Po-walentynkowo o walentynkach

Halo halo!

Wreszcie jest chwila, żeby usiąść (w zasadzie to półleżę, obok posapuje przez sen moja księżniczka Antonina 😉 ) i napisać na temat,który chodził mi po głowie od kilku dni, mianowicie: tradycja walentynek.

Wielu ludzi beszta obchodzenie walentynek, bo przecież to takie „Amerykancke” święto komercyjne, chodzi tylko o wydawanie kasy i napędzanie kolejek w sklepach, oraz że kochać powinno się cały rok. Inni dodają: a taka piękna była tradycja Nocy Kupały…

A ja wam na to:

Okej, kochamy cały rok, ale czy naprawdę mamy czas aby celebrować tę miłość każdego dnia? Czy każdego dnia dajemy partnerowi upominki, mamy siłę i czas przygotować coś ekstra, aby okazać jak bardzo nam zależy?

Pewnie, że w idealnym świecie wszyscy kochający się ludzie codziennie mają czas, aby okazywać jak bardzo im zależy, wieczorami nie są zbyt zmęczeni na odrobinę czułości, kolacje jada się tylko przy świecach, albo w restauracjach, albo w ogóle wystarcza im zwykła szara codzienność, aby mieć świadomość, że druga połówka kocha na zabój.

Moim zdaniem jednak potrzebne są takie gesty jak kwiaty od czasu do czasu, wieczór przy świecach, czy jakiekolwiek dodatkowe wzbogacenie wspólnego życia w romantyzm.

Przecież codziennie i tak okazujemy sobie miłość na tysiące zwykłych sposobów, jak: zrobienie kawy drugiej osobie, upieczenie ciasta, wspólne spacery, wyręczenie w obowiązkach domowych gdy ktoś jest zmęczony (albo-np. tak jak u nas: przewinięcie dziecka w nocy przez męża, żebym nie musiała wstawać z łóżka…KAŻDEJ NOCY! :) ), dzielenie się radościami i zmartwieniami. Idea walentynek to właśnie te dodanie tego czegoś ekstra, poza tym codziennym okazywaniem miłości. I wcale nie trzeba szastać kasą, żeby to zrobić, wystarczy włożyć trochę wysiłku-wymyślić, co ucieszy partnera i dołożyć starań, żeby ukochany/ukochana poczuła się szczególnie.

Nie wspominając o rzeszach nieśmiałych pryszczatych, zakompleksionych, szaro-myszowatych nastolatków, którzy tylko czekają na tą datę, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi, żeby- w ogólnej euforii daty 14 lutego, kiedy to wszystkie chwyty dozwolone- wręczyć komuś kartkę, lub zaprosić na randkę tę szczególną osobę, obserwowaną od dawna z ukrycia.

Pewnie, że można to zrobić w każdy inny dzień, można zrobić to z okazji środy, albo z okazji 7 listopada/stycznia/maja- jest to zupełnie bez znaczenia. Ale skoro jest gotowa data- czemu z niej nie skorzystać? Czy musimy być tak przekorni? 😉

Ja tam obchodzę walentynki, niekoniecznie celebrując je za pomocą karty kredytowej 😉 i wcale nie uważam, że skoro święto nie ma polskich korzeni, tylko przyszło z ameryki to jest „be”. Sądzę, że jest dużo przyjemniejsze, niż np idea przebierania się za umarlaki i wyłudzanie cukierków, Halloween, czyli okazja dla pedofila/alkoholika (poza tym Polak nie potrzebuje wymówki, żeby zaimprezować, a artysta nie musi czekać do listopada, żeby pobawić się nożykiem carvingowym w ogrodzie warzywnym/kuchni).

Co do Nocy Kupały- owszem, sądzę, że była to piękna tradycja, która jednak nie przetrwała walki z betonem miast, i po prostu umarła w większości śmiercią naturalną. I jeśli mam być szczera- spacerując ostatnimi czasy po lasach czy parkach i płacząc nad tym, jak wyglądają- cieszę się, że nie kultywuje się już tego zwyczaju! Wyobraźcie sobie atak stonki ludzkiej na lasy: przykro mi stwierdzić, ale ludzie w większości zostawiają po sobie mega syf we wszelakich pięknych okolicznościach przyrody, i wcale nie cieszyły by mnie spędy leśne ludzi spragnionych zabawy, z aluminium browarnianym i papierzyskami po czipsach w łapach (nie wspominając o kiepach po papierochach),wydeptujących dziury w runie leśnym. Zwłaszcza, że lasów coraz mniej, a ludzi coraz więcej.

W tym roku pierwszy raz od dawien dawna nie miałam siły ogarnąć walentynek; kiedy Małżon powiedział: „tylko nie kupuj mi żadnych prezentów!” widząc moją kocią minę przy komputerze (oczywiście, że miałam już wszystko zaplanowane od dawna, musiałam tylko podopinać guziki!)- po raz pierwszy pękłam, i powiedziałam: wiesz co, nie kupujmy nic, w ogóle nie szalejmy, zróbmy sobie smaczną kolację, i dobry deser. I spędźmy miło wieczór we dwo…tfu! Troje.

I tak też zrobiliśmy! Mąż zrobił mega wypasionego łososia i-wbrew umowie- przyniósł mi bukiet przepięknych tulipanów, ja zrobiłam pierwsze w moim życiu Tiramisu (o czym pozwolę sobie napisać osobnego posta), i obydwoje usiedliśmy przy stole, aby poprzez kubki smakowe celebrować wysiłek tej drugiej osoby i naszą miłość, w towarzystwie gaworzącego owocu tejże miłości. Widzicie, nie trzeba wiele, aby wieczór był szczególny! A mimo to nieczęsto ostatnio mamy siłę na coś ekstra- dobrze więc, że są te nieszczęsne, napiętnowane Hamerykańskie walentynki.

Dużo miłości wam życzę, tej na co dzień, i tej od święta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *