U mamy na parapecie

Kilka dni dobrej passy- trzeba to wykorzystać, i pisać, ile sił w palcach! Bo jest parę tematów, którymi się chciałam z wami podzielić.

Mam wrażenie, że wyglądam przez pryzmat internetu jak jakiś eko czubek- wiecie, te wielorazowe pieluchy i chusteczki, swojskie przetwory, domowe ciasta, brak telewizora, własne jajka, zbieractwo i kwiatowe dziwactwa tego lata… teraz na dodatek pogrążę się jeszcze bardziej 😀 Ale jestem gotowa wziąć to na klatę.

Jako dziecko nażarłam się dosyć antybiotyków, byłam jednym z tych chucher, które to tydzień są w szkole, dwa na chorobowym, bujają się po sanatoriach i kto wie, co jeszcze. Moi rodzice musieli wydać fortunę na leki! Stąd się chyba wzięła moja zajawka na zioła i inne- od czasu, kiedy moje ciągłe chorowania ustały, mam wstręt do leków od byle pierdoły- stronię od apapów i innych takich, wolę dobry ząbek czosnku i na pięć zdrowasiek do pieca, potańczyć na łopacie, lub taniec brzucha przy świetle księżyca, czy inne gusła; póki działa, jest okej.

Przez to otwarcie na naturliś i inne ziołolecznictwo, wyłapuję z eteru różne pomysły, i czasem wprowadzam je w życie, stąd na naszym parapecie dwie rośliny, o których dziś chciałam wam opowiedzieć.

Pierwsza z nich to ALOES. Wszyscy wiemy, że jest używany w kosmetykach, i że świetnie wspomaga gojenie skóry- czemu więc nie hodować go w doniczce?

Do założenia hodowli aloesu zainspirowała mnie koleżanka z pracy, która sama stosuje aloes od lat; opowiedziała mi raz, jak rymsnęła niefortunnie na betonie, i zdarła sobie powierzchnię obu dłoni; od razu posmarowała aloesem, i następnego dnia miała już wszystko pięknie zabliźnione. Jak tylko zaszłam w ciąże, stwierdziłam, że muszę skombinować skądś aloesy, bo przecież dzieci to mistrzowie w zdzieraniu skóry na kolanach i łokciach! Udało mi się- okazało się, że moja siostra akurat szukała dobrego domu dla kilku swoich roślinek, przytuliłam je więc, i tak oto teraz mój parapet jest zdominowany przez brygadę wesołych sukulentów w zielonych doniczkach :) Jeszcze nie miałam okazji ich użyć, ale już widzę oczyma wyobraźni Tośkę wbiegającą do kuchni, z umazaną kurzem wymieszanym z łzami twarzą, zawodzącą: mamoooo, szczypiiiii! A ja wtedy obmywam rany, pocieszam dzielną wojowniczkę, i przykładam jej rozcięty liść do ran. I działa to prawie tak dobrze, jak podmuchanie i buzi (pamiętam z dzieciństwa- to potrafiło zdziałać cuda!).

Wesoły Aloesik :)

Wesoły Aloesik :)

 

Drugą rośliną jest ŻYWORÓDKA. Żyworódkę dostał na urodziny od mojej bratanicy Małżon- posadziła dla niego razem z Babcią. Ta roślinka jest mniej znana od aloesu, a szkoda- bo już sama zdążyłam przekonać się o jej cudnych właściwościach:

Przed naszym ślubem coś dziwnego zaczęło mi się robić u nasady karku, zapewne przyczyną był stres (nie wspomnę, że przed weselem pojawiły mi się siwe włosy- znak jakiś, czy co?)- jakiś taki placek przesuszonej, podrażnionej i swędzącej skóry. Smarowałam to kremami nawilżającymi, ale poza tym nic więcej z tym nie robiłam, bo w końcu nie było czasu na pierdoły, a że to „coś” było pod włosami- wiecie, czego oczy nie widzą… Po jakimś czasie skóra zaczęła się łuszczyć, i w ogóle wyglądała paskudnie, więc udałam się z tym do dermatologa; lekarz podał jakąś tam nazwę problemu skórnego, i oznajmił ze wzruszeniem ramion, że będzie mnie to nękać do końca życia, to nasilając się, to słabnąc- CUDOWNOŚCI… Dermatolog przepisał mi coś nawilżającego i steryd, który miałam stosować chyba przez tydzień na to miejsce. Nie mam zielonego pojęcia, która z tych cudownych mikstur wyżarła mi pół skóry na potylicy, oraz wypaliła mi bardzo skutecznie włosy. Przed rozpaczą wywołaną dożywotnimi mękami uratował mnie Małżon, zwany słusznie Człowiekiem Renesansu- bo przecież nie tylko obliczy naprężenia na moście, chleb upiecze, dach postawi, ale i na medycynie ludowej się zna, i na miotle lata hobbystycznie! Powiedział, żebym nacierała się żyworódką, bo ona ma działanie łagodzące. Na początku po prostu urywałam liście, i wcierałam sok, ale po jakimś czasie Dr Małżon zmajstrował dla mnie nalewkę z miażdżonych liści i wódki weselnej typu Literatura Polska, i począł pracowicie nacierać mój nadpalony kawałek czerepu. Tylko dzięki temu odzyskałam tam normalną skórę- włosy były wypalone tak doszczętnie, że rok później, gdy byłam w ciąży, moja fryzjerka z przerażeniem odkryła tam niemal łysy placek, pokryty ledwie kiełkującymi „dzidziusiowymi” włosami, takim meszkiem, a dziś, czyli ponad dwa lata później, nadal mam w tym miejscu króciutki pędzelek; całe szczęście „hery” odrosły, i to na pewno nie dzięki sterydowi Dermatologa. Dzisiaj mój „dożywotni” problem skórny niemal nie istnieje- zdarza się, że mam ochotę się drapnąć, ale nic się nie pojawia, nie zaognia, a jeśli już zdaje mi się, że coś się kroi- łapię za żyworódkę, i po jednym użyciu jest po sprawie.

Nie będę się rozwodzić na temat konkretnych właściwości tej roślinki, bo internet kipi od publikacji, zainteresowani mogą poczytać sobie np TO .

Żyworódka ostatnio awansowała z doniczki do hydroponiki nad akwarium żółwi, więc czeka ją świetlana przyszłość, zapewne niedługo zarośnie nam pół domu.

Oczywiście poza tymi roślinami, które dla mnie samej były trochę odkryciem, mam pod ręką (w ogródku) takie standardy jak szałwia- na gardło (nie dla karmiących piersią, zmniejsza laktację!), czy mięta na trawienie,a w kuchni jest kminek na przepędzenie bąków z brzucha; do tego kilka kupnych herbatek ziołowych.

Natura pełna jest cudów, które zastosowane w odpowiednim czasie mogą nam pomóc na wiele sposobów ( pewnie każdy z was zna syrop cebulowy- bleeee!).

Tak sobie myślę, że przy okazji można by rozwinąć wątek „zdrowych lekarstw”, jak macie coś sprawdzonego- wrzucajcie w komentarze, w miarę możliwości pozbieram do kupy i wypuścimy nasz mały, wspólny poradnik.

A gdy będę miała szansę- napisze wam o kilku prostych „kosmetykach”, które można znaleźć w kuchni, wypróbowanych przeze mnie osobiście!

 

DO WTEDY ZATEM! Buziaki!

 

2 myśli nt. „U mamy na parapecie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *