Archiwa tagu: Wprowadzanie pokarmów stałych

Jak rozwinął się temat pieluch i BLW

Cześć kochani,

na początku pokażę wam jak mniej więcej wygląda nasza córcia w tej chwili, jeśli chodzi o zęby 😉

O TAK:

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Mrówka z filmu: Mitsubachi Māya no bōken czyli po prostu z PSZCZÓŁKI MAI :)

Żeby tego było mało, w miejscu czułków Tosia ma dwa ślady po ataku komarów! więc poza kolorem skóry prawie wszystko się zgadza 😀

To tak, gwoli rozgrzewki 😉

Na szybciuchno (jasne, jaaasne, znacie mnie, zaś się rozpiszę!) – obiecałam sobie, że napiszę, jak potoczyło się parę spraw, o których pisałam wcześniej, czyli: BLW i PIELUSZKI, do tego „dodam w gratisie” kilka patentów powiązanych.

Opisywanie tematu pieluszek porzuciłam po ostatnim wpisie, czyli jak nam się pieluchowało na początku, a to błąd, bo po przeczytaniu tamtego wpisu mogliście stwierdzić, że jednak pieluszki wielorazowe to takie utrudnienie życia, bo przecieka, bo pranie, bo „ból w dupie” generalnie- eko wymysł i tyle. Dlatego właśnie wracam, bo przecież już od paru miesięcy pieluszkujemy w ten sposób 😉 I wiecie co? Nie zamieniła bym tego na nic w świecie! Nie mam pojęcia, czemu na początku pieluszki nam przeciekały, mogę tylko podejrzewać, że potrzebowały kilku prań więcej, niż zalecił sprzedawca, albo problemem mógł być proszek, którego używaliśmy, a który zawierał w sobie zmiękczacz- płyn zmiękczający może zmniejszać chłonność, o czym informację mieliśmy, ale nam umknęła. Skóra na pupce Tosi jest nadal bez problemów, mimo, że jest smarowana tylko na noc (nadal używamy na noc pieluch jednorazowych czyli pamperozy, mimo, że śmierdzi ohydnie 😉 ). Do tego nasze rachunki za wodę i prąd nie zwiększyły się katastrofalnie, a kasa wydana na proszek Nappy Fresh który dodaje się do prania pieluch w celu „odkażenia” jest naprawdę niezauważalna w porównaniu z kasą wydawaną na pieluchy jednorazowe w przeszłości. Pranie i suszenie pieluszek nie zabiera mi masy czasu, a pozbywanie się kuponów z pieluch nie powoduje palpitacji serca, tudzież najdrobniejszego skrętu żołądka- przecież każda mama z kuponami jest za pan brat, a do tego z czasem ich konsystencja poważnie ułatwia sprawę- just shake it out baby! 😉 Wystarczy wytrzepać nad kibelkiem „i sprawa jest czysta” jak to śpiewał na zalanej deszczem Brackiej pan G. Turnał. Następna sprawa- w moim domu NIE CZUĆ KUPY W POWIETRZU, zapewniam was, chyba, że ktoś celowo wsadzi nos do kosza z pieluchami- tam owszem, aromat jest silny (raczej siuśkowy niż kupkowy)- ale to już wybór śmiałka.

Na dodatek nabawiliśmy się (w odpowiedzi na moje prośby) pomocy naukowej zwanej BIDETKĄ, która pomogła mi wybrnąć z kilku „sticky spots” 😉 Czyli pozbyć się nieco bardziej przyciężkawych tematów z pieluszki. To taki przepiękny wężyk zakończony pistoletem strzelającym wodą. Zazwyczaj służy do tego, co klasyczny bidet, jednak dla takich pomysłowych dobromirów jak ja i Człowiek Polibuda zwany Małżonem, służy do wielu innych rzeczy, zwłaszcza do spłukiwania mini gówienek z pieluszek :) Tak na serio patent znalazłam gdzieś na youtube u jakiejś pani z US, która wprowadziła mnie swymi filmikami w arkana sztuki pieluchowej, ale wybaczcie, za nic nie przypomnę sobie kim była ta dobra kobieta, i nie wkleję linka do filmiku- po prostu oglądałam to zbyt dawno temu, by pamiętać.

Bidetka wygląda o tak:

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka wisząca przy kibelku ;)

Bidetka robi "siiiiii"

Bidetka robi „siiiiii” (oczywiście z większym ciśnieniem niż na zdjęciu)

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

Tu jest taki guziczek, jak się go naciśnie- poleci woda!

zawieszka przymocowana do ściany

zawieszka przymocowana do ściany

i jest naprawdę przydatna, a jej montaż nie był wybitnie trudny (zresztą dla Człowieka Polibudy nie ma trudnych rzeczy!), więc polecam każdemu. Jeśli ktoś planuje używać tego głównie w celu klasycznym, proponowała bym podpięcie do ujęcia ciepłej wody, bo my poszliśmy na łatwiznę i podpięliśmy do dojścia wody do spłuczki, i o ile latem zimny prysznic w tyłek może działać podwójnie odświeżająco, o tyle zimą na bank nie będzie to do użycia w ten sposób 😉

 

Kolejny patent to ściereczki do podcierania zamiast jednorazowych nawilżanych któż wie jaką chemią chusteczek. Zakupiony przeze mnie system wygląda tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko małe na czyste ściereczki nasączone wodą z lawendowym olejkiem eterycznym. W pudełku dużym- zużyte ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pudełko na zużyte ma „wbudowany” woreczek do prania- gdy jest pełen- wystarczy wyciągnąć, zaciągnąć sznureczek, i wio do pralki!

I o ile mocno go sobie chwalę, o tyle na serio można zrobić to sobie metodą domową, np z flanelowych pieluszek, i nie zabulić za to miliardów, tak jak zrobiła to łasa na gadżety wasza kochana e-mamuśka… (Zresztą poniżej znajdziecie kolejny patent, który jest dokładnie tańszą wersją tego tu). Zawsze jak piorę pieluchy zgarniam przy okazji brudne ściereczki, których nawet nie trzeba potem suszyć, zalewam je tylko wodą z olejkiem lawendowym, żeby pachniały, i były wilgotne- tadaaam, ot i cała filozofia, kasa zostaje w portfelu, a do tego ręczniczki nigdy się nie kończą 😉 Life is good! 😉

A, od razu pokażę wam moją organizację przewijaka, jak szaleć, to szaleć! My lubimy old school, a poza tym używamy rzeczy, które są pod ręką, więc Człowiek Polibuda przykręcił stary kawał blatu do stelaża cudnej maszyny Singer (zaznaczam, że to użycie jest tymczasowe, absolutnie nie dewastujemy takich precjozów, zwłaszcza, jeśli działają!) na blacie jest zwykły przewijak „nałóżeczkowy”, a pod blatem przechowujemy pieluszki; wygląda to wszystko o tak:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

Pod ręką ściereczki, papier toaletowy, pudełko z drobiazgami, olejkami i kremem z filtrem (przy porannym przewijanku, przed pierwszym spacerem, od razu smaruję Tosinkę).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kosz na zużyte pieluszki, z workiem do prania. Ma szczelną pokrywę, ale i tak warto wkropić trochę olejku herbacianego, dla walki z ewentualnym powiewem przy otwieraniu 😉 Oryginalnie kosz jest do pieluch jednorazowych, ale i tak się sprawdza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękna maszyna! Na dole pudełko na wkłady do pieluch. Z boku „wiszą” pieluchy jednorazowe, których używamy już tylko na noc (taka paczka starcza nam na ponad miesiąc!)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A tu stojak już załadowany pieluchami. U góry przewieszone kieszonki, na dole w pudełku wkłady.


Jak widzicie, nie trzeba wydawać dodatkowej kasy na przewijak na stojaku, żeby wszystko działało jak należy 😉

 

To chyba tyle na temat pieluszek, jeśli macie pytania to walcie śmiało. Ja się podpisuję pod pieluchowaniem wielorazowym rękami, nogami i wilczymi łapami, u nas sprawdza się super.

 

Drugi temat to BLW. (po wstępne informacje o BLW klikaj TU)

Wiecie co? Tosinka, która nic nie chciała jeść, jest teraz zapaleńcem spożywczym! :) Dzisiaj np po raz pierwszy przypomniałam sobie, że planowałam zmienić jej kaszkę z tej dla alergików na zwykłą mannę. I co? Tosinka straaaasznie się krzywiła, bo konsystencja nieco inna, no i smak nie ten, ale jak oddałam sprawę w jej łapki- zajadała się jak szalona! Fakt faktem, robiła takie miny, jakby miała zaraz wszystko wy..rzucić z siebie, no i dużo nie zjada, ale to, że jest chętna by jeść, zachwyca się nowymi smakami i fakturami, a łapka od razu śmiało wędruje z jedzeniem do dzióbka, jest moim dużym powodem do radości. Poza tym- jest taka samodzielna!

Teraz powiem wam tak: bałaganu z tym mniej, niż sądziłam 😉 . Pod krzesełkiem jest dyżurna cerata, po każdym posiłku trzeba umyć krzesełko i stoliczek, a bardzo często i całe dziecko 😉 ale myślę, że jakbym karmiła ją łyżeczką, wyszło by nie raz na to samo- co za różnica, czy myję tylko łapki i buźkę, czy od razu stópki (suuuper masuje się je na poślizgu z kaszki, tak przynajmniej wygląda to gdy patrzę na jej zadowoloną minkę gdy pakuje kaszkę między paluszki!), rączki i główkę? 😉 Po prostu rytuałem stała się „szybka kąpiel na brzegu zlewu”. Do tego wielkim plusem jest fakt, że nasza BLW przygoda zaczęła się latem, kiedy Tosia smaruje kaszką nie ubranka, a swój „tors gladiatora”. Zamiast małego śliniaczka już od dawna stosuję „togę” z pieluszki, bo Tosia leci po całości, ale co za różnica, i tak się wypierze. Ściany nie ucierpiały, podłoga obrywa rzadko i tylko w niewielkim promieniu- zawsze na ceracie! No i do tego wszyscy jemy posiłki razem- to dosyć fajna sprawa. Gotowanie dla Tosi nie jest wielkim problemem, póki co to zupełne podstawy, czyli: wsadzam do rondelka kawałek mięska/rybki, ziemniaczki pokrojone we frytki, marchewka w słupkach, czasem makaron, co drugi dzień gotuję jajko na twardo i daję Tosi kawałek, czasem cukinia czy dynia. Gotuję do miękkości, bez przypraw, potem wyławiam wszystko,mięsko/rybkę rozdrabniam, pakuję na talerzyk, stawiam przed Tosią, i siadam do swojego obiadu. Planuję zacząć gotować dla nas wszystkich, ale póki co tak mi jest łatwiej. Zresztą dziś zamówiłam książkę kucharską BLW, zobaczymy, co w niej ciekawego znajdę. Jak dostanę i poczytam- pewnie dam znać.

Co do BLW patentów, to już wspomniałam o myciu, pieluszce zamiast śliniaka, ale do tego na mniejsze potyczki mamy domowej roboty ręczniczki, właśnie z pieluszek flanelowych, super miziutkie, i pachnące lawendą. Zakupiłam na allegro pudełko na nasączane chusteczki, i wsadziłam do niego uszyte przez moją mamę ściereczki. Zawsze trzymam je pod ręką na szybkie wycieranko, i piorę z obojętnie czym, czyli z każdym praniem, które akurat wsadzam do pralki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pudełeczko po pierwszych chusteczkach, przemianowane na pojemniczek na ściereczki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Otwórz wieczko, włóż ściereczki, dolej trochę wody z pachnącym olejkiem, i voila!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a potem przez dziurkę wyciągaj flanelcię gdy potrzeba :)

Takie właśnie są nasze patenty ułatwiające życie.

Oczywiście jak szykowałam się do macierzyństwa, chciałam mieć wszystko z metką, pachnące, oryginalne i tak dalej, ale w sumie po pierwszej wizycie położnej środowiskowej i dyskusji o skórze na pupce dziecka i tym, co mogą zrobić jej nasączane chusteczki (jeśli ma się pecha), to zaczęłam patrzeć na różne sprawy nieco inaczej. Na dodatek po urodzeniu wiele rzeczy uprzednio istotnych straciło zupełnie znaczenie, bo teraz wiem, że dziecko najbardziej potrzebuje miłości, przytulenia, jedzenia i poczucia bezpieczeństwa, a to spokojnie dostaje i bez tych wszystkich cudów, które nakręconym młodym rodzicom próbuje wcisnąć kapitalistyczny świat ;).

To tyle na dziś. Ściski!

Ach, była bym zapomniała… planowałam przedstawić wam postać Małżona!

Oto więc mój Wspaniały Małżonek, Człowiek Polibuda i Tateł w jednej wesołej osobie

Pan Tateł

CAŁKIEM WESOŁY TATEŁ :) czyli człowiek talerzo-melon

PAPA!

 

 

BLW- dziecko je samo

Dzisiaj na tapecie temat bliski mojemu sercu- BLW, czyli BOBAS LUBI WYBÓR 😉 Tak naprawdę skrót pochodzi od angielskiego Baby Led Weaning (coś w stylu: odstawianie od piersi prowadzone przez dziecko).

Jest to metoda rozszerzania diety polegająca na pozwoleniu dziecku na odkrywanie świata pokarmów stałych własnymi rękami- dosłownie :) ! Omija się etap papek, stawia się przed maluszkiem na jego talerzyku wybór ugotowanych, łatwych do uchwycenia w łapki pokarmów, i pozwala się dziecku eksperymentować. Przykładowe menu: kilka różyczek gotowanego brokuła, do tego marchew pocięta w słupki, a obok mięciusieńki makaron-rurki, sztuk kilka. Dziecko podobno ma fantastyczny szósty zmysł, który pozwala mu instynktownie omijać pokarmy, które go uczulają!  

 

Ja od początku nastawiałam się raczej na ten sposób karmienia, bo poza wszystkimi jego plusami- jakoś nie mam zaufania do instytucji słoiczków- ale to pewnie ze względu na moje „amiszowkskie” zacięcie :) Latałam już na eko bazar w Katowicach (W każdą sobotę od 8 do 16 w budynkach huty Baildon- eko warzywa, eko różności), żeby kupić nie pryskane warzywa na Tosine przecierki, ale to i tak wychodziło średnio… w ostateczności zapodaliśmy kilka różnych słoiczków, też bez szału… stwierdziłam wtedy, że jednak pójdziemy w BLW.

 

Ten modny ostatnimi czasy sposób rozszerzania diety ma swoje plusy i minusy, zresztą jak wszystko na świecie.

Zacznę od minusów, bo będzie szybciej:

– Przygotujmy się na nieład. OK, lekko powiedziane, na MEGA SYF. Jeśli dziecko jedząc kaszkę z łyżeczki podawaną przez rodzica potrafi tak wymanewrować, żeby kaszka znalazła się przy wieczornej kąpieli nawet za uszkami, to wyobraźcie sobie, co się stanie, jak dziecko dostanie do swojej rączki marchewkę! Naturalnie nie od razu zaskoczy, że to jest do jedzenia, więc najpierw włoży to do ucha, rozmaże w łapkach i rozetrze po całym foteliku; jak już zakuma, że to się je, minie trochę czasu zanim ta marchewka trafi do buzi. Mamy więc do mycia: dziecko, fotelik, ubranka, stół, podłogę, a w najgorszym wypadku i ściany. Dobrze, jeśli mamy pod ręką żywy odkurzacz w postaci psa- pies syty, i owca cała!

 

A teraz Plusy:

-Poza oczywistym plusem radochy oglądania bardzo umorusanego dziecka, głównym plusem jest to, że dziecko uczy się jeść.

Pozwólcie, że rozwinę temat: jako, że najłatwiej uczyć się przez zabawę, dziecko nie kojarzy jedzenia z przymusem, tylko z radością, jest więc naprawdę nikła szansa na wychowanie małego niejadka, który ucieka przed widelcem- raczej wyrośnie nam entuzjastyczny smakosz. Dziecko uczy się faktur, smaków, zapachów, wybiera to, co lubi, a co ciekawsze- jak już wspomniałam- omija swoje alergeny. Do tego my możemy spokojnie jeść w tym czasie swój obiad, żaden z rodziców nie musi jeść później zimnego czy odgrzewanego. Dziecko je razem z nami wspólny posiłek, szybko zauważa, że Mamusia i Tatuś jedzą sztućcami- a jako, że maluszki chętnie naśladują rodziców- będzie chętnie próbowało jeść w taki sam sposób. Nie musimy gotować osobnego posiłku, bo przecież wszyscy możemy zjeść zupkę warzywną, albo makaron- generalnie dziecko je to samo co my, tylko bez przypraw (oczywiście pomijając smażone jedzenie!)- każdy może przecież dosolić sobie na talerzu.

 

Aby dziecko było gotowe do BLW musi spełniać kilka warunków, przede wszystkim musi samodzielnie siedzieć. Nigdy nie zostawia się dziecka samego podczas jedzenia, na wypadek zakrztuszenia się  większym kawałkiem. Do tego dobrze, żeby dziecko opanowało już tzw chwyt szczypczykowy, czyli kciukiem i palcem wskazującym, żeby było w stanie złapać drobne kawałki samo.

Byłam ostatnio u Pediatry z Tosinką, i tak mimowolnie wspomniałam, że rozszerzanie diety idzie u nas opornie, i Pani Dr sama zasugerowała BLW- zaskoczyła mnie tym zupełnie, bo myślałam, że lekarz zbeszta takie nowoczesne wymysły. Tymczasem ona powiedziała, że sama obserwowała swoją wnuczkę w akcji, i dziecko ma teraz 2 latka i je absolutnie bez problemów wszystko, co mamusia ugotuje, bez kapryszenia. Zmartwiłam się nieco, że Tosia jeszcze sama nie siedzi, ale Pani Dr powiedziała, że skoro z naszą pomocą siedzi całkiem stabilnie, to mogę po prostu sama odziać się w fartuch rzeźnika, wziąć Tosię na kolana, i pozwolić jej na harce w talerzu.

 

Tak więc rozpoczęliśmy naszą gastro-zabawę!

Dynia, ziemniaczek, marchewka, brokuł i mięsko leżały grzecznie czekając na egzekucję; wg zaleceń lekarza zrobiliśmy zupkę na mięsku, ale wg zaleceń BLW- wyłowiliśmy wszystko z garnka, zaserwowaliśmy na sucho, a bulionik czekał w kubeczku na swoją kolej; Tosia z zapałem wsadziła ręce w miskę, złapała wszystko w piąstkę, zacisnęła, pomiąchała, po czym wyjęła rączkę, powąchała, polizała- i z powrotem do miski!

W prawo, w lewo, w lewo, w prawo…Pierwszego dnia była super zabawa, a mama zjadała co raz kąski wypadające z rączek, przyklejające się do spodni, bluzki, krzesła. Tata raz po raz podtykał Tosi kawałki do pyszczka (co jest wbrew regułom zabawy!), tak, żeby zakumała, że to się w ogóle je! Zjadła kilka kawałków, i to ze smakiem, ale najważniejsza była cała radocha!

W ciągu trzech dni zjadła raczej niewiele (za to ja się najadłam warzywek na bulionie cielęcym), za to trzeciego dnia już definitywnie załapała, że to w miseczce jest jadalne. Problemem jest póki co to, że Tosia nie siedzi, oraz to, że jeszcze nie łapie paluszkami, tylko piąstką- w wyniku czego często złapie jedzonko, zamknie je w rączce, a potem chce zjeść, ale nie umie się do niego dostać.

Kafelki w kuchni lepią się jak klepisko w chlewiku, ja muszę się przebierać w strój bojowy typu stary dres, póki co i tak jemy po kolei a nie razem, ale- WSZYSTKO PRZED NAMI! Niech tylko Tosia sama usiądzie, to będzie dostawać co jej, a my będziemy na spokojnie wiosłować przez nasze talerze.

Już się nie mogę doczekać!

 

A wy, drogie mamy, jak sobie radzicie z rozszerzaniem diety? Wyobrażam sobie, że dzieciom butelkowym idzie to zupełnie inaczej, bo posiłek nie kojarzy im się z przytulaniem do mamusi, więc te sprawy wychodzą łatwiej? A może się mylę? A inne mamusie karmiące piersią- jak działacie? Dajcie znać jak wam idzie, może macie jakieś patenty na małych niejadków.

Uściski!

PS. Dzisiaj Antosia zjadła dwie połówki „swojskiej” czereśni, bo wczoraj wyczytałam, że w 8mym miesiącu można ostrożnie je podawać… sama sobie wzięła ze stołu (po tym, jak przepołowiłam i wyjęłam pestkę), ścisnęła w piąstce i zlizywała pracowicie sok, nawet się nie krzywiąc, mimo, że trochę są kwaśne. Dzielna dziewczynka!

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów

„Uroki” wprowadzania stałych pokarmów- mówi się, że jak nie urok to….

Możecie się domyślić, o czym dzisiejsza rozprawa traktuje. Zazwyczaj temat jest bardzo interesujący, zwłaszcza dla mam, ale osoby, które „bele g*wnem” się nie interesują- zapraszam na stronę dupelek.pl, albo do włączenia radia M, i opuszczenie dzisiejszej lektury. Ja ze swojej strony jestem na tyle sympatyczna, że tym razem podarowałam sobie zdjęcie ilustrujące temat :D.

 

Dzisiaj Antoninka po raz trzeci uraczyła się kaszką. Nie zjada jak na razie imponujących ilości, ale głównie chodzi chyba o wprowadzenie nowych smaków i tekstur do repertuaru granego dla kubeczków smakowych.

Ale w sumie to nie o tym miało być.

Rutyna mówi, że należy zrobić standardowo jedną kupę dziennie. I sto tysięcy bąków. Tak się umówiłyśmy. Ja wrzuciłam temat kupy, i długo sprzeciwiałam się bąkom, ale Antonina twardo i głośno pertraktowała. Cóż, coś za coś, to się nazywa kompromis.

Układ trwał i obie strony były względnie zadowolone, do czasu aż sielankę zburzył nowy zewnętrzny czynnik: KASZKA MANNA.

Zacznę od tego, że przez dwa dni w pieluszce tylko siuśki, poza tym hulał wiatr (poetycko ujęte poczucie pustki, ale także i wiatry w dosłownym znaczeniu 😀 ). Zmartwiło mnie to, i jak wczoraj wieczorem córcia ma bardzo płakała przed snem, a ja nie miałam pojęcia dlaczego, moje myśli natychmiast pobiegły w kierunku wujka google, hasło ZATWARDZENIE U NIEMOWLĄT. Mąż szukał, ja przemykałam jak zjawa przez mieszkanie z małym smutnym i zmęczonym darciuszkiem w ramionach. Mąż nałykał się wiedzy przeczyszczającej, a Tosia wysadziła z nienacka MEGA BEKNIĘCIE, przestała płakać, i po chwili usnęła przy mojej piersi. Znaczy- chyba jednak nie nękał jej problem jelitowy. Stwierdziłam, że bez spiny- poczekamy, zobaczymy.

Ostatnie dwie noce też były hardkorowe- Tosiałek wisiał mi prawie non stop na cycku, bo miotały nią przeraźliwe bąki, które to co chwila ją wybudzały- koiła więc swój smutek przytulając się do mamy i ćwicząc nowego ząbka na jej sutku (BTW- ząbek z rozmiaru ziarnka piasku urósł do rozmiaru ziarnka ryżu :D), która to w wyniku powyższego stanu snu za wiele nie zaznała. No i Tosia przekroczyła przez to dobową dopuszczalną wg umowy ilość bąków!! (skandal!)

Dzisiaj, w godzinach wczesno-popołudniowych usłyszałam dźwięk lawiny dochodzący z okolicy jelit mojej córci. HA HA! Jest długo wyczekiwana Kupa!- zakrzyknęłam, po czym jedną ręką zgarnęłam zestaw pieluchowy (kieszonka+wkład), drugą moją wyluzowaną pociechę (ewidentnie zeszło jej ciśnienie, bo był pełen luz i radość :D), i popędziłam w kierunku przewijaka. A na przewijaku, zaraz po uchyleniu rąbka tajemnicy….

 

OLABOGA!

Okazało się, że to nie kupa, a jakiś półprodukt z kotła piekielnego, który przelał się przez wrota otchłani i wylał się w pieluszkę mojego dziecka! A KYSZ!! Na pewno diabeł w tym palce maczał (a jeśli nie maczał, to pewnie chciał by zamoczyć, żeby karać potem tymi palcami grzeszników)!

Nie dość, że miałam mega fuksa, że zgarnęłam moje dziecię „na warsztat” w trybie natychmiastowym, bo ilość tego czegoś przeszła moje najśmielsze marzenia (nie to, że marzę sobie o dużych kupach, czy coś! raczej wygrana w totka, albo chociaż jedna pełna noc snu), na dodatek nie omal wylało się od strony bioderka, czyli jakoś tak górą, to jeszcze doskonale się złożyło, że miałam otwarte okno. Lucky lucky lucky 😉

KUPA MOJEGO DZIECKA PO KASZCE DAJE GORZEJ, NIŻ KUPA STAREGO CHOPA PO OSTRYM MEXYKAŃSKIM ŻARCIU!!

W tym miejscu serio pasuje mi kawałek zespołu Kury pt „Szatan”, który na początku problemów jelitowych był często śpiewany u nas w domu:

 

 

„Oto nadciągają cummullusy,

chyba rozumiesz co to znaczy?

– SZATAN SZATAN, SZATAN SZATAN…”

 

Zastanawiam się, czy te kaszki są w ogóle zdrowe, bo nie możliwością jest, żeby taka mała pupeczka wyprodukowała taką broń chemiczną ze zdrowego pożywienia. A jeśli tak właśnie ma być, to drżę co będzie po marchewce!

Chyba po tym, jak moje dziecko nauczy się samo korzystać z toalety, będę musiała udać się na jakąś terapię.

 

Cudny „półroczkowy” dzień

Wczoraj był piękny dzień.  Zapewne większość z was to zauważyła, zwłaszcza Ci szczęściarze, którzy nie musieli siedzieć w pracy 😉 oby więcej takich dni w tym roku!

Ja jakoś tak świąteczne go przeżyłam 😉

Nie sądziłam, że takie pół roczku będę odczuwać jak urodziny :D! Przeżywałam to bardzo, bo przecież to legendarna data „zero”, od której oficjalnie rozszerzamy dietę maluszka. Do tego tyle pałętających się po głowie refleksji…

Po przebudzeniu zeszłyśmy z Tosią z „pięterka”, a tu pierwsza niespodzianka dnia: Tatuś wziął dzień wolny! Wprawdzie miał kupę roboty wszelakiej, ale jednak miło nam było że był  z nami w domu 😀

Potem okazało się, że wyszło słonko, żeby zaświętować z nami, i ozłociło dzionek; ptaszki śpiewały, było przecudnie, więc wyskoczyłyśmy z Tosinką do ogrodu skosić trawę. Nie dość, że spędzałyśmy czas na słonku i świeżym powietrzu, to jeszcze miałam satysfakcję z tego, że robię coś produktywnego, kiedy Tosia śpi :D. A spać w chuście przy pomruku kosiarki to Antoninka lubi, oj taaak :). Generalnie- 100% przyjemności.

Po jakimś czasie pojawili się Tosini ulubieńcy (z tych żywych, nie zabawkowych!): Wujek i Ciocia, którzy odśpiewali gromkie „sto lat” z okazji pół roczku. Wujas skończył kosić trawnik, bo są takie zakamarki ogródka, gdzie z Tosią na brzuchu ciężko mi wepchać kosiarkę, po czym poszliśmy do domciu na pierwszą legalną KASZKĘ MANNĄ :D!

Pierwsza (nie licząc ostatniego nieudanego falstartu) próba kaszkowa wypadła super :)

Tosia zasiadła do posiłku przed naszą czteroosobową komisją, i w odróżnieniu od ryżowego paprajstwa na mleku modyfikowanym- zajadała manną aż jej się uszka trzęsły! Na początku ze zdziwieniem, a potem z zapałem, wcinała, rozdając dookoła uśmiechy swoim zakaszkowanym pysiurkiem.

Po wchłonięciu kilku- wyplutych tylko częściowo- łyżeczek kaszki (zjadła dużo więcej niż się spodziewałam!) wpadła do mamy na szybki deserek z cycusia, a następnie poszła pobawić się z wujkiem i z ciocią, uszczęśliwiając ich masą uśmiechów typowych dla wyspanej i najedzonej panienki w dobrym towarzystwie. Mama w tym czasie usiłowała ogarnąć post-kaszkowy chaos w kuchni 😉 Przyznaję, że to ja byłam źródłem chaosu- byłam tak podekscytowana nadchodzącą atrakcją, że porozrzucałam kupę rzeczy przygotowując ten jakże prosty posiłek.

(Jako, że od całej sprawy minęło już bardzo wiele godzin, mogę dodać, że bąki od razu nabrały mocy urzędowej- uderzają w nos jak cegła, bez pardonu, bo przecież kaszka cięższa jest od mleka 😉 Zmiana od razu „wyczuwalna”…)

Żeby dzień był jeszcze doskonalszy- Wujas zajął się przekopywaniem trawnika przed domem- obiecał nam już jakiś czas temu, że się tym zajmie, i w ostatnim tygodniu co rusz wpadał na jakieś roboty ogrodowe. Chwała mu za to, trawnik od strony ulicy był raczej „chwastownikiem”, na dodatek pełno było na nim gruzu po wymianie okna, a u nas czasu na sprawy kosmetyczne jak na lekarstwo… a ja już nakupiłam sadzonek niezapominajek, żeby było cudniej 😉

Tak więc wujo walczył z przeoraniem trawnika, a Ja, Tosia i Ciocia pławiłyśmy się w promieniach słońca w ogródku (po jakimś czasie córcia ucięła sobie swoją popołudniową drzemkę, znowu w chuście, na świeżym powietrzu, bo co będzie ze „starymi babami” siedzieć, ni? 😉 ).

Pan Tatuś zakończył część pierwszą z planowanej na ten dzień pracy (Biedny pan Tatuś, zapracowany, tuli, tuli!), i przybył do nas, by rozpalić pierwszego grilla w tym sezonie :D!

Wszyscy zajadali grillowe frykasy, Mamusia dostała rybkę z folii (plus parę nielegalnych kąsków), najedliśmy się arbuza, zakupionego w markecie, wyhodowanego w dalekim, ciepłym kraju, popijaliśmy piwko (jest takie jedno, które ma 0% -słownie: zero procent!- alkoholu, i Tosia nawet nie ma po nim bąków!), i świętowaliśmy sobie ten piękny wiosenny dzień.

Yeah!  Tosia i mama z porzeczkami.

Yeah! Tosia i mama z porzeczkami.

Ile szczęścia :D!

Sto lat Tosia! Wiwat! Niech żyje! Życzę Ci wiele, wiele pysznych kaszek mój mały Skarbie! :*