Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

Moi kochani! Z napisaniem tego postu noszę się od czasu, kiedy zaczęliśmy rozszerzać dietę Tosi, czyli niemal od dwóch lat.

Będzie on dotyczył kontrowersyjnego – o dziwo- tematu, czyli CUKRU.

candy-574776_1280

pixabay.com

Pierwszą jasną dla mnie rzeczą jest, że cukier nie jest uznany za coś ZDROWEGO.

Tutaj może pozwolę sobie na przytoczenie kilku informacji na temat szkodliwości cukru:

  • Cukier zakwasza organizm
  • Cukier jest pożywką dla grzybów (np. candida)
  • Cukier podrażnia śluzówkę żołądka i niszczy błonę śluzową jelit
  • Cukier jest uzależniający
  • Spożycie cukru powoduje negatywne w skutkach nagłe wahania glukozy we krwi
  • Cukier znacznie zwiększa ryzyko powstawania próchnicy
  • Cukier zaburza pracę układu trawiennego (tak, tak! Zaparcia po czekoladkach)
  • Cukier spożywany w nadmiarze powoduje nadwagę

I wiele, wiele innych.

Jeśli chodzi o uzależnienie od cukru- doświadczyłam tego na własnej skórze w trakcie karmienia piersią: miałam wtedy takie parcie na cukier, że zachowywałam się autentycznie jak „ksiązkowy” alkoholik, czy narkoman; wypierałam fakt uzależnienia, i niby to przypadkiem znajdowałam się z wózkiem na ulicy koło lodziarni, i całkiem przypadkiem miałam akurat dwa złote w szortach, akurat tyle, żeby zjeść przypadkową bitą śmietanę; do tego na zakupach ZAWSZE pilnowałam, żeby kupić coś słodkiego. Było to dla mnie o tyle niezwykłe, że dawniej ze słodyczy najbardziej lubiłam frytki, i dodatkowo nazywałam Małżona cukrzykiem, bo MUSIAŁ dziennie wciągnąć jakiś słodycz do kawy po obiedzie. Było mi z tym stanem bardzo, bardzo źle. Całe szczęście jakiś czas po odstawieniu Tosi od piersi ten stan się w miarę unormował, chociaż do dzisiaj jem więcej słodyczy, niż dawniej.

Zakwaszenie organizmu?- prosta sprawa! Skup się, drogi czytaczu: chwilę po przełknięciu słodkiej drożdżóweczki, jaki smak dominuje w Twoich ustach? Może i najpierw słodki, ale potem po języku rozchodzi się dziwny, kwaśny posmak… to samo dzieje się w Twoim organizmie, który przy naszym dzisiejszym śmiecio-jedzeniu już i tak jest dosyć zakwaszony.

Próchnica… serio, nie wiem, który rodzic pisze się świadomie na przytrzymywanie dwulatka na fotelu dentystycznym… brrr, aż mnie ciarki przechodzą…

Cukier a nadwaga- chyba nie muszę tu rzucać dowodami, każda kobieta, która choć raz próbowała kontrolować się i dbać o linię wie, jak zachowuje się wskazówka wagi po uczcie lodowej zagryzanej ciasteczkami.

Cukier daje się dziś do wszystkiego; cukrzyca i nadwaga są chorobami cywilizacyjnymi, i powinniśmy sobie to przemyśleć.

Kolejnym pewnikiem jest dla mnie to, że większość matek chce dla dzieci jak najlepiej (chciała bym napisać WSZYSTKIE matki…)

Skąd więc ta wszechobecna jazda na słodycze?

Nie kumam.

 

Dobra, wolnoć Tomku w swoim domku, rób rodzicu, co uważasz za słuszne, nie moja sprawa nauczać, chociaż jakbym miała to w swojej mocy, cukier i słodycze znowu były by na kartki, bo żal mi dzieci, które w wieku ośmiu lat wyglądają jak chorobowo zapuchnięte i mają problemy z sercem i ruchem.

Opowiem o naszym przypadku i moich bolączkach.

Tosia do pierwszych urodzin nie miała słodyczy w ustach. Piszę oczywiście o słodyczach w tradycyjnym tego słowa znaczeniu: czekoladkach, cukierkach, lizakach, ciasteczkach. Tosia jadła banany, jabłuszka, arbuzy, śliwki, brzoskwinie i inne przesłodkie frykasy (zastanawiałam się ostatnio, czy jej ciągoty owocowe nie są odbiciem tego, jak spędzałam wolny czas w ciąży, w trakcie pięknego, słonecznego lata, zażerając się owocami na ogródku).

W swoje pierwsze urodziny Kokos dostał do spróbowania kawałek swego tortu urodzinowego; „pomemlał” i z miną mówiącą; „całkiem bez szału”- przełknął, czy wypluł- już nie pamiętam, ale wiem, że po tym jednym kawałku dał sobie spokój.

-Tosia egzamin zdała na piątkę!

Co mnie natomiast bardzo martwiło, to SPOŁECZEŃSTWO.

Stoczyłam wiele ostrożnych i-mam nadzieję- politycznie poprawnych walk z teściami; u nich ciasteczko poobiednie jest na porządku dziennym. Zgodzę się, że nie ma obżerania, ale jednak regularność, a do tego stałość budząca skojarzenia w mózgu, to wszystko skutkuje tym, że potem organizm REGULARNIE, i STALE w tej sytuacji się domaga. Udało nam się jednak dojść do jakiegoś zdrowego konsensusu, ale nie bez potrzeby pertraktacji. Całe szczęście moi teście to mądrzy i dobrzy ludzie :).

Gorzej jest na imprezach rodzinnych; pominąwszy fakt, że stół zawsze ugina się pod ciastami, ciasteczkami, tortami i cukieraskami- wśród kuzynostwa Małżona panuje tradycja, że wszyscy przynoszą coś słodkiego dla dzieciaków. Nie wiem, jak mam sobie z tym radzić. Ja rozumiem, że chcą dzieciom zrobić przyjemność, ale ja nie chcę się do tego przyłączać; znaczy przyjemność dla dzieci- jasne, ale nie koniecznie z cukrem. Większość już przeszła do porządku dziennego nad moim dziwactwem, i przynoszą dla Tosi np chrupki kukurydziane, ale nie dalej jak przedwczoraj był na imprezie ktoś, kto nie zna naszego podejścia do sprawy, i wpakował Tosi w łapki pudełko czekoladek; a co w łapki wpadnie- już z nich nie wypadnie.

Napisałam, że rodzina przeszła do porządku dziennego, ale ile uwag musiałam wysłuchać na ten temat… chociażby stare dobre:
-Sama jesz, a dziecku nie dasz?
Dawniej mnie to bolało, i wpędzało w głupi tryb obronny, ale teraz się nauczyłam:
-ja wódkę/piwo/wino piję, a dziecku nie daję, a ty? A przecież wino taaakie dobre, nie?

(Fakt, głupie jest to, że do swojego ciała mam mniej szacunku, niż do ciała mojego dziecka, a powinnam je traktować tak samo, dbać o nie, żeby było zdrowe i silne; ale to też wiąże się z tym,  że po latach ciężko nam jest się obyć bez niektórych smaków.)

Po co więc mam pakować dziecko w uzależnienia/choroby od małego?

Zasada: „czego oczy nie widzą tego sercu nie żal” tudzież jego wersja: „czego dziecko jeszcze nie poznało, tego mu nie brakuje” świetnie się sprawdza, i nie wiem, dlaczego ludzie jej nie używają; Tosia bardzo długo nie znała słodyczy, i- możecie mi zaufać- nie była z tego powodu nieszczęśliwa. Do tego my przez długi czas nie musieliśmy znosić: MAMO, DAJ <słodycza, wpisz jaki chcesz>! DAAAAJ!

Od pewnego czasu przestałam też chodzić do mojego ulubionego lokalnego sklepu warzywnego; Panie sprzedawczynie, skądinąd bardzo, bardzo miłe, mają zwyczaj obdarowywania czekoladkami każdego małego dziecka, które wchodzi przez drzwi; wkurzało mnie, że za każdym razem muszę się tłumaczyć, dlaczego CHCĘ DOBRZE DLA SWOJEGO DZIECKA. Ostatnio musiałam tam podejść po coś na szybko z Kokosem; Panie pamiętały, że „ta baba nie pozwala dać dziecku czekoladki”, więc…ZAMIAST TEGO DAŁY TOSI GALARETKĘ. Od razu przypomniało mi się, jak koleżanka ze szkoły rodzenia, z cukrzycą ciążową, przez tydzień stabilizowała poziom cukru we krwi po JEDNYM misiu haribo… Ech, szkoda słów.

W czasie świątecznym było dosyć ciężko; Tosia budziła się z okrzykiem: CHCĘ CIASTKO!
Nie było sensu walczyć z Tosią, skoro słodycze leżały na każdym kroku; no, może nie było ich widać na każdej powierzchni, ale cały dom pachniał pierniczkami, a Tosia doskonale wiedziała, gdzie leżą nasze tradycyjne, kruche renifery. Na początku bałam się, że będzie się zażerać, ale… okazało się, że zrobienia reniferów z lentilkowym nosem było strzałem w dziesiątke: Tosia je UWIELBIAŁA; do tego stopnia, że jak dostawała ciastko, przez 40 minut najpierw je tuliła i całowała 😀 i sprawa kończyła się na jednym ciastku. Potem bardzo łatwo było przekonwertować w dobrą stronę:
-Mamo, CIASIO! (To jeszcze w czasach początku gadania)
-Już zjadłaś dzisiaj jedno ciastko. A może zamiast tego zjadła byś jabłuszko? A może pochrupiesz marchewkę jak zajączek?
-TAAAK! – z wielkim entuzjazmem i uśmiechem.

Myślę, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” tutaj się sprawdza. Wychodzę z założenia, że nie „uchronię” dziecka przed słodyczami, ale póki mam całkowity wpływ na to, bo np dziecko nie śmiga do sklepiku szkolnego na słodkości (choć podobno to się zmienia), to będę z tego korzystać;  i tak coraz częściej rozluźniamy nasze restrykcje, i dziecię zajada ciasta i czekoladę (gorzką) jak każdy inny śmiertelnik. Jedyne, czego jeszcze Kokos w życiu nie tknął, to zwykłe twarde cukierki/lizaki- to jest sam cukier, i nic dobrego ze sobą nie niesie, ten syf odwlekę najdłużej jak mogę.

Oprócz tego w domu zdarza nam się zrobić jakiś fajny deser słodzony czymś innym, po przecież jest tyle alternatyw dla cukru, tyle przepisów w necie na desery słodzone np miodem, czy bananami, czy chociażby ksylitolem czy stewią. Ostatnio na tapecie były „rafaello” z kaszy jaglanej, cudowny krem czekoladowy z awokado i bananami, a w sobotę, gdy byłam w pracy, Małżon z Tosią upiekli ciasteczka jabłkowo-owsiane- pachniało tak, że obłęd! Naprawdę- da się żyć bez cukru!

Nie wiem, skąd w dorosłych przeświadczenie, że dziecko POTRZEBUJE słodyczy do szczęścia. Za słodycz spokojnie wystarczy poświęcony czas, przytulenie, wspólna zabawa, i dobry, soczysty OWOC!

Ściskam was mocno w ten poniedziałkowy poranek, i życzę wam słodkiego, miłego życia.

Kończę standardowym: do zaś!

 

 

*Ta zasada świetnie sprawdza się w wielu innych sytuacjach: np- w naszym lokalnym tesco przy wyjściu jest autko, wiecie, takie na pieniążka. Od zawsze wkładamy Tosię do środka, i ona świetnie się bawi bez tego całego rzucania na boki; raz jakaś Pani bardzo chciała Tosię uszczęśliwić, i pozwoliła jej się dosiąść do swojego synka, który właśnie jechał po wertepach; Całe szczęście Tosi się nie podobało :) Nie mam zamiaru uświadamiać jej, że poza radością kręcenia kierownicą MUSI dodatkowo włączyć ten pojazd, skoro tak świetnie bawi się bez tego. W ten sposób unikam ryku przy każdym takim ustrojstwie. Czy jestem z tej okazji złą matką? Nie wydaje mi się…

 

Jedna myśl nt. „Życie jest SŁODKIE. Po co nam ten cukier?

  1. Paulina

    Na Twoją Tosię wcinającą owocki aż miło popatrzeć. Pamietam w lecie jak się Malutka zajadała śliwką, melonem, malinkami. Naprawdę widać było, że dziecko jest przyzwyczajone do owoców i że jej bardzo smakują. Zatem rób swoje, bo to rodzice decydują co dzieci dostają do jedzenia, a nie pani w sklepie.
    Ja się nie mogę pochwalić taką piękną postawą, bo moja córka wcina słodycze wszelkie od ciast, lodów, deserków, czekolad i rurki z kremem do misiów haribo włącznie. Wychodzę z założenia, że w nadmiarze wszystko szkodzi, dlatego na niewielkie ilości pozwalam. Nawet jest tak, że ja słodyczy nie zjem, bo chcę schudnąć po drugiej ciąży, ale Niuni wafelka dam na spacerze. Mnie by on poszedł w boczki, a 3-letni organizm to szybko spali.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *