O nie-spaniu ponownie.

Ja wiem, że to już jest nudne, że jestem monotematyczna, ale…

Czy to szaleństwo się nigdy nie skończy?

 

Już było dobrze, już było cacy, były stałe (w miarę) godziny w ciągu dnia, i jedna (najczęściej) pobudka w nocy.

Przyszły złe, niedobre, paskudne choróbska, i postawiły świat na głowie.

Choroby się skończyły, ale wynik ich „przejazdu” przez nasze życie jest taki, że Tosi się poplątały godziny snu; w końcu jak źle się czuła to spała kiedy popadło, a na dodatek nie chodziliśmy na spacery, a przecież w trakcie spacerów Tosia najczęściej spała.

No i dupa zbita.

(zapomniałam przestrzec- w tekście pojawia się słowo dupa, jak już zresztą widzicie. Później pojawi się również słowo „zajebiste”.)

Ostatnimi czasy Tosia znowu spała przy piersi, a w takiej sytuacji NIE DA SIĘ odłożyć jej tak, by się nie obudziła, byłam więc wyłączona z życia- „zawisła” na hamaku, połamana, powyginana i obgryziona- na jakieś dwie godziny (przy dobrych wiatrach). Średnio mi się to podobało, bo przecież znowu zaczyna to trącić nałogowym przyczepianiem się małej ssaweczki, a nie po to walczyliśmy tyle razy, żeby znowu dotrzeć w ten sam ślepy zaułek… ale z braku laku…

Potem doszło do tego, że w czasie drzemkowym wybieraliśmy się gdzieś samochodem, żeby Tosia przespała się chociaż tak- oczywiście to dopiero jest porażkowe/tymczasowe podejście! No ale tonący brzytwy się chwyta, nie?

Do tego wszystkiego Tosia postanowiła przerzucić się na jedną drzemkę. Ma już skończone 15 miesięcy, wolno jej, a co! No i tu dopiero zaczęło się pod górkę. Bo Tosia chcę spać np o 11 rano, budzi się po 40 minutach, a jak na jedną drzemkę jest to DEFINITYWNIE za mało, a potem przez cały dzień odmawia spania. Nie chcieliśmy przyzwyczajać jej do zasypiania na drugą drzemkę w samochodzie, bo to przecież półśrodek, i do niczego dobrego nie prowadzi.

Poza tym ostatnio sen w samochodzie nadchodził 2 minuty przed dotarciem do celu, co skutkowało kiblowaniem na parkingach.

Sen przy piersi nadchodził, ALBO I NIE.

Dziecko słaniało się ze zmęczenia, i nic się nie dało z tym zrobić.

Raz nawet złapałam za najcięższą opcję, czyli dreptanie z nosidłem! I śpiewanie Dorotki 😉 Skutkuje zawsze, to takie najnajnajostateczniejsze wyjście 😉 Bo wtedy trzeba dylać dwie godziny z klockiem obciążającym kręgosłup :( Bolesne, ale co zrobić…

Podsumujmy:

1.Nie wiemy, kiedy dziecię położyć spać, bo rozmyła się całkowicie rutyna dzienna

2.WSZELKIE metody zasypiania zawodzą

3.Tosia zasypia na krótko, budzi się, jest bardzo zmęczona, ale odmawia dalszego snu -próbowaliśmy już wszystkiego, poza tym, od czego chcemy odejść, czyli „snem mobilnym”, bo czasem zwyczajnie nie da się jechać, albo iść na spacer, z różnych przyczyn.

4. Ach, no i nie wspomniałam jeszcze- noce są KOSZMARNE. Znowu. Nie wiem, czy to zęby, czy fakt, że mało śpi za dnia- Tosia zawsze tak miała, że jeśli dużo spała w dzień, dobrze spała w nocy, i analogicznie: mało w dzień, słabo w nocy.

Generalnie- porażka na całej linii.

Dzisiaj, gdy ponownie próbowałam uśpić moją padającą ze zmęczenia mróweczkę, metodą niemądrą lecz w miarę dającą statystycznie dobre wyniki (CZYTAJ: NA HAMAKU, PRZY PIERSI) a Tosia tarła oczy, marudziła, ale kombinowała, co by tu zrobić, żeby jednak nie zasnąć, powiedziałam: BASTA.

Wpakowałam dziecię do łóżeczka turystycznego*, które w celu wprowadzenia NORMALNYCH drzemek dziennych mamy ustawione w ” SALONIE” (buehuehue, SALON, TO BRZMI DUMNIE!), i powiedziałam: Antosiu, od dzisiaj śpisz sobie grzecznie w łóżeczku. Buzi, kocham Cię, śpij dobrze, papa.

I wyszłam do kuchni.

Dziecko oczywiście zaczęło histerycznie ryczeć już przy słowie ŚPISZ. I oczywiście stanęło na baczność przy siatce łóżeczka, i zaczęło wymownie patrzeć na tą złą kobietę, która jest jej matką, oczyma pełnymi łez. Powiem wam, naprawdę gruba walka. Słuchawki w uszy, zegar w łapę, i pasjans na komórce.

I czekam.

Przy pierwszej wizycie Tosia nie dała się spacyfikować; wstała z 15 razy, a ja uparcie próbowałam ją położyć; potem zażądała lalki, bo łóżeczko+lalka to w ciągu dnia super zabawa (oczywiście nie związana ze spaniem, Tosia używa łóżeczka jako kojca przez większą część czasu); potem zaczęła przez płacz, który nie ustał ani na chwilę, mimo prób uspokojenia, wołać MAMA MAMA, MAMA!! Wyciągać rączki, podskakiwać… serce się kraje, moi mili…

Poszłam sobie, oddychając głęboko, bo dziecię musi czuć, że jesteśmy przekonani o słuszności sprawy, inaczej leżymy na łopatkach.

Przy drugiej wizycie, po dłuższej przerwie, Antosia dała się pocieszyć dobrym słowem, wstała tylko 10 razy, i po 11 położeniu na chwilę się uspokoiła; głaskałam ją, śpiewałam „Dorotkę”, miziałam po pleckach, i jak już było w miarę- wyszłam.

Znowu ryk… NIE WYTRZYMAM, I JĄ WYCIĄGNĘ I UTULĘ.

Ale nie, czyżby ryk tracił na mocy? Cichł?

Siedzę cichutko, nasłuchuję…

Jest. Cisza. Zasnęła.

20150129_123157[1]

Po długiej walce Tosinka odpłynęła. Pospała 30 minut, co oznacza, że nie osiągnęła optymalnej dla wypoczęcia długości drzemki, ale lepszy rydz niż nic (rydze są zajebiste!).

Podjęłam trudną ciernistą drogę wiodącą do spokojnego snu mojej córci. Mam nadzieję, że to ostatnia taka droga,i że będzie krótsza, bo wywalczenie nocnego spania w łóżeczku dosyć znacznie ponadgryzało nasze nerwy i spokój ducha na wiele miesięcy…

Marudzę o tym spaniu i marudzę, ale wiecie, to taka nasza walka, i mam nadzieję, że kiedyś tam będę mogła z dumą napisać, ku pokrzepieniu innych mamusi i tatusiów przechodzących ten sam ciężki czas, że WYGRALIŚMY TĄ BITWĘ, i cała rodzina śpi głęboko i spokojnie 😉

Papa!

 

* Łóżeczko turystyczne stoi dlatego, że w jednej książce, która w sumie dosyć fajnie traktuje temat, wyczytałam, że miejsce spania dziennego powinno być inne od nocnego, jeśli są jakieś grube problemy. I w sumie ma to sens: Tosia jak widzi swoje łóżeczko z bliska (lub raczej od środka) w świetle dziennym, robi raban nie do zniesienia, nie wspominając o terrorze emocjonalnym… spróbujemy więc!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *