Archiwa tagu: Karmienie niemowlęcia

Dieta matki karmiącej- rewizja poglądów

Hej hej,

Było ostatnio o długim karmieniu piersią, pora napisać więc coś o diecie matki karmiącej, z perspektywy mego umiarkowanie długiego karmienia.

Gdy ostatnio pisałam o tym, co powinna jeść mama karmiąca swym mlekiem maluszka (TU-KLIK!), sama byłam na etapie poszukiwań, a do tego na etapie kosmicznych kolek u mojego tyciego wtedy jeszcze, i oblanego kochańskimi fałdkami żuczka. W najlepszej wierze, i według mojej najlepszej wiedzy i świadomości- napisałam ściągę, która w dodatku była zrobiona „na zamówienie” dla jednej koleżanki „po fachu”.

I wiecie co śmiesznego się wydarzyło?

Tego samego dnia akurat komentowałam coś na jednym z gloryfikowanych blogów parentingowych, i zostawiłam tam naiwnie swój adres stronki (w myśl hasła: mamy całego świata- łączcie się w internetach!). Następnego dnia na fanpejdżu owego gloryfikowanego bloga pojawił się wpis, że w jakim świecie my żyjemy, że ktoś tam bzdury znowu wypisuje, i że jaskiniowcy i w ogóle ciemnota, bo dieta matki karmiącej nie istnieje! No okej, dzisiaj mogę się pod tym też podpisać, że nie istnieje dieta matki karmiącej, ale wracam z kolei do tego zdania, że świat laktacyjny ma swoje brzydkie oblicze (w poprzednim wpisie o tym miałczałam) – to była moja pierwsza z nim styczność… naiwna chęć pomagania innym mamom, a tu taki strzał w pysk… ech, pobudka, mamo droga… swoją drogą ciekawa jestem, czy owa blogerka tak na lajcie pisała by o jedzeniu wszystkiego, gdyby dziecko płakało by i prężyło się tygodniami, a po niektórych posiłkach stan by się nasilał. Łatwo pisać nam, karmiącym duże zuchy!

Ale jako, że mój zuch już brzuszek ma dojrzały, i na karmienie patrzę trzeźwo, bez panicznych emocji nowicjuszki- mogę napisać o diecie tak (co w zasadzie tak wiele nie odbiega od mojego pierwszego wpisu na ten temat):

DROGIE MAMY! Jedzcie zdrowo! Jedzcie smacznie! Jedzcie tak, żebyście nie chodziły głodne, ani przejedzone ;). Jedzcie dla dwojga, a nie za dwoje. A do tego obserwujcie wasze dzieci, i jeśli coś wywoła wasz niepokój po zjedzeniu jakiejś potrawy- odstawcie, przeczekajcie, spróbujcie ponownie! Choć tak właściwie kłopoty u maluszka wcale nie muszą być związane z jedzeniem.

Dawniej nie wiedziałam, że mleko produkowane jest Z KRWI MATKI, a nie np skądś z przewodu pokarmowego (?). Właściwie zupełnie się nie zastanawiałam, jak funkcjonuje ten mechanizm. Z drugiej strony- jeśli smak czosnku ze zjedzonej przez nas potrawy przenika do mleka, to co będzie przenikać, a co nie? Temat jest rozległy, i pewnie jeszcze sto lat badań nie będzie w stanie go zgłębić do samego dna, ale jasne jest to, że zdrowe jedzenie może wam samym tylko wyjść… no cóż- NA ZDROWIE! :)

Co do alergenów- co by nie pisali w internetach… ja bym była ostrożna. A przynajmniej spokojna i niespieszna, i wprowadzała je do swego menu świadomie (czyt: jem orzechy, mniam mniam, ale PAMIĘTAM O TYM, że je spożywam. tak na wszelki wypadek). Zwłaszcza, jeśli któryś rodzic ma tendencje do alergii. Ale tak na prawdę każdy ma swój rozum, swój instynkt, i może się nim kierować wedle swego życzenia. Zresztą komentarze pod poprzednim wpisem o diecie właśnie o tym mówiły, żeby kierować się rozsądkiem :) ale podarowałam sobie edytowanie tego wszystkiego.

To chyba tyle na temat! Ściski!

A na koniec wrzucam link do fajnej nuty na YT, promującej karmienie. Wpada w ucho! :)

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

Dieta matki karmiącej piersią

 

20140609_122736

Talerzyk pełen zdrowia, ale czy odpowiedni dla mamy karmiącej?

Halo Drogie Mamy! I Drodzy Tatusiowie też, a co!

 

2013-11-03 16.15.53

Pure love

Po raz pierwszy piszę post „na zamówienie”; jedna z moich koleżanek jest tuż, tuż przed rozwiązaniem, i powiedziała, że chętnie dokształciła by się w temacie tego, co powinna jeść karmiąc piersią. Post ten skierowany jest głownie do tych mam, które zaczynają swoją „drogę mleczną”, a także do tatusiów, bo ich często afektuje fakt zmiany diety w domu (tego wam życzę, drodzy tatusiowie, bo trochę zdrowego jedzenia wam nie zaszkodzi 😉 ), a także dla tego, że często to właśnie tatusiowie na początku gotują dla zmęczonych porodem i obolałych mam.

Na początku, jeśli to czytasz mamo karmiąca- gratuluję Ci wspaniałego wyboru,
wyboru karmienia piersią! Moim zdaniem jest to coś niesamowicie pięknego, budującego silną więź między Tobą a maluszkiem, a oprócz tego- dajesz dziecku najlepsze, co może dostać na tym etapie życia: zdrowe jedzonko, poczucie bezpieczeństwa i bliskość mamy- przytulenie i posiłek w akompaniamencie bicia Twojego serca. Trzymam za was kciuki, i życzę wielu pięknych chwil podczas wspólnego tulenia.

 

 

UWAGA, Poniższy wpis nie zastąpi porady lekarskiej, może jedynie stanowić sugestie w kwestii żywienia. W przypadku wystąpienia problemów u dziecka (lub matki), sugeruję spotkać się z lekarzem w celu zbadania przyczyny.

A teraz – do konkretów :) Czytaj dalej

Kolka dziecięca

Kolka dziecięca- czyli zmora wszystkich rodziców. Kto przechodził, ten wie.

Kto przechodził, może się udzielić, dając swoje rady dla przyszłych rodziców w komentarzach, bo to właśnie do przyszłych rodziców jest ten wpis.

Zainspirowana pojawieniem się maleńkiej dziewczynki w otoczeniu postanowiłam zebrać do kupy wyniki swoich poszukiwań, żeby ułatwić życie tym ludziom, którzy właśnie zarywają kolejną noc, bo dziecko płacze; a nuż rady, które tu zamieszczę pomogą jakimś rodzicom ulżyć ich maluszkowi.

Czytaj dalej

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.