Archiwa tagu: Usypianie dziecka

Spanie stoi na głowie.

To spanie w ciągu dnia to jakaś porażka.

Zanosiło się na fajną rutynę:

-Pobudka Tosi koło 8mej, gdzieś do 9 max kulamy się wesoło po łóżku, w którym to czasie ja usiłuję otworzyć do końca powieki- mają z rana jakiś taki dziwny zwyczaj zamykać się przy mruganiu na dłużej niż im wypada…

-śniadanko- oczywiście w doskonałym nastroju, bo jakże by inaczej;

-hulanki i swawole w domu, z uwzględnieniem tuptania gdzie popadnie, czytania książeczek, robienia AKUKU, i miliarda innych rzeczy;

-Koło 11:30, po krótkiej walce- SPANIE W ŁÓŻECZKU. No bo przecież już po pierwszym dniu wszystko wskazywało na to, że zaskoczył trybik, i Tosia będzie ładnie zasypiać…

Po jakimś czasie drzemka zaczęła się coraz bardziej przesuwać w czasie (bunt, bunt, bunt na pokładzie!), więc wymyśliłam, że odrobina powietrza powinna dobrze zrobić, i trzeba przed spaniem uskutecznić choć chwilę spaceru. Jednak jak to uczynić, żeby nie zasnęła w wózku, jak to dawniej bywało (to właśnie powód wycofania porannych spacerów z rutyny)? No jak to co? Wyjść na spacer przed dom, i potuptać w siną dal! :) Nie ważne, że koleiny śniegowe wyższe niż Tosia, nie (no dobra, przesadziłam… ale lodu jest co nie miara!)?

Wychodzenie w ten sposób na spacery ewidentnie się Tosi spodobało, zwłaszcza to, jak odwiedzamy nasze KO KO, lub chowamy się przed psem za furtką, a potem dajemy mu oblizywać rączki (piesek robi AM AM!). Dzisiaj to nawet był szał, bo dziewczynki z sąsiedniego domu nam machały przez okno! Ale było fajnie!

Problem w tym, że urozmaicenie nic nie pomogło…

Na początku usypianie wyglądało tak, że po jakimś tam czasie buntu (w najlepszym dniu rekordowo: TYLKO 3 minuty płaczu) Tosia usypiała, na swoją standardową czterdziestkę (UWAGA- naliczanie sekundowe). Od czwartku płacz (z przerwami na uspokajanie) trwa… godzinę, albo i gorzej… po czym Tosia zwyczajnie zaczyna bawić się w łóżeczku!! Gdy zabawa trwa w najlepsze, i już wiem, że ze spania nici, wypuszczam żuczka z łóżeczka, po czym okazuje się, że mój szkrabik POTYKA SIĘ O WŁASNE KOŃCZYNY ZE ZMĘCZENIA! Oczywiście po jakimś czasie woła: CI CI!! Mama przystawia, a dziecko w ciągu dwóch minut potrafi odpłynąć. Za pierwszym razem gdy zaczęła odpadać spróbowałam położyć ją w łóżeczku, co poskutkowało gwałtownym rykiem, i zupełnym rozbudzeniem. I tak w koło Macieju… O LA BOGA, co tu robić?! Dzisiaj Małżon przejął stery, i przez godzinę był ryk, z czego większą część tego czasu Tateł stał koło łóżeczka i przemawiał czule; co z tego, skoro Tosi nie wyjął „na stałe”? Żadne czułe słówka nie powstrzymają gorzkiego żalu biednej uwięzionej w łóżkowej wieży Księżniczki Antoniny… Po stu latach (czy może po pół godziny, nie wiem, już się gubię) Tosia zaczęła się bawić (i co chwila zawadiacko pokrzykiwać: MAMAAA, TATAAA!), po czym zorientowała się, że zamek „drzwi” do łóżeczka jest zepsuty, i dosyć łatwo można się wymknąć. Już po chwili przyszła do nas do kuchni, z miną cwaniaka. Co za życie…

No okej, to jemy zupkę, i lecimy na kawę do Mamy Ewy z Ulicy Spacerowej.

Ulica zwana na potrzeby bloga Ulicą Spacerową jest bardzo niedaleko od naszej Ulicy (nazwijmy ją na potrzeby tego zdania Ulicą Zadupiową), daliśmy więc sobie spokój z wózkami czy autami, ubraliśmy buty, kurtki, i WIO. Trochę nawet Tosia tuptała sobie z nami za rączkę, mimo oblodzenia na Ulicy Zadupiowej :) Po jakimś czasie Tateł wziął ją jednak na ręce, żebyśmy zdążyli dojść przed zmierzchem na tą kawę (bo była już godzina 16 niemal), i wtedy… Tosia zaśpiewała sobie błyskawiczną kołysankę i odpadła. W pięć sekund.

!

!!!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie mam słów.

No okej, idziemy, najwyżej pośpi u Mamy Ewy.

Obudziła się, jak tylko weszliśmy za drzwi.

Oczywiście zyskała nowe siły, i zasuwała niestrudzenie jak chomik w kółku przez imponująco długi czas! Zaczęła wymiękać coś przed szóstą. Wyszliśmy więc w stronę domu, i wtedy Tosia ZNÓW ZASNĘŁA! I tym razem nie obudziło jej nawet piszczenie stęsknionego psa, witającego nas tak, jakbyśmy wrócili po pół roku!

Ja się pytam:

CO TEN KOKOS WYRABIA Z TYM SPANIEM? CO JA MAM Z NIĄ ZROBIĆ?

Ręce opadają.

Dobranoc.

 

PS. Gwoli wyjaśnienia: usypianie u nas NIE POLEGA na wypłakiwaniu. Wypłakiwanie jest efektem ubocznym faktu, że Tosia jest w łóżeczku (w celu innym niż zabawa). To na nią tak działa, i nic na to nie poradzę, taka uroda (jakbym wiedziała, co poradzić, to już dawno Tosia spała by w ciągu dnia, a ja miała bym szansę na bezstresowe sprzątanie/gotowanie czy cokolwiek tam te szczęśliwe kury domowe czynią gdy słońce świeci).

PS2. Łudzę się nadzieją, że może to przez zęby. Bo idą następne.

O nie-spaniu ponownie.

Ja wiem, że to już jest nudne, że jestem monotematyczna, ale…

Czy to szaleństwo się nigdy nie skończy?

 

Już było dobrze, już było cacy, były stałe (w miarę) godziny w ciągu dnia, i jedna (najczęściej) pobudka w nocy.

Przyszły złe, niedobre, paskudne choróbska, i postawiły świat na głowie.

Choroby się skończyły, ale wynik ich „przejazdu” przez nasze życie jest taki, że Tosi się poplątały godziny snu; w końcu jak źle się czuła to spała kiedy popadło, a na dodatek nie chodziliśmy na spacery, a przecież w trakcie spacerów Tosia najczęściej spała.

No i dupa zbita.

(zapomniałam przestrzec- w tekście pojawia się słowo dupa, jak już zresztą widzicie. Później pojawi się również słowo „zajebiste”.)

Ostatnimi czasy Tosia znowu spała przy piersi, a w takiej sytuacji NIE DA SIĘ odłożyć jej tak, by się nie obudziła, byłam więc wyłączona z życia- „zawisła” na hamaku, połamana, powyginana i obgryziona- na jakieś dwie godziny (przy dobrych wiatrach). Średnio mi się to podobało, bo przecież znowu zaczyna to trącić nałogowym przyczepianiem się małej ssaweczki, a nie po to walczyliśmy tyle razy, żeby znowu dotrzeć w ten sam ślepy zaułek… ale z braku laku…

Potem doszło do tego, że w czasie drzemkowym wybieraliśmy się gdzieś samochodem, żeby Tosia przespała się chociaż tak- oczywiście to dopiero jest porażkowe/tymczasowe podejście! No ale tonący brzytwy się chwyta, nie?

Do tego wszystkiego Tosia postanowiła przerzucić się na jedną drzemkę. Ma już skończone 15 miesięcy, wolno jej, a co! No i tu dopiero zaczęło się pod górkę. Bo Tosia chcę spać np o 11 rano, budzi się po 40 minutach, a jak na jedną drzemkę jest to DEFINITYWNIE za mało, a potem przez cały dzień odmawia spania. Nie chcieliśmy przyzwyczajać jej do zasypiania na drugą drzemkę w samochodzie, bo to przecież półśrodek, i do niczego dobrego nie prowadzi.

Poza tym ostatnio sen w samochodzie nadchodził 2 minuty przed dotarciem do celu, co skutkowało kiblowaniem na parkingach.

Sen przy piersi nadchodził, ALBO I NIE.

Dziecko słaniało się ze zmęczenia, i nic się nie dało z tym zrobić.

Raz nawet złapałam za najcięższą opcję, czyli dreptanie z nosidłem! I śpiewanie Dorotki 😉 Skutkuje zawsze, to takie najnajnajostateczniejsze wyjście 😉 Bo wtedy trzeba dylać dwie godziny z klockiem obciążającym kręgosłup :( Bolesne, ale co zrobić…

Podsumujmy:

1.Nie wiemy, kiedy dziecię położyć spać, bo rozmyła się całkowicie rutyna dzienna

2.WSZELKIE metody zasypiania zawodzą

3.Tosia zasypia na krótko, budzi się, jest bardzo zmęczona, ale odmawia dalszego snu -próbowaliśmy już wszystkiego, poza tym, od czego chcemy odejść, czyli „snem mobilnym”, bo czasem zwyczajnie nie da się jechać, albo iść na spacer, z różnych przyczyn.

4. Ach, no i nie wspomniałam jeszcze- noce są KOSZMARNE. Znowu. Nie wiem, czy to zęby, czy fakt, że mało śpi za dnia- Tosia zawsze tak miała, że jeśli dużo spała w dzień, dobrze spała w nocy, i analogicznie: mało w dzień, słabo w nocy.

Generalnie- porażka na całej linii.

Dzisiaj, gdy ponownie próbowałam uśpić moją padającą ze zmęczenia mróweczkę, metodą niemądrą lecz w miarę dającą statystycznie dobre wyniki (CZYTAJ: NA HAMAKU, PRZY PIERSI) a Tosia tarła oczy, marudziła, ale kombinowała, co by tu zrobić, żeby jednak nie zasnąć, powiedziałam: BASTA.

Wpakowałam dziecię do łóżeczka turystycznego*, które w celu wprowadzenia NORMALNYCH drzemek dziennych mamy ustawione w ” SALONIE” (buehuehue, SALON, TO BRZMI DUMNIE!), i powiedziałam: Antosiu, od dzisiaj śpisz sobie grzecznie w łóżeczku. Buzi, kocham Cię, śpij dobrze, papa.

I wyszłam do kuchni.

Dziecko oczywiście zaczęło histerycznie ryczeć już przy słowie ŚPISZ. I oczywiście stanęło na baczność przy siatce łóżeczka, i zaczęło wymownie patrzeć na tą złą kobietę, która jest jej matką, oczyma pełnymi łez. Powiem wam, naprawdę gruba walka. Słuchawki w uszy, zegar w łapę, i pasjans na komórce.

I czekam.

Przy pierwszej wizycie Tosia nie dała się spacyfikować; wstała z 15 razy, a ja uparcie próbowałam ją położyć; potem zażądała lalki, bo łóżeczko+lalka to w ciągu dnia super zabawa (oczywiście nie związana ze spaniem, Tosia używa łóżeczka jako kojca przez większą część czasu); potem zaczęła przez płacz, który nie ustał ani na chwilę, mimo prób uspokojenia, wołać MAMA MAMA, MAMA!! Wyciągać rączki, podskakiwać… serce się kraje, moi mili…

Poszłam sobie, oddychając głęboko, bo dziecię musi czuć, że jesteśmy przekonani o słuszności sprawy, inaczej leżymy na łopatkach.

Przy drugiej wizycie, po dłuższej przerwie, Antosia dała się pocieszyć dobrym słowem, wstała tylko 10 razy, i po 11 położeniu na chwilę się uspokoiła; głaskałam ją, śpiewałam „Dorotkę”, miziałam po pleckach, i jak już było w miarę- wyszłam.

Znowu ryk… NIE WYTRZYMAM, I JĄ WYCIĄGNĘ I UTULĘ.

Ale nie, czyżby ryk tracił na mocy? Cichł?

Siedzę cichutko, nasłuchuję…

Jest. Cisza. Zasnęła.

20150129_123157[1]

Po długiej walce Tosinka odpłynęła. Pospała 30 minut, co oznacza, że nie osiągnęła optymalnej dla wypoczęcia długości drzemki, ale lepszy rydz niż nic (rydze są zajebiste!).

Podjęłam trudną ciernistą drogę wiodącą do spokojnego snu mojej córci. Mam nadzieję, że to ostatnia taka droga,i że będzie krótsza, bo wywalczenie nocnego spania w łóżeczku dosyć znacznie ponadgryzało nasze nerwy i spokój ducha na wiele miesięcy…

Marudzę o tym spaniu i marudzę, ale wiecie, to taka nasza walka, i mam nadzieję, że kiedyś tam będę mogła z dumą napisać, ku pokrzepieniu innych mamusi i tatusiów przechodzących ten sam ciężki czas, że WYGRALIŚMY TĄ BITWĘ, i cała rodzina śpi głęboko i spokojnie 😉

Papa!

 

* Łóżeczko turystyczne stoi dlatego, że w jednej książce, która w sumie dosyć fajnie traktuje temat, wyczytałam, że miejsce spania dziennego powinno być inne od nocnego, jeśli są jakieś grube problemy. I w sumie ma to sens: Tosia jak widzi swoje łóżeczko z bliska (lub raczej od środka) w świetle dziennym, robi raban nie do zniesienia, nie wspominając o terrorze emocjonalnym… spróbujemy więc!

Spaniowe traumy

Cześć i czołem!

 

Tosia- jak wiecie- nigdy nie należała do dzieci, które lajtowo zasypiają. Zasypianie to było albo zawisanie na godziny na piersi (och, grawitacjo, bądź łaskawa dla e-mamy!), albo godzinne darcie, albo skakanie w chuście… tak czy siak nigdy nie należała do tych książkowych maluchów, które to zasypiają natychmiast odłożone do łóżeczka, albo grzecznie się w owym łóżeczku bawią, zanim spokojnie odpłyną w krainę snu.

Teraz sprawy zasypiania wyglądają lepiej, bo ostatnio Mr Tateł odkłada Tosinkę, buzi buzi, i ucieka na dół; Tosia płacze jakieś 2 minutki, po czym jest cisza i spokój- czyt: prawdopodobnie zasypia, a przynajmniej zaczyna się wyciszać.

Rytuał przed zasypianiem natomiast nadal ma znamiona zawisania na cycku, bo po kąpieli jest jeszcze godzinka zabawy z wielokrotnym zahaczaniem o piersi mamy. Dzisiaj, po trzydziestym zabawowym ugryzieniu małego psotnika, zakrzyknęłam: BASTA! Idziemy się pobawić na matę, byle jakoś spokojnie, bo przecież już pora wyciszania, a nie hulanek.

Pomyślałam sobie: oto nadszedł moment na zmianę rytuału, włączając w to moje wcześniej zaplanowane usypianie misiów. Z pudełka na buty i ręczniczków uczyniłam prowizoryczne łóżeczko, i przyniosłam „aktorów” nowej zabawy: specjalnie do tego wybranych Pana Mysz i Panią Żabę (nie lubimy ostatnio myszy, ale ta jest całkiem spoko :) ). Wymyśliłam sobie już jakiś czas temu, że te dwie maskotki od Cioci Ani będą właśnie wspomagaczami zasypiania, i oto dziś nadszedł ich czas…

 

Kamera...AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Kamera…AKCJA! Pan Mysz i Pani Żaba po koleżeńsku śpią w jednym łóżeczku

Aktorzy scenki rodzajowej poza planem

Aktorzy scenki rodzajowej na planie po zdjęciach 

Usadowiłam Antosię na macie, usiadłam obok niej, i tłumaczę jej: Antosiu, teraz Pan Myszka pójdzie spać- wzięłam Pana Myszkę na rączki, ukołysałam, śpiewając: AAA , Kotki dwa… Patrzę, a tu buźka mojej córuni wykrzywia się w podkówkę! No wiem, że może nie śpiewam jak dawniej, albo może dobór piosenki o kotkach dla Pana Myszy był niezbyt delikatny, ale żeby od razu płakać? Nie rozpłakała się jednak. Dałam jej pocałować Pana Myszę, przytuliłyśmy go obie, położyłyśmy do pudełka… i WTEDY Antosia się rozpłakała na dobre!

Przytuliłam Antosię, i mówię jej: Pan Myszka zaśnie sobie, i będzie miał wesołe sny, a jutro wstanie, i będzie się z Tobą bawił! -Nic to nie dało, szloch trwał dalej.

Postanowiłam odciągnąć jej uwagę Panią Żabką- Zobacz Antosiu, Żabka sobie skacze wesoło!- tu już było lepiej z nastrojem. -Żabka skacze, ale już jest późno, musi więc iść spać! Daj Żabce buzi!- Tu Antosia dała buzi- Zrób Żabce „moja, moja”- Tu Antosia łaskawie dała się objąć łapkami Żabki- sama nie tuli na zawołanie byle kogo 😉 . No, to teraz zrób Żabce PA PA, Żabka idzie spać razem z Myszką.

ANTOSIA W RYK.

 

Zobaczcie, jakież to smutne! Koniec zabawy, trzeba iść spać! Antosia nie lubi iść spać.

To dziecko nie przestaje mnie zadziwiać- była w stanie przełożyć sobie całą sytuację, wczuć się w cierpienia Myszki i Żabki, które muszą iść spać, i które, tak jak ona, zapewne nie lubią tego strasznie!

Wyszło tutaj (ponownie), jaką traumą jest dla Antosi temat spania.

Stwierdziłam, że tym bardziej będę odgrywać wieczorny teatrzyk, żeby tą straszną paskudę zwaną snem jakoś oswoić, żeby Antosia widziała, że ani Pan Myszka, ani Pani Żabka nie mają nic przeciwko spaniu.

 

No, to Dobranoc!

Szykuję się do wpisu o Tosinej tablicy sensorycznej maminej roboty :) Chciałam już to wrzucić, ale stwierdziłam, że przygotuję się lepiej, i napiszę z pomocą Mamy Ewy coś na temat zabawek- tych mądrych, i tych trochę mniej.

Do zaś więc!

 

Znowu o spaniu

 

Halo halo!

Nie odzywam się, siedzę cicho, chodzę trochę na paluszkach. Boję się głośniej odetchnąć, żeby nie zapeszyć. Ćśśśśś, Tosia śpi…

 

20140525_182806

 

Temat się pojawia, myślę, ostatni raz. Pisałam już przecież o spaniu, pierwsze podejścia do samodzielnego usypiania Tosi (o, tutaj!), i w sumie chyba powinnam teraz ugryźć się mocno w język (czy raczej trzepnąć po łapkach, skoro piszę, a nie mówię 😀 ), albo co gorszego sobie zrobić za to poprzednie psioczenie na książkowe mądrości ;).

Doszliśmy znowu do momentu, kiedy „tonący brzytwy się chwyta” jeśli chodzi o usypianie maluszka. Wszystko przez początki ząbkowania… A było to tak:

Tosinka, jak być może wiecie (Ci, co czytali wcześniejsze wpisy pewnie wiedzą 😉 ), jest dzieckiem zupełnie bezsmoczkowym. Odrzuca wszelakie smoczki, również takie z butelki, bo po co sobie silikonem po buzi machać, skoro jest cycuś mamy na zawołanie. Od początku byliśmy przekonani, że nie chcemy smoka wprowadzać, łapaliśmy za niego tylko w przypadkach czarnej rozpaczy (np wielogodzinny płacz po szczepieniu), ale wtedy już i tak było za późno, bo Antoninka nie chciała go tknąć. Myślimy se: fajnie, nie trzeba będzie odzwyczajać! I postanowiliśmy zarzucić próby oswojenia córeczki z tym sprzętem.Nadszedł jednak czas ząbkowania, i na naszym wieczornym cudnym niebie pojawiły się chmury rozpaczy. Tosia była smętna, rozdrażniona, więc jak to ja- tuliłam, tuliłam tuliłam. Wieczory bywały trudne, smarowaliśmy dziąsełka żelem, ale czasem po prostu żałość była taka, że żel sam czarów nie zrobił- całe szczęście pierś mamy jest dobra na wszystko. W tym czasie Tosia zaczęła się często budzić w nocy, a jak już wcześniej pisałam- usypiała mi tylko przy piersi, więc żeby ją uśpić z powrotem- podawałam pierś. I tak wiele razy w ciągu nocy. Po jakimś czasie doszło do takiego hardkoru, że Tosia UZALEŻNIŁA SIĘ od piersi! Zupełnie jak te dzieci, które zasypiają ze smoczkiem, i płaczą, kiedy przez sen wypadnie im z buzi! Bywały noce, kiedy spała zupełnie normalnie, ale bywały i takie, kiedy np od 1:30 co chwila szukała piersi; żeby dziecko przespało noc, ja musiałam być na baczność, i pilnować, żeby cycek był w zasięgu! Oczywiście w tej chorej sytuacji nie wysypiałam się ani ja, ani Tosia. Powiedziałam więc sobie, że pora na drastyczne akcje, byle tylko przywrócić naszemu życiu jakąś normalność.

 

Mój Małżonek jest akurat w trakcie pewnych zmian zawodowych, i od zeszłego piątku jest na urlopie. Mieliśmy zaplanowanych kilka spraw na ten czas, kiedy oboje będziemy w domu, najważniejszą z nich było NAUCZENIE ANTONINKI SPAĆ. Wiecie, że tzw metoda 3-5-7 to masakra, tylko dla ludzi o mocnych nerwach- jest bardzo bliska wypłakiwania dziecka, na co ja się całkowicie nie piszę. Akcję więc musiał przeprowadzić Małżon, człowiek o ciepłym sercu, acz stalowych nerwach.

Dla tych, którzy się nie orientują, szybko i ogólnie nakreślę o co chodzi w metodzie 3-5-7. Jest to metoda uczenia dziecka spać samodzielnie- może dla niektórych jest to zwyczajnie normalne, i naturalne, że dziecko zasypia sobie samo w swoim łóżeczku- dla tych wszystkich GRATULACJE, trafiliście na dobry model, bo niewiele dzieci tak ma :) Anyway, metoda idzie tak: kiedy widać po dziecku pierwsze oznaki zmęczenia, np tarcie oczu, ziewanie, kładziemy dzieciątko w łóżeczku, mówimy dobranoc, papa, buzi w czółko, czy co tam jeszcze chcecie, po czym zostawiamy malucha w łóżeczku. i wycofujemy się z pokoju. Dziecko, które do tej pory przywykło zasypiać przy rodzicach/przy piersi/we wspólnym łóżku, na początku czuje się zdradzone, nie wie, co jest grane, więc zazwyczaj okazuje to strasznym, żałośliwym płaczem. NIE WCHODZIMY OD RAZU by je pocieszyć, odczekujemy 3 minuty, i dopiero wtedy wracamy do niego. Zasada jest taka, że nie wyciągamy dziecka z łóżeczka, żeby je pocieszyć i uspokoić; możemy więc do niego mówić, głaskać je, śpiewać mu, tłumaczyć, że je kochamy, i to dla jego dobra, ale NIE WYCIĄGAMY Z ŁÓŻECZKA. Po około 2 minutach wychodzimy znowu (nawet, jeśli dziecko płacze nadal). Następne wejścia są po 5 i po 7 minutach. Potem wchodzimy co 7 minut, zawsze na ok 2 minutki. Po jakimś czasie dziecko zasypia. Zazwyczaj. Nasza pierwsza próba dowiodła, że nie działa to zawsze, my wymiękliśmy po ok godzinie- pewnie, mogliśmy wtedy zacisnąć zęby, i dać dziecku płakać drugą godzinę ( i tak ostro, że wytrzymaliśmy aż tyle, czułam się jak wyrodna matka!), i zobaczyć co się stanie, ale serio- kto wytrzyma coś takiego??!! Prawda jest taka, że niekiedy trzeba odłożyć tą metodę na półkę, i wrócić do niej kiedy dziecko jest starsze. Owszem, w książce, którą przeczytałam na ten temat była taka wzmianka, ale wiecie, jak to jest, jak baba napakowana po ciąży hormonami słucha, jak jej dziecko płacze, i wyklina na wszystkich, którzy coś takiego wymyślają, jakimi to są nieludzkimi draniami, którzy pewnie w życiu dziecka nie mieli!!!!!!

Pewnie nigdy nie wróciła bym do tej metody, gdyby nie zrodziła się wraz z ząbkowaniem ta patologiczna zależność od piersi… było to hiper przerysowanym dowodem na to, że Tosia nie potrafi się sama wyciszyć, i że naprawdę trzeba coś z tym zrobić.

Klamka zapadła. Od piątku bierzemy się za usypianie! (Piątek- ten przedwczoraj :D)

Standardowo w okolicy 15stej Tosia zaczęła trzeć oczka, i stawać się małym zmierzłym ludzikiem, czyli mówić niewerbalnie: jestem zmęczona, mamo, idziemy się potulić. Standardowo wzięła bym ją na ręce, poczłapała schodami do sypialni, wpakowała bym nas obie do łóżka, wyciągnęła cycka, zapakowała go Tosi do dziobka, walczyła przez jakieś 20-40 min z zadowoloną, wiercącą się pociechą, po czym nadszedł by sen. Oczywiście ten sen nie powodował by uwolnienia cycka, to by się stało (przy dobrych wiatrach) po jakiejś godzinie, gdy sen byłby mega głęboki.O ile w ogóle…

Ale tym razem nie było STANDARDOWO. Tym razem mamusia po nakarmieniu Tosi pocałowała ją, oddała Tatusiowi w ręce, po czym Tatuś skierował się na pięterko, a mamusia poleciała w te pędy po swoje gigantyczne słuchawki, i włączyła audiobooka na cały regulator, żeby nie słyszeć tego płaczu. Szczerze, to wyemigrowałam do ogródka, pomodlić się za powodzenie całej akcji, i zająć się czymkolwiek, żeby tylko nie myśleć, jaka krzywda dzieje się mojemu dziecku. W ten sposób odchwaściłam okolice krzewu różanego, ogarnęłam podkaszarką trawę przy płotku warzywnika, i pokonałam jaskółcze ziele atakujące nasz rabarbar. Po tym czasie stwierdziłam, że mam zjarane ramiona, połamane plecy, i że mam dosyć roboty. Podniosłam się z pozycji pokrzywiono-zgiętej, i mym oczom ukazał się tata, niosący w ramionach lekko zapłakaną Tosiałkę.

NO I JAK PANIE TATO? Było mocno strasznie? Była tragedia? Była lipa?

Pan Tata zdał sprawozdanie, że Tosia po ok 15 min płaczu zasnęła, po czym obudziła się po jakichś 40 minutach, i rozdarła, zrozumiawszy, że to wstrętne traktowanie to nie był sen. Całe szczęście pojawił się tata-rycerz na niebieskim koniu, i uratował Tosię ze szczęk złego łóżeczka.

Uff, 15 min to nie tak źle, pomyślałam (znowu- wyrodna matka!), zwłaszcza w kontekście naszej pierwszej próby, oraz tego, że samej Tosi udało się zasnąć dużo szybciej, niż zazwyczaj usypiała ze mną. Okej, gramy dalej, jeśli tylko Pan Tata się zgadza.

Pan Tata się zgodził.

Nadszedł wieczór. Po kąpieli i wieczornym mleczku z mamusinej piersi, Antoninka ponownie udała się z tatusiem do sypialni. Nie zdążyłam jeszcze dobrze założyć słuchawek, a już słyszałam łamiące serce krzyki. Czy my aby dobrze robimy? Czy dziecko nie będzie miało traumy? Czy gra jest warta świeczki? – zgłośniłam odtwarzacz dźwięków na maxa, i poszłam, w głębokim stresie, sprzątać kuchnię, i- wbrew moim zwyczajom, nakazującym mi garnki omijać szerokim łukiem- zaczęłam szykować jutrzejszy obiad.

Po jakimś czasie nasłuchuję- kurde, cisza! Piszę smsa do Małżona: JAK JEST? On: Jest OK, właśnie zasnęła, trochę w poprzek łóżeczka, ale śpi za płytko, żeby ją ułożyć. Ja: Chcesz tosty z serem? On: Kusisz. Późno jest, ale zjem.

Zapiekłam kanapsy, i popędziłam na paluszkach schodami. Zastałam tatę również ze słuchawkami w uszach, siedzącego w mroku na fotelu w pokoju obok sypialni. Poinformował mnie, że skoro Tosia śpi, to mogę wziąć tosty na dół, bo zaraz zejdzie i zje na spokojnie. Zeszłam na dół, i po jakiejś minucie usłyszałam płacz, który wbił tysiąc sztyletów w moje serce. Olaboga, no przecież spała! Czy będzie się co chwila tak budzić z płaczem, jak sto nieszczęść?

Ku mojemu zdziwieniu, oraz uldze, po jakichś pięciu minutkach nadciągnął Pan Tata, i powiedział, że to był tylko „płacz kontrolny”: czyli Tosia uchyliła oka,jak zawsze szukając cycka, po czym stwierdziła, że ktoś go ukradł! Rozpłakała się, Tatuś pocieszył, a ona przemyślała sprawę, i doszła do tego, że cycka nikt nie ukradł, bo przecież nie było go od początku, czyli- wszystko w najlepszym porządku, można spać- i ZASNĘŁA SPOKOJNIE!

Małżon poszedł z Piesełem na wieczorny spacer, zapodał szybki prysznic, i poszliśmy do góry, koło 23ciej. Dyskutowaliśmy chwilę, jak mamy poznać, że dziecko płacze, bo jest głodne, a nie dlatego, że się obudziło zupełnie samo, ja stwierdziłam, że przy okazji następnego płaczu biorę ją do łóżka na karmienie, bo Mama Tośka mi mówiła, że Tosiek (kolega i rówieśnik Tosi) budzi się na amciu koło 24:00- uznałam to za dobry wyznacznik. Tosia jednakże nie obudziła się do pierwszej :)! O pierwszej nakarmiłam ją, po czym obudziłam Małżona pytaniem, czy mam ją odłożyć, czy zostawić w łóżku. Małżon, zaspany, powiedział, że mogę zostawić ją w łóżku (ewidentnie nie miał siły się dobudzić na dalsze zmagania), jeśli tylko chcę. Na to ja spróbowałam wyjąć Tosi pierś, co skończyło się standardowym polowaniem, dokładnie takim samym jak w ostatnich tygodniach, skutkującym zazwyczaj naszym niewyspaniem- Tosia CHCE SPAĆ Z PIERSIĄ W BUZI. Dokonałam szybkich obliczeń w swojej głowie, i stwierdziłam: NIE MA BATA, nie po to płakała już tyle w ciągu tego dnia, żebyśmy teraz zaprzepaścili to wszystko. ODKŁADAM JĄ! powiedziałam tylko teatralnym szeptem, położyłam Tosię w łóżeczku, i wcisnęłam głowę w poduszkę broniąc się przed straszliwym płaczem. Mąż poczekał 3 minuty, wstał, pogłaskał po rączce, poszeptał coś do Tosinego uszka, i mimo niecichnącego płaczu wrócił do łóżka. Po kilku trwających sto lat minutach mówię do niego: No weź, idź, pociesz ją, ja nie mogę się ruszyć, bo ją wezmę w ramiona, i tyle tego było! M na to:zostało jeszcze 20 sekund! (TWARDZIEL!). Wstał, poszeptał, pogłaskał, położył się… 30 sekund później Tosia już spała!!!!!! Wzięłam ją do łóżka dopiero koło 5tej, nakarmiłam na pół śpiąco (słyszałam, że się zaczęła wybudzać, i zareagowałam przed rykiem), wyjęłam pierś, i czekałam co się stanie. Chwile poszukała, po czym olała temat, i zasnęła głęboko!

I TAK SPAŁA DO SAMEGO RANA!!!! Normalnie SZOK! Rano, pierwszy raz od tygodni, po przebudzeniu zobaczyłam uśmiechnięte dziecko, zamiast małego, niewyspanego, niezadowolonego, umęczonego elfiątka. Jeśli wcześniej zastanawiałam się, czy to wszystko jest coś warte- ten widok upewnił mnie, że na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru, podejmując kolejną, jakże trudną próbę.

Dzień drugi był podobny, uczymy się czytać z płaczu Tosi, zasypia dużo szybciej niż ze mną…. zasnęła koło 20:40, koło 22 był „próbny płacz” trwający koło minuty, a kiedy na wpół senna brałam Tosię do karmienia pierwszy raz od wieczora, stwierdziłam ze zdumieniem, że jest już szósta rano!!! Tosia grzecznie zjadła hektolitry mleka (piła naprawdę długo), po czym mlasnęła, przeciągnęła się, i… zasnęła z powrotem, i spała do 7:30! OMG!!!!! NAGRODA NOBLA DLA TATY!!! Byłam tak ucieszona, że strzeliłam smsa do mamy, po czym popędziłam na dół włączyć pranie, naszykować stół do śniadania, wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło, posprzątać co mi wpadło w ręce, i dopiero po chwili, po wyładowaniu radosnej energii mogłam wrócić do łóżka.

Dzisiaj przy popołudniowej drzemce Tosia pomarudziła jakąś minutę, góra dwie (ja w ogóle nic na dole nie słyszałam), po czym przespała bite dwie godziny!
DROGIE MĄDRE KSIĄŻKI! ZWRACAM HONOR! KŁANIAM SIĘ W PAS, DZIĘKUJĘ STOKROTNIE!

Mam wrażenie, że od teraz zawsze będzie obiad na stole (będzie kiedy go ugotować), pranie zrobione, chałupa ogarnięta, a ja będę dyszeć z nudów przy takiej ilości wolnego czasu :D!

Dzisiaj zrobiłam np kurczaka pieczonego w jabłkach, i aż chciałam to udokumentować i wrzucić dla was z przepisem, ale byłam tak podjarana, że zrobiłam tylko jedno, mało atrakcyjne zdjęcie surowych ćwiartek „kurzęcych”, a potem siadłam do pisania. Takie zdjęcie to na pewno furory nie zrobi, więc wam podaruję tę wątpliwą przyjemność  😉

Mam nadzieję, że pod koniec urlopu Pana Taty, czyli do końca miesiąca, będę mogła wam się pochwalić tym, że już osobiście kładę szczęśliwe, niepłaczące dziecko do snu 😉

 

20140525_184406

 

Przecinanie pępowiny vs RB

Witam was w ten deszczowy dzień!

Za oknem szaro, buro i ponuro, a u mnie świątecznie na maxa :D! Bowiem DZISIAJ PANI MA RELAX!

Tak się zdarzyło, że wczoraj przeżywałam depreskę mamuśki z kulą u nogi. Nie ważne, jak słodka jest moja kula, i jak bardzo ją kocham- każdy czasem potrzebuje chwili dla siebie, a ja od ponad pół roku każdą chwilę dla siebie mam wydartą siłą kalendarzowi, i zazwyczaj poświęcam ją na prasowanie, sprzątanie czy podobne urocze czynności. Wczoraj moja dusza z żelaza zakrzyknęła: BASTA! A raczej zwinęła się w kłębek i zaczęła jęczeć i zawodzić. Małżon przejął się moim jęczeniem: „Jak ja Ci zazdroszczę wolności” itp, i powiada: „jutro na chłopskiego grilla biorę ze sobą latorośl. Będzie najedzona, po kaszce, jakieś trzy godzinki damy radę dla Ciebie wygospodarować”. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście- MAM WOLNĄ CHATĘ! I mąż na dodatek powiedział, że mam się nie przejmować sprzątaniem i takimi innymi, tylko robić co tylko zechcę :) – żeby było jasne- mąż nie jest despotą, który zazwyczaj wpada do domu i krzyczy: ZAŚ BAJZEL? COŚ TY ROBIŁA CAŁY DZIEŃ! DO GARÓW, KOBIETO! W zasadzie to -jak już wspominałam niedawno – związek mamy partnerski, i mąż robi w chacie miliard rzeczy, jednakże fakt, że nieomal NAKAZAŁ MI się wyluzować i olać domowy nieład- wpłynął dodatnio na poziom relaksu ;).

Tak więc OTO JESTEM :) Mam czas wreszcie coś napisać, bez odrywania się i bez ciśnienia! Na dodatek miałam rozmowę z Panem Tatą o prozaicznej czynności JEDZENIA, a szło to tak: Tateł, to ty dzisiaj jesz „na mieście”, tak? (czyt na grillu z chłopakami), to ja muszę wykminić coś dla siebie do jedzenia… hmmm,  ale dzisiaj Pani Ma Relax, nie będę stała przy garach, zadzwonie sę po pizze 😀 – Na to Małżon pojechał do sklepu, i kupił mi jakiegoś gotowca :D! Nawet nie muszę wymyślać i dzwonić! Normalnie jeszcze popcorn, skakanie po łóżku, i czuję się jak Kevin sam w domu :D! Dzisiaj więc walę pizzę na nielegalu, i zapijam piwem bezalkoholowym 0% (słownie: ZERO PROCENT. Bez kitu).

w ogóle dzień zaczął się super, bo rano byliśmy w szpitalu odwiedzić Małą Długo Wyczekiwaną królewnę, która urodziła się dnia wczorajszego. Królewna jest prześliczna! A mi bardzo przyjemnie było spotkać się z moją Genialną Panią Dr na szybką ploteczkę, tudzież powspominać sobie „jak to było pół roku temu” w tym samym szpitalu, i poprzeżywać raz jeszcze cud narodzin, oraz to, jak człowiekowi kręci się w głowie kiedy świat przerzuca grawitację z jądra ziemi na Jądro Wszechświata (czyt- na malutkie dziecko, które jeszcze dzień wcześniej strzelało głową byki w mój pęcherz).

Potem udał mi się skok na Bio-Giełdę, po marchewki dla Tosiałki (o tym już wkrótce) Kolejny sukces upartej mamy!

Dzień zatem zapowiada się przecudownie. I tyle gwoli wstępu.

No i wiecie- „taka sytuacja” wywołała we mnie refleksję o opóźnionym przecinaniu pępowiny, czyli czy ja przypadkiem nie jestem matką- jamochłonem, które dziecka od siebie nie odklei? Oczywiście, z niecierpliwością czekałam, aż za M i A zamkną się drzwi, ale do tego tysiąc myśli na minutę: a co jak będzie głodna? A co, jak będzie płakać? a co jak będzie potrzebować mamy? No bo przecież nikt nie potrafi tak, jak mama przytulić, niczyje serce nie puka tak, jak mamy, nikt nie ma cycków z mlekiem takim, jak mama (no dobra, karmiących matek jest tysiące, ale co z tego!). ponownie: BASTA!  Prawda jest taka, że jeszcze 2 tygodnie temu pewnie bym pękała, wysłała bym chłopa na grilla, i została sama z Tosią, jak na matkę-polkę przystało, nie myśląc o tym, że też mam prawo do oddechu. Sprawa gwałtownie zmieniła się ostatnimi dniami, kiedy to Antosia zaczęła przejawiać „zdradzieckie instynkty córeczki tatusia”, i wyciągać łapki do taty, jak tylko pojawi się w zasięgu wzroku, gardząc zupełnie moją obecnością 😉 (ałć, no dobra, troszke kłuje 😀 z drugiej strony mogę z czystym sumieniem odciążyć plecy). Skoro tak- to idźcie się zabawić moje bimbaski, a mi dajcie święty spokój. Nie, że z foszkiem, i „łaski bez-em”, tylko z „Ufff, jednak nie jestem niezastąpiona”.

Tak sobie rozważam, jak to się stało, że zostałam mamą- jamochłonem, i doszłam do wniosku, że to przez fakt, że w zasadzie tu, gdzie mieszkam, nie mam za bardzo towarzystwa; jedynym codziennym towarzyszem jest Tosia, jestem nie mobilna (furę trzeba było oddać na żyletki, gdy- wierna, dysząc, sapiąc i rzężąc- dokonała żywota na naszej ulicy, parę domów od nas, w drodze na niedzielny obiadek), kawy nie pijam, przyjaciele w większości gdzieś za granicą, lub też zajęci małymi dziećmi. Pewnie gdybym miała piętnaście przyjaciółek tuż za rogiem, i latała na herbatkę i ploteczki, albo była uzależniona od fryzjera i kosmetyczki, lub chociaż miała siłkę gdzieś na ulicy- miała bym więcej życia, poza moją córcią, i wracającym z pracy mężem. A tak- jestem mamą- ośmiornicą, z mackami otulającymi moje dziecko nawet, kiedy śpi :).

Pewnego razu przebiegając fora internetowe natknęłam się na skrót RB. Trochę czasu zajęło mi rozszyfrowanie tych tajemniczych liter, i okazało się, że oznacza to RODZICIELSTWO BLISKOŚCI. Myślałam, że posikam się ze śmiechu, jak okazało się, że mama-ośmiornica ma taką metkę przyczepioną :D! Wiecie, że jest taka szufladka? Najśmieszniejsze jest to, że postać, która pisała o tym RB narzekała: „mam już dosyć tego RB, to mnie zapędzi do grobu,kocham moje dziecko, ale mam już tego naprawdę dosyć”, generalnie coś w ten deseń. I tutaj ponownie zebrało mi się na śmiech (nie z forumowiczki, bo jej problem był prawdziwy, i nie naciągany): nie dość, że jest nazwa zwyczajowa na bycie rodzicem, który lubi przytulać, to jeszcze są specjalne WYTYCZNE, jak to robić, żeby PROWADZIĆ RODZICIELSTWO BLISKOŚCI! To jest jakiś cały program, w stylu: śpijcie w jednym łóżku, używajcie chusty, przytulajcie dziecko, karmcie piersią, itp. Wiecie, jak mnie to rozwaliło na łopatki? Bo o ile sama idea jest piękna, bo dzieci potrzebują przytulenia, o tyle metkowanie tego brandem BR jest badziewne, wyklucza w jakiś sposób instynkt, narzuca np spanie w jednym łóżku (narzekająca na forum mama miała straszne bóle pleców, no ale przecież chce być przykładną mamą, więc nie odłoży dziecka na pastwę losu do łóżeczka, pomocy pomocy!), czy temu podobne. I znowu jesteśmy zmanipulowani, bo przecież każdy chce być jak najlepszym rodzicem, ale jeśli nie jesteśmy w stanie spełnić wszystkich kryteriów praktykowania RB jesteśmy z niego wykluczeni, jesteśmy słabsi od tych pakerów, co to ogarniają, jesteśmy RB drugiej kategorii, jesteśmy BE. No okej, może znowu przesadzam, ale ta szufladka wywołała we mnie wybuch sprzecznych emocji (znowu te emocję, chyba muszę skoczyć do Shaolin na jakieś wyciszenie), bo w zasadzie wygląda na to (wg internetu), że jestem RODZICEM RODZICIELSTWA BLISKOŚCI, ale nieświadomie, i jeśli coś zmienię (np miejsce spania dziecka) to będę zdrajcą, i przejdę na drugą stronę muru, do obozu RODZICIELSTWA …DALEKOŚCI? Czy jak? Oczywiście RB jest jakimś hardkorowym przeciwieństwem równie hardkorowego „zimnego chowu” czasów PRLu, ale jeśli mam odhaczać listę, żeby się załapać, to soreczki, ale nie-dziękuję, nie identyfikuję się, jestem po prostu KOCHAJĄCĄ MAMĄ.

Ostatnimi czasy zaczęła także ponownie wracać do mnie kwestia usypiania; jak dotąd Antoninka zasypiała – krócej lub dłużej- przy maminej piersi; jednak ostatnie dni pokazywały, że w zasadzie świat jest zbyt ciekawy żeby spać, a już na pewno zbyt ciekawy, żeby chować nosa w cycku! Więc impreza przeciągała się niemiłosiernie. Czasami też widać było, że Tosię aż rozrywa ze zmęczenia, ale że za dużo się dzieje dookoła (nawet jeśli działo się tyle, że powietrze się ruszało od mojego umęczonego oddechu, albo przypadkiem drgnęła mi rzęsa w oku), i bodźce ją rozwalają. Zaczęłam się więc znowu zastanawiać, czy naprawdę jestem niezbędna do usypiania, i czy nie spróbujemy ponownie oddelegować panienki do łóżeczka. Boli mnie serce na myśl, że może to być okupione kilkoma ciężkimi wieczorami, i nie mam pojęcia, czy jestem w stanie stawić temu czoła, ale wiem też, że Tosia jest na tyle świadoma, w odróżnieniu od czasu naszych pierwszych prób usypiania (opisanych o TU ), że wie, że Mama i Tata nie znikną na całą wieczność. Przekonuje mnie do ponownego podjęcia prób opowieść Mamy A, która niedawno była nas odwiedzić, która również spała kupę czasu w łóżku z dzieckiem, ale przyszedł czas powrotu do pracy, więc z ciężkim sercem musiała odłożyć dziecko do łóżeczka- tu wkroczył tata, i po trzech nocach ciężkiej pracy- dziecinka zaczęła zasypiać sama, i do dzisiaj sypia przykładnie :). Może nam też jest pisana krótka walka zakończona obustronnym zwycięstwem? To kolejny krok odcinania pępowiny, która i tak naprawdę pozostaje mamom do końca życia, można tylko kilka zwojów odplątać.

Z moją ośmiornicowatością czasem patrzę spod byka na mamy, które potrafią zostawić dwu miesięczne dziecko i wyskoczyć na miasto, ale chyba tak naprawdę trochę im zazdroszczę, że ich dzieci nie zostały wplątane w sieć wspólnego uzależnienia, bo może to trochę na tym polega. Może (a nawet chyba na pewno) prawda jest taka, że to JA nie jestem gotowa odłożyć dziecka, i dać mu posmakować świata beze mnie. Bo taką mam w tej chwili świadomość, i tak- moim zdaniem- jest w tej chwili najlepiej. Co wcale nie wyklucza, że się mylę, lub że po prostu „nie wszystko dla wszystkich”. Nie chcę, żebyście zyskali obraz mnie jako jakiejś psycho-mamy, która dziecko cały dzień nosi w obcjęciach, bije po łapach każdego, kto chce je wziąć na ręce, biegnie do dziecka przy każdym najmniejszym skrzywieniu ust, zapowiadającym jęknięcie (czy nie daj boże płacz!). Otóż nie, dziecko często leży samo na macie, i drze się ze złości, bo np zabawka jest za daleko, a ja siedzę w hamako-fotelu, i mówię olewczym tonem: oj nie, moja miła, rusz pupkę, i przekulaj się w tamtą stronę. Chodzi mi raczej o to, że nie potrafię zerwać rutyny dziennej, bo impreza, czy też nie wyjdę wieczorem, bo dziecko z tatą nie zaśnie. I dziecko CODZIENNIE NON STOP JEST PRZY MNIE, chyba, że wpadnie babcia i weźmie ją na dłuuugi spacer, albo tata wyprowadzając psa z Tosią zostawi mnie samą w domu.

A przecież są dziewczyny, które wkrótce po porodzie są zmuszone wrócić do pracy, czy na uczelnie, i dziecko zostaje z babcią czy gdzieś indziej. Ja sobie tego nie jestem w stanie nawet wyobrazić. I spójrzcie na mnie- siedzę w hamaku i piszę o dziecku, zamiast skakać po łóżku czy oglądać „Śniadanie u Tiffany’ego” albo „Cassablankę” 😉

Powiedzcie mi drogie mamy- czy wam jest łatwo wyskoczyć na miasto? czy wyskakujecie tylko z maluchem w foteliku/wózku/chuście? Czy miałyście w pierwszym półroczu po porodzie CZAS DLA SIEBIE? Bo zaczynam się powoli czuć jak ufoludek :)

 

Buziaki dla wszystkich słodko zniewolonych! Ściskam

PS. Czy wiecie, jak ciężko jest zrobić sobie porządną „samo*ebkę” bez lustra, makijażu, dobrego aparatu, i jeśli naprawde nie chce się człowiekowi ruszyć dupy, żeby się jakoś ogarnąć? O TAK CIĘŻKO, WRZUCAM BEZ PARDONU :D! Znacie już moje najskrytsze tajemnice jamochłonicy, zdołacie więc przełknąć nie zapudrowaną flanelową prawdę w ciepłych skarpetach na deszczowy dzień.

20140517_151902

Tak tak, próbowałam zrobić zdjęcie pod światło. Wypas….

20140517_151954

Nogi na stole- relaks osiągnął szczyt. W tle E-Mama w produkcji :)

20140517_152009

A tu chuda paszcza mówi: OŁ JEEEEAAAA!

20140517_152204

selfie na ledżendarnym hamaczku, z piwem bezalkoholowym, bo selfie z alkoholem to wiocha.

20140517_152237

Bo Van Gogh też pił przy pracy, a mi Absynt nie wchodzi za dobrze (wychodzi lepiej, niż wchodzi :/ )

Po takich zdjęciach, opublikowanych zupełnie bez przymusu, pozostaje mi prosić: Kochajcie mnie, mimo głupoty 😉 Ściski!