Spadłam z nieba, czyli więcej o stłuczonym kolanku

Tosia wykręciła numer i znienacka zasnęła mi na rękach. Mam komputer w zasięgu ręki, a to stwarza miłe możliwości 😉 oto więc jestem.

Chciałam się z wami podzielić moimi spostrzeżeniami na temat wielkiej rany mojej córki. Tak tak, chodzi o sprawę wcześniej wspomnianego kolanka ze zdartą skórą.

Tylko, że nie do końca traktuję temat na płaszczyźnie fizycznej, a to dlatego, że Kokosanka też inaczej to traktuje.

Ale zacznijmy od początku.

Tosia, ubrana przez Tateła z okazji upału w śliczną sukieneczkę w zieloną kratkę, pogina sobie radośnie chodniczkiem. Nie powstrzymuję jej, bo i po co- jest słoneczny, piękny, duszny dzień, nic tylko biegać i skakać (byle w cieniu). I wtedy następuje wielkie BUM- potknięcie, pad ze wślizgiem na kolanko, i RYYYYYYK. Podchodzę spokojnie, podnoszę, dmucham i całuję, oglądam szkody: skóra zdarta na dużej powierzchni kolana, krew się sączy. No nic, idziemy umyć i zdezynfekować. Tateł podaje octenisept, pół sekundy rozważamy, czy zapodać plaster, ale decyzja zapada przeciw: lepiej, jak rana zaschnie na powietrzu.

Przez jakiś czas jest ok, ale potem Tosia zaczyna płakać. Włącza się i wyłącza, ta nasza mała syrenka. A my na przemian tulimy i odwracamy uwagę, proponując to basen, to klocki, to owoce, czy cokolwiek. Z marnym skutkiem. Nawet wizyta ukochanej kuzynki z najlepszą ciocią i wujem nie pomaga. Wiadomo, im płytsza rana, tym bardziej perfidnie szczypie, więc płacz uzasadniony… I tak mija nam dzień.

Rano następnego dnia zastanawiamy się z Małżonem, czy dzisiaj też będzie taka lipa, ale widać szczypanie już sobie poszło, bo płaczu brak.

Sęk w tym, że zamiast płaczu Tosia weszła w fazę: ojojoj, jaka ja biedna/ jestę dzielnym kombatantę. Podchodzi do każdego z trzysta razy, pokazuje kolanko, i każe sobie dmuchać, a następnie całować. Stan taki utrzymuje się długo, zwłaszcza, że mimo naszego uważania, dwa dni później Żuk „dobija” sobie to kolano na ulicy przed domem (całe szczęście omija nas faza płaczu). Do tego dmuchania i całowania dochodzi faza psiiik psiiik (czyt- Tateł popsika ł kolanko Octeniseptem). Generalnie gruby teatr.

Pewnie nie rozkładała bym tego sobie na czynniki pierwsze, gdyby nie to, że jednej nocy, dosyć długo po tym wydarzeniu, Antosia woła mnie w nocy, i…

Wchodzę do jej pokoju, a Tosia stoi w łóżeczku. Widać, że jest nieprzytomna, ale z wielkim napięciem i żalem w głosie mówi mi: Mama, buuum :( . Pffff (tu pokazuje na kolanko, i dmucha). Buuum :(. I tak kilka razy, całkiem niemal na śpiocha.

Jak wielkim to musiało być dla niej przeżyciem!

No, bo w sumie taki pierwszy, mały upadek dziecka jest dla niego jak upadek z nieba: ten świat, który dla hołubionego maluszka był do tej pory bezpiecznym miejscem, teraz okazuje się być nieco mniej przyjazny! Bum! I nagle poznajemy ból, uczymy się tego, że nie jesteśmy nietykalni. To raczej jest nieprzyjemne, co?

Wiem, że niektóre dzieci uczą się tego wcześniej lub w bardziej brutalny sposób, i pewnie niektórzy stukają się w głowę czytając moje wywody nad zdartym kolanem; ale mi chodzi o ideę, o to, jaki szok może coś, co dla nas było by nie wartym wspomnienia szczegółem, gdyby chodziło o nasze kolana, wywołać u małego dziecka.

Tytuł wpisu nie jest przypadkowy; Anioł spadający z nieba nie znający bólu pewnie też przeżywał by ciężko twardą rzeczywistość spotkania z betonem.

Sytuacja miała miejsce trzy tygodnie temu. Liczę na to, że gdy zaczerwienienie całkiem zniknie- może jutro, może za trzy dni- Tosia zrozumie, że ciało się potrafi wyleczyć, i to pomoże jej przy kolejnych tego typu upadkach.

A ja na teraz kończę, ale daję wam zadanie domowe:

Zapamiętajcie to, co tu napisałam, i wspomnijcie to, gdy będziecie czytać mój kolejny wpis, bo może i dziś według was lałam wodę wiadrami o pierdołach, ale dla mnie to ważny wstęp.

Do wkrótce!

 

4 myśli nt. „Spadłam z nieba, czyli więcej o stłuczonym kolanku

    1. OhKaralajna Autor wpisu

      Dziękujemy! Na pewno zostanie docenione… dzisiaj dmuchać- poza ciocią Ewą- musiała gąsienica oraz śmiejący się lew na facebooku… wzdech…

      Odpowiedz
  1. Pingback: Kocham. Nie biję. | e-Mama pisze

  2. Pingback: Dwadzieścia miesięcy minęło… | e-Mama pisze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *