Pierwsze konsultacje w przedszkolu

Byłam wczoraj na pierwszych konsultacjach w przedszkolu. Zamieniłam sobie specjalnie dni wolne w grafiku, żeby na spokojnie zdążyć. Wiwat korpo-elastyczność!

No i znowu wyszło nie tak, jak miało wyjść…

Wchodzę sobie spokojnie do przedszkola o 14:20, i na luzaka; mam jeszcze 10 minut, przycupnę sobie gdzieś w szatni, i poczekam; pewnie spokojnie pogadamy z Panią Wychowawczynią, bo będę pierwsza.

Nagle widzę, że jedna z Pań Woźnych schodzi po schodach, a na rękach niesie mojego własnego kokosowego Żuka! Cholera! – szybko wskoczyłam za występ muru, wpasowałam się we framugę pobliskich drzwi, i zgrywam kameleona. Myślę sobie: może ją niesie do kibelka. Tylko czemu na dół? – tak mnie ta zagadka zadziwiła, że zerknęłam jednym okiem zza wyłomu, i widzę moje dziecko patrzące nieufnie, oraz Panią Woźną patrzącą jak na wariatkę. No dobra, koniec ciuciubabki:

-Halo Tosiu, jestem tu! – a do Pani Woźnej- Dzień dobry, ja przyszłam na konsultację do Pani A. z sówek. Czy Tosia wybierała się tu do toalety?

Pani Woźna, zrozumiawszy poniewczasie że wcale nie przybywam po dziecię, powiedziała: „o rany, trzeba było za mną krzyczeć, żebym nie szła! My po prostu jak znamy już rodziców, to na ich widok od razu idziemy po dziecko!”
-A ja najzwyczajniej w świecie nie zauważyłam nawet tamtej Pani, i przeoczyłam moment kiedy wchodziła po schodach po Pyzę.

No trudno, konsultujemy się z Tosią. Było mi to dosyć nie w smak, bo nie wiedziałam co usłyszę, a jestem zdania, że nie powinno się komentować- w trzeciej osobie -negatywnie poczynań człowieka, w jego obecności, obojętne w jakim ów człowiek jest wieku. Brrrr…. miałam nadzieję, że nic negatywnego nie usłyszę, ale kto to wie…

Poszłyśmy do sali Sówek, gdzie spotkałyśmy się z Panią A. Ta przytomnie zaproponowała Tosi kolorowanie, po czym razem usiadłyśmy do stolika. Pani poopowiadała mi co nieco o Tosinych poczynaniach, przy czym bardzo cieszyłam się, że rozmowa była prowadzona w taki sposób, że Antoninka była czasem wciągana w dialog jakimś pytaniem w stylu: „Prawda, Tosiu?” albo: „a gdzie dziś byliśmy na spacerze? Powiesz mamusi?” – było to dosyć taktowne omijanie „obgadywania” Tosi ;).

Dowiedziałam się rzeczy, które mnie ucieszyły, czyli:

-Kokos je samodzielnie- może i to drobiazg, ale ze względu na obsesje estetyczne mojego dziecka, często odmawiała samoobsługi, żeby se rąk nie popaprać. No, i gdy ktoś karmi ma się wolne ręce, i można się bawić rękami, nie?

-Tosia sygnalizuje potrzeby toaletowe- to też było pod znakiem zapytania, bo w domu zdarza jej się zapomnieć, i zawołać np: posikałam się trochę, muszę do ubikacji!- taki sygnał poniewczasie.
Powiedziałam o tym Pani A, że w zabawie zdarza się zapomnieć, a ona, z ulgą w głosie
-Cieszę się, że Pani jest świadoma, że dzieciom się zdarza zapomnieć. Niektórzy rodzice tego nie rozumieją, że nie da się upilnować każdego jednego dziecka, patrząc co chwila pod pupę… (nie wierzę! Normalnie NIE WIERZĘ!)

-Tosia bierze przyzwoity udział w zabawach.

-Tosia ŚPI. (HURRRRAAAAAA!!!!!!!!!!!)

Dowiedziałam się też kilku rzeczy, które mnie poważnie zmartwiły, a przede wszystkim…

-Tosia jest TYM DZIECKIEM, które nie odstępuje Pani na krok.

No cholewcia. Zawsze się takie zdarza, ale nie sądziłam, że Tosiun tak będzie robić. Z drugiej strony… ona się niezbyt dogaduje z rówieśnikami. Mea culpa że tyle z „dorosłą” mamą siedziała w domu. Bo widzicie: ona potrafi filozoficzne rozmowy o życiu prowadzić, ale żeby się miała z dziećmi bawić bez mamy- nie za bardzo.

Pani mnie pocieszyła, że to tylko kwestia czasu. I ja o tym wiem, zwłaszcza, że Tosia przechodzi drugą aklimatyzację; w końcu wróciła do przedszkola w ten poniedziałek po półtora tygodnia nieobecności.

-Wynikające z poprzedniego jest też: Tosia do ubikacji chodzi TYLKO z Panią; ubikacja sąsiaduje z salą, nie trzeba wychodzić na korytarz.

-Oraz: Jak Pani wychodzi gdzieś na chwilę- Tosia obowiązkowo idzie z nią.

No taka sobie dziewczynka przy spódnicy. Kurde. Jednak pierwsze wakacje bez rodziców to chyba będzie jakaś szkoła przetrwania.

Takie tam sobie mam przemyślenia, proszę je zignorować, gdyż pisane są w afekcie.
Każde dziecko ma prawo do przeżywania tego czasu na swój sposób, a Tosia już udowodniła wielokrotnie, że poza oczami- wszystko dziedziczy po Tatusiu, więc wszystkie te obce mi zachowania mogę sobie tłumaczyć pulą genetyczną 😉

A na koniec, z innych informacji przedszkolnych, na przyjemną nutę:
W przedszkolu rusza temat: „Cała Polska czyta dzieciom”, i rodzice są zachęcani do zapisywania się na określone godziny na czytanie dzieciom w przedszkolu. I wiecie co? To jest dla mnie jak spełnienie marzeń! Jeśli jest jedna rzecz, którą robię jako mama naprawdę ekstra, to właśnie czytanie książeczek. Gdzieś tam miałam w mojej „zawodówce” zajęcia z tego, i wtedy byłam z tego naprawdę lewa, ale po porodzie coś „zaskoczyło”, i chyba całkiem jestem niezła w te klocki. Planuję więc zapisać się na jeden raz w przyszłym tygodniu, a potem- zobaczymy.
Na pewno dam wam znać jak było! :)

I tym pozytywnym akcentem żegnam się z wami.

Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *