Archiwa tagu: Rodzicielstwo bliskości

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

Przecinanie pępowiny vs RB

Witam was w ten deszczowy dzień!

Za oknem szaro, buro i ponuro, a u mnie świątecznie na maxa :D! Bowiem DZISIAJ PANI MA RELAX!

Tak się zdarzyło, że wczoraj przeżywałam depreskę mamuśki z kulą u nogi. Nie ważne, jak słodka jest moja kula, i jak bardzo ją kocham- każdy czasem potrzebuje chwili dla siebie, a ja od ponad pół roku każdą chwilę dla siebie mam wydartą siłą kalendarzowi, i zazwyczaj poświęcam ją na prasowanie, sprzątanie czy podobne urocze czynności. Wczoraj moja dusza z żelaza zakrzyknęła: BASTA! A raczej zwinęła się w kłębek i zaczęła jęczeć i zawodzić. Małżon przejął się moim jęczeniem: „Jak ja Ci zazdroszczę wolności” itp, i powiada: „jutro na chłopskiego grilla biorę ze sobą latorośl. Będzie najedzona, po kaszce, jakieś trzy godzinki damy radę dla Ciebie wygospodarować”. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście- MAM WOLNĄ CHATĘ! I mąż na dodatek powiedział, że mam się nie przejmować sprzątaniem i takimi innymi, tylko robić co tylko zechcę :) – żeby było jasne- mąż nie jest despotą, który zazwyczaj wpada do domu i krzyczy: ZAŚ BAJZEL? COŚ TY ROBIŁA CAŁY DZIEŃ! DO GARÓW, KOBIETO! W zasadzie to -jak już wspominałam niedawno – związek mamy partnerski, i mąż robi w chacie miliard rzeczy, jednakże fakt, że nieomal NAKAZAŁ MI się wyluzować i olać domowy nieład- wpłynął dodatnio na poziom relaksu ;).

Tak więc OTO JESTEM :) Mam czas wreszcie coś napisać, bez odrywania się i bez ciśnienia! Na dodatek miałam rozmowę z Panem Tatą o prozaicznej czynności JEDZENIA, a szło to tak: Tateł, to ty dzisiaj jesz „na mieście”, tak? (czyt na grillu z chłopakami), to ja muszę wykminić coś dla siebie do jedzenia… hmmm,  ale dzisiaj Pani Ma Relax, nie będę stała przy garach, zadzwonie sę po pizze 😀 – Na to Małżon pojechał do sklepu, i kupił mi jakiegoś gotowca :D! Nawet nie muszę wymyślać i dzwonić! Normalnie jeszcze popcorn, skakanie po łóżku, i czuję się jak Kevin sam w domu :D! Dzisiaj więc walę pizzę na nielegalu, i zapijam piwem bezalkoholowym 0% (słownie: ZERO PROCENT. Bez kitu).

w ogóle dzień zaczął się super, bo rano byliśmy w szpitalu odwiedzić Małą Długo Wyczekiwaną królewnę, która urodziła się dnia wczorajszego. Królewna jest prześliczna! A mi bardzo przyjemnie było spotkać się z moją Genialną Panią Dr na szybką ploteczkę, tudzież powspominać sobie „jak to było pół roku temu” w tym samym szpitalu, i poprzeżywać raz jeszcze cud narodzin, oraz to, jak człowiekowi kręci się w głowie kiedy świat przerzuca grawitację z jądra ziemi na Jądro Wszechświata (czyt- na malutkie dziecko, które jeszcze dzień wcześniej strzelało głową byki w mój pęcherz).

Potem udał mi się skok na Bio-Giełdę, po marchewki dla Tosiałki (o tym już wkrótce) Kolejny sukces upartej mamy!

Dzień zatem zapowiada się przecudownie. I tyle gwoli wstępu.

No i wiecie- „taka sytuacja” wywołała we mnie refleksję o opóźnionym przecinaniu pępowiny, czyli czy ja przypadkiem nie jestem matką- jamochłonem, które dziecka od siebie nie odklei? Oczywiście, z niecierpliwością czekałam, aż za M i A zamkną się drzwi, ale do tego tysiąc myśli na minutę: a co jak będzie głodna? A co, jak będzie płakać? a co jak będzie potrzebować mamy? No bo przecież nikt nie potrafi tak, jak mama przytulić, niczyje serce nie puka tak, jak mamy, nikt nie ma cycków z mlekiem takim, jak mama (no dobra, karmiących matek jest tysiące, ale co z tego!). ponownie: BASTA!  Prawda jest taka, że jeszcze 2 tygodnie temu pewnie bym pękała, wysłała bym chłopa na grilla, i została sama z Tosią, jak na matkę-polkę przystało, nie myśląc o tym, że też mam prawo do oddechu. Sprawa gwałtownie zmieniła się ostatnimi dniami, kiedy to Antosia zaczęła przejawiać „zdradzieckie instynkty córeczki tatusia”, i wyciągać łapki do taty, jak tylko pojawi się w zasięgu wzroku, gardząc zupełnie moją obecnością 😉 (ałć, no dobra, troszke kłuje 😀 z drugiej strony mogę z czystym sumieniem odciążyć plecy). Skoro tak- to idźcie się zabawić moje bimbaski, a mi dajcie święty spokój. Nie, że z foszkiem, i „łaski bez-em”, tylko z „Ufff, jednak nie jestem niezastąpiona”.

Tak sobie rozważam, jak to się stało, że zostałam mamą- jamochłonem, i doszłam do wniosku, że to przez fakt, że w zasadzie tu, gdzie mieszkam, nie mam za bardzo towarzystwa; jedynym codziennym towarzyszem jest Tosia, jestem nie mobilna (furę trzeba było oddać na żyletki, gdy- wierna, dysząc, sapiąc i rzężąc- dokonała żywota na naszej ulicy, parę domów od nas, w drodze na niedzielny obiadek), kawy nie pijam, przyjaciele w większości gdzieś za granicą, lub też zajęci małymi dziećmi. Pewnie gdybym miała piętnaście przyjaciółek tuż za rogiem, i latała na herbatkę i ploteczki, albo była uzależniona od fryzjera i kosmetyczki, lub chociaż miała siłkę gdzieś na ulicy- miała bym więcej życia, poza moją córcią, i wracającym z pracy mężem. A tak- jestem mamą- ośmiornicą, z mackami otulającymi moje dziecko nawet, kiedy śpi :).

Pewnego razu przebiegając fora internetowe natknęłam się na skrót RB. Trochę czasu zajęło mi rozszyfrowanie tych tajemniczych liter, i okazało się, że oznacza to RODZICIELSTWO BLISKOŚCI. Myślałam, że posikam się ze śmiechu, jak okazało się, że mama-ośmiornica ma taką metkę przyczepioną :D! Wiecie, że jest taka szufladka? Najśmieszniejsze jest to, że postać, która pisała o tym RB narzekała: „mam już dosyć tego RB, to mnie zapędzi do grobu,kocham moje dziecko, ale mam już tego naprawdę dosyć”, generalnie coś w ten deseń. I tutaj ponownie zebrało mi się na śmiech (nie z forumowiczki, bo jej problem był prawdziwy, i nie naciągany): nie dość, że jest nazwa zwyczajowa na bycie rodzicem, który lubi przytulać, to jeszcze są specjalne WYTYCZNE, jak to robić, żeby PROWADZIĆ RODZICIELSTWO BLISKOŚCI! To jest jakiś cały program, w stylu: śpijcie w jednym łóżku, używajcie chusty, przytulajcie dziecko, karmcie piersią, itp. Wiecie, jak mnie to rozwaliło na łopatki? Bo o ile sama idea jest piękna, bo dzieci potrzebują przytulenia, o tyle metkowanie tego brandem BR jest badziewne, wyklucza w jakiś sposób instynkt, narzuca np spanie w jednym łóżku (narzekająca na forum mama miała straszne bóle pleców, no ale przecież chce być przykładną mamą, więc nie odłoży dziecka na pastwę losu do łóżeczka, pomocy pomocy!), czy temu podobne. I znowu jesteśmy zmanipulowani, bo przecież każdy chce być jak najlepszym rodzicem, ale jeśli nie jesteśmy w stanie spełnić wszystkich kryteriów praktykowania RB jesteśmy z niego wykluczeni, jesteśmy słabsi od tych pakerów, co to ogarniają, jesteśmy RB drugiej kategorii, jesteśmy BE. No okej, może znowu przesadzam, ale ta szufladka wywołała we mnie wybuch sprzecznych emocji (znowu te emocję, chyba muszę skoczyć do Shaolin na jakieś wyciszenie), bo w zasadzie wygląda na to (wg internetu), że jestem RODZICEM RODZICIELSTWA BLISKOŚCI, ale nieświadomie, i jeśli coś zmienię (np miejsce spania dziecka) to będę zdrajcą, i przejdę na drugą stronę muru, do obozu RODZICIELSTWA …DALEKOŚCI? Czy jak? Oczywiście RB jest jakimś hardkorowym przeciwieństwem równie hardkorowego „zimnego chowu” czasów PRLu, ale jeśli mam odhaczać listę, żeby się załapać, to soreczki, ale nie-dziękuję, nie identyfikuję się, jestem po prostu KOCHAJĄCĄ MAMĄ.

