Pożegnanie

No i stało się.

A raczej stanie, w ciągu najbliższych dni.

Tosia ostatnio jest bardzo „cyckowa”, wisi mniej więcej tyle, co noworodek, jeśli nie więcej (noworodek jednak śpi cośtam po drodze, a Żuk tylko by wisiał…w tym i przez sen). Nie wiem, czy to przez infekcje, czy zmiany życiowe, czy niewyspanie (wynikające z dwóch wcześniej wspomnianych faktów) czy po prostu wszystko do kupy. Odmowę CICI znosi gorzej niż kiedykolwiek, a raczej nie znosi w ogóle.

Dzisiaj dawałam jej poszaleć na maxa, nie odmawiałam jej ani razu (chociaż zaliczyłyśmy jedną mega-histerię, jak uparłam się, że dostanie Cici dopiero jak ja skończę jeść), tuliłam ją do tych wymęczonych piersi ile się dało. Niech ma dziewczynka kochana.

Wieczorem, jeszcze przed kąpielą, Tosia zawisła sobie standardowo, więc stwierdziłam, że to będzie dobry pomysł, żeby ją uświadomić. Zajęło mi milion lat wymyślenie, jak się za to zabrać, ale i tak poszłam na żywioł.

-Tosiu, skarbie, jutro pożegnasz się z cycusiami. Bo już jesteś na to gotowa, masz nowego ząbka (wczorajsze odkrycie), ładnie jesz, i w ogóle… -Tosia łypnęła na mnie zdziwiona ślepkami, kontynuuję więc swój wywód:
-Te cycusiowanie przeszkadza Ci w zabawie; widzę, jak nieraz świetnie się bawisz, i nagle te cici cię chyba woła, bo przestajesz się bawić, i musisz do mnie przybiec. Od jutra już będziesz się mogła bawić bez przerywania, wiesz? Więc jutro już będzie pożegnanie z cycusiami.

Tosia nagle „zaskoczyła”. Niepewnie wyciągnęła łapkę (tę samą, którą masakrowała drugą pierś) i powoli pomachała w stronę CICI patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem. Ja przytaknęłam.
Buzia wykrzywiła jej się w podkówkę, oczy zapełniły łzami, i z rozpaczą w głosie zawołała:
-NIEEE!!!
Kaktus urósł mi w gardle. Małżon, który przyglądał się scenie, zaczął jakoś tam odciągać jej uwagę, ale ja chciałam doprowadzić sprawę do końca. Wytłumaczyłam jej, że dzisiaj jeszcze się potulimy, a już od jutra będzie mogła tulić się do mamusi bez cycusiów; Tateł dodał, że to będzie fajne przecież, móc się PO PROSTU do mamusi przytulić. W duchu przytaknęłam gorąco, ale i tak było mi mega ciężko.

Postanowiłam już jakiś czas temu zarzucić hasło: jesteś już na tyle duża, albo: potrafisz już ładnie jeść, bowiem Żuczek jak tylko wyczaił o co nam chodzi, zaczął się z uporem maniaka nazywać dzidziusiem; jeszcze mi tego brakuje, żeby w ramach bojkotu zaczęła odmawiać pokarmów stałych!

Nie chciałam też wciskać jej kitu że CICI są chore, bo po co takie kłamstwo; ona jest na tyle duża, że wszystko świetnie rozumie, a poza tym jest tak pełna empatii, że spędziła by najbliższy miesiąc na przemian dmuchając i całując mnie w piersi, martwiąc się, że coś złego mi się dzieje.
Jedyne co, to stwierdziłam, że zapożyczę z tej metody plastry: już jej oświadczyłam podczas tej ciężkiej rozmowy, że jutro przylepie sobie plasterki, żebyśmy obie pamiętały, że już nie chcę, by JE ruszać.

Postanowiłam, na ile to możliwe, przeprowadzić to jako celebrację rozwoju mojej córci, będziemy imprezować, na ile możliwości pozwolą. Takie jakby dmuchanie świeczek, i że dumna jestem, i w ogóle…

Małżon wziął dwa dni urlopu, czyli jesteśmy razem do końca tygodnia. Postaramy się zapewnić jej dużo rozrywki, chociaż ten katar bardzo nam sprawę utrudnia- odpada basen i inne podobne zajęcia. Bardzo chcę też, żeby wszystko nie musiało spadać teraz na Tateła, żebym ja nie musiała udawać, że mnie nie ma, albo że jestem bardzo zajęta. Chcę dać jej tyle miłości i bliskości, żeby nie odczuła, że ją w jakiś sposób odsuwam.

Rany, o ileż łatwiejsze było by odstawienie np. roczniaka…

Mimo wszystkich tych chwil, kiedy wściekałam się, że „znowu wisi” (a było ich w ostatnich miesiącach coraz więcej), mimo wszystkich niedogodności, mimo „masakracji” piersi na wielu poziomach, mimo pewnego rodzaju zniewolenia, mimo tego, że już niedługo odetchnę (pełną piersią) z ulgą-

NIE ŻAŁUJĘ TEGO CZASU. Jestem z nas* dumna. 

I jest mi bardzo, ale to bardzo smutno, że ten czarodziejski czas największej bliskości świata dobiega końca.

 

Trzymajcie kciuki.MOCNO. Może opowiem wam jak poszło, gdy będę na to gotowa.Kiedyś.

 

 

*Piszę „z nas”, bo Tateł tak samo przyczynił się do ponad dwuletniego karmienia, wspierając mnie w ciężkich chwilach i szanując moje decyzje, jakkolwiek obciążające by się wtedy nie wydawały. Wspaniały człowiek, najwspanialszy. Mój Ci On.

 

8 myśli nt. „Pożegnanie

  1. Ola

    Trzymam kciuki Dziewczynki. Podziwiam Cię, że tak długo się karmiłyście (ja wytrzymałam z moim ssakiem 7 miesięcy zaledwie). Ale on się sam „odstawil”, więc nawet nie wiem, co mogłabym Ci w tym temacie doradzić. Ja pamiętam, że pewnego razu Młody na widok piersi się rozpłakał i zamiast ssać, boleśnie gryzł mnie dwoma jedynkami i dziąsłami. To było jego pożegnanie z CICI. Dawałam mu później jeszcze przez jakiś czas butlę, żeby w końcu w ogóle zrezygnować z podawania jedzenia inną drogą, niż łyżeczką ?

    Odpowiedz
  2. ilona

    Trzymam kciuki nie bedzie latwo ale musisz byc stanowcza wiem cos o tym ? ja jak odstawialam anie ciezko mi bylo (bardziej chyba niz jej ) brakowalo mi tej bliskosci ale zauwazylam tez plusy, ja poczulam sie wolna (doslownie)? ania zaczela wiecej jesc, zaczela sie normalnie przytulac powodzenia

    Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Bitty!!! Geniaaalne! Uśmiałam się. Jak widziałaś (chyba) w ostatnim wpisie opowiadałam o tym, że chciałam zostawić wieczorne karmienie, ale tak się nie stało… następnym razem, jeśli takowy będzie, będę trochę bardziej słuchać instynktu i może forsować swoje racje.

      Odpowiedz
    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Hej Ewuniu! Właśnie napisałam 😉 żyjemy, oddychamy PUSTĄ piersią 😉 (gdzie tam jej do pustej, to jeszcze potrwa, ale jest INACZEJ).

      Odpowiedz
      1. OhKaralajna Autor wpisu

        Ale mi się kiziu- miziu „EWUNIA” wyrwało! 😀 To dlatego, że zrobiło mi się miło, że ktoś zagaił, i to akurat tego dnia jak miałam pisać co u nas :)

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *