Archiwa tagu: Ząbkowanie

Status zębowy.

Znowu funkcjonujemy w trybie „Zombie”… dzisiaj w nocy wstawałam do Kokosa mniej więcej co godzinę… wynik tego był taki, że przez cały dzień obie byłyśmy baaardzo marudne, Tateł chyba miał ochotę zamknąć nas w piwnicy. O ile nie zakopać.

Dzieciowi idą kły. Niefajna sprawa. Wyskoczyły z dziąsła na początku takie „igiełki”, małe, ostre, bielusieńkie, i śliczne :) ucieszyły nas co nie miara, bo wytłumaczyły nieprzespane noce poprzedniego tygodnia. Zazwyczaj męka trwała u nas do momentu przebicia się zęba przez dziąsło, więc gdy ujrzałam owe cuda, pomyślałam: co za ulga, przebiły się, „wrzód przecięty”, znowu wrócimy do świata żywych.

a tu- tradycyjnie- DUPA.

Taki mały kiełkujący kiełkowy punkcik to szczyt góry lodowej. W sumie to kształtem przypomina to górę: pojawił się szczyt, teraz przeciska się przez to umęczone dziąsełko reszta stożkowatej górskiej formacji. I idzie, i rozpycha, i męczy, i swędzi. A biedny berbeć pakuje te ręce do buzi aż po łokcie.

W ogóle Tosiałka zaczęła się klasycznie, ząbkująco ślinić! Całe ząbkowanie jakoś minęło nam bez tych potoków płynących ze ślinianek, zalewających brodę i policzki, a tu teraz, u tak doświadczonego już ząbkowacza- niespodzianka! I leje się z pysia! Wreszcie mogę ubierać Tosi z czystym sumieniem te szałowe „apaszki” śliniaczkowe 😉 miesiącami na to czekałam 😉 (żartuję, wcale mi się do tego nie spieszyło!).

Kły w tej chwili pojawiają się trzy, czyli jeden jeszcze się czai, ale i tak szczęśliwie nie wyskakują pojedynczo, bo chyba byśmy się tu pochlastali! No, to można powiedzieć- jeszcze 5 zębów, i SZYCHTA 😉

STATUS ZĘBOWY NA DZIŚ:

12 całych,

3 dręczące,

5 w planach.

Nasze ząbkowanie

ZĄBEK! JEST ZĄBEK! a może lepiej powiem prawdę: ZĄBKA UKAZAŁ SIĘ RĄBEK 😉

 

W niedzielę po południu Tosia pokazywała światu swe wyjątkowo chmurne oblicze.

Cierpliwość mi, szczerze mówiąc, siadała trochę;

Całą sobotę spędziłam z Tosią pod skrzydłem, bez pomocy Pana Taty, który to- żeby było jasne, nie migał się od ojcowskich obowiązków- zabrał się za prace remontowe. Z samego rana odwiózł mnie i Tosię do mej Wspaniałej Bratowej, która udzieliła nam całodniowego azylu (i tak miałyśmy tam jechać wprosić się na babską imprezę). Tata dzielnie walczył szykując ścianę do wymiany okna na większe (mieliśmy bajeczne stare skrzynkowe okna, które jednak wpuszczały baaardzo niewiele światła), a jego dziewczyny hulały w innym mieście, a to spacerując po parku, a to imprezując na Bytomskim rynku, a to balując w domu z innymi ciociami.

Tak czy siak- cały dzień na pełnych obrotach, aby zapewnić mojej córci max uwagi i max rozrywki, bo kto by chciał wytrzymać na babskiej imprezie ze zmierzłym znudzonym potworkiem, jak można mieć rozchichotaną królewnę.

Po takiej sobocie marzył by mi się dzień na hamaku, z masażem stóp i kieliszkiem czerwonego wina.

Bądźmy jednak realistami. W tę samą sobotę wieczorem Małżon przybył po mnie, i oświadczył, że chyba będzie tyrać do północy, bo z okazji kruszących się cegieł musiał wyjąc jednak całe okno tego samego dnia, mimo, że planował dziś zrobić tylko wstępnie nadproże, w rezultacie czego nie mamy pół ściany w kuchni, i lepiej wziąć się za wstawianie okna.

Tak więc niedziela nie zapowiadała się bajkowo.

Po pierwsze: wino odpada, bo karmię piersią. Po drugie: Małżon nie odciąży mnie przy dziecku, bo sam ledwo zipie po tygodniu zasuwania w pracy, i po całym dniu ciężkiej fizycznej harówy przy naszej rozsypującej się chatynce. Po trzecie- cały parter rezydencji tonął w pyle, a podwórko w gruzie.

Po czwarte- no właśnie, po czwarte…..

I tu wracamy do początku- tu zacytuję samą siebie:

„W niedzielę po południu Tosia pokazywała światu swe wyjątkowo chmurne oblicze.

Cierpliwość mi szczerze mówiąc siadała trochę; ”

Mówię do niej- Co jest grane? CYCEK-nie, sprawdzałam. KUPA-nie, sprawdzałam. Koń z rycerzem (najlepsza zabawka świata!)- nie, Żyrafka też nie. O CO CI DZIEWCZĘ CHODZI??!! Weź mi powiedz, a nie jęcz, bo już nie ogarniam!!!A  Tosia na to tylko: BUUUUUUUUU!!!! :(

Wtedy mi się przypomniało, że mój maluszek ostatnimi czasy męczy się z dziąsełkami, i aż mi się głupio zrobiło- wyrodna matka, czepia się biednego cierpiącego skrzacika!

No to w te pędy po żel chłodzący. Wycisnęłam zdrową ilość na palec, i dalejże zmagać się z Antoniną, która na zapach żelu (ziołowy) reaguje upartym szczękościskiem. Pokonawszy ostatnią barierę wykrzywionych niesmakiem ust dostałam się do środka buźki. Kiziam, miziam, w lewo, w prawo, góra, dół….DÓŁ….Chwila, co to!?..

MĘŻÓÓÓÓÓ!!!! TU CHYBA JEST JAKIŚ ZĄBEK!!! :D:D:D

Wymacałam na dole, prawa jedyneczka, takie malutkie, twarde, ostre ziarenko piasku :) Ząbek to to jeszcze nie jest, ale KIEŁKUJĄCY ZĄBECZEK- owszem :)

Wycałowałam z radości to moje małe, jęczące biedactwo. Biedactwo zdziwione krzywi buzię, bo przecież ten żel jest taki niesmaczny, wcale nie jak mleko mamy, a mama skacze i się cieszy. O co jej chodzi?

Spędziłam chyba godzinę na telefonie z babciami i różnymi ciociami, bo to przecież ważna sprawa, trzeba się podzielić taką informacją 😉 Tak się zagadałam, że ze zdziwieniem odkryłam, że Tosia nadal jęczy!- a teraz o co Ci chodzi? Przecież po żelu zazwyczaj wszystko mija! Na to Tatuś odzywa się z kuchni: A czy nie jest przypadkiem już jej pora snu?

-Cholewcia, tak się zakręciłam tą całą sprawą, że o godzinę „przenosiłam” maluszka, który już buczał ze zmęczenia.

Muszę przyznać, że nagrody za matkę roku to bym tego dnia nie mogła dostać, ale za to na pewno jestem najbardziej entuzjastycznym kibicem ząbków mojej córci 😉

 

A teraz pociecha dla wszystkich mam, które boją się ząbkowania:

Jak w pierwszych miesiącach marudziłam, że moje dziecko cierpi przez kolki, ktoś mi powiedział: „nie pękaj, przed Tobą jeszcze ząbkowanie”. I wiecie co? Kolki były duuużo gorsze. Wiem, że łatwo mi gadać przy pierwszym ząbku, ale serio- przynajmniej mam coś, czym mogę Tosi pomóc, a nie tak jak w przypadku tych cholernych kolek, gdzie tylko mogłam STARAĆ SIĘ złagodzić jej męczarnie.

U nas ząbkowanie wygląda tak:

Cały dzień Tosia pakuje co się da do buźki, ale to w sumie nie jest wielką odmianą, bo przecież już wcześniej poznawała świat za pomocą kubków smakowych. Parę razy dziennie zaczyna jęczeć, marudzić, mniej więcej tak, jak wtedy, gdy jest zmęczona (różni się to tylko tym, że nie trze oczek). W sytuacjach hardkorowych zapłacze- np gdy za mocno podrażni sobie dziąsełko, lub gdy jest do tego wszystkiego śpiąca, i już nie ogarnia. No okej, może jest ciut mniej pogodna, potrzebuje więcej uwagi i towarzystwa, ale nie wije się z bólu, na dodatek da się kupić spoko działające żele chłodzące łagodzące objawy. Może smak tego naszego nie jest dla dziecka zbyt pociągający (próbowałam, mi tam smakuje :D), ale na prawdę działa jak ręką odjął- używam go w sytuacji wzmożonego jęczenia i grzebania w buźce.Poza tym są przecież gryzaki, które można schłodzić w lodówce. Czasem ja biorę gryzaczka w swoje ręce, i pocieram Tosine dziąsła; ona wtedy szczerzy się do mnie z wyraźną ulgą, i tak sobie siedzimy, masujemy, i spędzamy miło razem czas ;)l

Co do specyfików- koleżanka mówiła mi, że używała środek homeopatyczny przepisany przez lekarza,niestety w Niemczech, ale podobno całkiem spoko przeszli ząbkowanie. Jeśli uda mi się go dorwać-dam wam znać jak działa.

Wiadomo, że każde dziecko jest inne, jedno nagle ma ząbki, bez żadnego marudzenia czy trudów, inne mają gorączkę, jeszcze inne pojękują, ale nie tracą przy tym pogody ducha; najważniejsze to nie podłąmywać się, i cierpliwie wspomagać maluszka w ten czas, i nie bać się posiłkować w potrzebie różnymi wynalazkami.

Lekkiego ząbkowania wszystkim życzę 😉

PS. Udało mi się napisać na ten temat akurat niedługo po tym, jak wymieniałam komentarze z Weroniką marząc, że będę miała kiedyś czas znowu coś napisać :) Fajnie jest! :)