Ostatnimi czasy zaczęła także ponownie wracać do mnie kwestia usypiania; jak dotąd Antoninka zasypiała – krócej lub dłużej- przy maminej piersi; jednak ostatnie dni pokazywały, że w zasadzie świat jest zbyt ciekawy żeby spać, a już na pewno zbyt ciekawy, żeby chować nosa w cycku! Więc impreza przeciągała się niemiłosiernie. Czasami też widać było, że Tosię aż rozrywa ze zmęczenia, ale że za dużo się dzieje dookoła (nawet jeśli działo się tyle, że powietrze się ruszało od mojego umęczonego oddechu, albo przypadkiem drgnęła mi rzęsa w oku), i bodźce ją rozwalają. Zaczęłam się więc znowu zastanawiać, czy naprawdę jestem niezbędna do usypiania, i czy nie spróbujemy ponownie oddelegować panienki do łóżeczka. Boli mnie serce na myśl, że może to być okupione kilkoma ciężkimi wieczorami, i nie mam pojęcia, czy jestem w stanie stawić temu czoła, ale wiem też, że Tosia jest na tyle świadoma, w odróżnieniu od czasu naszych pierwszych prób usypiania (opisanych o TU ), że wie, że Mama i Tata nie znikną na całą wieczność. Przekonuje mnie do ponownego podjęcia prób opowieść Mamy A, która niedawno była nas odwiedzić, która również spała kupę czasu w łóżku z dzieckiem, ale przyszedł czas powrotu do pracy, więc z ciężkim sercem musiała odłożyć dziecko do łóżeczka- tu wkroczył tata, i po trzech nocach ciężkiej pracy- dziecinka zaczęła zasypiać sama, i do dzisiaj sypia przykładnie :). Może nam też jest pisana krótka walka zakończona obustronnym zwycięstwem? To kolejny krok odcinania pępowiny, która i tak naprawdę pozostaje mamom do końca życia, można tylko kilka zwojów odplątać.

Z moją ośmiornicowatością czasem patrzę spod byka na mamy, które potrafią zostawić dwu miesięczne dziecko i wyskoczyć na miasto, ale chyba tak naprawdę trochę im zazdroszczę, że ich dzieci nie zostały wplątane w sieć wspólnego uzależnienia, bo może to trochę na tym polega. Może (a nawet chyba na pewno) prawda jest taka, że to JA nie jestem gotowa odłożyć dziecka, i dać mu posmakować świata beze mnie. Bo taką mam w tej chwili świadomość, i tak- moim zdaniem- jest w tej chwili najlepiej. Co wcale nie wyklucza, że się mylę, lub że po prostu „nie wszystko dla wszystkich”. Nie chcę, żebyście zyskali obraz mnie jako jakiejś psycho-mamy, która dziecko cały dzień nosi w obcjęciach, bije po łapach każdego, kto chce je wziąć na ręce, biegnie do dziecka przy każdym najmniejszym skrzywieniu ust, zapowiadającym jęknięcie (czy nie daj boże płacz!). Otóż nie, dziecko często leży samo na macie, i drze się ze złości, bo np zabawka jest za daleko, a ja siedzę w hamako-fotelu, i mówię olewczym tonem: oj nie, moja miła, rusz pupkę, i przekulaj się w tamtą stronę. Chodzi mi raczej o to, że nie potrafię zerwać rutyny dziennej, bo impreza, czy też nie wyjdę wieczorem, bo dziecko z tatą nie zaśnie. I dziecko CODZIENNIE NON STOP JEST PRZY MNIE, chyba, że wpadnie babcia i weźmie ją na dłuuugi spacer, albo tata wyprowadzając psa z Tosią zostawi mnie samą w domu.

A przecież są dziewczyny, które wkrótce po porodzie są zmuszone wrócić do pracy, czy na uczelnie, i dziecko zostaje z babcią czy gdzieś indziej. Ja sobie tego nie jestem w stanie nawet wyobrazić. I spójrzcie na mnie- siedzę w hamaku i piszę o dziecku, zamiast skakać po łóżku czy oglądać „Śniadanie u Tiffany’ego” albo „Cassablankę” 😉

Powiedzcie mi drogie mamy- czy wam jest łatwo wyskoczyć na miasto? czy wyskakujecie tylko z maluchem w foteliku/wózku/chuście? Czy miałyście w pierwszym półroczu po porodzie CZAS DLA SIEBIE? Bo zaczynam się powoli czuć jak ufoludek :)

 

Buziaki dla wszystkich słodko zniewolonych! Ściskam

PS. Czy wiecie, jak ciężko jest zrobić sobie porządną „samo*ebkę” bez lustra, makijażu, dobrego aparatu, i jeśli naprawde nie chce się człowiekowi ruszyć dupy, żeby się jakoś ogarnąć? O TAK CIĘŻKO, WRZUCAM BEZ PARDONU :D! Znacie już moje najskrytsze tajemnice jamochłonicy, zdołacie więc przełknąć nie zapudrowaną flanelową prawdę w ciepłych skarpetach na deszczowy dzień.

20140517_151902

Tak tak, próbowałam zrobić zdjęcie pod światło. Wypas….

20140517_151954

Nogi na stole- relaks osiągnął szczyt. W tle E-Mama w produkcji :)

20140517_152009

A tu chuda paszcza mówi: OŁ JEEEEAAAA!

20140517_152204

selfie na ledżendarnym hamaczku, z piwem bezalkoholowym, bo selfie z alkoholem to wiocha.

20140517_152237

Bo Van Gogh też pił przy pracy, a mi Absynt nie wchodzi za dobrze (wychodzi lepiej, niż wchodzi :/ )

Po takich zdjęciach, opublikowanych zupełnie bez przymusu, pozostaje mi prosić: Kochajcie mnie, mimo głupoty 😉 Ściski!