Archiwa tagu: Ból brzuszka

Kolka dziecięca

Kolka dziecięca- czyli zmora wszystkich rodziców. Kto przechodził, ten wie.

Kto przechodził, może się udzielić, dając swoje rady dla przyszłych rodziców w komentarzach, bo to właśnie do przyszłych rodziców jest ten wpis.

Zainspirowana pojawieniem się maleńkiej dziewczynki w otoczeniu postanowiłam zebrać do kupy wyniki swoich poszukiwań, żeby ułatwić życie tym ludziom, którzy właśnie zarywają kolejną noc, bo dziecko płacze; a nuż rady, które tu zamieszczę pomogą jakimś rodzicom ulżyć ich maluszkowi.

Czytaj dalej

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.