprawka Marianny – podchodzi, naciśnie coś na klawiaturze niby to przypadkiem i wszystko zamienia się w nicość 😀 dobrze, że tym razem dodała post za wcześnie a nie skasowała 😛 Ech…. dzieci nasze kochane! Przed logowaniem się gdziekolwiek muszę sprawdzić zawsze czy CapsLk nie jest włączony albo klawiatura nie zmieniona z polskiej na inną, bo mała ma ogromny dar do zmian ustawień wszelkich urządzeń 😛 Także, wracając do tematu, niech rozwijają się jak najbujniej te nasze pociechy i rozbrajają nas na każdym kroku! Amen :)
    Pozdrawiamy i życzymy zdrówka :*

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *